sobota, 31 października 2015

8 cech idealnych, o których nie chce mi się gadać

Co ja się będę wygłupiać, myślę sobie? Co mnie obchodzi? Przecież w  kulturze zakotwiczone mamy Nie chce mi się z tobą gadać, zdanie, które zabija wszelką dyskusję. Z drugiej strony to świetny pomysł. Świetny w swojej prostocie i kontrowersyjności. Zainspirowany przez cudze 8 cech idealnego faceta.

Po pierwsze nie zgodzę się z semantyką. Idealny facet to oksymoron. Jako człowiek niekoniecznie starej, ale starannej, daty, nie uznaję facetów. Facet to jest takie nieokreślone tiru-riru z nutą lekceważenia. Nie chcę mieć z nim do czynienia. Chłop brzmi porządniej, bardziej krzepko, bardziej realistycznie, ale aż za bardzo socrealistycznie. A to ma być homme, cavalier i gentleman. Nie bójmy się tego słowa - mężczyzna.

W mojej naturze nie leży zachowywanie całkowitej powagi. Chyba, że muszę zrobić zdjęcia do dokumentów państwowych. Wtedy powaga paraliżuje mi twarz i wnętrzności (dobrze, że to nie usg, bo wykryliby zatrzymanie akcji serca). Dzisiaj jestem na przeciwnym biegunie. Mózg mam wyczerpany czytaniem przepisów, więc nawet nie przemyślałam dogłębnie wymienianych poniżej cech. Wiemy, czym różni się teoria od praktyki. W teorii niczym, w praktyce...
Kolejność przypadkowa.

1. Musi lubić, a przynajmniej tolerować jamniki. Gustlik zajmuje znaczną część  mojego serca. Kwestia nie podlega dyskusji. Miłość do jamników tworzy mój charakter, jest integralną częścią mnie. I żadnych kotów w domu. Nigdy!

2. Mobilność. Lubię posiedzieć w domu, ale lubię też odwrotnie. Dużym błędem jest otaczanie się ludźmi o przeciwnych zainteresowaniach. Nie jestem szalenie aktywna, ale kino, kawiarnia i spacer w księżycową jasną noc jak najbardziej. Odkrywczość, otwartość na przygody, łażenie po ruinach, siatkówka (czy inny sport) od czasu do czasu. Rozmemłanie nie wchodzi w grę.
Chodzi też o umysłowe rozruszanie. Nie może być sytuacji niezmiennej. Lata mijają, pada deszcz, świeci słońce, a tu ciągle to samo. Nie, nie, nie, nie, nie, nie... Trzeba się rozwijać, szukać, uczyć. Przez całe życie.
I tańczyć. Raz na kwartał.

3. Wiek. Nie za duża różnica, bo dobrze się starzeć równomiernie. I egoistycznie nie poumierać zostawiając drugiego samemu sobie. Głupoty o tym, że rodzaj męski dojrzewa później są dobre do pewnego momentu (i nie zawsze zgodne z rzeczywistością). Później nie ma już różnicy.

4. Poglądy i cele. Te same. Bo po co sobie życie utrudniać, tracić czas na kłótnie. Kto ma czas na to?

5. Wygląd. Marlon Brando 1950-1960. Tylko nie w przebraniu Japończyka. W innym przypadku So Ji Sub.

6. Ludzki.  Nie będę się rozpisywać o mitycznej męskości, która jest zbiorowiskiem pozytywnych cech tak obcych legendarnej kobiecości, która skupia w sobie mięczactwo, rozbicie emocjonalne i nieogarnięcie ogólne. Stereotypy są dla słabych. Tak właśnie. Stereotypy upraszczają pojmowanie rzeczywistości. Jak już rozumem nie można, to się zatwierdza szablon.
Każdy człowiek z którym się zaprzyjaźniam jest ludzki (moim zdaniem), czyli przejawia cechy charakterystyczne dla człowieka z definicji. Pomaganie słabszym jest cechą, którą może przejawiać każdy. To nie jest realcja on-ona i otwieranie drzwi. Kultywowanie biernego pierwiastka żeńskiego i aktywnego męskiego jest śmieszne dość. Czasami to on otworzy drzwi, czasami ona, zależy od sytuacji. Udawanie królewny, za którą trzeba nosić torebkę? To nie ja. Poza tym moja torebka jest tak ciężka, że dźwigam ją również w celu wyeliminowania konieczności uczęszczania na siłownię. Muszę sama.
Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy powinniśmy być uprzejmi, szanować się i bezinteresownie pomagać. Kultura osobista i równość wobec praw/obowiązków nie wykluczają się. I głupie jest zestawianie ich ze sobą, jakby były czymś przeciwnym. Tak naprawdę wyrastają z jednego rdzenia - szacunku dla drugiego człowieka.

7. Zaangażowanie. Nie może być tak, że tylko jedna osoba inwestuje czas, energię, inne składniki. Albo  razem, albo wcale. Nie ma nic na siłę. Musi być równomiernie. Nie można wymagać od drugiej osoby, żeby rezygnowała z czegoś, co ją definiuje tylko dlatego, że bo tak. Z drugiej strony, nie można zmuszać się w imię miłości do czegoś, co wyeksploatuje z ciebie całą życiową energię. Konsensus, co nie?

8. Kompatybilne poczucie humoru. To bardzo ważne. W mojej rodzinie od pokoleń kultywuje się specyficzną odmianę. Jest duża ekspresja, szerokie pole zastosowania. Liczy się refleks i dystans.

Może taka lista wygląda ładnie, zgrabnie i logicznie, ale tak naprawdę nie ma większego sensu. Niby mam przemyślenia na temat innych ludzi, tak? W rzeczywistości słuszne jest posiadanie przemyśleń na swój temat. Na przykład 8 cech, których mi brakuje. Można wymagać od innych, ale najwięcej trzeba wymagać od siebie. Bo to są cele do osiągnięcia. Jeżeli nie chciałoby mi się gadać ze mną samą, pielęgnować miłości własnej, to mogę zawołać na puszczy: Houston, mamy problem!

12 komentarzy:

  1. Mężczyzna to temat rzeka. Ciężki temat. Tyle pozytywów w jednym ciele? Oby Ci się udało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kobieta to temat druga rzeka. Razem Eufrat i Tygrys.
      Może kiedyś się uda, ale to nie priorytet. :)

      Usuń
    2. 7 Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. 8 Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Mt 7.7.8

      Usuń
    3. Człowiek, który skupia się na jakimś celu właśnie w taki sposób, wkłada wszelki dostępny wysiłek, w końcu osiąga zamierzony efekt. Tylko nie uważam, że w moim przypadku akurat ten cel jest warty takiego właśnie skupienia. Biorąc też pod uwagę kontekst przytoczonej wypowiedzi, warto zwrócić uwagę na dwa ostatnie wersety poprzedniego rozdziału :)

      Usuń
  2. Cały Internet bulwersuje się filmem Olfaktorii, ale tak szczerze, każdy ma prawo do swoich przemyśleń na dowolny temat i ona też. Diametralnie różnią się od moich i jak widać po shitstormie w internetach, połowy wszechświata ;)
    Natomiast życie zawsze weryfikuje nasze wcześniejsze plany i tym sposobem, mój mąż nie ma nic z Christiana Slatera, co więcej jest on niego dużo fajniejszy ;) I bardzo zgadam się z Twoim pkt 8, poczucie humoru jest niezbędne, u nas jest nawet zbyt kompatybilne, bo zwykle nikt poza nami nie śmieje się z tego co nas bawi. Teściowa mówi, że to jest przerażające, a ja myślę, że ona po protu nie rozumie puenty ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bulwersowanie się cudzą opinią w sposób nietwórczy uważam za stratę czasu. A wypowiedź dziewczyny, która potrafi znaleźć argumentację dla swoich poglądów, może sprzecznych z moimi, powinna być początkiem dyskusji, a nie jakichś wydumanych udowodnień, kto z nas jest lepszy, a kto najlepszy. Dlatego zgadzam się z Tobą. Każdy ma prawo do przemyśleń i pochwalam tych, którzy z niego dzielnie korzystają.
      Znałam kiedyś jednego, który wyglądał jak hollywoodzki aktor (co prawda John C. Reilly, ale co tam...) i naprawdę był bardzo interesującą osobą. Było kilka wad, które w tamtym czasie byłam w stanie zignorować. Tylko poczucie humoru miał jak bitwa na Łuku Kurskim. Dealbreaker. :)

      Usuń
  3. Mam bardzo trudne poczucie humoru, nie jestem śmieszką, byle co mnie nie rozbawi... Ale mój mąż zawsze... W innych punktach też dostrzegam kompatybilność. Ale to dopiero wyszło w tzw. praniu. I po wielu zgrzytach. Oboje musieliśmy się trochę dopasować do swoich szablonów... Ale bez poczucia humoru z pewnością by się to nie udało. Także ten... kompatybilne poczucie humoru na pierwszym miejscu:-)
    A żeby unaocznić jak wszystko zmienia się w czasie nadmienię, że mój szanowny małżonek, gdy go poznałam, nie był miłośnikiem zwierząt. Nie lubił kotów, a psów się bał, bo go gryzły, zaś nasze pierwsze wspólne wybory prezydenckie (1995 r.) o mało nie zakończyły się rozwodem...
    Dziś głosujemy niemal identycznie i śpimy z kotami w łóżku, a gdyby Brenda (suczka) była nieco mniejsza, to pewnie też by z nami spała;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło przeczytać, co napisałaś :) Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam nieco mniejszej Brendy... To znaczy - wielu, wielu lat ze wspólnym poczuciem humoru :)

      Usuń
  4. Ja po latach prób, błędów, zniechęceń trafiłam tuż przed 30ą na taki typ, że ideał. Dla mnie! A ja specyficzny gust mam. Np nie lubię ładnych panów. Lubię mądrych, ale nie mądrali. Lubię skromnych, ale nie zahukanych. Szalonych ale nie w szale itd itp. Przede wszystkim lubię odważnych i bez kompleksów. Twardych i miękkich jednocześnie. I weź tu se taki typ znajdź. Ale są. To znaczy były :)))
    To, że mam syna, pozwala mi odkrywać tę ich psychikę od początku, od podszewki. I szkoda że wielu rzeczy nie wiedziałam w młodości - dałabym se spokój z kilkoma typami już na wstępie, a tak, to musiałam się męczyć :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe szczęście, że istnieje takie bogactwo typów, bo co by było, gdyby nie? Aż strach pomyśleć,
      Też trochę żałuję, że wielu rzeczy kiedyś nie wiedziałam, na wiele nie zwracałam uwagi. Ale generalnie trzeba się cieszyć, że człowiek z wiekiem przynajmniej mądrzeje. I już taki chętny do szarpania się i męczenia nie jest :)

      Usuń
    2. Ja nie lubię typów i typków. A już najbardziej nie toleruję pseudoartystów.

      P.S. Już trzeci raz na kurs tańca podbijamy, i ciągle nie umiemy skończyć, ba i ciągle tańczyć nie umiemy :D

      Usuń
    3. Ja nie potrafię tańczyć, ale nie powstrzymuje mnie to :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.