piątek, 30 czerwca 2017

Chcę już wracać


Niektóre słowa najlepiej brzmią niewypowiedziane.

Supraśl, pałac Buchholzów.

Włosy:
Dawno nie marudziłam o włosach. A niedawno uraziła mnie uwaga dotycząca mojej fryzury:
- I tak w końcu zetniesz włosy.
Że tak powiem: Pffff...
A nawet jeśli za pięć dni zacznę świecić łysą głową, po co są takie gadki wstawiane? Może będę staruchą z kłakami do ziemi. Tego jeszcze nie wiemy. Coraz większą mam ochotę.
To już kolejny raz, kiedy ktoś tak do mnie mówi. A ja widziałam parę dni temu taaaką dziewczynę, z taaaaakim warkoczem, że się umotywowałam do bollywoodzkiej długości.

Najgorsi turyści świata:
Trasa Supraśl-Augustów przez wertepy. Żeby pozwiedzać, bo oto okazja. Arboretum w Kopnej Górze (będzie oddzielna relacja), później błądzenie do Krynek (a niby prosta droga). W Krynkach nie udaje nam się znaleźć ruin siedziby de Virionów. Internet sprostował, że ruin już nie ma, zostały szczątki parku. No to trzeci raz wkoło ronda krynkowskiego, bo trudno zorientować się, którą drogą jechać. Kruszyniany wydały się za daleko i w przeciwną stronę, więc padło na to, że jedziemy do Sokółki przez Bohoniki, bo tam przecież też jest meczet. Jedziemy, jedziemy, przy granicy z Białorusią, wertepami straszliwymi, GPS kłóci się z nami, ale ja nie ustępuję sztucznej inteligencji, wydaje mi się bowiem, że mam swoją... W końcu udało nam się trafić do tatarskiej wsi. Powolutku, przez środek, główną ulicą przetaczamy się - najgorsi turyści świata.
- Jest meczet! - wykrzykuję. I tyle. Jedziemy dalej, podziwiamy go z samochodowego okna, bo nie chce nam się zwiedzać.
I dalej, Sokółka, Dąbrowa Białostocka, Augustów poprzedzony puszczą. Las już lekko zwiedzamy, ale komary są wielkości wróbli, więc zwijamy się na naleśniki do miasta królewskiego. Przy rynku Zygmunta Augusta pod numerem 8 znajduje się Naleśnikarnia BA!. Smacznie, szybko, obsługa przyjemna. Opcje bezglutenowe, na słodko i słono. Pyszna kawa. Polecam.

Zakupy:
Klienci, którzy otwierają butelki z płynami wszelkimi, powinni trafić do więzienia. Bo oto taka ja kupuje sobie płyn do sprzątania. I co? Oblewam się nim, ponieważ ktoś obluzował zawleczkę, ponieważ chciał powąchać zawartość, czy co... Jaką chorobę trzeba mieć, żeby interesować się zapachem chemicznego płynu sprzątającego? Nie wiem. Ale poza więzieniem, widzę dla takich osób miejsce w szpitalu psychiatrycznym.
Coraz bardziej nie lubię robić zakupów.

Augustów i August.


Augustów. I padał deszcz.

Film:
Zobaczyłam cały rasizm w "Księdze dżungli". Bez kitu... Do więzienia. Poza tym ładne efekty.
O drugim filmie jakby wspominałam poprzednim razem. Nadal nie czuję się do końca gotowa, żeby wysłowić moje uwagi, ale prawdopodobnie w ciągu dwóch tygodni zapomnę, o co mi chodzi.
"Siedem dusz" z Willem Smithem nadwyrężyło przyjaźń. Film przeważnie się podobał, wzruszył moją przyjaciółkę, a ja uważam, że jest głupi. Nie mam serca prawdopodobnie. Ale kiedy człowiek (ja) głębiej się zastanawia nad postępowaniem głównego bohatera, coraz bardziej ma ochotę zamknąć go w ośrodku dla niebezpiecznych i niepoczytalnych. Zaburzenia psychiczne z podręcznika psychozy i zbrodni, a do tego jeszcze poczucie wyższości nad pospólstwem, wokół którego przyszło mu żyć. Tutaj będzie dość duży spoiler, więc jeżeli jesteś masochistą, który lubi oglądać głupie filmy i udawać zaskoczenie w przypadku przewidywalnych zwrotów akcji, przeskocz niżej do czytania paragrafu o książce. To całkiem fajna książka...
Gość wyrzucał sobie, że zabił niewinnych ludzi, przypadkowo w wypadku, ale już nie pomagał przypadkowo. Policzył ofiary i odhaczał sobie na ilość. Niby jego życie, jego organy, ale dla mnie to jakieś takie jest hmmm-hmmm-hmmmm.... I dlaczego na przykład wybrał sobie, że pomoże ładnej, dobrej pani z chorym sercem, a nie kostropatemu smarkaczowi, który podpala śmietniki? Bo co? Ładna i miła pani doceni dar, owszem, powiedzmy, ale kostropaty smarkacz miałby szansę się odmienić, wstąpić do straży pożarnej, w przypływie dobrej aury ocalenia. Gest bezinteresowny wygładziłby kostropatość. Film był tak sentymentalnie i wzruszająco naszpikowany, że taki zwrot akcji bardziej we łzawość dzieła by się wpasował. Ale nie, musi być romantycznie, w wysokiej trawie wyznane uczucia, jakieś filozoficzne rozkminy o szczęściu i życiu. Hmmmm-hmmmm-hmmmm....
A z tym oddaniem domu biednej babce - przecież jej mafijny mąż-niemąż-ojciec-dzieci i tak ją znajdzie, zamorduje, a następnie dzieci wtłoczy w szeregi organizacji przestępczej. Ma wtyki. Trzeba było sprzedać chatę na plaży i kupić kobiecie coś po drugiej stronie kontynentu. Po co wielkie domiszcze w Malibu? Za co to utrzyma, ta samotna matka ukrywająca się przed gangsterem patologicznym? Hmmm-hmmm-hmmm...

Książka:
"Północ i południe" Elizabeth Gaskell. Wiadomo, jak się skończy, trochę irytuje zachowanie bohaterów, ich marudzenie i wydumane problemy, całość nie przypomina wcale "Ziemi obiecanej", chociaż tak mówi opis na okładce. Ale to dość interesująca lektura. I dużo poczucia humoru, często ukrytego, można wyłowić.
Główna bohaterka, Margaret Hale, jest córką pastora-dezertera. Wychowana przez bogatą ciotkę, wraca do rodziców, na wiejską plebanię, leżącą na sielskim Południu. Z powodu dezercji ojca, radość z przyrody nie trwa długo. Rodzina musi wyprowadzić się do uprzemysłowionego miasta na Północy. Następuje szok kulturowy, który trwa już praktycznie do ostatniej strony powieści. Ale miłość przecież jest w stanie przezwyciężyć uprzedzenia. Trochę znowu sobie przypomniałam, że jestem bez serca, bo ucieszyła mnie śmierć irytującej przyjaciółki głównej bohaterki. Przykro mi, że mam złe odruchy, ale to tylko książka. W życiu jestem bardziej emocjonalna.
Dobra książka na lato. Cieszę się, że już ją przeczytałam, bo za gruba jest (prawie 600 stron), żeby ciągnąć ze sobą na urlopowy wyjazd. Wcale ta grubość nie przeszkadza, ponieważ lubię czytać prawdziwe książki, a nie takie, które raz się zacznie, jeszcze dobrze nie rozpędzi, a już żyli długo i szczęśliwie. Muszą być perypetie, jakieś zdarzenia, refleksje, opisy przyrody nawet, czy choćby sukienek. Jak czytać, to czytać. W końcu płacę za te literki.

Dostałam żyrafę. Całkiem spora bestia.

W Lidlu są całkiem dobre owocowe batony. Emerycko zmielone na gładko, ale smaczne.

To właściwie nawet nie jest mój jamnik. Kukułka.

Definiuję się tą kredką. Ogryzkiem. Takim jestem człowiekiem. Do ostatniej kropli.


Czarne chmury... Krzysztof stracił głowę.


Piosenka dla czerwca:

8 komentarzy:

  1. Nowa żyrafa nie zastąpi tej zgubionej, wyraz pyszczka ma jakiś taki mało kontemplujący otoczenie, ale w samym otoczeniu też się ładnie kontempluje... znaczy komponuje;-)
    Książka brzmi ciekawie, film sobie odpuszczę, choć na Filmwebie ma 8 punktów, co jest wynikiem dość wysokim jak na oceny użytkowników Filmwebu, którzy każdy film zrobiliby lepiej, ale z drugiej strony ocena filmwebowego recenzenta jest na 2/10 i ma on podobne do Twojego uzasadnienie;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta żyrafa to poduszkę może zastąpić. Ale nie żyrafę podróżną. Na szczęście zgubienie się rozwikłało. Schowałam ją nie do tej kieszeni w nie tej torebce, co trzeba. Wiedziałam, że to chwilowa nieobecność :)
      Książka jest ciekawa. Z tej samej półki, co Jane Austen. A film... Polecono mi ostatnio "Ukryte piękno", ale chyba mam uraz do głównej twarzy.

      Usuń
  2. Zawsze wącham płyny w sklepie. Nie chcę, by pranie, albo podłoga mi śmierdziała. Taka choroba. Ja nie lubię brudu, rzucania puszek, butelek byle gdzie. Tych ludzi bym aresztowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzi, którzy śmiecą trzeba nie tylko aresztować, ale i wysłać do jakiejś karnej brygady, żeby musieli sprzątać cały ten śmietnik, który najpierw zrobili.
      Dobra, wąchanie płynów to może nie przestępstwo, ale trzeba zakręcać butelki.

      Usuń
  3. Fajne zdjęcia. Jak zwykle. Ja też wącham płyny w sklepie. Niestety, jestem nadwrażliwa na zapachy. Uwielbiam zapach sosny, ale ten, który wali z płynu do czyszczenia podłogi zwala mnie z nóg. Nie wyobrażam sobie tkwić w takim aromacie, ale flaszki zawsze dokręcam.
    Nowa żyrafa fajna, ale i tak liczę, że znajdziesz poprzednią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyrafa na szczęście już się znalazła. Nowa jest stanowczo za duża, żeby zabierać w teren. :)
      Płyn był bezperfumowy-bezzapachowy. No i o to chodzi - jak się coś odkręca, to trzeba zakręcić, a nie odstawić na półkę, żeby ktoś zginął pod wpływem chemikaliów.
      Dzięki! :)

      Usuń
  4. Jest taki typ ludzki, co wie lepiej co zrobisz,co muszisz, niż Ty sama. Osobiście - mam ochotę lać po mordach. Ale jedynie się wyzłośliwiam (co też jest przyjemne) :)

    Bo powinny być testery dla tych, co MUSZĄ wiedzieć. Płyn do mycia kibla, tester :DDD

    Poka Krzysztofa bez głowy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam silne postanowienie nie dać się sprowokować. Może się uda... :)
      Są teraz jakieś płyny do płukania, co się wącha przez zakrętkę. Śmierdzą niemiłosiernie, ale opakowanie z pomysłem. Może to i dobre wyjście? :)

      Ten Krzysztof to nic ciekawego. Ale może kiedyś przyjedzie pora.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.