piątek, 21 sierpnia 2015

Keratyna, aloes i jeszcze więcej troskliwych owoców

Nie jestem profesjonalną znawczynią kosmetyków, nie zajmuję się recenzowaniem, ale czasami trafiam na coś ciekawego lub godnego wspomnienia. Na kilka rzeczy natknęłam się w ciągu ostatnich miesięcy/tygodni/dni, nazbierało się wystarczająco dużo, żeby sens miało kolektywne wspomnienie.

1. Seria Cameleo od Delia Cosmetics. Dostałam (w zaprzyjaźnionej drogerii) do wypróbowania, ale z racji estetycznego marudzenia nad wyglądem opakowania nie mogłam się zebrać w sobie. W końcu jednak umyłam włosy szamponem keratynowym. Poruszyło mnie, że nie zawiera on barwników, zapach nie odstrasza. Nie zauważyłam jakichś wad, więc pewnie gdybym nie miała ulubionego szamponu, zaryzykowałabym zmianę na ten właśnie.
Próbowałam dwóch rodzajów masek. Pierwsza to Maska keratynowa do włosów zniszczonych. Różnica po użyciu jest naprawdę zauważalna. Powodowuje namacalne nakeratynowanie. Co jest zaletą nie tylko odżywczą, ale także pod względem prostowania. Czasami zdarza mi się mechanicznie prostować z użyciem wysokich temperatur. Po masce stwierdziłam jednak, że nie będę się wysilać. Włosy wyglądały wystarczająco.
Druga - Maska keratynowa do włosów cienkich. Dostałam, więc nie narzekam. Ale to nie jest coś dla mnie. Moje włosy nigdy nie były cienkie. Zadziałała podobnie jak opcja do włosów zniszczonych.
Po skomplikowanych zabiegach dedukcyjnych, doszłam do wniosku, że gdybym nie miała ulubionych i sprawdzonych kosmetyków do włosów, zainwestowałabym w te.



2. Krem oczyszczający Queen Helene Triple Whipped. Do twarzy, do demakijażu i innych zanieczyszczeń. Po pierwsze - jest go dużo. 425g to nie ilość, która szybko się wyczerpie. Poza tym: wydajność. Wystarczy niewiele, żeby oczyścić twarz z codziennego makijażu. Łatwo się rozprowadza, jest delikatny dla oczu, nie powoduje podrażnień. Prosty w użyciu. Dokładnie oczyszcza, nie mogę mieć pretensji, chyba że nieuzasadnione. Opakowanie mówi, że jest profesjonalny. Prawdopodobnie ma rację. Pachnie trochę medycyną (może to część profesjonalizmu?), trochę mydłem. Czyszczenie twarzy kremem przypomina mi trochę najmłodszą młodość i pozbywanie się tuszu za pomocą podstawowego kremu Nivea, z tym że Queen Helene nie zostawia tłustości. Bardzo ciekawy wynalazek. Konsystencja kremowa, nie kleisto-mazista (czego się trochę obawiałam).

3. Temat kontrowersyjny, chociaż się nie wydaje. Żel aloesowy. Zaczęłam używać zachwalaną przez wielu GorVitę. Nie był to udany wybór ze względu na konserwant. Jedna malutka rzecz, a człowiek cały czerwony, zmaltretowany i spać w nocy nie może. Następny żel, którego użyłam pochodzi spod bandery Jāsön (tyle kropek i kresek, fantastycznie!). Brak uczulającego konserwantu, ale za to ile innych dodatków! I ten niepowtarzalny dziwny zapach! Szczerze mówiąc - ten żel śmierdzi. Moja pamięć zapachowa skądś zna tę woń, jednak nie jestem w stanie zlokalizować skojarzenia. Coś niesympatycznego z dzieciństwa... Żel z kropkami i kreskami znieczula moją twarz jak ukąszenie jadowitego owada (trwa to kilkanaście sekund, ale niepokoi), nie wywołuje jednak szokujących doznań na reszcie ciała. Po depilacji woskiem szału nie ma. Trochę boję mu się zaufać jeśli chodzi o włosy. Poszukiwania trwają.

4. Pomadka w kredce, Lips on top, Celia. Moja w kolorze nr 1, chociaż myślę jeszcze o nr 3. Nie jest to produkt doskonały. Nie znaczy to, że bezużyteczny. Kolory, cena, zachowanie na plus. Paleta kolorystyczna jest dość zróżnicowana, daje możliwość swobodnego wyboru. 10 zł brzmi prawie jak interes życia (jeżeli resztę oszczędności wydaje się na bezużyteczne żele aloesowe). Poza tym wspiera się przemysł rodzimy. Niektórzy zauważają, że dostępność Celii jest dość ograniczona, ale ja mam wspomnianą już wyżej zaprzyjaźnioną drogerię (żadna sieciowa, zwykła ludzka). Kolor nie ściera się tak szybko, jak się spodziewałam. 2-3h daje radę bez wspierania, później trzeba poprawiać makeup. Słyszałam też o problemach z wysuszaniem, ale sama tego nie doświadczyłam.

5. Peeling cukrowy Troskliwa brzoskwinia z Bielendy. Spełnia swoje peelingowe zadanie, a do tego raduje serca pięknym zapachem. Bardzo lubię owocową serię Bielendy, czego nie ukrywam, i co wspominałam przy okazji masełka do ust.
Peeling nie jest agresywny, łatwo się spłukuje, skórę pozostawia miękką, gładką i nawet w miarę nawilżoną. Zaletą jest również wydajność. Sposób zapakowania jest wygodny (nie lubię peelingów w tubach, to strata czasu, nerwów i konieczność użycia ostrych narzędzi, żeby wydłubać produkt do ostatniej kropli), pudełko wygląda całkiem ładnie i radośnie. Inwestycja o wiele lepsza niż żele aloesowe...

Najważniejszym elementem wystroju łazienki jest doniczkowy kaktus.

4 komentarze:

  1. a tę królowę to skąd się bierze? bo bym była bardzo mocno zainteresowana oną królową :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłam przypadkiem w moim miejscowym stacjonarnym sklepie zielarsko-drogeryjno-alternatywnym. Na stronie akurat dokładnie takiego samego kremu nie znalazłam (chciałam zalinkować uczciwie). Jest niby to samo, ale opakowanie inne, więc nie wiem, jaka różnica i czy jakakolwiek. Zawsze możesz do nich napisać z zapytaniem, czy to jest to. :)

      Usuń
  2. Mnie zaś zaintrygowała troskliwa brzoskwinia... Do użytku wewnętrznego brzoskwinie są doskonałe, wiem, bo ostatnio stosuję i to w dużych ilościach więc nie wątpię, że i na zewnątrz dobrze się sprawdzają:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzoskwinie lubię w każdej postaci :) Ale te do wewnątrz są o wiele lepsze.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.