czwartek, 18 lutego 2016

Nie takie ważne


Nie jest to dokładnie to, o co chodziło. Jednak czuję satysfakcję. Nie muszę więcej piec. Martha Stewart odrzuciłaby taki brak perfekcjonizmu. Ale to przecież tylko monkey bread.

"Udało się" za drugim podejściem. Trochę zaimprowizowałam wokół przepisu. Trudno powiedzieć, jak dokładnie. Robiłam z jednym okiem zamkniętym. Kierowałam się wskazaniami Marthy. Byłam cierpliwa. Nie wsypałam aż tyle cukru, ile "powinnam". Nie lubię słodkiego. Nie słodzę kawy, jem gorzką czekoladę. Ograniczony cukier stworzył jednak ładną, iskrzącą powłokę na powierzchni ciasta. Było ładne, całkiem smaczne, ale nie aż tak, żeby robić je po raz kolejny. Czasami wydaje się, że coś jest wielkim odkryciem, a później okazuje się, że wcale nie.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Pozostałości



Nie lubię spraw niedokończonych, nie lubię pałętających się resztek, odpadków, końcówek. Lubię formę zamkniętą, zataczającą koło. Skończoną. Dlatego marnotrawię resztki włóczkowe na malutkie ubranka dla Little Joan. Przy okazji narodził się w mojej głowie pomysł. Ale planowanie nie jest gwarancją niczego. Technologiczne otępienie trwa w najlepsze, a ja nie mam cierpliwości, żeby z tym walczyć. Trzeba się pogodzić z utrudnieniami.

Lubię światło i cień, ale zdaję sobie sprawę z tego, że niektórych może irytować taka estetyka. Trudno... Nie jest mi przykro, wybaczam. Chciałam też osiągnąć jakiś dynamiczny wymiar. Nie jestem do końca zadowolona, ale zbliżam się.





wtorek, 9 lutego 2016

Von und zu


Nie jest łatwo być księżniczką. Tak myślę. Dlatego nie jestem. Uff... Gdybym jednak była, każdego dnia stroiłabym się w korony, kokoszniki, diademy i inne precjoza. Trzeba umieć czerpać profity z przywileju.

Przepis zaczerpnięty. Bardzo prosty, z filmem instruktażowym. Przeliczyłam na pojedynczy wierzchołek (18 oczek) i dziergałam w zależności od wielkości głowy (7-10 wierzchołków). Posługiwałam się drutami o wielkości 3,5 (prawdopodobnie z całą pewnością) oraz włóczką prezentowaną w podsumowaniu stycznia. Wykonanie jednej korony zajmuje 1-2h, zależy od ciekawości oglądanego serialu/filmu.

Z powodu awarii sprzętowej mam wielce utrudnione życie. W tym tygodniu, albo w następnym, powinno jednak wrócić do normy. Podczas kryzysu technologicznego odkryłam, że aparatura przenośna typu tablet jest bardziej irytująca, niż nieświadomy użytkownik śmiał spodziewać. Albo ja nie potrafię, co też jest możliwe. Postanowiłam jednak nie wyrzekać się publikowania dokonań. W zwolnionym tempie, ale mimo wszystko.



Aż mi przyszła do głowy piosenka "Princess of China", w której ogromną rolę odgrywa uuuUUuuuUUuuUuuuUu odśpiewane przez Rihannę.

poniedziałek, 1 lutego 2016

I'm happy to say I had better to do

Obiektyw po upadku na glebę.

Realizacja przygód:
1/16

Rodzina:
Normalnie temat osobistej rodziny jest dla mnie nieblogowy, ale odkrycie historyczne pokazało, że mój pradziadek miał siostrę bliźniaczkę. To jest ciekawostka. Bardzo ciekawa ciekawostka. Dla mojej osobistej rodziny...

Dobra materialne:
Nie chodź, dziewczyno, do pasmanterii... To był miesiąc udanych włóczkowych zakupów. Do tego dwie pary drutów - 9 i 12. Nowa jakość dziergania.
Wyszukałam też kilka niekonkretnych sztuk odzieży w lumpku. Starobabski sweter w pastelowych kolorach (pasuje do kolczyków i nowego kalendarza) i bluzkę na grube dziecko, w którą postanowiłam się wcisnąć moim dorosłym tłowiem. Kto powiedział, że trzeba słuchać metek?

Książka:
Margareta Strömstedt, "Astrid Lindgren".
Czasem trzeba przeczytać coś optymistycznego. Ciekawa biografia ciekawego człowieka. Napisana przystępnie, poruszająca różne etapy życia, ale w dużej mierze skoncentrowana na dzieciństwie pisarki. Wyjaśniająca fundament - skąd u Astrid taki dar opowiadania, skąd tyle pomysłów, epizodów, skąd bogactwo charakterów.
Książka o tym, jak silne potrafią być kobiety.

Film:
Wrażenie negatywne. Płaszczyzna wypełniona pustką, złomowisko tandety i inne niezadowolone myśli, których pannie z dobrego domu nie wypada werbalizować. No, żem szmirę oglądnęła. Tytuł "Ugotowany" zmieniłabym na "Licencja na chamstwo".  Pełnowymiarowe rozczarowanie. Fabuła opiera się na mitach, że Bradley Cooper jest przystojny, a płeć słabą osłabia słabość do buntowników z mroczną przeszłością. Wyjaśniam - przystojny jest Moritz Bleibtreu (na swój sposób, nie na 100%). A kobiety wolą diamenty. I to nie w kontekście materialistycznym (chociaż w tym też nie ma 100%).  Zajaśniał jeszcze trzeci mit: geniusz to jest taki człowiek, w którym klepka wybitności i talentu zastępuje klepkę umiejętności przestrzegania zasad kulturalnego współistnienia w społeczeństwie. Rozumiem, że czasem coś może trafić człowieka poczciwego, ale żeby się zaraz szarpać, wyzywać i rzygać nieuzasadnionym ogniem z wiadomej części ciała? Na to są tabletki. Osobiście unikam ludzi ze sztucznym dramatem wpisanym w życiorys. Pan Bóg dał rozum i aparat mowy po to, żeby każdy mógł wysłowić zagadnienie, a ludziom żyło się lepiej.
Nie wyobrażam sobie, żeby genialna Maria Skłodowska-Curie wyzywała swoich współpracowników tylko dlatego, że była od nich wybitniejsza i błyskotliwsza. Albo Tony Bennett. Czy Wisława Szymborska patrzyła z góry na innych poetów, bo to ONA dostała Nobla? Więc wypad z księgarni, Hartwig i Bryll! Zabierajta swoje rymowanki! Co? Nie ma rymów? Cieniasy... Bez rymów to dla zaawansowanych, a nie takich gnomów podliterackich...
Geniusz nie musi być elementem aspołecznym. I, jako człowiek o psychice tygrysa szablozębnego, muszę przyznać, że męczy mnie tłumaczenie chamstwa filmowych bohaterów trudnym dzieciństwem. Nie.




Kosmetyki:
Nie mam nastroju, pieniędzy i czasu, żeby szukać dobrego kremu do twarzy. Mróz-niemróz to nieprzyjazna pogoda. Poza tym suchość, wszystkie czynniki niesprzyjające. Tradycyjnie zaopatrzyłam się w dziecięcą Ziajkę (jako krem na noc i w chwilach ekstremalnych nawet w ciągu dnia). Jeżeli jest na sali ktoś z lepszym pomysłem, chętnie przeczytam.
Pierwszy raz w życiu użyłam algowej maski. Śmierdzi jeziornym błotem, straszy zieleniną, ale po zdjęciu żabiej maski człowiek zamienia się w księżniczkę. Moje algi to mieszanka 3 gatunków (spirulina platensis, ascophyllum nodosum, laminaria digitata), sproszkowana. Mieszałam z wodą różaną (jak każdą inną maskę).
Ciekawostka:
Algi to elegancka nazwa glonów.

Moc i niemoc:
Jestem podwórkowym filozofem z urodzenia, zamiłowania i talentu. Im więcej mam lat, tym bardziej staje się to nieznośne (dla otoczenia, bo mnie za każdym razem bardziej nie obchodzi reakcja nagromadzonych tłumów). Coraz częściej zwracam uwagę, kiedy słyszę zakazy:
- Nie możesz tego zrobić. Nie można.
Jeżeli istnieje fizyczna możliwość, jeżeli coś da się zrobić, jest wykonalne, to można to zrobić. Argumentem byłoby w tym momencie:
- Prawo nie pozwala. Nie godzi się.
Przykład: kobiety w Arabii Saudyjskiej nie mogą prowadzić samochodów. Moim zdaniem mogą, są do tego zdolne. To jest możliwe. Inna sprawa, że prawo stoi im na przeszkodzie. Inny przykład: Nie można ukraść staruszce pieniędzy. Można. Otumanić ją gazem obezwładniającym, wyrwać torebkę, i tak dalej. To da się zrobić. Ale czy jest słuszne? Nie. Można, owszem, ale to nie znaczy, że należy tak robić.

Akcesoria:
Od specjalnego korespondenta z Rzymu dostałam naszyjnik w postaci uśmiechniętego dziewczęcia i klucza do najwyższego oświecenia. Tak bardzo w moim charakterze... Pokażę w przyszłości, gdy będę lansować wydziergany własnoręcznie sweter.

Próbuję w życiu różnych specjalit, ale fenomenu kawioru nie potrafię zrozumieć.

Starobabski sweter, kolczyki, bluzka na grube dziecko i kalendarz o perłowej powłoce..




Mazurski chłop zawsze znajdzie objazd, nawet wśród ogólnego zasypania.



Piosenka dla stycznia:
I niewzruszona pewność, że to dobry wybór.