sobota, 19 września 2015

Okowizna


Czasami z niezbyt udanego dnia wykrzesa się zdarzenie, które zmienia sytuację. Nie będę się wgłębiać w negatywne szczegóły (można je obrazowo określić jako odpad powstający przy hodowli zwierząt, który bywa stosowany jako użyźniacz gleby). Nie chcę marudzić, bo na dzień dzisiejszy sprawa jest już nieaktualna. Nawet nie zacytuję klasyka.
Promieniem jasności było okrążenie kolejnego obiektu historycznego. Nieplanowane, przypadkowe, z biegu i trochę w biegu. Ale zaczęło się od sarniaka, który przebiegł nam drogę.
Nie wszystkie zdjęcia zrobiłam ja, ale dla niepoznaki nie zaznaczę obcych. Takie wytycznie dostałam.


Okowizna, czyli niemieckie Numeiten, to niewielka miejscowość znajdująca się na trasie miedzy Harszem (większą miejscowością) i Ogonkami (również większą miejscowością).




Nie znalazłam licznych ciekawostek na temat obiektu, znalazłam za to zdjęcie przedwojenne. To była piękna siedziba. Pałac wybudowano w 1918 roku, w miejscu budynku zniszczonego na skutek działań wojennych w roku 1915. Neobarokowy, ale bez zbytniego, architektonicznego szaleństwa. Mój ulubiony, mansardowy dach. I uwaga, nowe słowo: lukarna. W tym przypadku powiekowa. Jest to okno w dachu stworzone w celu udostępnienia światła strychowi. Od frontu podjazd, schody, drzwi z ciekawym okuciem. Od ogrodu był kiedyś murowany ganek. Pałac remontowany parę lat temu, obecnie w stanie rozkładu. Dojdziemy do tej części historii, nie będzie happy endu.
Na miejscu pojawił się pan z psem (bardzo ładny owczarek, a do tego grzeczny i towarzyski). Objaśnił, że wewnątrz trwa właśnie uczta grzybów, wszystko się wali i nie nadaje do niczego. Poza tym opowiedział o niemieckich turystach, którzy ukradli klamkę od drzwi frontowych. Na pamiątkę.
Co wstrzymało remont? Właściciel planował otworzyć pensjonat, wszystko zapowiadało się pięknie, zaczął wymieniać okna, naprawiać dach... W połowie listopada 2002 roku Centralne Biuro Śledcze zatrzymało byłego wicewojewodę łódzkiego. Po więcej szczegółów: tutaj albo tutaj.


Przed II wojną światową posiadłość słynęła z hodowli koni gorącokrwistych oraz bydła. Na przełomie XIX i XX wieku przeszła z rąk rodziny Ziehe do rodziny Hagen. W roku 1932 Benno Hagen (który wybudował obecny pałac), weteran spod Verdun, posiadał w Numeiten około 100 koni, 180 sztuk bydła, w tym 60 krów i 20 świń. Był stowarzyszonym hodowcą koni.
W czasie wojny stacjonował tu oddział popleczników Ribbentropa.
Po wojnie funkcjonowały tu biura i mieszkania pracowników państwowego gospodarstwa rolnego, sklep oraz przedszkole. W 1998 budynek z przyległościami kupił wspomniany już biznesmen-polityk.
Na uwagę zasługuje również (zaniedbany) park z różnorodnym drzewostanem. Ten, kto sadził te klony, jawory, dęby, świerki wiedział, co robi.

Elewacja frontowa.


Przyjazny pies.


Elewacja ogrodowa.


Nie wiem, czy jest z czego się tak cieszyć...




czwartek, 17 września 2015

Pakowanie prezentów


Nie zawsze łatwo znaleźć papier do pakowania. Kubusie Puchatki, renifery, inne potwory nie pasują do wszystkiego, a niektórzy (ja) zupełnie ich nie lubią. Czasami ktoś ma koncepcje wymarzonego deseniu pakowniczego. W różnych przypadkach zwyczajny, szary papier jest najlepszym rozwiązaniem. Do ozdobienia potrzeba zwykle farb (akwarele) i narzędzia do ich obsługi.
Wycięłam papieru według potrzeb i przystąpiłam do dzieła.



Pierwsza opcja przewidywała paski. Nic skomplikowanego. Pomyślałam, że użyteczne będą błękitne odcienie. Bardzo szybko uporałam się z tą sztuką. Druga opcja, bardziej skomplikowana, to arbuzy. Wycięłam z gąbki "pieczątkę" w kształcie arbuzowego plastra. Rozpieczątkowałam czerwone pół-koła. Poczekałam, żeby wyschły, zielonym kolorem domalowałam skórkę, a brązowym pestki. Nie wymyśliłam sama, podpatrzyłam. Nie jestem jednak zwolenniczką znęcania się nad ziemniakami, preferuję humanitarne podejście do bulwy (nie marnujemy, nie wyrzucamy, zjadamy, bo witaminy), dlatego pomysł z gąbką.
Domalowałam imiona odbiorców, zapakowałam prezenty i właściwie gotowe.





wtorek, 15 września 2015

Château Hunter


Mam ambicje. Zdecydowanie... Poprzednim razem zwiedzałam w tworze dostosowanym, więc pomyślałam, że kontynuacja nie będzie zła. Tworem jest bluzka/tunika/koszula nocna zakupiona dawno temu w lumpku, dawno temu na bogato ozdobiona przeze mnie srebrną nitką. Może zdjęcia nie bardzo komplementują moją niewątpliwą urodę, ale starałam się. Topmodelizm to trudna praca. Trzeba podejść poważnie, użyć mięśni, szkieletu, ogarnąć jakieś formy. To nie jest moja mocna strona. Wychodzę z założenia, że zdjęcia z człowiekiem pojmowanym osobiście są najnudniejszymi zdjęciami.
Poza fioletową odzieżą miałam na sobie ulubione, wyjściowe trampki (normalnie na wyprawy ich nie biorę, bo mi szkoda), dostaną kurtkę (H&M), zupełnie zwyczajną resztę. Torba była stara i brzydka, więc się nie załapała do zdjęć.

Wyprawa: jeden, dwa, trzy.




Odzież samoistnie:


Wyszywałam tak dawno temu, że nie pamiętam kiedy. Ktoś nawet miał ode mnie podkraść tę odzież, ale się nie poskładało. Zostałam z fioletem, którego na codzień nie praktykuję. I dobrze, bo to zawsze coś innego. Powinnam była zrobić wyprasowane zdjęcia na wieszaku, ale dopiero po powrocie przyszło mi do głowy, że pokazanie bez człowieka też ma sens.


sobota, 12 września 2015

Drogosze


Takich ładnych kasztanów dawno nie widziałam! To dziwne, bo pięćset metrów od mojego miejsca zamieszkania od lat rośnie uroczy kasztanowiec. Się z domu nie chce wyłazić, czy co?
Żeby zobaczyć kasztany, pojechałam do Drogosz. To był jednak cel przypadkowy, ponieważ naprawdę chodziło mi o pałac. Może nie często, ale kilka razy w roku jestem w tej wiosce przejazdem. Tu, tam, wszędzie, tylko nie do pałacu.
Tutaj stan z 1938 roku.

To jest ostatnia część dokumentacji wyprawowej. Pierwsza - KLIK, a druga - KLIK KLIK.



Wrażenia pierwsze:
Nie spodziewałam się, że to taki wielki budynek. Naprawdę gigantyczny, jak na mój prowincjonalny zmysł określania gabarytów. Taki, że ho, ho, ho, ho, ho i jeszcze trochę. Ja w życiu nie widziałam wielu ogromnych budynków z przeznaczeniem mieszkalnym. Od razu narodziła się refleksja, że samo ogrzewanie musiało kosztować fortunę. A biedni służący, którzy myli okna, na przykład tylko okna, mieli pracę na okrągło, bo kiedy skończysz wszystkie, to możesz już zaczynać od początku.

Wrażenia drugie:
Nie można sobie wchodzić z woli własnej, turystycznej, trzeba zapytać właściciela, ale jeśli z marszu przybywasz, to sobie szukaj organu odpowiedzialnego... Tak się trafiło, że na drodze naszej wędrówki stanęła miła pani z pieskiem.
- Kogo mamy pytać? - zagadujemy ją. - Tu można wejść? Zobaczyć pałac? Park?
Udzieliła informacji, co i jak. Nie wyglądała na właścicielkę, ale nie będziemy przecież dyskutować. Nastąpiła krótka wymiana myśli na tematy utrzymania nieruchomości, czerstwości ludzi z lat dawniejszych i hejże! ruszamy na zwiedzanie.
Pani z pieskiem zniknęła z horyzontu, pojawiła się druga pani, trochę mniej przyjazna.
- Przepraszam? Ktoś pozwolił?
- Tak - i opowiadamy, że jedna pani udzieliła błogosławieństwa naszej eskapadzie. Miną i gestem, a także słowem nie tylko bezpośrednim została zapewniona, że nasze zamiary nie są drapieżne i szabrownicze. W tym miejscu pragnę potępić zachowanie ludzi nastawionych na destrukcję oraz plądrowanie. Nie godzi się!

Wrażenia trzecie:
Kto pomalował na biało-trupio baranie łby ozdobne i nadał im czerwone oczy, nie miał sumienia. Dyskomfort spowodowany widokiem czegoś tak upiornego prześladował mnie przez godzinę, którą spędziłam w okolicy pałacu, a nawet jeszcze dłużej. Zasypiałam tego dnia z myślą o baranach z czerwonymi oczami. Wstydź się, malarzu bez wyobraźni!



Klamka (?) u frontowych drzwi.

Okno pałacowej kaplicy.


Elewacja ogrodowa. Kliknij, a się powiększy.

Od ogrodu, 1937 rok.

Jestem jednak mało odkrywcza i przygodowa, pomyślałam sobie obserwując pokazaną w Silginach Panią W Niebieskim. Się kobieta nie czaiła, zaglądała do okien, każdy kąt sprawdzała, gdyby dać jej więcej czasu, pewnie wynalazłaby jakiś ukryty skarb. Niczego się nie boi, bo czego się bać? Idąc za jej przykładem postanowiłam bardziej wywierać oczy na zabytki. Nie dotyka się w muzeum. Taką lekcję rozwoju w dziedzinie zwiedzania wyciągnęłam dla siebie.
Ostatnio jestem zorientowana na uczenie się od innych. Co ten człowiek robi inaczej niż ja? Jakie wnioski mogę z tego wyciągnąć? Ile można żyć jak filifionka, która jest najmądrzejsza na świecie, wie wszystko, przestrzega swoich wymyślonych zasad? Trzeba wychodzić poza swoje ramy. Ale wróćmy do zwiedzania. Historii Drogosz jest dużo, aż trudno mi wyselekcjonować najciekawsze szczegóły.



Przejście pod frontowymi schodami.



Drogosze, czyli Gross Wolfsdorf i Dönhoffstädt, to spora wieś w połowie drogi między Barcianami i Korszami. Wspominałam już o niej i o austriackim rodzie Rautterów przy okazji pałacu w Wielewie. Na początku oczywiście byli krzyżacy, bo kto inny?
Mikołaj Rautter dostał Wolfsdorf na tej samej zasadzie, na której wszedł w posiadanie Wielewa. Niewypłacony żołd, rekompensata... Starszy syn został w Wielewie, młodszemu w udziale przypadły dobra wolfsdorfskie. Pałac wybudowali jednak późniejsi własciciele - Dönhoffowie. Skąd się wzięli? Źródła nie są zgodne. Przeczytałam kilka wersji zdarzenia. Ja mam rację w mojej wersji, ponieważ starałam się, tropiłam i nawet czytałam po niemiecku, żeby zrozumieć. To było śledztwo. Rozrysowałam drzewo genealogiczne (jeżeli ktoś życzy, mogę udostępnić).

Ostatni Rautter (niektórzy piszą, że Ludwik, inni, że Albrecht, ale Ludwik) zmarł nie zostawiając męskiego potomka. Co gorsze - w wyniku epidemii dżumy zmarły jego wszystkie dzieci poza córką, Marią. Maria (1578-1626) wyszła za mąż za Friedricha von Dohna (1570-1627). Poza synem Achazem (zm. 1651), który zmarł bezpotomnie, mieli córkę, Katharinę (1606-1659). Jej pierwszy mąż (Albrecht von Rautter; co nam wyjaśnia podejrzanego Albrechta od pierwszej ostatniej córki, czyli Marii) się nie popisał. Cztery lata po ślubie, w roku 1625, zmarł.
Katharina wyszła za mąż powtórnie. 16 czerwca 1630 roku została żoną (Boleslausa) Ernesta Magnusa Dönhoffa, ojca narodu, a przynajmniej rodu, dziadka Bogislawa Friedricha, o którym będziemy rozmawiać dalej. Tak właśnie, w sposób zawiły i poplątany, Drogosze weszły w skład dóbr należących do Dönhoffów.

W 1696 pałac Rautterów trafił szlag (dosłownie, połowa spłonęła od pioruna). Rozbiórki całości dokonano w 1711. Właścicielem był wtedy Bogislaw Friedrich von Dönhoff, wnuk Kathariny, i już rozpoczął budowę nowego pałacu. Skąd pomysł na tak bajeczną siedzibę? Parę lat wcześniej, starszy brat Bogusia, Otto Magnus von Dönhoff, generał pruskiego króla, zatrudnił zdolnych architektów przy budowie swojej siedziby w Friedrichstein (tak, to ci najsławniejsi Dönhoffowie). Każdy, kto ma młodsze rodzeństwo, albo rodzeństwo w ogóle, wie, jak trudno jest nie mieć czegoś, co on/ona/oni mają! Bez kitu, niby czemu mam nie mieć? (Uwaga: emocjonalne komplikacje są wyolbrzymione oraz zmyślone przeze mnie!)
Pałac Ottona Magnusa (dysleksja chciała mnie zmusić do napisania Mangusa; może to brzmi lepiej, ale nie ma sensu) zaprojektował Jean de Bodt, autor (tak można o architekcie?) między innymi pałacu japońskiego w Dreźnie. Na kanwie (tak się ładnie określa odgapienie) jego friedrichstaińskich planów, John de Collas opracował schemat pałacu dla Bogislawa Friedricha i jego rodziny. Młodszy brat poszedł jeszcze o krok dalej. Przemianował Gross Wolfsdorf na Dönhoffstadt. Co prawda osada nadal nosiła wilczą nazwę, ale pałac i przyległości nazywano od 1716 roku Miastem Dönhoffów. Bujaj się, Otto Magnus! Ale to starszy brat wygrał w dłuższym rozrachunku. Jego potomkowie mieszkali w jego pałacu do 1945 roku. Sto lat po ukończeniu budowy pałacu w Drogoszach, ostatni męski potomek Bogislawa Friedricha, Stanislas Otto, 25 lipca 1816 roku w Getyndze, stracił życie w pojedynku. Miał 20 lat, był młody, głupi (niedoświadczony?), bezżonaty i bezdzietny.
Pałac przejęła siostra pechowego Stanislasa, Angelica zu Dohna-Lauck. Ona i jej mąż, Georg Heinrich August, nie mieli  dzieci. Po Angelice przyszła kolej na siostrzenicę - Mariannę zu Stolberg-Wernigerode. Ta ostatnia uczciła pamięć Stanislasa Ottona i Angeliki wystawiając w kaplicy pałacowej (przebudowanej przez Angelikę) rzeźbione w marmurze nagrobki memoratywne (symboliczne) tych dwojga. Poza tym na ścianach kaplicy umieszczono epitafia członków rodziny Stolberg-Wernigerode, którzy byli ostatnimi junkrami w Drogoszach. Wnuk Marianny, Albrecht zu Stolberg-Wernigerode zmarł 4 czerwca 1948 roku w Kolonii. Miał 62 lata.

Ciekawostki:
  • W 1923 gościł tam Paul von Hindenburg.
  • Ocalałe zbiory biblioteczne (podobno 2 ciężarówki) odjechały tuż po wojnie do Torunia, do biblioteki uniwersyteckiej.
  • W latach 1954-1991 w pałacu mieścił się Ośrodek Szkolenia Rolniczego.
  • Jeżeli ktoś jest milionerem (poważnie, milionerem), nie powinien mieć problemu z kupieniem pałacu od obecnego właściciela.
  • W piwnicy rosną paprocie (widziałam na własne oczy! Przez okno...).
  • Wśród przodków Dönhoffów z Drogoszy doszukać się można Karola Wielkiego. Kto by pomyślał?
  • Albrecht zu Stolberg-Wernigerode, ostatni przedwojenny właściciel Drogosz, miał siostrę bliźniaczkę. Renate zu Stolberg-Wernigerode zmarła 2 lutego 1946 roku w Królewcu.
  • Ciekawostek jest sto tysięcy, albo więcej, i ciągle odkrywam nowe.

W Drogoszach jest też kościół, ufundowany przez tamtejszych dawnych lordów. Generalnie można się było do niego włamać (bo nie zamknięty), żeby zobaczyć, co tam w murach piszczy, ale nie fascynują mnie kościoły. Zwróciłam uwagę na ciekawostkę budowlaną. Ale nie tylko ja.


Zwierz znaleziony przy kościelnym płocie.

Elementy szlacheckie przykościelne do odkrycia własnego. Nie mogę przecież wszystkiego opisywać... A dzisiaj (w dniu publikacji) zamierzam odwiedzić muzeum w Kętrzynie (bo mam biznes w mieście, więc po drodze mi muzeum), żeby zobaczyć, co ciekawego nagromadziła państwowa instytucja. Kiedyś zwiedzałam, ale to szkolne czasy, więc uwagę zwracali nam tylko na fortepian i Wojciecha Kętrzyńskiego.

czwartek, 10 września 2015

Modgarby, Warnikajmy i skracanie drogi

Modgarby

Modgarby

Po co chronologia? Postmodernizm nie przejmuje się chronologią... Tak naprawdę zdjęć z Drogosz jest tak dużo, a zdjęć pomiędzy tak mało, że postanowiłam połączyć Modgarby, Warnikajmy i krajobrazy po drodze. Drogosze na deser jako odcinek ostatni.

Zapomniałam poprzednim razem, że powinnam napisać coś z własnej perspektywy. Przeżycia, refleksje, coś tam... Wyruszając miałam jedno dominujące przemyślenie. Zostaje po nas góra gruzu i głuchy, drwiący śmiech pokoleń.

Po Silginach przyszła kolej na Modgarby. Początkowo chciałam ominąć, bo to nic spektakularnego, ale zdarzyło się, że pasowało dla dobra i urozmaicenia trasy, więc dlaczego nie? Historia nie jest wstrząsająca i emocjonująca. Również sięga czasów dawnych. Pruska osada nosiła nazwę Modegarbis, lub coś w tym rodzaju. Niektórzy tłumaczą to na Błotna Góra. Wersja niemiecka brzmiała Modgarben, stąd też krótka droga do polskich Modgarbów. Majątek należał do właścicieli Silgin, po wojnach napoleońskich przejęty został przez arklickich Egloffsteinów (jak i same Silginy). Pozostawał w dzierżawie. Pod koniec lat 20. XX wieku sprzedany i rozparcelowany (ziemię podzielono i sprzedano). Sam pałac stoi w połowie. Część wciąż zamieszkana, więc głupio było wcinać się ludziom na podwórko, tym bardziej, że nie było nikogo widać, więc nie było kogo zapytać. W czasach świetności wyglądał całkiem nieźle, ale nie był to pałac jakiś szałowy i ważny. Ot, asymetryczny, dwukondygnacyjny, z "bogatym detalem wertykalnym" ("Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich" Garnców). Nie wiem, na czym ten detal polega, może chodzi o metalowe koronki okienne? Jeżeli ktoś jest mądry w tej dziedzinie, proszę o oświecenie.

Nie jest trudno znaleźć ten pałac. Znajduje się na końcu wioski (jadąc od strony Silgin). Przy ostatnich zabudowaniach przed mostem należy skręcić w lewo.

Z Modgarbów droga (przez most) poprowadziła do Drogosz. O tym w następnym odcinku. Ostatnim przystankiem wycieczki były Warnikajmy. Zanim jednak udało nam się do nich dotrzeć, przed Równiną (Górną i Dolną), oko moje wypatrzyło coś jakby cmentarz. Przy drodze głównej, niedaleko, alejką dębową kilka kroków. Jedynym śladem po cmentarzu był postument pomnikowy widoczny na zdjęciu poniżej:


Mapa nakazała skręcić w Równinie w lewo. Po niedługiej chwili (dziennik podróży mówi, że zatrzymanie przy cmentarzu nastąpiło o 12:30, a o 12:45 pojawił się już wpis z Warnikajm) udało nam się dotrzeć do celu. Jednak nie do końca. Teren jest prywatny, obiekt jakby w remoncie, nie było szans na bliższe poznanie się z zabytkiem. Właściwie nie wiadomo, czy kompleks późnozakonny nazwać można zabytkowym...

Warnikajmy, wcześniej Warnikeim, to niewielka wioseczka pozornie na końcu świata. Warni to pruska wrona, kāims to wieś. Tu też brakowało zjawisk spektakularnych, aż do roku 1913, kiedy córka właścicieli wyszła za mąż za Juliusa von Brauna, starostę gierdawskiego. Julius dzielnie wziął się do pracy, zmodernizował gospodarstwo oraz wybudował krzyżackie zamczysko. Niestety, w wyniku kryzysu Braun zbankrutował. Po jego śmierci w 1931 roku majątek przejęło państwo. Mury były rozbierane przez kolejnych właścicieli. Ze stanu pierwotnego pozostało niewiele. Coś tam się chyba jednak dzieje, biorąc pod uwagę prywatność terenu i nowe dachy na zabudowaniach. Tutaj pałac w młodości. I w środku.

Warnikajmy, z oddali

I to był już koniec wyprawy. Ciekawostką okazała się jeszcze droga. Prosto z Warnikajm podobno był przejazd do Garbna. Bo ja nie lubię wracać. Zazwyczaj ustawiam trasę jak najbardziej do przodu. Nawierzchnia zmieniłą się w bruk dozwolony do 10t, wijący się wśród pół i pojedynczych zadrzewionych przestrzeni. Widoki płaskie, wyraziste, horyzonty szerokie. Dopisało estetyczne zachmurzenie. I wyjazd na cywilizowaną drogę tuż za Garbnem. Ryzyko się opłaciło.





wtorek, 8 września 2015

Silginy


To będzie wyprawa w trzech odcinkach. Kolejne polowanie na pałace. Tym razem bardziej owocne. W przeciwieństwie do poprzedniej (TU i TUTAJ), nie czuję się oszukana. Zobaczyłam to, czego się spodziewałam (mniej więcej), nie było problemów ze znalezieniem nieruchomości.

Wyznaczam trasę, żeby nie kręcić się bez sensu po terenie. Dla ułatwienia na mapie zaznaczyłam najbardziej sensowne miejsce startowe. A jeżeli chodzi o zakończenie wyprawy - jest skrót, którego mapy googlowskie nie przewidują. O tej drodze napiszę w następnym odcinku. Dzisiaj pałac w Silginach.



Można powiedzieć, że wyprawa rozpoczęła się w Barcianach. Droga na północ prowadzi w stronę granicy państwowej, ale tym razem Michałkowo nikogo nie obchodziło. Kurs zmienił się za Rutą. W lewo na Frączkowo, Skandawę i docelowe Silginy.

Ciekawostka:
We Frączkowie rośnie dąb szypułkowy będący pomnikiem przyrody. W momencie wciągnięcia go na listę zabytków florystycznych (rok 1994), obwód drzewa wynosił 670 centymetrów.
Krajobraz za Barcianami

Skandawa (prawdopodobnie). Spichlerz, czy coś... ;)

Jedziemy, jedziemy, droga nie taka najgorsza, da się żyć. Zgodnie z przeprowadzonym dochodzeniem, w Siglinach przejeżdżamy przez mostek, parę metrów dalej znajdujemy miejsce do zaparkowania i rodzi się rozmowa:
- To co? Szukamy ruin.
- Ciekawe, czy znajdziemy... - wzdycham na wspomnienie błąkania się po zdziczałym parku w Arklitach. Wyglądam przez okno, by okiem rzucić na gęsty drzewostan. Między dębami zauważam pałacowe mury.

Zanim wysiadłam z samochodu... Może niekoniecznie dobrze widać, ale widać.

Na początku byli krzyżacy. Jak to mieli w zwyczaju, obsadzili we wsi rycerza, prawdopodobnie Prusa z krwi i kości, który jednak nie nazywał się Bolesław, ale Swilge (jak podaje znaczna większość źródeł). Stąd też nazwa miejscowości. Tysiąc pięćset przeskształceń później osiągnęła formę Silginnen/Sillginnen, a po przejęciu ziem w ramach odzyskania, spolszczono ją na Silginy.
Neoklasycystyczny pałac jest kreacją dość nową. Kamień narożny mówi 1843, ale jako datę powstania podaje się 1836 rok (tak mówią Garncowie w "Pałacach i dworach dawnych Prus Wschodnich", powtarza to Wikipedia, a Tomasz Sowiński w "Tajemnicach Warmii i Mazur" nie zaprzecza). Osobą odpowiedzialną za budowę była żona arklickiego Egloffsteina, Annette von Viereck (emerytowana dama dworu królowej Luizy Pruskiej). Przez rodzinę dalszą, bliższą, różną, stała się właścicielką majątku (ona, nie mąż, a niby dawne dzieje zacofane, a kobiety bez praw głównie w Anglii). Po jej śmierci pałac przeszedł w ręce krewnych, nie działo się nic nadzwyczajnego. Ziemie sprzedano, pałac został rodzinie von Kalckstein. Po krótkotrwałych perturbacjach własnościowych, partia NSDAP przekształciła go w ośrodek szkolenia młodzieży. W 1937 Hitlerjugend ustąpiło miejsca domowi starców (przeniesionemu z pobliskiego miasta - Gerdauen (dziś Żeleznodorożnyj w Rosji). W styczniu 1945 Armia Czerwona przejęła budynek. Utworzono tymczasowy szpital. Po wojnie istniał tu ośrodek kolonijny dla dzieci, a później utworzono mieszkania dla pracowników państwowego gospodarstwa rolnego. Na początku lat 90. XX wieku pałac zakupiła dziwna fundacja. Niby jakiś remont, niby coś, plany stworzenia Domu Przyjaźni Polsko-Niemieckiej... Plotka głosi, że chodziło o wydobycie skarbu. Kiedy władze fundacji osiągnęły już, co zamierzały (był gdzieś w piwnicy ukryty, zamurowany), po przyjaźni, remoncie i samej fundacji, nie zostało ani śladu.







Przekrój wewnętrzny.


Od frontu.

Uwaga! Interesujący detal architektoniczny!
Półkolisty ryzalit, czyli "występ z lica elewacji", w tym przypadku umiejscowiony z boku. Taka jakby narośl na bryle budynku, ale nie oszpecająca, bo w zamiarze i rzeczywistości dodająca uroku. Ożywia budowlę, powiększa metraż, a do tego ładnie musiało to wyglądać, kiedy park i ogród jeszcze istaniały w formie okiełznanej. Na piętrze znajdował się balkon otoczony żeliwną balustradą. I okna z wyobraźnią - od zewnątrz zachowujące półkolistośc, ale od środka "normalne". Specjalistyczna robota.
Dzisiaj na schodach rośnie drzewko, elementy możliwe do rozszabrowania zniknęły, a całość zawali się niedługo w niezbyt spektakularny sposób.

Pozdrowienia dla Pani W Niebieskim! :*