środa, 16 grudnia 2015

Homo kristallum


Namalowałam samoportret. Nie auto, bo to raczej coś z serii DIY. Patrzenie w lusterko nie jest moją mocną stroną. Patrzę na jedno oko, później na drugie, aż w końcu maluję siebie zezowatą. I wściekle jakoś. Chyba nie potrafię na siebie patrzeć. Perspektywa zamiast prosto i jasno, skrzywiła się od garbienia nad małym zwierciadełkiem. W rzeczywistości moja twarz jest mniej okrągła. Tak myślę.

Namalowałam czterema kolorami. Biały, złoty, wściekły róż i granatowy. Przełamałam swoje bariery. Jest to bardziej ćwiczenie stylistyczne niż coś konkretnego. Akryl, 40/40.

Nie mam idealnego światła, a naturalne zawodzi. Ilustracja już zawisła, w ciemnym kącie, więc jest jak jest. Może to wyglądać jak świadectwo samouwielbienia, ale namalowałam dla siebie. I specjalnie nie rzuciłam twarzy w całkowite centrum. Dużo rzeczy zrobiłam specjalnie. Bo tak.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Poskręcane pączki


Dieta dietą, czasami trzeba sobie pozwolić na coś innego. Moje życie nie jest smutne pod względem spożywczym. Ale dla urozmaicenia postanowiłam zrobić zakręcone koreańskie pączki. Przepis nie jest skomplikowany, potrzeba do niego jedynie cierpliwości.

Składniki:
  • 750 ml mąki uniwersalnej + 2 łyżki do posypania blatu roboczego;
  • 2 łyżki masła;
  • 7 g drożdży instant;
  • 2 łyżki cukru (ja użyłam trzcinowego jasnego) + 3 łyżki cukru do posypania (zrobiłam inaczej niż przepis podaje, ale o tym niżej, przy cynamonie);
  • 250 ml mleka;
  • 1 jajko;
  • 1/2 łyżeczki soli;
  • olej do smażenia (przepis podaje kukurydziany, ale kto by się przejmował?);
  • 1/2 łyżeczki cynamonu w proszku; ja zrobiłam inaczej - mam mieszankę cynamon + cukier puder + wanilia, normalnie wyprodukowana do gofrów, ale przydaje się do wszystkich przekąsek tego typu (proporcji nie ma, na tak zwane oko).

Proces tworzenia:
  1. Masło rozpuściłam w niewielkim garnku. Zdjęłam z ognia, dodałam mleko, jajko, wymieszałam. Cukier, drożdże, wymieszałam. Sól na końcu. Odstawiłam na 5 minut. W tym czasie drożdże zaczęły się rozwijać.
  2. Przelałam do większej miski, dodałam mąkę (stopniowo), ugniotłam gładkie, elastyczne ciasto. Nie zrobiła się twarda kula, wszystko pozostawało w formie lekko rozchodzącej się. Miskę przykryłam (folią, szczelnie). Odstawiłam do wyrośnięcia na 1h i ok. 20 minut. Mniej więcej.
  3. Ciasto podwoiło objętość. Wymieszałam jeszcze raz. Odstawiłam na 30 minut. Oczywiście pod folią. Wyrosło do poprzedniego rozmiaru.
  4. Podzieliłam ciasto na 32 kawałki (przepis mówi o 16, ale ja lubię w miniaturze...), zaplotłam pączki (przepisowy film dobrze tłumaczy technikę). Zostawiłam do wyrośnięcia. Po 20-30 minutach przewróciłam pączki, żeby nie były płaskie, ale żeby ze wszystkich stron właściwie wyrosły. Zostawiłam je na 10 minut. Mogłam im dać 15, ale cierpliwość powoli mi się kończyła.
  5. Rozgrzałam tłuszcz. Jak do pączków. Smażyłam każdą rundę po ok. 5 minut.
  6. Usmażone pączki wrzucałam do papierowej torebki, w której znajdowała się mieszanka cynamonowo-cukrowo-waniliowa i bełtałam.
  7. Najlepiej smakują na ciepło.
Może nie osiągnęłam idealnej formy, ale to dopiero pierwsza próba. Następnym razem będzie ładniej. I może pozwolę im rosnąć do oporu.



sobota, 5 grudnia 2015

Komplikacje w torebce


Nie chciałam nagłaśniać sprawy. To naprawdę nie jest nic ważnego. Ale temat okazał się wydarzeniem o tyle lifesyle'owym, że nie dało się go ominąć. Bo może jednak to interesująca kwestia? (Nie, wcale.)

Od lat (albo od zawsze, trudno powiedzieć, nie pamiętam życia przed) noszę piórnik/kosmetyczkę w torebce. Przy częstotliwości zmieniania torebek, którą praktykuję, taka organizacja najpotrzebniejszych przedmiotów jest naprawdę wartościowym rozwiązaniem. Zdarza mi się w ciągu dnia używać jednej torebki, wieczorem przeprowadzam się do drugiej, a rano następnego dnia najbardziej pasuje trzecia. Noszę ze sobą pół domu, więc przenoszenie wszystkiego pojedynczo byłoby procesem skomplikowanym. Nie mam koncentracji do takich misji.
Mój dotychczasowy piórnik przeterminował się. Był złoty i błyszczący, ale wytarł się, zamek zaczął szwankować. Nie wyglądało to dobrze. Zamiast wziąć się w garść, zajęłam się marudzeniem. Że muszę uszyć, że wymienić, że czas na zmiany... Do akcji wkroczyła Pani Matka. Podarowała mi przepiękny, błękitny, infantylny, cukierkowy, lśniący. A co najważniejsze - pojemny. Idealny!
Przed złotym posługiwałam się piórnikiem pluszowym z mordą buldoga. W życiorys mam wpisane nietutejsze kreacje. Dlaczego? Dużo łatwiej jest coś takiego znaleźć w przepastnej czeluści gigantycznej torebki jednokomorowej (takie zazwyczaj noszę).


Zawartość.

Co znajduje się w moim piórniku?
  • Długopisy, przede wszystkim. Do tego zakreślacz. Często się przydaje.
  • Bibułki matujące, żebym na twarzy nie wyglądała jak córka króla smalcu.
  • Chusteczki higieniczne, które są dobrem z wszech miar uniwersalnym.
  • Chusteczki odświeżające - nie zawsze mam możliwość umyć ręce, kiedy bym chciała.
  • Krem do rąk, szczególnie zimą. Ochrona organu chwytnego zgodnie z zasadami bhp.
  • Tabletki przeciwbólowe, bo mogą się przydać. Nie można sobie pozwalać na chwile słabości.
  • Masło do ust lub wazelina. Artykuł pierwszej potrzeby. Również bhp.
  • Chusteczki do czyszczenia okularów. Lubię mieć wizję niezanieczyszczoną.
  • Taśma klejąca i nożyczki. Bo MacGyver. Czasami również spinacze biurowe.
  • Tusz do rzęs. Nigdy nie zaszkodzi.
  • Kolorowa pomadka. Potrafi uratować życie?
  • Gumka do włosów i wsuwki dają poczucie bezpieczeństwa. W razie czego jestem przygotowana na niezbędne ingerencje we fryzurę.
Idealnym dopełnieniem piórnika jest mój osobisty, najważniejszy kalendarz. Nie mam pamięci do niczego istotnego. Jeszcze tylko portfel (pieniądze, dokumenty, karty, wizytówki, dyspozycje zdrowotne w razie wypadku) i telefon. I jestem podstawowo wyposażona do stawiania czoła rzeczywistości. Mam jeszcze drugi portfel (pugilares raczej, bo starożytny i ogromny) ze zdjęciami (do dokumentów, moim licem w wersji frontowej i półprofilowej), biletami parkingowymi, dokumentami mniej ważnymi, różnymi nieistotnymi rupieciami promocyjnymi.... Ale nie zawsze noszę go przy sobie. W razie wyjazdu zagranicznego posługuję się portfelem nr 3 - na obcą walutę. Bo nie lubię, jak się bełta razem. Ktoś mógłby powiedzieć, że to system rozrośniętej komplikacji, prawdopodobnie miałby rację. Ja się jednak w tym odnajduję.

Jako tło mój stół roboczy, naturalnie ubrudzony farbą, nie do wyczyszczenia.

czwartek, 3 grudnia 2015

Bufonidae


Ropucha szara, ropucha zielona, ropucha paskówka. Płazy bezogonowe. Wszystkie występują w Polsce, niektóre doskakują na krzywych nóżkach do aż do Mongolii. Jednocześnie apeluję do wszelkich drobnych posiadaczy ziemskich - sztuczne nawozy w ogródku utrudniają życie płazom. I innym robakom. Płazy i inne robaki są potrzebne w ekosystemie. Nie trzeba ich zaraz całować, wystarczy pozwolić im (godnie) żyć.

Akryl, 20/60, trochę metalicznych akcentów. Malowałam ponad miesiąc. Ostatnio w przypływie desperacji definitywnie skończyłam. Tło jest ogniowe, bo this girl is on fire. Było różowe, ale ostatnio przeżywam załamanie kolorystyczne.
Poniżej w całości i w trzech detalach.


Bufo bufo

Bufo viridis

Bufo calamita


wtorek, 1 grudnia 2015

Feel free to come back and say Hi


Książka:
Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i Pokój. Nie jestem w stanie przeczytać. Zaczęłam, nie mogłam spać, miałam koszmary, bardzo źle się czułam. Bezpiecznie dawkując, prawdopodobnie przeczytam w ciągu roku. Nie da się.
Przeczytałam za to Panią Stefę Magdaleny Kicińskiej i nie mogę się pozbierać. Może czas odłożyć wojenne książki? 

Powody do dyskomfortu psychicznego:
1. Jestem biurokratą z urodzenia, zamiłowania i talentu. Moją ulubioną groźbą od lat pozostaje: Bo doniosę na ciebie do skarbówki...
Bardzo nie podobają mi się ogólne określenia, terminy nieprofesjonalne używane w sytuacjach profesjonalnych, wymagających precyzji. Nie czepiam się rozmowy, wymiany zdań, ludzkich relacji i reakcji. Ale w momentach wymagających nie preferuję, nie, nie, to nie kwestia gustu, ja wymagam posługiwania się specjalistycznym językiem. I formułowania zdań zgodnie z zasadami logiki. Bez wątpienia, jednoznacznie, bez miejsc niedookreślenia, bez dowolności.
2. Spotkała mnie też przykrość. Nie mogłam się zdecydować, jaki jest jej rozmiar. Czułam się dotknięta, ale nie byłam pewna, czy do żywego. Krzywdzące to, myślałam, tak się nie godzi, nie można, dlaczego tak głupia sytuacja istnieje? Aż w końcu przeanalizowałam, poddałam skrupulatnemu rozłożeniu na czynniki pierwsze. I postanowiłam się nie obrażać. Zapomnieć. Nie ma nawet sensu prostowanie. To nie jest ważne. Poza tym - nawet od osoby niedobrej można się czegoś pożytecznego nauczyć. Na przykład unikania, albo chociaż ograniczania kontaktu, z jej podobnymi na przyszłość.
3. Męczy mnie nieuzasadniony, wymuszony sarkazm, który teoretycznie ma uwypuklać inteligencję nadawcy komunikatu, ale w rzeczywistości podkreśla małostkowość. Zachowajmy spokój!

Sobie ponarzekałam. Już wystarczy.

Malarstwo:
Alfons Kułakowski. Na początku nie czułam się przekonana, ale im dłużej moje oko wisiało na formach, kolorach, tym więcej widziałam. Fan-ta-sty-czne!
I historia osoby Malarza bardzo ciekawa. Człowiek, który nigdy spokojnie nie żył.

Zapach:
Elizabeth Arden, Green Tea Yuzu. Jestem jedną z tych osób, które bardzo lubią klasyczną Zieloną Herbatę. Głównie z tego powodu sięgnęłam po cytrusową wariację. I okazało się, że to całkiem dobra opcja na burą jesień. Zapach jest ładny, przyjemny, lekki, świeży i dodał mi energii potrzebnej do pokonania okoliczności listopadowych. Przełamanie codzienności małym promieniem światła.

Film:
"Randka z królową". Całkiem nowa nowość, jak na moje zacofanie kinematograficzne. Mimo całego uroku - nie jestem zachwycona. Lekko, zgrabnie, słodko... Ale nie wierzę w baśnie o królewnach. Nawet te osadzone w realiach zbliżonych do rzeczywistości. I skąd niebogata właścicielka warzywniaka miała sprawny samochód w czasie wojny? Akcja rozgrywa się w dniu zakończenia działań, ale skądś się pojazd i paliwo do niego wzięły. Nie godzi się...
Dużo lepszy był "Świat według T.S. Spiveta". O rodzinie, dzieciach i komunikacji. Wzruszający, trochę zabawny. Bardzo przyjemny film.

Włosy:
Biorę udział w akcji Zaplecione. Lubię warkocze, niemal codziennie coś wyplatam z włosów. Dodatkowa motywacja, poznawanie nowych technik - dlaczego nie? Wykwintna zabawa.

Testowane na ludziach:
Jestem w trakcie sprawdzania, czy podnoszenie rąk w górę działa. W epoce mody na eksperymenty, moje działania są bardzo na miejscu. Prowadzę osobisty dziennik z zapiskami na temat. Pewność siebie w remoncie.

Porządkowałam zdjęcia. Znalazłam serię burzową z ubiegłego roku.

To ja. Jamnik był bardziej ubłocony.

Kapusta ozdobna znaleziona jako element ozdoby trawnikowej.

Zielony makaron z truskawkowym sosem. Obiad.

Improwizowany garnek do gotowania idli.

Gotowe idli.

Segregacja trwa. Nie można mieć wszystkiego.


Piosenka dla listopada:
Planowałam coś innego, ale tak się zaczepiło, że już musiało zostać.