niedziela, 30 kwietnia 2017

Don't think of yesterday


Wiosna!
Alergia!

Możliwości:
Rozważałam możliwość pokonania półmaratonowej odległości. Wiadomo, do tego potrzeba treningu, wysiłku, rozplanowania. Ostatecznie zrezygnowałam (ale nie na zawsze), bo problemy techniczne z kolanem. Wymyślę coś, trzeba ten problem przeskoczyć. Ale kiedy jeszcze trwał proces drążenia tematu, natknęłam się na komentarz:
- Też bym chciała, ale nie mogę. Mam depresję.
Rozumiem, że depresja jest poważną sprawą, której nie należy lekceważyć. Jednocześnie (wyjdę na nieokrzesanego jaskiniowca bez empatii) nie można powiedzieć, że nie może się czegoś osiągnąć, jeżeli nawet się nie sprawdziło, choćby teoretycznie. Czy lekarz widzi przeciwwskazania? Czy depresja odbiera władzę nad mięśniami? Czy cokolwiek innego? Nie można myśleć w sposób nie dotykający nawet startu. Albo się chce, albo się nie chce. Nie trzeba się usprawiedliwiać.

Detoks:
Na miesiąc zrezygnowałam z pewnych elementów, których mogę, ale nie muszę unikać w diecie mojej codziennej. Z tego tylko powodu, że uznałam to za wykonalne. Z drugiej strony - ograniczyłam relacje z telefonem i przez telefon. Przestałam się stawiać w pewnej wyczerpującej dla mnie sytuacji towarzyskiej. Pozbyłam się 1/4 włosów (i zyskałam kształtną fryzurę), wyrzuciłam trochę rzeczy. Wyrzekłam się pośredniczenia w ludzkich dyskusjach. Nie ma, że powiedz jej i przekaż mu. Trzeba się komunikować bezpośrednio. Jest nawet technologia.
Można żyć z tym wszystkim na głowie (dosłownie i w przenośni), ale można też lżej.
Rozważam dietę jaglankową.

Z samego rana:
Nowy pomysł, realizowany dla siebie samej. Przed wschodem słońca do lasu, na mniej nawet niż godzinę. Mimo konieczności wstania dużo wcześniej, dzień jest dużo przyjemniejszy.



Poszłam robić makro, nie miałam dobrego sprzętu do lepszej normalności.



Modrzew!


Co ja mogę?:
Z serii pszczelej. Wisi w powietrzu informacja, że ten owadowy ród stoi w obliczu poważnego zagrożenia. Różni ludzie mają świadomość, ale ci sami ludzie nie bardzo wiedzą, co zrobić, poza ciupaniem na pestycydy, insektycydy i innecydy.
Można na balkonie lub w ogródku posadzić kwiatki, które pszczoły lubią. Można zrobić domki dla samotnych (Google pomoże, wystarczy zapytać o pszczoły samotnice w ogrodzie).

Dysleksja:
Mam napady. Aż za bardzo widoczne.

Bunkry:
Można mijać "atrakcję turystyczną" dwa, albo i cztery razy dziennie, ale zwiedza się dopiero, kiedy przyjadą goście z obcej części kraju. Nie ciągnie mnie do bunkrów. Generalnie nie podziwiam pomników pychy ludzkiej, nawet tych w stanie rozkładu. Nieprzyjemność panuje w takich miejscach. Ale raz na 20 lat mogę się wysilić i przespacerować po Mamerkach.
Przybyliśmy, zobaczyliśmy, odjechaliśmy. A wieczorem, uraczono nas historią o tym, że grzybiarz znalazł tam parę lat temu głowę człowieka, a później nie można było odszukać reszty. Teraz tym bardziej tam nie pójdę. Chociaż nie wiem nawet, czy to prawdziwa informacja.
Wolę chodzić na spacery do dzikiego lasu i konfrontować się z wilkami (widziałam zwierza z daleka, ale i tak się liczy).



Film:
"Lion. Droga do domu". Ważne jest, że przeczytałam wcześniej książkę, która była podstawą, na której cały film udziergano. I co? Jestem rozczarowana. Pierwsza połowa bardzo dobra, oglądało się naprawdę z zapartym tchem. Może trochę potknięć, ale da się przymknąć na nie oko. Nie rażą.
Druga połowa okropna. Jakież rozterki targały bohaterem, jakie emocje, cały ocean łez i szarpanina. Postać matki, w książce sprawiająca wrażenie zdecydowanej kobiety, która wie, co w życiu jest ważne, która daje fundament i pewność, w filmie miotała się okrutnie, całe życie jakby nie rozmawiała o rzeczach najistotniejszych, jakaś taka nawiedzona miągwa życiowa. Do tego silnie rozbudowany wątek romantyczny, który nie miał tak naprawdę żadnego sensownego uzasadnienia. Ot, taka strata czasu. A film ciągnie się przez dwie godziny. Zjadłam trzy paczki chipsów. Z nudów. Wieczór filmowy, mówię wam. Zamiast się skupiać na fabule, która poszarpana była jak żagle okrętu piratów z Karaibów, konsumowałam słone przekąski.
Gdy się Nicole Kidman znowu rozpłakała, już tak konkluzywnie, że to był finał smutnego płaczu, nie wytrzymałam. Trafiło mnie coś niedobrego. Gdybym nie czytała książki, przerwałabym w tamtej chwili. Ale chciałam zobaczyć, jak przedramatyzowano finał. Hollywood na całego. Płaczą, spazmują, rozdmuchują każdą emocję, ze wszystkiego robi się problem.
A historia z takim potencjałem... Nieprawdopodobna sama w sobie. Najbardziej jednak wrażenie zrobiła na mnie samoświadomość opisywanych ludzi, ich motywacje. To, że trudna przeszłość pozwoliła wykrystalizować w nich tak dużo pozytywnych cech. Wersja filmowa całkowicie to pominęła.
Ech...

Książka:
Z wiekiem dopada mnie eko-bio-naturalne myślenie. Analizuję możliwość zostania babką lekarską. Czytam o chwastach, planuję zbieranie różnych roślin, suszenie, przetwarzanie. Czemu nie?
Co do kosmetycznego DIY mam ambitne plany. Ale o tym jutro. Bo poniedziałek...


Jezioro Mamry!


Piosenka dla kwietnia:
Wybór był trudny.


8 komentarzy:

  1. Zdecydowanie zostań babką lekarską :-D to taka miła roślina! ♥
    a poważnie, życie w przyjaźni z naturą daje wiele radości. Zamurowany w mieście Ci to mówi... tęskni za ciszą i powietrzem... zazdrości lasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej odpoczywam z przyrodą, zamurowanie mnie wykańcza. Babka lekarska to jedyny słuszny wybór w takiej sytuacji.
      Oglądałam niedawno coś skandynawskiego i padło tam zdanie, którego sens zawiera się w tym, że człowiek musi wchodzić w interakcje z naturą, bo mu mózg zgnije. Też tak myślę.

      Usuń
  2. 1. Powrót żyrafy! Super.
    2. Chyba mam alergię na wiosnę ;) Taką zimną i permanentnie deszczową.
    3. Co do depresji... Mam wrażenie, że zrobiła się ostatnio "modna", ale wiem też niestety, że jak dopada, zwłaszcza gdy jest wynikiem PTSD to nie tylko nie chce się biegać, czytać, wychodzić z domu, ale nawet ubierać i jeść. Nic fajnego.
    4. Film na listę - unikać.
    5. Szeptuchy wszystkich krajów łączcie się? ;)
    6. Zdjęć okoliczności przyrody jak zwykle u Ciebie urokliwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyrafa jest cały czas, tylko jakoś fotograficznie spadłam na niziny.
      Z depresją jeszcze chodzi mi o ton wypowiedzi. Takie jakby szczycenie się: "Mam depresję, nie mogę". Irytujące.
      Dzięki za komentarz! :)

      Usuń
  3. Detoks jaglankowy polecam i czekam na zdjęcie kształtnej nowej fryzury:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś przy okazji fryzura pewnie wystąpi. :)
      Ostatnio miałam trochę za dużo imprez i innego rodzaju spotkań towarzysko-spożywczych, ale czas na detoks jaglankowy zbliża się nieuchronnie.

      Usuń
  4. ,,Z samego rana" tego chyba najbardziej mi brakuje ;). W czasach przeddzieciowych często chodziłam na poranne spacery (no, może nie codziennie, ale często :D)... Mam za teraz to romantyczne wieczory, które celebruję co do chwilki :D!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wieczory też są super. A dzieci na szczęście rosną i może za parę lat też będą chciały zobaczyć świat o świcie ;)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.