poniedziałek, 26 września 2016

No makeup to nie żaden challenge


Początkowo chciałam temat poruszyć w comiesięcznym podsumowaniu, ale pojawił się już poprzednim razem. W zalążku. Teraz będzie rozwinięcie.

Napisałam, że chyba zrezygnuję z makijażu. To dobry czas, Alicia Keys dała przykład, różni ludzie zauważają zalety. W moim przypadku nie ma podtekstu o uwolnieniu i nieukrywaniu. Pomyślałam tylko, że malowanie się nie jest koniecznością. I pojechałam na wakacje.

Pojechałam w dresach i bez maskary na rzęsach. Kto normalny ryzykowałby rozmazanie po całej nocy jazdy do kraju za górami, za lasami? Nie ja. Wolę już wyglądać jak zwyczajna ja, niż jak miś panda i szop pracz. Uczesałam się wygodnie, żeby nie potargać cennych włosów i o 10 rano w Budapeszcie nikt nie patrzył na mnie ze zdziwieniem. Właściwie nikt nie patrzył jakoś szczególnie. To są rzeczy, których się nie zauważa. Nikogo nie obchodzi.
Zanim nadeszła godzina zameldowania w noclegowni, minęło kilka godzin. Udało nam się zobaczyć Parlament i kilka innych zabytkowych ciekawostek oraz pomników. O tym będzie obszerniej w odpowiednim czasie.
Następnego dnia przeczesałam brwi. Nie chciało mi się rozgrzebywać walizki w poszukiwaniu kosmetyczki z kolorami. W Budapeszcie spędziłam 24 godziny. Nad Balatonem nie musiałam wyglądać, bo chodziło głównie o plażę.
Jazda na kraniec Chorwacji też nie sprzyjała podkreślaniu urody.
I przeżyłam.
I łatwiej było płakać. Ze śmiechu. Od słonecznych promieni południa. Z żalu i tęsknoty, zagubienia i znalezienia. Moc wzruszeń.

Na chorwackiej plaży skupiałam się na łapaniu słońca w bladą skórę, tropieniu żyjątek morskich i nieutonięciu. Nie czas na makijaże. Chociaż dwa lata temu stosowałam krem BB. W tym roku wypadło mi z priorytetów. Takie śmieszne, pomyślałam sobie, żebym ja, stara baba, miała się przejmować, jak mnie ludzie odbierają, jak widzą. Prawda jest taka, że nie patrzą. Są zajęci swoim życiem. I nie jestem stara baba, poprawiłam siebie, ale dostojna lady. Z tym makijażem jest jak z beach body. Że musisz w 30 dni osiągnąć płaski brzuch, musisz mieć zarys mięśni i brak zarysów tkanki tłuszczowej. A co ja jestem? Dostojna lady, przypomniałam sobie. Żebym się miała katować i rzucać w reżim jedzenia wyłącznie kaszy jaglanej? To nie ja. Kolejny razy wypłynęła na powierzchnię kwestia priorytetów. Nigdy nie będę zwiewną nimfą. Pogodziłam się z tą myślą już dawno temu. I pogodziłam się z tym, że oczy całego świata nie są skierowane na mnie. Mania prześladowcza? Nie ze mną te numery. Obchodzę naprawdę niewiele osób, a one nie skupiają się na tym, jak wyglądam, tylko jakim jestem człowiekiem w całokształcie istnienia.

Pod koniec zaczęłam tęsknić za niebieskim, metalicznym eyelinerem. Nie na tyle, żeby się przełamać. Wyprawa do Hercegowiny przypadła w dzień upału. Dla dobrego samopoczucia pomazałam się korektorem. Żeby mieć oko wypoczęte, skórę równomierną. I niepotrzebnie, bo wyglądałam jak ktoś, kto potrafi robić zdjęcia samsungowymi smartfonami. Obcy ludzie werbowali do robienia zdjęć. A gdybym wyglądała odstraszająco, nikt by nie zwrócił uwagi.

Przez dwa tygodnie moja skóra odpoczęła. Cera się wygładziła, nabrała pewności siebie. Czy powrót to również powrót do makijażu? Oczywiście. Bo lubię. Może częściej będę robiła przerwy, może mniej fanatycznie będę podchodzić do każdego wyjścia z domu. Chociaż ostatnie lato przyniosło mi oświecenie i już od jakiegoś czasu się nie emocjonuję. Po części za sprawą mojego ulubionego siedmiolatka.
- Po co musisz być aż taka ładna? - zapytał, kiedy zobaczył, ile trwa malowanie mojej powierzchni twarzowej. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie wiem. Lubię być aż taka ładna, ale może nie trzeba codziennie?


Prawdziwym wyzwaniem jest dla mnie selfie. Nie potrafię, nie lubię, nie podoba mi się. I długodystansowe jazdy. To też wyzwanie. We are the champions, bo górskie drogi, słowackie stacje benzynowe, różnego rodzaju wertepy, gubienie wątków, pokonane zostały bez zadraśnięcia. I o tym wszystkim będzie opowieść w odcinkach. Zaraz po podsumowaniu września.

12 komentarzy:

  1. W robocie muszę "wyglądać", zatem podkładem się szpachluję, ale poza tym, to nie. Pora zimowa sprzyja nakładaniu warstw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pora zimowa sprzyja znacznie bardziej :)

      Usuń
  2. Na urlopie i często w weekendy - nie maluję się. Z lenistwa (znaczy: malować się lubię, ale zmywać już nie). Choć nie lubię siebie bez makijażu. Moja twarz bez makijażu wydaje się nie moja. Jest czerwona, bo mam problem z naczynkami, a to mnie krępuje. Nie przeszkadza mi, gdy obcy widzą mnie w stanie surowym, ale ze swoimi jest inaczej. Bo oni są przyzwyczajeni do mojej twarzy umalowanej, bo jednak twarz umalowana, to jest zupełnie inna twarz...
    Selfie wciaż się uczę. Z minami i bez. Pod słońce i w cieniu. W różnych pozycjach suwaka od "poziomu piękna"... A i tak mi się nie podoba. Tym bardziej, że ja wciąż nie do końca czuję się pogodzona ze swoją powierzchownością. Z wewnętrzem poszło mi dużo łatwiej;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pomyślałam o tym, ale też nie lubię zmywać. :) Długo wydawało mi się, że moje oczy są za małe, ale z drugiej strony to dziedzictwo po przodkach, więc nie będę z nimi toczyć wojny. Cera naczynkowa to zdecydowanie poważniejszy problem.
      W moim przypadku selfie wydaje się zmarnowanym potencjałem, bo tyle jest ciekawych obiektów, którym można zrobić zdjęcie, a moja własna twarz nie jest taka interesująca.
      Na szczęście wnętrze jest ważniejsze. Lepiej z nim się pogodzić niż z wyglądem.

      Usuń
  3. Bardzo ładnie wyglądasz w wersji saute.
    Kiedyś nie wyszłabym po ziemniaki bez makijażu, dziś mi to wisi :) Taka postawa chyba przychodzi z wiekiem, przepraszam, z dostojnością. Szkoda czasu. Można dla faceta, ale oni i tak nie widzą różnicy, więc jak nie widać różnicy, itd. Mój na przykład nie widzi, mimo sporej pigmentacji jaką mam na twarzy. Dowód: 2 godziny robiłam makeup no makeup, a ten - "po co się malujesz, przecież bez tego też ładnie wyglądasz, o, jak teraz", powiedział gdy miałam makeup. No więc maluję się tylko do selfików i wielkie wyjścia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Myślę, że warto dla siebie samej. Nikt bardziej nie zauważy zmiany. :) Na wielkie wyjścia poświęcam nawet sporo czasu, ale codzienność nie wymaga chyba aż takiego starania. Od powrotu jeszcze się nie malowałam w pełni (jakieś tam małe poprawki i korektory, ale nie chce mi się za bardzo). Daję sobie jeszcze czas.

      Usuń
  4. Dobry, przydatny tekst. Moim zdaniem nie do końca chodzi o innych. Bo prawda jest taka, że jak patrzymy na kogoś obcego to przyjmujemy go, że taki jest, a nie, że "o chyba się dzisiaj nie pomalowała". Przecież nikt nie wie, jak zazwyczaj wyglądamy, gdy nas poznaje, jest tylko to i teraz, pierwsze spojrzenie i wrażenie. I chyba ta potrzeba makijażu jest po to, że jak się czujemy ładne to i inni nas powinni tak odbierać. Gdy uważamy, że wyglądamy, jak gorsza wersja siebie to na pewno każdy pomyśli o nas, jakie jesteśmy brzydkie. Trochę się chyba zamotałam, ale liczę, że wiesz, o co mi chodzi. Niby można pracować na tym, żeby się nie przejmować, jak inni nas odbierają, ale to w sumie jedna z naszych bazowych cech i w sumie podoba mi się, że ludzie o siebie jako tako dbają, bo chcą być dobrze odbierani. Nie piję teraz do ciebie, że powinnaś nosić ten makijaż, bo to akurat jest pikuś, ale ogólne ogarnięcie się przed wyjściem (na miasto, do pracy - nie mówię o całonocnych wycieczkach na kraniec świata) byłoby miłe dla oka otoczenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa perspektywa, warte refleksji przemyślenia :) Dzięki :)
      Myślę, że często same dla siebie jesteśmy tymi "innymi". Makijaż może podeprzeć pewność siebie, a to już ma wpływ na to, jak się człowiek porusza w czasoprzestrzeni, na wrażenie, które wywiera na innych. Potrzeba akceptacji zajmuje ważne miejsce, ale też nie można od poziomu "wchłonięcia w społeczeństwo" uzależniać poczucia własnej wartości. Też się właśnie zamotałam :D
      Jeszcze będę myśleć nad tym, co napisałaś. Okazuje się, że to temat nie do wyczerpania :)

      Usuń
    2. Ciekawe jest to, że jak się sobie podobam w lustrze to w świat idę pewnym krokiem, że fajnie wyglądam. Jak nie mogę na siebie patrzeć to idę z nadzieją, że nikt mnie nie zauważy. A przecież raz, że ludziom to jest totalnie obojętne bo nawet nie zapamiętają twojej twarzy (ale to, że się miło uśmiechnęłaś już prędzej) a dwa, może właśnie twoja ulubiona wersja siebie u większości wzbudzi zdziwienie, a twoje wg ciebie zwykłe "ja" zbierze najwięcej uznania. Wychodzi na to, że wszystko jest w naszej głowie i w zasadzie świat (czy otoczenie) możemy w jakiś sposób zmieniać poprzez prostą zmianę postrzegania jego i... siebie :)

      Usuń
    3. Niedawno, podczas rozmowy na ten temat, usłyszałam opinię, że bez makijażu czuje się większą potrzebę polegania na innych zaletach, żeby zrobić dobre wrażenie. Nie do końca się z tym zgodzę, bo jednak nie uważam, że ludzie zawsze polegają tylko na swoim wyglądzie.
      Masz rację, że uśmiech, gest zapamięta się bardziej, niż szczegółowy wygląd spotkanej osoby. :)

      Usuń
    4. Ja to bym się nie potrafiła na niczym innym skupić podczas rozmowy, tylko myślałabym, czy ktoś widzi moje niedoskonałości na twarzy *hehe* Wypadłabym sto razy słabiej, niż jakbym zrobiła sobie "twarz" i będąc pewną, że wszystko jest ok mogła się skupić na sednie rozmowy :)

      Usuń
    5. Może moje podejście wynika z tego, że mistrzynią makijażu nie jestem. Czasami odwrotnie się zastanawiam - czy wszystko jest ok, czy zrobiłam twarz odpowiednio i bezszwowo, czy ktoś nie zauważy, że kreski niesymetryczne... :D

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.