poniedziałek, 15 maja 2017

Kaganiec oświaty, spirala nienawiści


Ta opowiastka wiele mówi o mnie, mojej rodzinie i starannym wychowaniu, jakie otrzymałam. Sprawa zaczęła się tak:
Pani Matka oglądała serial. Kilk, klik, klik, odcinek za odcinkiem. Widać, że nerwy jej szarpał. Wściekle komentowała, że głupota, że beznadzieja, że nóż się w kieszeni otwiera...
- Po co to oglądasz? - dopytuję się.
- Bo nienawidzę!
Ta rekomendacja wystarczyła. Stwierdziłam, że muszę zobaczyć. Odcinek za odcinkiem. Klik, klik, klik...

Uwaga! To nie recenzja. Tu jest moc spoilerów. Wyjawiam różnorodność beznadziejnych wątków. Wyjawiam moje prowincjonalne pochodzenie i to, jak mnie ten serial ubódł w mój osobisty Weltszmerc i poczucie godności mazurskiego chłoporobotnika. Nie będę miała nikomu za złe, jeżeli tego nie da się przeczytać. Dużo literek, zdaję sobie sprawę.

Zapisałam ponad 16 (słownie: szesnaście!) stron w zeszyciku. Bo jakże, oglądać, ziać nienawiścią i nie notować? Nie godzi się! Wszystko skrupulatnie udokumentowałam.

Serial to "Siedlisko" z 1998 roku, z Anną Dymną i Leonardem Pietraszakiem. Przeczytałam komentarze na kilku forach, jakie to cudo, jak za serce chwyta. Że magiczne, że wzruszające, że tiru-riru i cud na kiju. No, myślę, magiczne. Już po opiniach nienawidzę. Ale nie można zaocznie, trzeba naocznie.
Widziałam wszystkie 9 odcinków. Jak to się nazywa? Więzień nienawiści? Też z 1998...

Nakreślenie fabuły: pani z Warszawy dziedziczy gospodarstwo na mazurskiej wsi, przyjeżdża z mężem, zakotwicza się i integruje z lokalną społecznością. Przyjeżdżają goście, wszyscy idą na spacerek, prowadzą inteligentne rozmowy między sobą. Główna bohaterka prowadzi kampanię edukacyjną wśród pospólstwa. Ktoś powinien pójść do więzienia za wyprodukowanie tego gniota.

Główna bohaterka, Marianna, jest poetycka i sentymentalna, prawdziwa dusza artystyczna, bo i malarka. Jej mąż za jest nerwowym profesorem (co się później okazuje nieprawdą, ale poznajemy go jako osobę pośpieszną). Mają problem z dojechaniem z Ełku do Panistrugi. Powiedzmy, że to 30 km. Trasa nieskomplikowana, bo z Ełku na Stare Juchy, a ze Starych Juch w kierunku Wydmin. W połowie drogi Panistruga. Jaką ciamajdą trzeba być, żeby zabłądzić? W samych Starych Juchach można pojechać źle, ale już w trasie niezabudowanej nie da się zgubić. Na Mazurach nie ma wielu dróg do jednego celu. A oni, jak te kołki ślepowate...
Ich małżeństwo opiera się na słodzeniu sobie, czasami rozkosznie uszczypliwym, na miłości ćwierkającej, i buzi-buzi, i za rączkę. Niby to ładne jest, miłe, że po 30 latach uczucie kwitnie. Moje kalkulacje na oko podpowiadają mi jednak, że dla przyzwoitości powinni dać im 35 lat, bo to nie wyglądało wiarygodnie. Za stare mieli dzieci, za starzy byli oboje.
Marianna jest osobą energiczną, praktyczną, ale rozmarzoną. Krzysztof to specjalista, w życiu nieprofesjonalnym trochę lekkomyślny, ale zakochany w żonie po uszy. Ona niczego się nie boi, troszczy się o męża, o rodzinę, o równowagę Wszechświata. Od razu wszystkim napotkanym ludziom mówi o tym, że jej mąż jest profesorem i przez rok (calutki rok!), mieszkali w USA.
Rodzina ich jest inteligentna i ustawiona, prowadzi życie artystyczno-kulturalne. Kina, teatry, znajomości z Lutosławskimi. Coś, o czym mazurskie dziadostwo nie ma nawet pojęcia. Wnuczek jest rezolutny, zupełnie nie jak zahukane dzieci kniei.
Wieśniacy piją wódkę. Nie mają życia wewnętrznego. Młode pokolenie pozostawione bez wartościowych wzorców. Dzicz, bieda i patologia.
Każdy człowiek, który pracuje, pochodzi gdzieś z innej części Polski. Majster z Łodzi, listonosz z gór. Tutejsi są kompletnie do niczego.

Co się rzuca w oczy? Kolor niebieski, a nawet granatowy. To ważny element świata przedstawionego. To kolor Marianny. Z upływem odcinków coraz więcej elementów maluje się nie na żółto, ale jedynie na niebiesko. Sny są niebieskie, meble, wystrój, bolesławieckie kubeczki, światło, samochód...
Co się jeszcze rzuca w oczy? Autochtoni są niesamowicie usłużni. Napotkany Józek zaraz leci po mamę, żeby Warszawiakom kolację ugotowała, łóżka przygotowała i nagrzała wody do kąpieli. Czy im rączki urwało warszawskie? Co to ma być? Ale widząc dom zatrzymany w czasie i sentymentalne, szlachetne pamiątki rodzinne, zaczynam rozumieć. To są PAŃSTWO. Cechą plebejusza jest nieufność, więc zaczynam rozumieć siebie, wglądam wewnątrz swoich ziemistych wnętrzności. Dlatego ich nie polubiłam.

Ciotka Róża, która Mariannie zostawiła dziedzictwo, była bohaterką we wsi. Wszyscy ludkowie tak dobrze ją wspominają. Ku pamięci, dzielą się ze spadkobierczynią płodami ziemi i kurnika, a nawet lasu i jeziora. Do tego, społeczność ta dzika wytwarza ludowe jadło, ponieważ do sklepu mają straszliwie daleko. Sami więc dziergają masło, kiełbasę...  Z Panistrugi do Starych Juch rowerem jedzie się przewidywalnie 17 minut.

Co jeszcze? Krajobrazy. Są piękne. Zdjęcia nagrodzić, a resztę zaorać i zasypać wapnem. Bo oto wieś naszej Marianny w rzeczywistości wcale nie znajduje się nad jeziorem. Napędzana nienawiścią postanowiłam odszukać właściwą lokalizację. Mnie nikt nie oszuka. Nie na Mazurach. Zrobiłam dochodzenie. Serialowy dom-siedlisko znajduje się w miejscowości Jeziorowskie, która leży z drugiej strony Starych Juch, bliżej Ełku.
Znalazłam go! W stylu "Lion, droga do domu". Pojechałabym i obrzuciła kamieniami, ale nie będę wstydu Pani Matce robić. Chyba, że zechce wybrać się ze mną, to razem obrzucimy.

Podjęłam też inne działania detektywistyczne. Pada z ust wieśniaka, już w pierwszym odcinku, stwierdzenie, że ziemia marna. Okolice Jeziorowskich to grunty klasy III, IV. Nie jest tak źle, mogło być gorzej. Na terenie gminy Stare Juchy mamy do czynienia głównie z glebami bielicowymi i brunatnymi, powstałymi z glin, piasków gliniastych podścielonych gliną lub piaskiem luźnym i piasków luźnych całkowitych. No dobra, to nie jest najlepsza ziemia, ale nie wolno się poddawać.

Po analizie gleby stwierdziłam, że rzeczywiście jest ze mną coś nie tak. Więc postanowiłam brnąć w to dalej. Była pierwsza w nocy. Zrewidowałam plany, postanowiłam iść spać.

Dalsza działalność detektywistyczna dotyczyła podziału administracyjnego. Pada w serialu zdanie, że po pogotowie do Ełku nie ma co dzwonić, bo to daleko (30 km), a w Wydminach ośrodek zdrowia już zamknięty. Obecnie Panistruga należy do gminy Stare Juchy, ale w 1998 jeszcze obowiązywał stary podział. Znalazłam bardzo niedokładną mapę, więc przyznaję, Panistruga mogła znajdować się w gminie wydmińskiej. Ale atak komarów jesienią mogli sobie odpuścić. Takie rzeczy się nie dzieją.

Wracamy do relacji państwo-pospólstwo. Warszawiacy przyjmowali usługiwanie jako należne im z urzędu. Nawet kanapek sami sobie nie robili. I w którymś zaawansowanym odcinku Marianna w końcu zastanawia się:
- Może zatrudnić panią Helenkę. Z pensją i z ZUSem...
Zgroza mnie zdjęła. Przez cztery odcinki harowała za darmo? Do kuchni, sprzątania, ogólnego domowego usługiwania i do krowy. Czy ta kobieta nie miała własnego domu? Rodziny? Nie wiadomo.

Ciotka Róża była też bohaterką gminy. Bez niej nic się nie działo. Inteligencja napływowa była kołem zamachowym postępu i oświecenia. Nikt tutejszy nie jest rozgarnięty. Będzie cytat (Marianna refleksyjnie nad grobem ciotki):
Ciocia Róża. Jak dzielnie niosła przez całe życie kaganek oświaty. Zostawiła miasto, przyjechała na wieś. Tu czuła się potrzebna. Szczęśliwa. Nie była ładna, ale dobra, uczynna i miała jakiś taki zniewalający urok. Bili się o nią młodzi gospodarze. A wygrał weterynarz, Bronek Kapla. Wzięli ślub. Nasza rodzina uznała to za mezalians, dyshonor i prawie się jej wyrzekła. A potem Bronek Kapla utopił się na słabo zamarzniętym jeziorze i ona sama dalej dzielnie prowadziła dom, szkołę, gospodarstwo...
Na grobie Bronka napisane pod nazwiskiem "lek. weterynarii". Biorąc pod uwagę, że Róża za partyjniaka nie wydałaby się, musiał studia skończyć uczciwie. Zatem pytanie: dlaczego to jest mezalians, jeżeli panna nauczycielka była córką zbankrutowanego przedsiębiorcy pogrzebowego wywodzącego się co prawda z jakiegoś podupadłego szlachectwa, ale bez widocznego tytułu naukowego? Inteligencja to za mało dla grobokopów z zapleśniałym herbem? To nawet nie jest "Nad Niemnem", to jakiś wymuszony konflikt.
Później okazuje się, że Róża kochała z wzajemnością przedwojennego mazurskiego Polaka, prześladowanego przez władzę ludową. I tu mam dylemat: czemu się nie pożenili, jak już została wdową? On wyszedł z więzienia, ona walczyła o niego usilnie. Niech będzie, że służby miały na niego oko. Ale nastała demokracja. Starzy ludzie, szczególnie tak oświeceni, jak warszawska inteligencja, choćby i schłopiała na Mazurach, powinni mieć tyle błyskotliwości, żeby wykoncypować. Mogli przecież starość spędzić razem. Skoro to była taka wielka miłość... Ale nie, trzeba cierpieć, żeby był wątek mroku, romantyzmu i zakazania.

Warszawianka stała się najważniejszą osobą we wsi. Wszyscy do niej biegli po pomoc. Każdego uświadamiała, nikomu nie odmówiła dobrej rady, taka uczynna dla ludu. Znam ci ja te pańcie, co przyjechały zbawiać wioski. Cała ich zaradność, hipokryzja w propagowaniu równości między państwem i pospólstwem (Nasza Amelcia jadła z nami, to co my. Nawet czekoladki, co mąż przywoził z Belgii...), traktowanie tubylców jak przygłupów, trywializowanie i protekcjonalność, silenie się na gwarowe wypowiedzi, wszystko to zawsze obracało się przeciwko nim. To ich przekonanie, że do chłopa trzeba mówić WY-RA-ŹNIE I PO-WO-LI...
Zanim przybyła na wieś, przeszła przeszkolenie w warszawskim ośrodku zdrowia, opanowała pierwszą pomoc i robienie zastrzyków, co się oczywiście w dziczy przydało. Może to i pożyteczne, potrzebne, ale zostało oznajmione taki m tonem, z takim przytupem, że miałam ochotę dać komuś po gębie. Dobrze, że lubię Annę Dymną, i że ona żyje na drugim końcu Polski. Bo jako półmózg, który nie potrafi odróżnić fikcji od rzeczywistości, prawdopodobnie obwiniałbym aktorkę o moje negatywne reakcje.

Taka jeszcze sprawa - impreza chrzcinowa, która odbyła się w stodole. Nikt przy zdrowych zmysłach i aspiracjach towarzyskich nie zaprosi gości na poważną imprezę do stodoły. Tym bardziej, że chrzciny powiązane były z przejściem na rentę pracownika Lasów Państwowych. Co to za wyspiańszczyzna i chłopomania z Rydla? W domu, w dużym pokoju się gości przyjmuje. A leśnicy w mundurach nie mogą pić, bo to jest zniewaga, lekceważenie munduru. I nawet ciemnota mazurska zdaje sobie z tego sprawę. Ale też nikt nie łączyłby dwóch tak różnych uroczystości. Pożegnaliby oficjalnie pana pracownika, a po cywilnemu przyszliby pić na chrzcinach.

Kolejny mit i fakt. Sołtys Panistrugi opowiada o tym, jak przyjechał z rodzicami na ziemie odzyskane i zamieszkali w poniemieckiej szkole. Nawet kuchni nie było, musieli przerabiać budynek. Niemiecki nauczyciel wiejski mieszkał w wiejskiej szkole. Poza salą lekcyjną były tam też jego osobiste komnaty, łącznie z kuchnią. Bez kitu może. Na mojej wsi jest stara szkoła, w innych też łatwo można je znaleźć. Nikt nigdy nie skarżył się na powojenny brak kuchni.

Co mnie ubodło w chłoporobotnicze poczucie godności?
Scena z wieśniakami dzwoniącymi do Stanów Zjednoczonych. Krzyczeli do słuchawki, bo daleko. I nie mieli pojęcia o występowaniu w przyrodzie stref czasowych. Biedna ciemnota.
Cała pocztowa operacja telefoniczna była do kitu. W 1997 były żetonowe automaty, w których samemu wyciskało się numery. A nie, że pani łączyła tajemnymi sposobami pod ladą.
Ludzie nie mieli samochodów, tylko wozili się furmankami. Ewentualnie rowerem. Ktoś z Ełku, bogaty i wykształcony, miał pojazd silnikowy. Ale zapyziała wieś? Nigdy! W rzeczywistości w tamtych latach było coraz mniej końskich zaprzęgów, a ludzie poruszali się też maluchami i poldkami, ewentualnie ruskimi ciągnikami. Taka przeciętność. Na trasie Wydminy-Stare Juchy z pewnością krążyło sporo pekaesów.
Kwestia kołtuna. Czytałam o tym, że w XIX wieku można było spotkać również na mazurskiej wsi ludzi z tym syfem na głowach. Ale pod koniec XX wieku? Nie wydaje mi się. Takiej ciemnoty i zabobonu nikt mi nie wkręci. Najmodniejszą fryzurą drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych była trwała ondulacja przypominająca uzewnętrzniony, czerwony mózg. Ewentualnie rezygnowano z koloru, ale mózg musiał być.

Mogłabym napisać jeszcze trochę, bo to w końcu było aż 9 odcinków. Ale chciałabym sprawiać wrażenie osoby zrównoważonej psychicznie. Nie udaje się? Trudno...

8 komentarzy:

  1. Ajlofju!
    Jak ja się cieszę, że nie udało mi się tego cudaka obejrzeć, przypuszczalnie gula by mi urosła takoż.
    Ale uwierz, są takie egzemplarze w przyrodzie, znam kilka osobiście, unikam jak parchu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Ja tam czasem lubię się podenerwować. To mnie motywuje. W myśl słów chyba Virginii Woolf (z pamięci, więc pewnie się mylę) - Literatura jest wyrazem naszego niezadowolenia.
      Osobiście znam, i cały czas poznaję nowe, oświeceniowe osoby, które realizują misję na prowincji. Jak Jeremy Irons w dżungli.

      Usuń
  2. Tak mnie ta Twoja nienawiść zaintrygowała, że chciałam obejrzeć, bo nie wiedzieć czemu nie oglądałam (pewnie leciała Dynastia, albo z Archiwum X), ale doczytałam o niebieskim. Ja lubię niebieski i nie chciałabym znienawidzić ;)

    "grobokop z zapleśniałym herbem" - padłam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz oglądać bez głosu. ;) Bo krajobrazy i błękity są naprawdę piękne.

      Usuń
  3. Naprawdę mi przykro z powodu tylu negatywnych emocji, które przeżyłaś w związku z tym serialem, ale ja od początku do końca Twojego sprawozdania nie potrafiłam pozbyć się szerokiego uśmiechu:-)
    Nie oglądałam serialu. Jestem uprzedzona do polskich produkcji. A Twój wpis utwierdza mnie w przekonaniu, że to uzasadnione uprzedzenia. I tak sobie myślę... Może to nasze niespełnione tęsknoty za kolonializmem? Wszak nigdy nie chrystianizowaliśmy biednych Murzynków, nie wnosiliśmy kaganka oświaty do innych "dzikich", a przecież Polcy i Polaki też mają aspiracje być dla kogoś przewodnikami duchowymi, moralnymi i naukowymi. Mazury są pewnie tak egzotyczną krainą dla Warszawki, że okazały się w sam raz:-). Myślę, że Podkarpacie też by się świetnie w tej roli sprawdziło, tylko u nas nie ma odpowiednich okoliczności przyrodniczych;-). Ale pamiętam jak lata temu, gdy jeszcze oglądałam Klan, jeden z bohaterów został służbowo przeniesiony do Rzeszowa i wziął i się zwolnił z tego powodu z pracy, bo takiego policzka (w sensie zawodowego zesłania w dzicz właśnie), nie zdołał przetrawić;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet negatywne emocje nie przysłaniają mi ogólnej pogody ducha. :)
      Ten niedokonany kolonializm wykształcił jakiś syndrom warszawskiego zbawiciela, to prawda. I faktycznie są osoby, które z myślą o oświecaniu wsi przybywają z "wielkiego miasta" na prowincję. Spotyka się ich zdecydowanie zbyt często.
      Klan - najbardziej wiarygodne źródło wiedzy o Wszechświecie. :D
      Rzeszów to już chyba krawędź świata. Bardzo łatwo można spaść w otchłań, minąć cztery słonie, które podtrzymują Ziemię, i roztrzaskać się o żółwia, na którym te słonie stoją.

      Usuń
  4. Pamiętam ten serial. Wypunktowałaś genialnie. Wyobrażenia warszawki na temat reszty kraju... Mazury i Bieszczady, to takie magiczne krainy, gdzie można uciec od "wielkiego świata", zacząć "wszystko od nowa", bo tam prosto, zwyczajnie i bajkowo. A i jeszcze można nieść kagan oświaty i leczyć z analfabetyzmu.... Masakracja. A tak się składa, że prowincji i zadupia jest więcej w tym kraju, niż warszawki czy krakówka. I na całe szczęście ;) A Anna Dymna. Hm. 30 lat temu byłam na spotkaniu z nią w Domu Kultury w mieście w którym dorastałam. Okropnie wyniośle się zachowywała momentami - właściwie tylko te momenty zapamiętałam, bo jej wielbicielki (dorosłe kobiety) były zszokowane. Wiele lat minęło, aktorka ma opinię anioła i chcę wierzyć, że jest wielka, a wtedy miała po prostu zły czas/nastrój/cholerawieco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dymna to dla mnie dobra aktorka, jako człowieka jej nie znam, więc trudno ocenić. Może serial był dlatego, że musiała kredyt jakiś spłacać, a u Ciebie w Domu Kultury faktycznie okoliczności się nie złożyły? Nie wiadomo.
      Mieszkańcy tych magicznych krain niestety magiczności nie potrafią docenić, czy nawet zauważyć. Tak to przynajmniej wygląda z warszawskiej perspektywy.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.