sobota, 12 września 2015

Drogosze


Takich ładnych kasztanów dawno nie widziałam! To dziwne, bo pięćset metrów od mojego miejsca zamieszkania od lat rośnie uroczy kasztanowiec. Się z domu nie chce wyłazić, czy co?
Żeby zobaczyć kasztany, pojechałam do Drogosz. To był jednak cel przypadkowy, ponieważ naprawdę chodziło mi o pałac. Może nie często, ale kilka razy w roku jestem w tej wiosce przejazdem. Tu, tam, wszędzie, tylko nie do pałacu.
Tutaj stan z 1938 roku.

To jest ostatnia część dokumentacji wyprawowej. Pierwsza - KLIK, a druga - KLIK KLIK.



Wrażenia pierwsze:
Nie spodziewałam się, że to taki wielki budynek. Naprawdę gigantyczny, jak na mój prowincjonalny zmysł określania gabarytów. Taki, że ho, ho, ho, ho, ho i jeszcze trochę. Ja w życiu nie widziałam wielu ogromnych budynków z przeznaczeniem mieszkalnym. Od razu narodziła się refleksja, że samo ogrzewanie musiało kosztować fortunę. A biedni służący, którzy myli okna, na przykład tylko okna, mieli pracę na okrągło, bo kiedy skończysz wszystkie, to możesz już zaczynać od początku.

Wrażenia drugie:
Nie można sobie wchodzić z woli własnej, turystycznej, trzeba zapytać właściciela, ale jeśli z marszu przybywasz, to sobie szukaj organu odpowiedzialnego... Tak się trafiło, że na drodze naszej wędrówki stanęła miła pani z pieskiem.
- Kogo mamy pytać? - zagadujemy ją. - Tu można wejść? Zobaczyć pałac? Park?
Udzieliła informacji, co i jak. Nie wyglądała na właścicielkę, ale nie będziemy przecież dyskutować. Nastąpiła krótka wymiana myśli na tematy utrzymania nieruchomości, czerstwości ludzi z lat dawniejszych i hejże! ruszamy na zwiedzanie.
Pani z pieskiem zniknęła z horyzontu, pojawiła się druga pani, trochę mniej przyjazna.
- Przepraszam? Ktoś pozwolił?
- Tak - i opowiadamy, że jedna pani udzieliła błogosławieństwa naszej eskapadzie. Miną i gestem, a także słowem nie tylko bezpośrednim została zapewniona, że nasze zamiary nie są drapieżne i szabrownicze. W tym miejscu pragnę potępić zachowanie ludzi nastawionych na destrukcję oraz plądrowanie. Nie godzi się!

Wrażenia trzecie:
Kto pomalował na biało-trupio baranie łby ozdobne i nadał im czerwone oczy, nie miał sumienia. Dyskomfort spowodowany widokiem czegoś tak upiornego prześladował mnie przez godzinę, którą spędziłam w okolicy pałacu, a nawet jeszcze dłużej. Zasypiałam tego dnia z myślą o baranach z czerwonymi oczami. Wstydź się, malarzu bez wyobraźni!



Klamka (?) u frontowych drzwi.

Okno pałacowej kaplicy.


Elewacja ogrodowa. Kliknij, a się powiększy.

Od ogrodu, 1937 rok.

Jestem jednak mało odkrywcza i przygodowa, pomyślałam sobie obserwując pokazaną w Silginach Panią W Niebieskim. Się kobieta nie czaiła, zaglądała do okien, każdy kąt sprawdzała, gdyby dać jej więcej czasu, pewnie wynalazłaby jakiś ukryty skarb. Niczego się nie boi, bo czego się bać? Idąc za jej przykładem postanowiłam bardziej wywierać oczy na zabytki. Nie dotyka się w muzeum. Taką lekcję rozwoju w dziedzinie zwiedzania wyciągnęłam dla siebie.
Ostatnio jestem zorientowana na uczenie się od innych. Co ten człowiek robi inaczej niż ja? Jakie wnioski mogę z tego wyciągnąć? Ile można żyć jak filifionka, która jest najmądrzejsza na świecie, wie wszystko, przestrzega swoich wymyślonych zasad? Trzeba wychodzić poza swoje ramy. Ale wróćmy do zwiedzania. Historii Drogosz jest dużo, aż trudno mi wyselekcjonować najciekawsze szczegóły.



Przejście pod frontowymi schodami.



Drogosze, czyli Gross Wolfsdorf i Dönhoffstädt, to spora wieś w połowie drogi między Barcianami i Korszami. Wspominałam już o niej i o austriackim rodzie Rautterów przy okazji pałacu w Wielewie. Na początku oczywiście byli krzyżacy, bo kto inny?
Mikołaj Rautter dostał Wolfsdorf na tej samej zasadzie, na której wszedł w posiadanie Wielewa. Niewypłacony żołd, rekompensata... Starszy syn został w Wielewie, młodszemu w udziale przypadły dobra wolfsdorfskie. Pałac wybudowali jednak późniejsi własciciele - Dönhoffowie. Skąd się wzięli? Źródła nie są zgodne. Przeczytałam kilka wersji zdarzenia. Ja mam rację w mojej wersji, ponieważ starałam się, tropiłam i nawet czytałam po niemiecku, żeby zrozumieć. To było śledztwo. Rozrysowałam drzewo genealogiczne (jeżeli ktoś życzy, mogę udostępnić).

Ostatni Rautter (niektórzy piszą, że Ludwik, inni, że Albrecht, ale Ludwik) zmarł nie zostawiając męskiego potomka. Co gorsze - w wyniku epidemii dżumy zmarły jego wszystkie dzieci poza córką, Marią. Maria (1578-1626) wyszła za mąż za Friedricha von Dohna (1570-1627). Poza synem Achazem (zm. 1651), który zmarł bezpotomnie, mieli córkę, Katharinę (1606-1659). Jej pierwszy mąż (Albrecht von Rautter; co nam wyjaśnia podejrzanego Albrechta od pierwszej ostatniej córki, czyli Marii) się nie popisał. Cztery lata po ślubie, w roku 1625, zmarł.
Katharina wyszła za mąż powtórnie. 16 czerwca 1630 roku została żoną (Boleslausa) Ernesta Magnusa Dönhoffa, ojca narodu, a przynajmniej rodu, dziadka Bogislawa Friedricha, o którym będziemy rozmawiać dalej. Tak właśnie, w sposób zawiły i poplątany, Drogosze weszły w skład dóbr należących do Dönhoffów.

W 1696 pałac Rautterów trafił szlag (dosłownie, połowa spłonęła od pioruna). Rozbiórki całości dokonano w 1711. Właścicielem był wtedy Bogislaw Friedrich von Dönhoff, wnuk Kathariny, i już rozpoczął budowę nowego pałacu. Skąd pomysł na tak bajeczną siedzibę? Parę lat wcześniej, starszy brat Bogusia, Otto Magnus von Dönhoff, generał pruskiego króla, zatrudnił zdolnych architektów przy budowie swojej siedziby w Friedrichstein (tak, to ci najsławniejsi Dönhoffowie). Każdy, kto ma młodsze rodzeństwo, albo rodzeństwo w ogóle, wie, jak trudno jest nie mieć czegoś, co on/ona/oni mają! Bez kitu, niby czemu mam nie mieć? (Uwaga: emocjonalne komplikacje są wyolbrzymione oraz zmyślone przeze mnie!)
Pałac Ottona Magnusa (dysleksja chciała mnie zmusić do napisania Mangusa; może to brzmi lepiej, ale nie ma sensu) zaprojektował Jean de Bodt, autor (tak można o architekcie?) między innymi pałacu japońskiego w Dreźnie. Na kanwie (tak się ładnie określa odgapienie) jego friedrichstaińskich planów, John de Collas opracował schemat pałacu dla Bogislawa Friedricha i jego rodziny. Młodszy brat poszedł jeszcze o krok dalej. Przemianował Gross Wolfsdorf na Dönhoffstadt. Co prawda osada nadal nosiła wilczą nazwę, ale pałac i przyległości nazywano od 1716 roku Miastem Dönhoffów. Bujaj się, Otto Magnus! Ale to starszy brat wygrał w dłuższym rozrachunku. Jego potomkowie mieszkali w jego pałacu do 1945 roku. Sto lat po ukończeniu budowy pałacu w Drogoszach, ostatni męski potomek Bogislawa Friedricha, Stanislas Otto, 25 lipca 1816 roku w Getyndze, stracił życie w pojedynku. Miał 20 lat, był młody, głupi (niedoświadczony?), bezżonaty i bezdzietny.
Pałac przejęła siostra pechowego Stanislasa, Angelica zu Dohna-Lauck. Ona i jej mąż, Georg Heinrich August, nie mieli  dzieci. Po Angelice przyszła kolej na siostrzenicę - Mariannę zu Stolberg-Wernigerode. Ta ostatnia uczciła pamięć Stanislasa Ottona i Angeliki wystawiając w kaplicy pałacowej (przebudowanej przez Angelikę) rzeźbione w marmurze nagrobki memoratywne (symboliczne) tych dwojga. Poza tym na ścianach kaplicy umieszczono epitafia członków rodziny Stolberg-Wernigerode, którzy byli ostatnimi junkrami w Drogoszach. Wnuk Marianny, Albrecht zu Stolberg-Wernigerode zmarł 4 czerwca 1948 roku w Kolonii. Miał 62 lata.

Ciekawostki:
  • W 1923 gościł tam Paul von Hindenburg.
  • Ocalałe zbiory biblioteczne (podobno 2 ciężarówki) odjechały tuż po wojnie do Torunia, do biblioteki uniwersyteckiej.
  • W latach 1954-1991 w pałacu mieścił się Ośrodek Szkolenia Rolniczego.
  • Jeżeli ktoś jest milionerem (poważnie, milionerem), nie powinien mieć problemu z kupieniem pałacu od obecnego właściciela.
  • W piwnicy rosną paprocie (widziałam na własne oczy! Przez okno...).
  • Wśród przodków Dönhoffów z Drogoszy doszukać się można Karola Wielkiego. Kto by pomyślał?
  • Albrecht zu Stolberg-Wernigerode, ostatni przedwojenny właściciel Drogosz, miał siostrę bliźniaczkę. Renate zu Stolberg-Wernigerode zmarła 2 lutego 1946 roku w Królewcu.
  • Ciekawostek jest sto tysięcy, albo więcej, i ciągle odkrywam nowe.

W Drogoszach jest też kościół, ufundowany przez tamtejszych dawnych lordów. Generalnie można się było do niego włamać (bo nie zamknięty), żeby zobaczyć, co tam w murach piszczy, ale nie fascynują mnie kościoły. Zwróciłam uwagę na ciekawostkę budowlaną. Ale nie tylko ja.


Zwierz znaleziony przy kościelnym płocie.

Elementy szlacheckie przykościelne do odkrycia własnego. Nie mogę przecież wszystkiego opisywać... A dzisiaj (w dniu publikacji) zamierzam odwiedzić muzeum w Kętrzynie (bo mam biznes w mieście, więc po drodze mi muzeum), żeby zobaczyć, co ciekawego nagromadziła państwowa instytucja. Kiedyś zwiedzałam, ale to szkolne czasy, więc uwagę zwracali nam tylko na fortepian i Wojciecha Kętrzyńskiego.

10 komentarzy:

  1. bardzo ładny zwierz przykościelny :-D
    a barany też by mi się śniły w koszmarach, tak...
    piękny teren, szkoda że taki zapuszczony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zróbmy zrzutkę i kupmy! Ja biorę pomieszczenie biblioteczne na parterze ;)

      Usuń
  2. Wszystkie realcje podróżnicze zapierają dech w mych piersiach. Baran nawet, że mnie rozczulił. No co, może ten kto malował czerwone gały, takie jakieś miał doświadczenie z baranem ;D Miejsce budynkiem i geograficznie kusi do odwiedzin. Jeju, bardzo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwiedzaj :) Planuję kontynuować cykl, pokażę jeszcze więcej pałacowych miejsc. Wczoraj dowiedziałam się, że jest możliwość zobaczenia tego pałacu od środka.

      Usuń
  3. Wspaniały budynek. Jednak najfajniejsze są detale architektoniczne, które pokazałaś. Zastanawiam się tylko, czy zwróciłabym uwagę na barany. Nie wiem....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Budynek naprawdę imponujący. Dziękuję, wypatrywałam ciekawostek. To i tak nie są wszystkie zdjęcia, ale nie da się za jednym razem o wszystkim opowiedzieć i wszystkiego pokazać. A barany same zwracają na siebie uwagę ;)

      Usuń
  4. Wow, kolejny "mały wersal" :D. No właśnie, okna. Kiedyś byłam w El Escorial i ja tylko go z daleka zobaczyłam, to pomyślałam "okienni" mieli przewalone. Szkoda, że nie jest ogólnodostępny dla turystów. Lubie takie miejsca małe kameralne bardziej niż tabuny turystów pod zamkniem, którzy właśiciwe nie wiedzą po co przyszli. Fajna relacja ;).

    Pani z pieskiem - może to pałacowa "dama widmo" :D :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praktyczność ponad wszystko! :D
      Skonfrontowałam moje wrażenia z cudzymi i okazuje się, że dostępność nawet jest, jeśli się turysta postara. Tabunów raczej nigdy tam nie ma, ale zagraniczne wycieczki się pojawiają. W końcu kilka dość znaczących osobistości się przewinęło przez to miejsce. Jest co oglądać, nawet jeżeli nie wchodzi się do środka :)
      Pani z pieskiem była "damą tubylcową" ;)

      Usuń
  5. Ciekawe losy pałacu... I ciekawe, że po wojnie wiele pałaców przemianowanych zostało na szkoły rolnicze, u nas też jest taki jeden. Jeden, o którym wiem;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój dziadek był nawet na kilku szkoleniach w Drogoszach :) Wydaje mi się, że zdecydowała praktyczność. Duży budynek, wystarczająca ilość pomieszczeń, uczniowie nie musieli dojeżdżać do większych miast - nadawał się :)
      Historia jest tak ciekawa, że już wszystkich w moim otoczeniu zanudziłam.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.