czwartek, 6 października 2016

Budapeszt


Zdecydowanie za dużo zdjęć. Ale to duże miasto. To trzy miasta. Buda i Óbuda, a do tego Peszt. A wszystko to nad pięknym, modrym Dunajem. Nie tam jakaś prowincja.

Kilka słów wstępu. To była wyprawa wakacyjna bez męskiego udziału, tri nevjeste, me and my girls przez dwa tygodnie. Bez obcych, bez Krzysztofów i bez różnych niepotrzebnych korelacji. Jak w piosence Spice Girls. Nie wynikły większe problemy, bo grunt to umiejętność dobierania sobie przyjaciół.

Budapeszt najładniejszy jest nocą. Taki wniosek został wyciągnięty. Bezdomni śpiący na ulicach zostali zauważeni tylko w Peszcie. W Budzie chodzą spać później.
Zaraz po przyjeździe natknęłyśmy się na spory tłum maratończyków. Turystów też są tłumy. Budapeszt żyje na wielu płaszczyznach, w wielu warstwach. Ludzie są różniejsi niż na mojej prowincji. To fakt.
Język jest okrutny. W normalnych przypadkach nie mam problemu ze zwrotami podstawowymi (dziękuję, dzień dobry, tak, nie...), w tym przypadku odpuściłam sobie. Angielski jest przydatny. Słowa są długie, niezrozumiałe i trudne do wypowiedzenia. Dla ludzi lubiących adrenalinę polecam bary przeznaczone dla autochtonów, z menu w języku rdzennym, z obsługą wytrzeszczającą oczy, z jednym słowem zrozumiałym - madam. Bardziej się człowiek spoci niż na siłowni.





Budapeszt to piękne miasto. Znanym obiektem, wręcz zabytkiem kultury i monumentem historii, jest Parlament. W dzień, w nocy, w Peszcie lub widziany z drugiego brzegu rzeki. Przepiękności. Zdjęcia nocne nie są moją specjalnością, sprzętu odpowiedniego również nie posiadam. I żałowałam. Ale z drugiej strony - czasami trzeba oko nasycić, bez presji fotograficznej, że muszę mieć na pamiątkę. Będę łykać magnez i postaram się w pamięci uchować ten fantastyczny widok.

Dziwne są pieniądze. Obracałam tysiącami, które nie są warte tyle, ile by się zdawało. Trudno mi było przeliczać i podsumowywać wydatki. 1HUF to około 0,014PLN, czyli 1 złoty daje bogactwo ponad 71 forintów. Nie jestem jednak pamiątkową zakupoholiczką. Nabyłam dla siebie magnes na lodówkę. I tutaj pojawia się temat miejsca zakupów. Można w Budapeszcie kupić wszystko wszędzie, ale bardzo interesującym miejscem jest Wielka Hala Targowa, czyli Központi Vásárcsarnok, jeżeli ktoś ma odwagę to powiedzieć. Jest tam wszystko. Pamiątki, owoce i warzywa, przyprawy, węgierskie specjality, które można zjeść na miejscu. Całość znajduje się w budynku historycznie zachwycającym, oddanym do użytku w 1897 roku, którego istnienia nawet zniszczenia wojenne nie podważyły. Odnowiony w latach 90. XX wieku, prezentuje się nadzwyczaj okazale. Otwarty przez 6 dni tygodnia (bez niedzieli). Na podziwianie i zakupy warto poświęcić przynajmniej godzinę. Lepiej jednak dwie.

Dobrze wykalkulowałyśmy pobyt w Budapeszcie, bo weekend zapewnia bezpłatny parking (do 8:00-8:30 rano w poniedziałek, zależy od miejsca i obowiązujących w nim zasad). Do większości miejsc dotarłyśmy pieszo (nocleg na ulicy Victora Hugo, więc odległości do zniesienia), w poniedziałek rano spakowałyśmy się, zwiedziłyśmy wspomniany wyżej przybytek handlu, do tego Most Wolności i rzut okiem na Wzgórze Gellerta. Kim był Gellert? Tak naprawdę dowiedziałam się dopiero teraz. Rozczarował mnie fakt, że nawet nie był Węgrem.





Most Małgorzaty prowadzący na Wyspę Małgorzaty.


W centralnym punkcie zdjęcia - Wielka Hala Targowa, od strony Mostu Wolności.

Most Wolności.



Most Małgorzaty.


Most Łańcuchowy.


Jest w tym mieście jeszcze wiele miejsc, które chciałabym zobaczyć. Ale w ciągu 24 godzin nie było okazji. Pierwsza wizyta to misja rozpoznawcza. Może jeszcze kiedyś uda się tam zatrzymać. Może obejdzie się bez HUFofoblii, może sił starczy na dłuższy spacer...
I kat się kończy pierwszy odcinek relacji z wyprawy. Najmniej przygodowy, ale chyba najbardziej widowiskowy, jeżeli chodzi o ludzką ręką zbudowane krajobrazy.

8 komentarzy:

  1. Zrozumiałam "Szuper Diszkont" :)
    Do Budapesztu jest dość blisko od moich rodziców, więc wybieram się tam co roku, może kiedyś w końcu się uda :)
    Kupowanie w tysiącach wymaga chyba małej zmiany nastawienia. To tak, gdy ja, w pierwszych dniach mojego życia w Niemczech byłam zaskoczona, jak wszystko jest tańsze. Cztery razy, w porównaniu do Polski ;)
    Z tymi bezdomnymi przypomniał mi się Paryż, tam kawałeczek od centrum wieczorami można się zabić o bezdomnych. Nie tylko śpią w bramach, czy wnękach ale potrafią na środku chodnika. Najlepsze było jednak to, gdy pod Wieżą Eifla czekaliśmy na nocne metro do hotelu (wszak tą wieżę warto też zobaczyć nocą) zaczął jeden z bezdomnych tam mieszkający bezbłędnym angielskim nam tłumaczyć, że metra francuskie już o tej porze nie jeżdżą :) Cóż :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenia! Bo naprawdę warto się tam wybrać :)
      W sumie w ciągu dwóch tygodni musiałam myśleć w 4 obcych walutach i właśnie węgierskie tysiące były najtrudniejsze do przyswojenia. Wszystko taaaaakie drogie :D
      Twoja paryska przygoda warta jest zapamiętania. :)

      Usuń
  2. ooo, miejsce marzeń podróżnych. się człek kochał w jednym pięknym Węgrze, to się czytać naumiał, rozumieć mniej (mam za to z tamtych słodkich czasów podręcznik do nauki języka oraz słownik i rozmówki - jakbyś chciała, to tanio odsprzedam ;-) bo teraz mam fetysz na Japończyków i teges... inne już narzecza mję zajmują).
    Foty obłędne! I psiesek! o jaki cudny psiesek!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam aż takich ambicji lingwistycznych. Dzięki za propozycję, ale wybieram jednak życie w niewiedzy. Mówi się, że polski to trudny język, ale jest więcej słowiańskich punktów odniesienia. Skąd się wziął węgierski? Niczego ani trochę nie przypomina.
      Dzięki :)

      Usuń
  3. W Budapeszcie nie byłam, zawsze gdzieś obok podążaliśmy, ale przygody na terenie Węgier nas nie omijały(zepsute auto, czekanie dwa dni na dostawę części, dogadywanie się z Węgrem dealerem w tej sprawie...) Kontakt z językiem wegierskim rozłożył nas na łopatki Chociaż nie pierwszy to kontakt. Miałam w młodości przygodę z chłopakami z Węgier (ha, jak to brzmi :D). Gadaliśmy po rosyjsku. To były jeszcze lata 80, a my z pokolenia, które uczyło się ruskiego od podstawówki. Co sobie niezmiernię chwalę teraz, odwiedzajac kraje byłego bloku sowieckiego. Świetne zdjęcia nocą. Miasta zawsze noca wyglądają korzystniej. Przeważnie docieramy nocą do różnych(np do Belgradu), jest zachwyt...a rano wielkie zdziwko :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że w moim przypadku obyło się bez tak ekstremalnych przygód :D
      Też się uczyłam rosyjskiego w szkole, może nie tak długo, ale na tyle intensywnie, że mogę podsłuchwiać przewodników wycieczek. Mówię na poziomie "приятно познакомиться".

      Usuń
  4. A na wyspie Małgorzaty można było skontuzjowane kolanko poleczyć...
    Dziękuję za relację z podróży, dla mnie to wycieczka sentymentalna.Byłam tam kiedyś - no i może na emeryturze się wybiorę :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma czasu na leczenie, trzeba zwiedzać ;)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.