piątek, 9 października 2015

Filozofia sprzątania

Ilustracja z okładki "The Saturday Evening Post", 3.9.1960

Moda na książki o sprzątaniu, filozofię sprzątania, efektywność i inne sprawy dookoła tego zajęcia. To mnie nie dopadło. Nie dam sobie wytłumaczyć, że moje życie może ulec zmianie. W sprzątaniu kieruję się jedną zasadą: Nie chcem, ale muszem. Czynności upraszczam i skracam, ile tylko się da. Bo nie lubię sprzątać. Ale jeszcze bardziej nie lubię brudu i bałaganu. Cenię przestrzeń życiową. Denerwuje mnie psia sierść na dywanie. Mam motywację. Nie mam zwyczaju wyolbrzymiać codzienności, więc nie uważam, że wszystko musi być wspaniałe, magiczne i awesome.

Ale patologicznie lubię wyrzucać. Niektórzy myślą, że niewiele jest rzeczy, których mogliby się pozbyć. I ja tak myślałam. Aż któregoś dnia obudził się we mnie gen odgruzowania przestrzeni. Nie jestem silnie sentymentalna. W tym przypadku to zaleta. Wyrzucić można wszystko. Czasami polega to na oddaniu książek własnych do biblioteki (lub punktu wymiany), czasami na podrzuceniu znajomym worka z ubraniami (z zastrzeżeniem: weź co chcesz, resztę wywal). Wymiotłam śmieci z pudła recyklingowego (co się przyda, to się przyda, ale bez przesady).
- Co jeszcze? - zastanawiałam się. Aż trafiłam na listę. Wczesna jesień to dobry czas. O tej porze roku wymieniam zawartość szafy z letniej na zimową. Wystrajam się teraz ponad miarę, ponieważ odkryłam zapomniane sztuki odzieży i zastanawiam się, czy się ich pozbyć, czy dać im szansę.

Sprzątać trzeba przynajmniej po sobie. I tu mogłabym rozpisać się o tym, jak mi minął dzień. O tym, jak pies po wyjściu od weterynarza zasadził na chodniku kupę-gigant. O tym, że pod moim domem znalazły się cudze, obrzydliwe, cichaczem podrzucone śmieci. O bałaganie, na który się nie zapisywałam, a który zaczepił o mnie swoim dziwnym rozmachem. O tym, że wdepnęłam w kupę, którą inny pies zasadził na chodniku. O garnku z chochelką, który ktoś zostawił w okolicy śmietnika w taki sposób, że prawie wyłupałam sobie oko wyrzucając resztki od herbaty. O workach do odkurzacza, które trzeba zamówić, ale po wszystkich przeżyciach dnia nikomu się już nie chciało.

Zatrzymałam się na pozytywnych aspektach. Koniec końców - pies został zaszczepiony, zmieniłam buty na wygodniejsze, oko nawet nie pofioletowiało (dziękuję, przodkowie, za dobre geny twarzy), a poza tym - ogólnie ładnie ostatnio wyglądam.

20 komentarzy:

  1. A ja nie potrafię nic wyrzucić, oprócz oczywistego brudu i mało higienicznej zawartości kosza, zbyt sentymentalna jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie potrafiłam, ale się przetrenowałam. Było ciężko :)

      Usuń
  2. Mam tak, jak Ty. Sprzątam, bo nie lubię brudu, ale sama czynność mnie nie jara. Tłumaczę sobie, że to poniekąd strata kalorii, a te się mnożą w moim ciele. Wczoraj na fb przeczytałam, że "sobota, to święto wiadra i mopa."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wymyśliłam przedzimowe gruntowne sprzątanie i podzieliłam przestrzeń na etapy, żeby nie poświęcać całego dnia. Wg planu potrwa to do końca miesiąca. Dobrze się motywować kaloriami :D Tak się ludzie nasprzątają w sobotę, a później nikt nie ma siły, żeby do kina iść, czy coś. Tak nie należy żyć ;)

      Usuń
  3. wyrzucam bardzo intensywnie, z oazji przeprowadzek najintensywniej :-D zatem rozumiem bardzo dobrze

    natomiast do sprzątania powinnam mież męża chyba ;-) organicznie nienawidzę, howgh!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyrzucanie uzależnia! :D
      A gdyby ten mąż brudził, zamiast sprzątać? Nie ma lekko, małżeństwo to loteria...

      Usuń
  4. Ja mało kiedy wyrzucam. Smutno się tak czasem rozstawać z rzeczami, tym bardziej, że u mnie się nie niszczą. Ciuchy przez X lat są w dobrym stanie, nawet z tych sieciówek, na które inni narzekają, że sprzedają jednorazówki (tym lepiej dla mnie, bo kupiłam tanio i na wieki). Najczęściej wyrzucam cienkie rajstopy (bo się rwą) i skarpetki (przecierają się i parcieją im gumeczki), no i soczewki kontaktowe w miarę regularnie wyrzucam. Inne rzeczy trzymam. Za to poszłam w drugą stronę: przestałam kupować. Też działa. Kupujesz tylko jedzenie i środki czystości i jesteś spokojnym człowiekiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ubrania jak ubrania, ale człowiek przez lata obrasta w różne rzeczy, nie zawsze niezbędne, a czasami nawet nieładne, niepraktyczne, nieprzydatne. Odzieżowe zakupy staram się planować. W obecnej chwili niczego nie potrzebuję, chociaż dużo bym chciała. Ale trzeba być spokojnym człowiekiem :)

      Usuń
  5. from time to time nachodzi mnie CHOLERA JASNA że wyrzuciłam coś co inni na blogach pokazali jak to świetnie można było wykorzystać ALE zaraz potem wraca rozsądek i wiem że gdybym nie "odguzowywała" się raz na pół roku można by mnie zwać zbieraczką i powinnam zostać pokazana w TV jako ta "śmieciara" czy coś tam, mamy różne postrzegania i skoro nie umiałam przez pół roku (to mój własny death line) danej rzeczy wykorzystać, przerobić, zmienić, założyć (wybrać co uważasz) to znaczy że czas najwyższy się tego pozbyć i nie ma sentymentów. A sprzątanie no cóż, wiadomo że mądrzy ludzie żyją w brudzie ale ja widno aż taka mądra nie jestem i lubię jak mnie nie czuć, więc pranie i sprzątanie i te inne niestety ktoś musi robić a skoro nie stać mnie na Panią sprzątającą względnie Ukrainkę to muszę sama i nie ma o co kopii kruszyć, poza tym wredna sknera jestem i nie zapłacę innostarńcowi tyle ile osobie po studiach z doświadczeniem za latanie ze szmatą, wiem że trzeba się cenić ale bez przesady

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja zapominam, że wyrzuciłam i szukam, póki sobie nie przypomnę, że się pozbyłam. Jeżeli coś nie jest potrzebne, nie stało się potrzebne, to prawdopodobnie w najbliższym czasie nie zmieni statusu. Tak myślę i zgodnie z tą zasadą staram się postępować. Pół roku to rozsądny czas. Na przemyślenie, zirytowanie się bezużytecznością i usunięcie rupiecia.

      Tak naprawdę, nigdy nie spotkałam nigdzie uznania dla osób sprzątających zawodowo. Osobiście uważam jednak, że to żadna frajda schylać się do cudzych śmieci, dlatego trzeba szanować osoby, które się podejmują. Więc przez moją miłość do bliźniego (i słabiznę finansową), nie chciałabym nikogo do sprzątania.

      Usuń
  6. Dzięki. Potrzebowałam motywacji, zmotywowałaś mnie. Co jakiś czas odgruzowuję pół domu. Pierwsza taka sytuacja miała miejsce kiedy zachciało mi się pomalować kuchnię. Trzeba było zdjąć wszystkie szafki ze ścian i poodsuwać od ścian te co stały. Żeby się dało musiałam wyciągnąć z nich nieużywane gary i nigdy w życiu niewidziane przeze mnie zastawy. I wtedy pomyślałam sobie, że na cholerę mi te wszystkie talerze jak do szczęścia wystarczy mi jeden komplet dużych i jeden małych. Moja mama miała do mnie o to trochę żalu ale już jej przeszło. Staram się regularnie wywalać ciuchy z szafy, choć teraz już coraz rzadziej bo z większym rozmysłem podchodzę do tego, co do niej wkładam. Ale jeszcze dużo do zrobienia mi zostało, tak samo jak ty lubię mieć przestrzeń a czuję, że się duszę. Raz jeszcze dzięki, pojutrze Dzień Nauczyciela więc jutro wieczór będzie mój i kontenera na śmieci ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie są talerze, które należały jeszcze do mojej prababki;-) Nikt tego nie używa, bo strach, że się stłucze. Im coś dłużej leży, tym trudniej wyrzucić... Ale przynajmniej widzę, że gen przechowywania w mojej rodzinie przenosi się z pokolenia na pokolenie;-) Fajnie mieć takie rodowe dobra, choćby nawet niewiele warte:-)

      Usuń
    2. To nie były rodowe dobra tylko jak była komuna to się brało co było w sklepie i w efekcie można było stać się szczęśliwym posiadaczem czterech okrągłych prodiży ;))))

      Usuń
    3. Pamiątki rodzinne, ładne i coś znaczące zatrzymuję. Ale zbieractwa dla zbieractwa bardzo staram się unikać.
      Katya, powodzenia!
      Renya, rodowe dobra budują tożsamość :)

      Usuń
  7. No właśnie z ubraniami nie jest tak łatwo. Chyba że już ma dziury :P. Kurzu nie lubię, bo nie mogę lubić - alergikiem jestem ;). Sprzątać, sprzątam, ale daleko mi przy tym do perfekcyjnie obrzydliwego uśmiechu "Perwersyjnej pani domu" ;). Książek nie kupię, bo doktoryzować się z jeżdżenia na mopie nie zamierzam ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam kilka sentymentalnych sztuk odzieży, których nie wyrzucam, ale nie więcej niż 5 sztuk. Wyrzucając jedno robisz miejsce na drugie ;)

      Usuń
  8. Kwestie sprzątania są dla mnie na tyle cieżkie, że ostatnio rozpatruję nawet możliwość skorzystania z fachowej pomocy w tej dziedzinie. Do odgruzowywania jeszcze nie dojrzałam. Nie wyrzucam, bo liczę, że kiedyś wykorzystam wszystkie zgromadzone przydasie. Również dlatego, że wciąż jeszcze mam gdzie je gromadzić;-). A książek nie mam znowu aż tak wiele, choć byłoby kilka takich, do których nic nie czuję. Ale reszta... Jestem bardzo sentymentalna:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej by było wyjechać na tydzień i niech fachowiec sprząta :D Tak naprawdę nie ma jedynej słusznej drogi życiowej w kwestii sprzątania. Cokolwiek czyni Cię szczęśliwą ;)

      Usuń
  9. Lubię czytać książki o sprzątaniu, bo mnie nieźle motywują. Kilka minut po odłożeniu książki mam taką motywację i chęć, że nie poznaję samej siebie. Najpierw była to Perfekcyjna Pani Domu (angielskie i polskie programy telewizyjne odnosiły ten sam skutek) a teraz Marie Kondo.
    Też jestem typem, który kocha wyrzucać i irytuje się, gdy ma choć jedną niepotrzebną rzecz w domu. Czasami się zagalopowałam i wyrzuciłam coś czego nie powinnam (pamiątka) ale co tam, błędy się każdemu zdarzają ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie te ksiażki nie motywują, one udowadniają mi, jak wiele mam do zrobienia, co sprawia, że jeszcze bardziej mi się nie chce.
      Błędy się zdarzają, to prawda :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.