środa, 14 grudnia 2016

Przetestowane na człowieku


Czasami nie mam nic lepszego do roboty, albo raczej rzucam się w wir niepotrzebnego słowotoku, zamiast zająć się produktywniejszymi czynnościami. Z tego względu postanowiłam napisać o kilku kosmetykach. To nie są serenady. To zostało przetestowane na człowieku.

Im jestem starsza, tym bardziej dociera do mnie, że moja twarz nie będzie przepiękna bez wysiłku. Doszłam nawet do takiego oświecenia, że zdarza mi się zmyć makijaż zaraz po powrocie do domu, naklepać czymś nawilżającym i napawać się. Szczególnie zimą. Zdarza mi się też nie korzystać z dobrodziejstw podkolorujących. Z tym wiąże się historyjka. Trzy razy pojawiłam się publicznie w wersji surowej. Za czwartym razem zdobyłam się na wysiłek make up no make up. I nagle okazuje się, że jak dobrze wyglądam, ach, jak wspaniale. Zderzenie z rzeczywistością. Nie załamałam się. Ja nie z tych.



1. Lirene, Magic make-up.
Kupiłam, ponieważ wydawało mi się, że potrzebuję czegoś lżejszego. Wybrałam najjaśniejszy kolor. Trafiłam z odcieniem twarzy idealnie. Wadą jest dziwna, gęsta i kleista konsystencja, która utrudnia szybką aplikację. A szybka aplikacja jest kluczem do sukcesu w przypadku tego kremu zmieniającego się we fluid. Produkt nie jest matujący, więc wspieram się transparentnym sypkim pudrem. Mimo tych wad jestem zadowolona. Kupiłam promocyjnie za połowę ceny, nie wiem, czy będzie mi się chciało powtórzyć zakup za pełną kwotę. Nie bardzo przejmuję się funkcją kremową, więc brak filtrów też mnie nie zmartwił. Codziennie rano, bladym świtem, zanim jeszcze zacznie się życie, używam kremu nawilżającego zabezpieczającego przed szkodliwością słońca. Tu pojawia się moja filozofia pielęgnacyjna. Są ludzie, którzy oczekują, że krem BB będzie kremem do twarzy. Z całą moją nieznajomością funkcji i procesów zachodzących w obrębie skóry, uważam, że to niedobry pomysł. Krem musi być kremem, zawsze. BB jest tylko taką lichą warstwą nakładaną później. Bez większych oczekiwań nawilżająco-pielęgnujących.

2. Golden Rose, Style Liner.
Niech mówią, że to nie jest miłość. Mam 3. W kolorach 01 (metaliczny niebieski/turkusowy), 14 (Black&Black, czarny odcień czerni) i 15 (metaliczny ciepły brąz). I lubię je wszystkie. Najczęściej używam ostatniego. Takie lekkie złotko. Kolor utrzymuje się u mnie przez cały dzień, połyskuje tak jak powinien. Z czarnym też nie miałam problemów. Obawiałam się, że będzie się mazał. Taką mam konstrukcję powieki, że wszystko mi się marze. A tu nic z tych rzeczy. Do końca zachowuje czystość kreski. Nie wiem, jak by się zachowywał w sytuacjach ekstremalnych, jeszcze tego nie sprawdzałam. Z niebieskim byłam za to na roztańczonej imprezie. Oko i okolice bez zmian. Trwałość kreski i koloru bardzo dobra. Mam za to problemy z aplikacją. Ale to moja wina. I konstrukcji powieki. I odrośniętych rzęs (wypadały, więc je odrodziłam i jest ich więcej, niż się spodziewałam). Pędzelek działa precyzyjnie, dość łatwo się nim posługiwać.

3. Sylveco, Oczyszczający peeling do twarzy
Na żywo z pudełka wydaje się, że nie pachnie dziwnie. Prawie wcale nie ma zapachu. Nutka drzewa herbacianego, czyli niezbyt fiołkowo. Niektórzy twierdzą, że to za sprawą syntetyku, ale naprawdę jest to naturalny zapach herbaciany. Nieładny.
Konsystencja sprzyja wydajności produktu. Nie musiałam wykładać na twarz garści, wystarczyło niewiele. To dość drobny peeling. Po kilku minutach zabiegu zapach się aktywuje i zaczyna niepokoić, staje się coraz trudniejszy do ignorowania. Ale wiedziałam, na co się decyduję. Peeling wgryza się w skórę, oczyszcza ją trochę nawet brutalnie, nie podrażniając przy tym. Pozostawia powierzchnię jasną, gładką i świeżą. Nie używam jeszcze na tyle długo i regularnie, żeby zaobserwować zjawiska długofalowe, jak obiecana przez producenta regulacja wydzielania sebum, czy zmniejszone pory.
Opakowanie jest bardzo praktyczne. Denerwują mnie tubkowane peelingi. Zawsze kończy się na rozcinaniu, dziwnych zabiegach wyskrobacyjnych. Płaskie pudełko kremowe jest jednym z lepszych wynalazków.

4. Białe mydło Agafii.
Mydeł Agafii używam głównie do włosów. Czarne jest moim ulubionym, kwiatowe też sprawdziło się całkiem nieźle. Białe to niewypał. Podobno niektórym ludziom pasuje do twarzy. Sprawdziłam. Podjęłam decyzję, że w ten sposób wykończę moje opakowanie. Oczyszcza, nie wysusza (bardziej niż już jest wysuszona moja skóra...), nie powoduje ściągnięcia. Trudno powiedzieć, co się dzieje przy zetknięciu z oczami. Omijałam. Bardzo uważam po ostatnim zalaniu się mieszanką octową do włosów.
Moim zdaniem mydło nie jest złe, ale są na świecie lepsze rzeczy do włosów. Nie pomogło 37 zielsk.
Pachnie przyjemnie, konsystencja jest kremowa, gęsta i udana. Ale całość nie działa tak, jakbym chciała. Po półrocznych perturbacjach z innymi mydłami, wracam do czarnego.



Wybrałam złe tło do zdjęć i nie jestem z nich zadowolona. Światło też nie było najlepsze. Wyszłam z wprawy. Czas się wziąć poważnie za blogowe sprawki.

4 komentarze:

  1. Ten podkłąd Lirene już wycofany przynajmniej z Rossmann :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to i lepiej, bo wcale taki wspaniały nie jest :)

      Usuń
  2. ostatnio jak człek musiał się pokazywać niezupełnie saute, to se zakupił kobo (promocja była w naturze...) i o dziwo nie jest przepaskudny, a nawet całkiem teges. najjaśniejszym odcieniem dysponował produkt matujący. nawet nie uczulił. nakładam dziada pędzlem syntetycznym, bo naturalny se nie radzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami człowiek musi... Najlepsza rekomendacja - "nie jest przepaskudny" :D

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.