sobota, 1 października 2016

Pejzaż w powieki miękko wsiąka


"Światła września" mówią podobno, że dobre opowieści nie potrzebują zbyt wielu słów… Wrzesień sam w sobie mówi za siebie. Odcinki wakacyjne zostawię na później, pojawią się po ogarnięciu zdjęć, dokonaniu niewielu słów opisu. Budapeszt już skończyłam, reszta w toku.

Nie bądż mięczak:
Po pierwsze:
Niemal codziennie trafiam na opinie, które mnie obrażają. Lekceważą moje istnienie, korzenie, podważają fundamenty egzystencji. Mogłabym się obrazić. Wykrzyczeć swoje racje. Objaśnić kulturalnie nawet. Ale nie zawsze warto. Ostatnie słowo nie musi należeć do mnie. Bo i tak należy. Nawet, jeżeli go nie wysłowię. Szkoda gadać bez sensu, do kogoś, kto i tak nie usłyszy. Bo nie chce słyszeć. Nie ma sensu wszczynać jałowych kłótni. Czasami warto wzruszyć ramionami. Mam rację, która jest tak bardzo prawdziwa, że nie muszę jej udowadniać komuś, kogo to nie obchodzi. Ja wiem.
Po drugie:
Podstawowa sprawa. Komunikacja. Mam obsesję ostatnio, przekraczam normy i staram się zmieniać nawyki. Nie ma relacji bez komunikacji. Dlatego musi być jasność przekazu. Nie ma miejsca i czasu na domysły, na szkolne rozważania, co poeta miał na myśli. Mówić trzeba prosto z mostu. Kawę na ławę. Im bliżej siebie jesteśmy, tym bardziej. Swoje potrzeby i oczekiwania trzeba werbalizować. Pomyśl tak: jedziesz samochodem jako pasażer, musisz się odsikać. Kierowca tego nie zgadnie, nie zatrzyma się przypadkowo. Musisz mu powiedzieć. Przy okazji też określ - lejesz w przydrożne krzaki, czy wymagasz stacji benzynowej z namiastką toaletowej cywilizacji? To są ważne informacje. To są potrzeby i oczekiwania. Problem i wybrany sposób rozwiązania.
Są pasażerowie, którzy zapytają kierowcę:
- Nie musisz do wc?
Bo nie chcą narzucać się ze swoją potrzebą, próbują ją przerzucić na drugą osobę. To jest manipulacja. Kierowca jednak odpowiada:
- Nie. Ale dzięki za troskę. Miło mi, że myślisz o mnie i moich potrzebach, ale naprawdę nie musisz się martwić.
I lipa. Nie udało się. Więc taki pasażer wybiera inną opcję:
- Może zatrzymamy się na kawę?
Tak jakby zrobimy coś razem. Coś neutralnego. Mówienie, że mi ciśnie na pęcherzu jest nieeleganckie. To jest przykra, wstydliwa potrzeba. Bardzo ludzka, ale przecież głupio się przyznać do takiej słabości. Jeżeli zatrzymamy się na kawę, uda się wymknąć nonszalancko, odsikać niezauważalnie. Tak jakby to nie było niezbędne. Ot, przy okazji...
- Czemu nie? - Kierowca kiwa głową. - Na następnej stacji.
Ale mijacie ją bez postoju, bo kierowca się zamyślił, to nie było aż tak ważne.
- Ojej... - westchnie w zagapieniu. - Na następnej. Za 40 kilometrów.
I kiedy już dojedziecie, niemal cieknie ci po nogach, więc wystrzelasz jak z procy, lecisz do tego zasyfionego kibla, prawie dochodzi do katastrofy ekologicznej. Kierowca to zauważa.
- To czemu nie mówisz, że chce ci się siku?
Następnym razem nie idź okrężną drogą.

Kino:
Boska Florence.  Dużo łez. Najpierw skręcałam się ze śmiechu. Koniec mnie wzruszył. Dobrze, że oglądałam w kinie. Atmosfera sprzyja przyduszonym chichotom, co jeszcze potęguje element skręcenia. Genialna Meryl Streep, bardzo dobry Hugh Grant i zaskakująco dobry Simon Helberg (nie podejrzewałam go o wybitność, a jednak).
O tym, że warto dążyć. Miałam wyrzuty sumienia, że się śmiałam.
I jeszcze Przyjaźń czy kochanie?, na podstawie utworu Jane Austen. Romantyczna komedia z epoki, idealna na wieczór z dostojnymi przyjaciółkami.

Serial:
Wrzesień to seriale. Póki co Queen Sugar. Jeszcze nie wiem, czy się wciągnę, ale zaczęło się obiecująco. Muszę oglądać seriale, bo mam dużo rzeczy do wydziergania. Sweter, czapkę, mechatą kamizelkę mrozoodporną...

XXXIV Ogólnopolskie Dni Pszczelarza:
Lidzbark Warmiński. Cała impreza trwała od 2 do 4, ale ja byłam tylko przez kilka godzin 3 września. Może nie jest to wielce interesujące dla przeciętnego człowieka, ale wzbogaciłam się o przepiękne różowe rękawice i książkę o podstawach. To dobre zakończenie mojego pierwszego poważnego sezonu pszczelarskiego.


Starość:
Coraz bardziej wykańczają mnie długie trasy. Albo zmiana klimatu, czy wysokości, czy cokolwiek innego. Nie nadaję się do podróżowania, przemieszczanie się czyni mnie bezużyteczną. Wszystko ma swoją cenę. Czasami trzeba przecierpieć.

Dokonania kulinarne:
Zrobiłam ptysie z lidlowego przepisu książkowego.  Całkiem nieźle wyszły, nie spodziewałam się. Nie uformowałam ich jak należy, ale to nie jest najważniejsze. Liczy się wnętrze, nie powierzchowność...

Ikona mody:
Pod koniec miesiąca trafiłam na promocję w lumpku. Złotówka za sztukę. Tak jestem zadowolona z zakupów, że chyba ponowię próby zostania fashionistka blogową. Biorąc pod uwagę również plany udziergowe, będzie się czym chwalić. Dwa swetry już czekają na blogowy debiut.
Przeczytałam też list tygodnia w rossmańskiej prasie. I zadziwiłam się, że presja społeczeństwa odciąga od zakupów w szmateksie. Żyję w innym społeczeństwie, u mnie na prowincji jest presja, żeby kupić jak najtaniej. Bohaterką jest ta, która wyszpera unikalną sztukę w cenie kostki masła.







Piosenka dla września:
Poza szablozębnością, mam też wrażliwy, poetycki wymiar istnienia.


8 komentarzy:

  1. W moim mieście dzielę zakupoholiczki na dwie grupy. Pierwsze ubierają się w stolicy Dolnego Śląska ( galeria w Głogowie jest słaba, trochę lepsza jest ta w "Zagłębiu"), druga grupa kobiet okupuje stoiska bułgarskie i wrzaski "Wsićko za pięć zlotych". Trzeba by nagrać, jak kupują buty i torebki za 10 zł.
    Ja nie należę, ani do jednej, ani do drugiej grupy. Należę do dalekiej podgrupy tej pierwszej.
    A ptysia to sobie kupię w cukierni na dole. Narobiłaś mi ochoty na słodkie ciasteczko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie należę do zakupoholiczek. Lubię pasmanterie, sklepy meblowe i budowlane. Dwa ostatnie odwiedzam w miarę potrzeb, do pasmanterii zawsze mogę, o każdej porze dnia i nocy. :) Zakupy odzieżowo-obuwnicze są fajne od czasu do czasu. Potrafię przejść obojętnie :D
      Dzisiaj kupiłam bułkę z makiem. Do kawy pasuje nie mniej niż ptyś :)

      Usuń
  2. Ad. Po pierwsze i po drugie jednocześnie: chciałabym tak, ale nie mogę! Bo z jednej strony to bardzo słuszne, żeby nie gadać do kogoś, kto i tak nie usłyszy, ale z drugiej: im bardziej będziemy nie gadać, tym bardziej nas nie usłyszą. Choć wyczerpują mnie takie rozmowy, wpadam po nich w dołki, nie mogę spać i truję się myślami jeszcze wiele godzin po takiej konfrontacji, to nie mogę powiedzieć, że to tak zupełnie bez sensu. Mam swoje prawa. Ja to wiem, ale inni też muszą zrozumieć, bo inaczej przejadą obok kibla ze śmiechem stwierdzając, że na pewno aż tak bardzo mi się nie chce i jeszcze wytrzymam, bo ich prawo do jazdy bez przerwy jest ważniejsze od mojego prawa do sikania...

    Ptysia gratuluję, to dla mnie kulinarna wyższa szkoła jazdy:-)
    Zakupów ciuchowych nie lubię, ale jeśli już, to wolę te w galeriach, bo mniej mi się ręce męczą. Poza tym wygrzebanie okazji w SH uważam za unikalny talent, którego ja nie posiadam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ptyś był bardzo dobry. Cieszę się z tej umiejętności, ale nie za często, bo to jednak fanaberia.
      Warmia i Mazury to są kraje lumpeksowe, tutaj nie trzeba mieć dużych umiejętności, tu wszystko jest. Taki region. Tylko trzeba trafić - na dostawę, promocję... Ale lumpeks rośnie na lumpeksie, więc zawsze gdzieś się uda.

      Co do pierwszego - wszystko zależy od sytuacji. Nie jest tak, że ja swoich praw nie znam i jeszcze je lekceważę. Nie chce mi się tylko jałowo gadać z kimś, kto i tak nie ma wpływu, sensu, ani niczego wartościowego do zaoferowania. Tkwi w swojej wizji? Nie moja sprawa, fakty znam i tego się trzymam. Róbmy swoje, jak z Młynarskiego.
      Z drugiej strony - nie będzie mi nikt niczego wmawiał. Mam prawa, wywalczone dawno temu, moim obowiązkiem i przywilejem jest ich egzekwowanie. Źle znoszę, kiedy ktoś mnie usiłuje zastraszać w imię wyimaginowanych zasad.

      Jeżeli zaś chodzi o metaforę samochodowo-toaletową - to raczej dla ludzi w bliskiej relacji. Inspirowane nocną jazdą przez Słowację i kilkoma innymi zdarzeniami z wyprawy. Chcesz/potrzebujesz - powiedz. Ja na przykład nie potrafię czytać w myślach. Z całą moją empatią, z współczującą postawą - nie zawsze zgadnę, co jest ważne, co potrzebne dla drugiej osoby. I od siebie też wymagam werbalizowania. Jeżeli nie chcę o czymś rozmawiać, nie mogę mieć pretensji, że druga osoba nie zdaje sobie sprawy. A kiblowe sprawy, może dla niektórych śmieszne, ale też bywają śmiertelnie poważne.

      Usuń
    2. Też wymagam werbalizowania. Złości mnie, gdy ktoś ma do mnie pretensje, bo czegoś się nie domyśliłam. Ale sama też wciąż się tego uczę, bo ze wstydem przyznaję, że i mnie zdarzają się irytacje tym spowodowane...

      Usuń
    3. Też się tego uczę, nie jestem ekspertem. Ale odkąd zwracam uwagę i zmuszam siebie, zauważam jak bardzo często powiedzenie czegoś wprost jest pomijane, zastępowane jakimś tajnym dawaniem znaków i mówieniem bardzo dookoła.

      Usuń
  3. "Muszę oglądać seriale, bo mam dużo rzeczy do wydziergania."
    identyfikuję się!
    W stolicy lumpeksy droższe od sieciówek, ale jadę do grajdołka po 10 ;-) mam nadzieję wrócić z jakimś łupem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Seriale są ważne, jeżeli chodzi o dzierganie. Siła napędowa :)
      Warszawskie lumpeksy faktycznie są beznadziejne, na Rembertowie jest kilka miejsc ciekawych, ale to skraj świata. Reszty dawno już nie zwiedzałam. Ja mieszkam w zagłębiu szmateksowym, dlatego nie mogę się z mojej prowincji wyłuskać.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.