sobota, 29 sierpnia 2015

Cztery kroki

Krok 1:
Weź jedną, normalną, nawet męską, koszulkę w paski. Na przykład czerwone i białe. Ja znalazłam moją w lumpku. Bo gdyby efekt pracy twórczej mnie nie usatysfakcjonował, nie płakałabym nad wydanym grosiwem. Za 5 złotych można poszaleć.
Tak naprawdę nie musi być w paski. Ja po prostu bardzo lubię odzież tego typu. Ale mogą być kwiatki, szewrony (tak, znam to słowo), może być jednolitość. Cokolwiek wydaje się zaspokajać potrzeby estetyczne nosiciela. Tak, potrzeby, nie preferencje. Zgodnie z zasadą BHP.

Krok 2:
Wymyśl coś błyskotliwego. Jeśli posiada wartość dydaktyczną, niesie za sobą przesłanie nacechowane moralnie i pomaga określić fundament osobowości - świetnie! To jest to.

Krok 3:
Za pomocą farb do tkaniny, szablonu (lub i bez niego), wymaluj swoją błyskotliwość. Wykonaj wszystkie czynności utrwalające farbę. Chyba, że myśl jest ulotna, wtedy nie warto inwestować w trwałość. Każde stwierdzenie uniwersalne należy jednak zabezpieczyć przed upływem czasu, proszkiem do prania, a nawet zwyczajną wodą i temperaturą.

Krok 4:
Noś! Bo jaki sens w tworzeniu zbędnych, bezużytecznych bytów? Utylitaryzm! Sztuka stosowana!


Tak, tak, wszystko można było zrobić z szablonu...

Stylowe zdjęcia na człowieku powstały w ilości niewystarczającej. Nie bardzo skupiłam się na dokumentacji, ponieważ zajęta byłam polowaniem na pałace (część 1, część 2). Coś tam się jednak udało osiągnąć w ruinach w Wielewie.


Bo buty muszą pasować...

Selfie w gabinecie Christopha von Rauttera.

środa, 26 sierpnia 2015

Przygoda! część 2

Gałęzie historycznego drzewa.

Pierwsza część TUTAJ. Nadal podtrzymuję, że nie stosuję poprawnych terminów, więc dosłowne cytowanie mnie nie jest dobrym pomysłem. Przyjamniej w wykształconym towarzystwie.

Jedziemy dalej!
Mijamy Mołtajny, czyli Molteinen. Tu też znajdziemy ślady rodu von Schliebenów. W kościele (niegdyś ruinistyczny, dzisiaj wyremontowany) znaleźć można podobno płytę nagrobną z ich herbem. Nie wiem, nie widziałam. Interesowały mnie Arklity! Ja byłam kaowcem tej wycieczki, więc mogłam wybierać cele.

Ciekawostka - na Jeziorze Arklickim znajduje się wyspa, która zawiera cmentarzysko Bartów. Tak słyszałam.

Mój dziennik podróży zawiera wpis:
11:53 Arklity. Będziemy szukać ruin.
Później: Nie z tej strony. Las jest ładny, nawet historyczne drzewa, ale ruin nie widać.
Później: Ruiny nieosiągalne. Leśnia dzikowizna albo ogrodzenia.

Poszukiwania...

To był kiedyś pałacowy park.

Pałac wybudowano w latach 1780-1782. Inicjatorem tego przedsięwzięcia był generał Albrecht Dietrich Gottfried von und zu Egloffstein, gubernator Królewca we własnej osobie. Naprawdę architektonicznie zaszalał, ale co z tego, skoro wszystko poszło z dymem w 1983 roku? Pałac remontowano po I wojnie światowej, zelektryfikowano, doprowadzono bieżącą wodę, skanalizowano. Przetrwał II wojnę, w lutym 1944 roku ewakuowali się mieszkańcy. Rozszabrowany, ale nadal nadający się do użytku, wykorzystywany przez państwowe gospodarstwo rolne. Mieściły się w nim mieszkania, biura, przedszkole. Nikt jednak nie dbał o stan techniczny obiektu. Popadał w ruinę, opuszczono go na początku lat 70., nie powiodły się plany utworzenia tam ośrodka wypoczynkowego. Stał i niszczał, aż w końcu spłonął.

Warto wspomnieć o jednej z mieszkanek pałacu. Julie von Egloffstein (1792-1869) była malarką, całkiem nawet zdolną. Ktoś głośno żałował nawet, że z niej pani arystokratka, ponieważ utrudniło to zostanie wielką malarką.

Szczątków pałacu nie udało nam się odnaleźć. Co tu robić? Dalej, do Wielewa.

Prostokątny staw.


Wielewo (Willkamm) leży trochę na uboczu od drogi nr 591. Ucieszył nas znak oznajmiający, gdzie szukać pałacu, a w samej miejscowości tablica informacyjna z wymalowanym budynkiem, stawem z łabądkami... Cuda! Idziemy, idziemy, mijamy prostokątny staw gęsty od zielska. Krzaków coraz więcej, malownicze ule, gąszcz śliwek i innego badziewia, aż w końcu trafiamy do celu. Obraz nędzy i rozpaczy. Spodziewałam się dachu, okien z szybami, a tu smętna ruina pełna niebezpieczeństw. Dach zawalił się podobno całkiem niedawno. Doprowadziło do tego zaniedbanie i splądrowanie ogólne. To był dom jak marzenie! Domu już nie ma, pomarzyć można...


Uwaga! Obiekt zabytkowy!

Herb rodowy nad głównym wejściem.

Główne wejście od, tak jakby, środka

Zapraszamy na salony! "Pomieszczenie" na prawo od głównego wejścia.

Frontowe okno na piętrze.

Tak sprytnie wbudowane były rynny.

Łazienka (?) na piętrze, nie wiem, czy "z epoki", czy powojenna.

Paprotki.

Wspięłam się na najwyższą górę gruzu, żeby zrobić to zdjęcie.

Kilka słów o mieszkancach. Rauterrowie przybyli z Austrii w XV wieku. Ród rozgałęził się na dwie części - pierwsza zadomowiła się w dzisiejszych Drogoszach i trwała tam do drugiej połowy XVII wieku, a druga od 1474 do początku XIX wieku. Później nastąpiły małe perturbacje, zabrakło męskich potomków, ale bardzo postępowy zięć hrabiów przejął nazwisko żony, więc praktycznie do 1945 właściciele się nie zmienili. Po wojnie pałac zajęły siły wojskowe, a na przełomie lat 60/70. ustąpiły miejsca państwowemu gospodarstwu rolnemu. W latach 90. wystawiony na sprzedaż przez Agencję Własności Rolnej Skarbu Państwa, słyszałam nawet, że ktoś kupił. Budynek niszczał jednak, nie mogąc stawić oporu upływowi czasu oraz, w ciągu ostatnich lat, bezczelnemu szabrowaniu. Słyszałam, że postanowiono wykluczyć go z rejestru zabytku i rozebrać, co znaczy - niech se stoi, zawali się do końca, a później przyjdzie walec i wyrówna.

Kulturalnie, po schodkach, wychodzimy. Żegnaj, pałacu!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Przygoda! część 1

Ponad Kanałem Mazurskim przed Bajorami.

Podróżowanie jest ważne. Nawet jeżeli odbywa się po bezkresnych połaciach dzikowizny, które powoli pożerają przedawnione znaki cywilizacji. Nie planuję ocalać od zapomnienia. Chodzi tylko o przygodę. Podzieliłam opowieść na dwie części, ponieważ jeden odcinek byłby zbyt długi.

UWAGA: Nie stosuję profesjonalnych historycznych terminów!

Ratusz w Srokowie. Po prawej równie zabytkowy spichlerz.

Można liczyć, że wędrówka rozpoczęła się w Srokowie. Kierując się tablicami informacyjnymi, wycieczka wyruszyła w stronę Kałek. Droga widowiskowa, nawierzchnia znośna. Las, wioski, ale nawet mocno nie trzęsło. Po drodze, przed Brzeźnicą, krótki postój przy cmentarzu rodziny Totenhoefer, przedwojennych właścicieli majątków Birkenfeld (Brzeźnica) i Sechserben (dlaczego po polsku Kałki?).




Nagrobek doktora Maksa Bertholda (1850-1914) i  jego żony Anny (1849-1937) zdobi trójwiersz:
Największą siłą jest prawda,
Najwyższą prawdą jest mądrość,
Mądrość jest najlepszym dobrem.
(Nie posiadam certyfikatu z niemieckiego, improwizowałam.) 

Brzeźnica nie fascynuje, moim zdaniem dwór z odzobną chorągiewką nie wygląda ciekawie, więc opisu nie będzie. Za miejscowością mija się most na rzece Kanale Mazurskim. Ten Kanał to straszny kanał, tym bardziej, że obecnie susza przekracza wszelkie normy dobrego wychowania.


I dalej mamy już Kałki. Pałac w remoncie, kręci się ludzi wielu. Nie wygląda jak na przeżartych smutkiem zdjęciach z lat poprzednich, wychodzi coś całkiem ciekawego. Zdjęć nie zrobiłam, bo nie będę ludziom w betoniarki wchodzić. Z drugiej strony za to krzaki i nie widać niczego...
Co można napisać o samym majątku? Zanim w pierwszej połowie XIX wieku rozgościli się tu Totenhoeferowie, dobra należały do rodziny von Schlieben - bogatych i zasobnych burżujów, którzy władali niemal całym gierdawskim dystryktem. Ród to stary, ród to znany.
Na początki XX wieku Totenhoeferowie postawili na hodowlę koni w najlepszym gatunku. Do dnia dzisiejszego zachowały się zabudowania gospodarcze (niektóre też są aktualnie odnawiane).
Ciekawa ciekawostka: Rudolf Plock, urodzony w Sechserben w 1922 roku (czyli "za panowania" Rudolfa i Ilse Plock z domu Totenhoefer), zginął jesienią 1944 roku na południu Niemiec.

Kałki, część zabudowań gospodarczych naprzeciw pałacu.

Jedziemy dalej, z Kałek przez Łęknicę do Świętego Kamienia. Po drodze miał być jeszcze jeden cmentarz, ale nie został odnaleziony. Następny przystanek - Asuny.


Tu, naszym zdaniem, miał być zaginiony cmentarz. Nie było.

Na przełomie 1678 i 1679 do Asun dotarł jeden z oddziałów szwedzkich, zatrzymał się tam i wymagał okupów, póki elektor Fryderyk Wilhelm nie "wybawił mieszkańców z tego kłopotu" (Max Toeppen, "Historia Mazur", Olsztyn 1998, str 233-234).

Ośrodek Kultury Ukraińskiej w starej karczmie Asunach.



Niemieckie Assaunen prawdopodobnie wiele wspólnego ma z pruskim jesionem (āsis). Nie chcę opowiadać o krzyżackich dziejach, ponieważ nie są to moje ulubione czasy historyczne. Przeskoczę więc od razu do najciekawszej historii.
Przy kościele znajduje się tablica nagrobna poświęcona siedemnastoletniemu synowi właściciela pobliskich Kurkławek - Carl Louis Friedrich Max Leo hrabia von Klinckowstroem zginął na morzu. Więcej informacji na ten temat TUTAJ.

Miejscowość jest ładna, zadbana, a ponad rzeką Omet przebiega stary, malowniczy most.

Antycellulitowa droga ku dalszej przygodzie.

piątek, 21 sierpnia 2015

Keratyna, aloes i jeszcze więcej troskliwych owoców

Nie jestem profesjonalną znawczynią kosmetyków, nie zajmuję się recenzowaniem, ale czasami trafiam na coś ciekawego lub godnego wspomnienia. Na kilka rzeczy natknęłam się w ciągu ostatnich miesięcy/tygodni/dni, nazbierało się wystarczająco dużo, żeby sens miało kolektywne wspomnienie.

1. Seria Cameleo od Delia Cosmetics. Dostałam (w zaprzyjaźnionej drogerii) do wypróbowania, ale z racji estetycznego marudzenia nad wyglądem opakowania nie mogłam się zebrać w sobie. W końcu jednak umyłam włosy szamponem keratynowym. Poruszyło mnie, że nie zawiera on barwników, zapach nie odstrasza. Nie zauważyłam jakichś wad, więc pewnie gdybym nie miała ulubionego szamponu, zaryzykowałabym zmianę na ten właśnie.
Próbowałam dwóch rodzajów masek. Pierwsza to Maska keratynowa do włosów zniszczonych. Różnica po użyciu jest naprawdę zauważalna. Powodowuje namacalne nakeratynowanie. Co jest zaletą nie tylko odżywczą, ale także pod względem prostowania. Czasami zdarza mi się mechanicznie prostować z użyciem wysokich temperatur. Po masce stwierdziłam jednak, że nie będę się wysilać. Włosy wyglądały wystarczająco.
Druga - Maska keratynowa do włosów cienkich. Dostałam, więc nie narzekam. Ale to nie jest coś dla mnie. Moje włosy nigdy nie były cienkie. Zadziałała podobnie jak opcja do włosów zniszczonych.
Po skomplikowanych zabiegach dedukcyjnych, doszłam do wniosku, że gdybym nie miała ulubionych i sprawdzonych kosmetyków do włosów, zainwestowałabym w te.



2. Krem oczyszczający Queen Helene Triple Whipped. Do twarzy, do demakijażu i innych zanieczyszczeń. Po pierwsze - jest go dużo. 425g to nie ilość, która szybko się wyczerpie. Poza tym: wydajność. Wystarczy niewiele, żeby oczyścić twarz z codziennego makijażu. Łatwo się rozprowadza, jest delikatny dla oczu, nie powoduje podrażnień. Prosty w użyciu. Dokładnie oczyszcza, nie mogę mieć pretensji, chyba że nieuzasadnione. Opakowanie mówi, że jest profesjonalny. Prawdopodobnie ma rację. Pachnie trochę medycyną (może to część profesjonalizmu?), trochę mydłem. Czyszczenie twarzy kremem przypomina mi trochę najmłodszą młodość i pozbywanie się tuszu za pomocą podstawowego kremu Nivea, z tym że Queen Helene nie zostawia tłustości. Bardzo ciekawy wynalazek. Konsystencja kremowa, nie kleisto-mazista (czego się trochę obawiałam).

3. Temat kontrowersyjny, chociaż się nie wydaje. Żel aloesowy. Zaczęłam używać zachwalaną przez wielu GorVitę. Nie był to udany wybór ze względu na konserwant. Jedna malutka rzecz, a człowiek cały czerwony, zmaltretowany i spać w nocy nie może. Następny żel, którego użyłam pochodzi spod bandery Jāsön (tyle kropek i kresek, fantastycznie!). Brak uczulającego konserwantu, ale za to ile innych dodatków! I ten niepowtarzalny dziwny zapach! Szczerze mówiąc - ten żel śmierdzi. Moja pamięć zapachowa skądś zna tę woń, jednak nie jestem w stanie zlokalizować skojarzenia. Coś niesympatycznego z dzieciństwa... Żel z kropkami i kreskami znieczula moją twarz jak ukąszenie jadowitego owada (trwa to kilkanaście sekund, ale niepokoi), nie wywołuje jednak szokujących doznań na reszcie ciała. Po depilacji woskiem szału nie ma. Trochę boję mu się zaufać jeśli chodzi o włosy. Poszukiwania trwają.

4. Pomadka w kredce, Lips on top, Celia. Moja w kolorze nr 1, chociaż myślę jeszcze o nr 3. Nie jest to produkt doskonały. Nie znaczy to, że bezużyteczny. Kolory, cena, zachowanie na plus. Paleta kolorystyczna jest dość zróżnicowana, daje możliwość swobodnego wyboru. 10 zł brzmi prawie jak interes życia (jeżeli resztę oszczędności wydaje się na bezużyteczne żele aloesowe). Poza tym wspiera się przemysł rodzimy. Niektórzy zauważają, że dostępność Celii jest dość ograniczona, ale ja mam wspomnianą już wyżej zaprzyjaźnioną drogerię (żadna sieciowa, zwykła ludzka). Kolor nie ściera się tak szybko, jak się spodziewałam. 2-3h daje radę bez wspierania, później trzeba poprawiać makeup. Słyszałam też o problemach z wysuszaniem, ale sama tego nie doświadczyłam.

5. Peeling cukrowy Troskliwa brzoskwinia z Bielendy. Spełnia swoje peelingowe zadanie, a do tego raduje serca pięknym zapachem. Bardzo lubię owocową serię Bielendy, czego nie ukrywam, i co wspominałam przy okazji masełka do ust.
Peeling nie jest agresywny, łatwo się spłukuje, skórę pozostawia miękką, gładką i nawet w miarę nawilżoną. Zaletą jest również wydajność. Sposób zapakowania jest wygodny (nie lubię peelingów w tubach, to strata czasu, nerwów i konieczność użycia ostrych narzędzi, żeby wydłubać produkt do ostatniej kropli), pudełko wygląda całkiem ładnie i radośnie. Inwestycja o wiele lepsza niż żele aloesowe...

Najważniejszym elementem wystroju łazienki jest doniczkowy kaktus.

środa, 19 sierpnia 2015

Pieśń to wielka, pieśń-tworzenie, czy coś w tym rodzaju...


Chciałam to wszystko zostawić do podsumowania miesiąca. Jednak bardzo dużo się nazbierało innych rzeczy, dlatego postanowiłam trochę dziedziny spożywczej odciąć. Te dwa przypadki akurat do siebie pasują, ponieważ łączy je koncepcja kuchennej improwizacji.

To nie przepis. Przepis to sposób na potrawę, na przetworzenie półproduktów, żeby uzyskać coś konkretnego. Ja mówię tylko: jedzenie lodów z pudełka, jak producent stworzył, jest marnowaniem potencjału. Jeśli człowiek nawrzuca czegoś, co lubi, lody stają się spersonalizowaną przyjemnością spożywczą.
I mogą być czekoladowe ciastka, banan, orzechy nerkowca, przecier z owoców róży i żelkowa glizda z lodami śmietankowymi. I wcale nie jest niezdrowo. Bo przecier z róży ma witaminy (tak mówią).
Możliwości są nieskończone.


Może coś przegapiłam, ale zauważyłam w końcu nowy spożywczy trend w postaci wielkich pieczarek. Niektórzy mówią, że do grillowania. Więc dlaczego nie? Pojawił się tylko problem co do sposobu przyrządzenia tej specjality. W końcu padło na nadzianie. Cebulką, nogami pieczarkowymi, przyprawionymi i podduszonymi. Z braku innego sera, pojawił się plasterek pleśniowego (miał być mozzarella, lecz na złość stracił ważność kilka miesięcy temu). Pieczarki zostały zgrillowane w piekarniku. Niby fantazyjny dodatek obiadowy, żeby ludzi wprowadzić w osłupienie. Teraz myślę, że można było nadziać je porem.


(Adam Mickiewicz by mnie nie lubił.)

sobota, 15 sierpnia 2015

Wakacje bez Augusta


Dostałam sukienkę niedoszytą. Dawno temu (naprawdę bardzo dawno) ktoś zaczął, ale nie składało się, żeby skończyć. Za sukienkami w kwiatki nie przepadam. Lubiłam tylko jedną, ale straciła się. Pożyczyłam, prawdopodobnie nie wróciła do mnie. I tak w życiu bywa.
Z okazji upałów pomyślałam, że dobrym pomysłem będzie uformowanie bluzki. Cel osiągnęłam w miarę bez przygód. Maszyna przeżywała bunt, miałam problem z naciągnięciem nitki, ale po kilku chwilach perswazji, łucznica wróciła do szeregu.
Wszystko działo się bardzo szybko, bardzo szybko zrobiłam zdjęcia. Zapomniałam, że ludzie lubią przed i po. W głowie mi się spektakularność nie mieści. Mam jeszcze trzy gotowe sztuki odzieży do pokazania, ale może jednak wyjdę z nimi na większą przestrzeń.



środa, 12 sierpnia 2015

Zapomniane słowa

Wspaniałe tło w postaci mojego brzydkiego stolika roboczego.

I książka. "Zapomniane słowa" pod redakcją Magdaleny Budzińskiej.

To świetny pomysł. Osiemdziesiąt osiem osób, o ile nie przegrzał mi się mózg i policzyłam zgodnie z rzeczywistością, pisze o słowach, zjawiskach konwersacyjnych, zwrotach, i nawet obelgach, które powoli odchodzą do lamusa, albo już obrosły kurzem w jakimś kącie. A przecież sam lamus nie jest już tym, co pierwotne zamierzenie przewidywało. Jest Olga Tokarczuk, Andrzej Stasiuk, Wojciech Młynarski, Jan Miodek, Maja Komorowska i wiele innych ciekawych nazwisk. Niektórzy piszą zgrabnie i lekko, czyta się łatwo, przyjemnie, z uśmieszkiem zadowolenia na twarzy. Inni... hmm.

Świetne słowa (w większości świetne). Przejmuję czuczeło, łapserdak nigdy nie wyszedł u mnie z użycia, i w końcu wiem, czym się różni kobiałka od łubianki. Wiedza praktyczna.

Klik! by powiększyć i zapoznać się z całym spisem treści.

Tak naprawdę moją uwagę zwróciła okładka. Nie ocenia się po tym książki, ale jeśli coś się rzuci w oczy, człowiek zaintryguje się, to wiadomo, że element zaskoczenia i mózg estetycznie otumaniony. Tom tak jest ładny, że chce się go przy sobie nosić jako akcesorium fashionisty. Taka jestem modna i stylowa, a do tego mam książkę... W różnym świetle wygląda różnie. Na półce też się prezentuje. Udane połączenie formy z treścią. Prima sort.

Gdybym ja miała napisać o moim ulubionym słowie, które powoli odchodzi w zapomnienie, miałabym problem. Książka udostępnia miejsce do notatek własnych, na końcu są dwie strony przeznaczone do tego celu.
Brakuje mi na przykład korsarzy, których piraci wyparli już prawie całkowicie. Korsarz jest bardziej elegancki. Pirat raczej nie dba o higienę osobistą.
I prawdziwych ekspedietnów prawie już nie ma. Nie mogę dopatrzeć się łacińskiego znaczenia we współczesnych sprzedawcach, którzy nijak nie są użyteczni. Najczęściej na uprzejme pytanie "W czym mogę pomóc?" odpowiadam automatycznie "Dziękuję, nie trzeba", bo jeśli nawet nie wiem, co robię, to wolę zrobić to sama. Dziwna nachalność, która nie zostawia miejsca na moje własne refleksje oraz potrzeby, zniechęca do korzystania z oferowanego doradztwa. Nie jestem ekspensywna. Nie reflektuję na każdą jedną rzecz.
Jest jeszcze tuzganie, burlanie i cała masa innych regionalizmów przekazywanych w rodzinie z pokolenia na pokolenie.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Woda na upały


Odwodnienie jest niebezpiecznym przeżyciem. Ale o tym mówi każdy producent napojów, szczególnie latem. Nie będę wyliczać, czym grozi, bo wszyscy wiemy, że grozi. Mam za to szybki przepis na upały. Przypomnę przy okazji o solonej lemoniadzie. Sprawdza się świetnie. Ale tym razem mniej kontrowersyjny pomysł: woda z dodatkami.

Jak to zrobić?
Potrzebna jest butelka. Litrowa wystarczy. Składniki: woda pitna, kilka lisktów mięty, miód, 1 cytryna.

1. Wyciskamy sok z cytryny, wlewamy do butelki. Wrzucamy miętę (nie musi być posiekana, ładniej wygląda w stanie naturalnym), dolewamy miód (2-3 łyżki, chociaż to zależy od upodobań).

2. Zalewamy wodą. Zakręcamy butelkę. Energicznie potrząsamy, aż na dnie zabraknie miodu. Można przy tym zatańczyć. Tutaj przykładowa muzyka.

3. Odstawiamy miksturę do lodówki. Na czas tak zwanego przegryzienia. Po 2 godzinach nadaje się do picia. Może i wcześniej, ale nie sprawdzałam.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Malowany jamnik


Prawda jest taka, że przemalowałam to, co się nie udało. Pomyślałam, że jamnik jest lepszym motywem ozdobnym. Bardziej pasuje do mojej koncepcji wystroju. Jest to oczywiście dzieło malowane akrylowymi farbami, wymiary nieimponujące: 17 cm w wysokości i 23 w szerokości. Kolory wyraziste, w wersji trochę surowej, niewygładzanej. Namalowałam specjalnie dla siebie.


sobota, 1 sierpnia 2015

Tam lato ze złotym berłem przechodzi


Lipiec to lato, lato jest radosne, radość w jasnych barwach opisuje świat. Ale nie zawsze.
Piosenka to nie wszystko.

Kolejny raz nie wiem, jak to się stało, ale 31 dni minęło jak 1 tydzień. Tak się śmiesznie dzieje. Nie zauważyłam, żeby zdarzyło się coś niesamowitego. Ładniejsze, nic nie znaczące, historie starałam się uchwycić fotograficznie. Gdzieś mi umknęło kilka chwil, albo zostały w czerwcu. Trudno powiedzieć. Lipcowej pogody nie zauważyłam. Upalnych dni było tyle, że na palcach jednej ręki można policzyć. Lipiec nielipiec.

Ze spożywczych spraw:
Zamroziłam cydr. Zapomniałam, bo miał się szybko schłodzić. Dziki cydr nie taki straszny, ale i nie wyśmienity. Normalny. Może niska temperatura odebrała mu supermoce?
Zakończyła się moja próba sił - do końca lipca trwało moje postanowienie, żeby nie jeść słodyczy (własnoręcznie zrobione ciasto się nie liczy). Niby nie wielkie wyrzeczenie, ale kiedy ma się słoik żelków na wyciągnięcie ręki, to jednak trochę kusi, żeby się złamać. Strasznie bradzo nie żałuję. Przetrwałam, nie było mi smutno.
Znalazłam za to nowe ulubione danie obiadowe - zielone curry z kurczakiem i ładnie ugotowanym ryżem.

Duże poruszenie:
Brytyjskie sieroty. Poszukuję teraz filmu Oranges and Sunshine.

Sentymentalnie:
Wyprawa pod okno dzieciństwa. Przykro jest widzieć, jak się domy rozpadają.

Książka:
Anna Kamińska, Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak. Przeczytałam, czyli mogę się wypowiedzieć. Po pierwsze, bardzo zrównoważona książka. Bez wybielania, bez oczerniania. Dużym plusem jest to, że autorka zadała sobie trud uwzględnienia różnorodnych źródeł. Bardzo nie lubię biograficznych opowieści, które zdają się być wyciągnięte z kosmosu albo wyobraźni. Kamińska nie tylko przytacza fragmenty wywiadów - podążając za przypisami, czytelnik sam może je odszukać. Nie ma gloryfikowania mitu Kossaków, nie ma nadętości tradycji, nie znajdzie się wyliczanka - ten był dobry, ten był zły. Warto przeczytać dla obiektywnego spojrzenia. Nie należy się spodziewać sensacji i kontrowersji. Bardzo dobrze.
Kończę Zapomniane słowa, a w kolejce czeka 1945. Wojna i pokój.


Dziewanna z kwiatami przypominającymi prażoną kukurydzę.


Moje okno sprzed lat, widok niewesoły.


Ususzyłam płatki róż, następnie zaszyłam w workach, żeby mieć pachnącą szafę.

Jezioro Rydzówka



Sierpień będzie bardziej interesuący.