poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Bułeczki rodzynkowe



Leonard Cohen jest sławny. Pisze piosenki, śpiewa (tak jakby), ale jednak bardziej pisze. Zainspirowany między innymi historią króla Dawida, napisał piosenkę. Ja nie jestem sławna i nie planuję nawet. Inspiruję się bardziej przyziemnie, mniej artystycznie. Przeczytałam o plackach rodzynkowych, które Dawid dostał od Abigail. I pomyślałam, że to musiało być coś smacznego. Zmierzyłam wzrokiem kilka opcji i ostatecznie zdecydowałam się na rodzynkowe bułki. Przepis zaczerpnięty, kuchnia grecka, czyli rzut beretem do Izraela...

Moje zmiany polegały na tym, że podwoiłam ilość składników (jak piec, to piec), tylko z solą nie zaszalałam, zostawiłam zastaną wartość. Tak więc:

  • 410 g mleka (prosto z lodówki, nie bawiłam się w pokojowe temperatury, ale dalej wyjaśnię, dlaczego);
  • 180 g miodu;
  • 60 g masła;
  • jajko
  • 400 g mąki pełnoziarnistej pszennej (ja wrzuciłam graham);
  • 250 g mąki zwykłej zszennej;
  • 1 łyżka drożdży insatnt;
  • pół łyżeczki soli;
  • 300 g rodzynek (różnych).

Masło i miód wrzuciłam do garneczka, uważając, żeby nie spalić, na małym ogniu, roztopiłam. Odstawiłam.

Suche produkty (mąki, drożdże, sól, rodzynki) wrzuciłam do dużej miski.

Do masła i miodu dolałam mleka, wymieszałam. Masło i miód były ciepłe, mleko zimne, więc się wyrównało. Wbiłam jajko, wymieszałam na jednolitą masę.

Zalałam miksturą suche składniki. Dokładnie wymieszałam. Ciasto jest lepiące. Nie może być gęste.

Wrzuciłam ciasto do miski wysmarowanej oliwą. Odstawiłam do wyrośnięcia na długo. Ponad 1h. Pod przykryciem. W obecnych czasach używam worków foliowych. Ciasto kisi się w cieple, które nie ma szans na ucieczkę i proces trwa krócej niż pod bawełnianą ścierką.

Wywaliłam ciasto na blat roboczy, podzieliłam na 16 części. Uformowałam bułki. Wygłupiałam się z kształtem, ale mogą być normalne, kuliste. Bułeczki ułożyłam na blachach pokrytych papierem do pieczenia. Odstawiłam do wyrośnięcia pod ścierką. Na ok. 20 minut. Dzień czy dwa później zrobiłam bez drugiego wyrastania, eksperymentalnie, ale były gorsze, mniej delikatne i bardziej oklapłe. Warto dać im trochę czasu na rozwój.

Ustawiłam nagrzewanie piekarnika. 180 stopni Celsjusza.

Wstawiłam blachy do nagrzanego piekarnika. Piekły się 15 minut, jak przepis wzorcowy przykazał.

Najlepsze są jeszcze ciepłe. I świetnie nadają się na śniadanie (następnego dnia, bo nie jesteśmy cyborgami, którzy sobie zagniotą ciasto o 4 rano...).


czwartek, 23 kwietnia 2015

Formy mrożenia w temperaturze pokojowej


Napiszę recenzję książki, ale najpierw muszę książkę przeczytać. Dlatego dzisiaj o zorganizowanych precjozach i resztkowym kocyku.

Gdzieś w głębinach pinterestnych, oko moje natknęło się na sposób układania rodowych biżutów. Idealnym pojemnikiem na małe elementy jest forma do zamrażania wody w kostki. Próbnie zakupiona w sklepie z serii wszystko-po-taniości, sprawdziła się całkiem nieźle. Żeby fanatycznie posegregować postanowiłam dokupić przynajmniej jeszcze jedną. Forma spoczywa w szufladzie i silną ręką utrzymuje porządek.



Wydziergałam kocyk ze starej włóczki w kolorze zamrożonego mięsa. Dwa odcienie, wielkość akurat na fotel/krzesło. Dziergane ryżem. Uwielbiam ryż. Tworzy ciekawą fakturę. Z praktycznej strony - jest idealny na dzieła kocykowe, bo nie zwija się na krawędziach, zachowuje płaską formę. Chciałam dziergnąć podwójny ryż, ale klasyka wygrała.


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wczesna wiosna


Mogłabym opowiedzieć kilka niesamowitych historii. O tym, jak pewnego czwartku postanowiłam w końcu zrobić twarzowe zdjęcia do dokumentów i wszystkie zakłady fotograficzne były nieczynne. Mogłabym opisać kilka moich refleksji. Jak popularny jest sarkazm i ironia, ale jeśli piszesz bez podkreślenia, że te właśnie zabiegi stosujesz, mimo ewidentnie kwaśnej treści, ludzie wezmą wszystko poważnie. Jak utrudniana jest percepcja.

Dzieją się rzeczy.

Dzieje się jednak wiosna. I to jest znacznie ciekawsze zjawisko. Dzień usiany był przelotnym deszczem, ale plany leśno-spacerowe miały trzy tygodnie. Nie odpuściliśmy sobie.


Robaczywy świerk.

Bobrowy ogryzek.

Głowa do góry!

Sabotaż...

yours sincerely

piątek, 10 kwietnia 2015

Banan smażony i mrożony

Banany zawierają potas, który pozytywnie wpływa między innymi na procesy umysłowe. Kiedy nagle pojawiają się banany w ilości nadprzyrodzonej, trzeba szybko kombinować, co z nich zrobić. Bo po pewnym czasie w formie surowej już po prostu nie da się ich jeść. Dobrym pomysłem jest dodanie ich do porannego błonnika. Dobrym pomysłem jest smażenie. Kiedyś czytałam książkę o brazylijskiej kuchni i jakoś zostało mi w umyśle. Wiadomo, że w krajach bardziej rozwiniętych pod względem bananowej różnorodności, banan bananowi nierówny. Nie wybrzydzam jednak, darowanemu bananowi nie wytyka się błędów.

Smażone banany (danie obiadowe na 2 osoby):
  • 6 dojrzałych bananów;
  • 1-2 łyżki oleju kokosowego;
  • 0,5 łyżeczki cynamonu;
  • melasa trzcinowa (ze względu dekoracyjno-fanaberyjnego, czyli opcjonalnie).
Narzędzia: patelnia, łopatka do przewracania smażelizny.
Rozgrzałam tłuszcz na patelni, posypałam cynamonem. Ułożyłam banany (bez skórki, ale o tym chyba nie muszę wspominać). Smażyłam do złocistego brązu. Oczywiście przewracając. Poukładałam na talerzach, polałam trzcinową maziają. Udekorowałam orzechami włoskimi.



Po obiedzie należy się jeszcze deser. Lody są trujące, to wiemy wszyscy, ale mrożony jogurt jest mniej zzabójczą alternatywą.

Mrożony bananowo-truskawkowy jogurt (danie deserowe na 2 osoby):
  • 2 dojrzałe banany;
  • 25 mrożonych truskawek;
  • 8 łyżek jogurtu naturalnego.
Narzędzia: blender.
Do blendera wrzuciłam banany z jogurtem, zmieliłam na jednolitą masę. Dodawałam po jednej truskawce, żeby się blender nie zmęczył. Wszystko się ładnie połączyło. Zostało skonsumowane bez dodatkowych ozdobników.



Na koniec piosenka. Tak jakoś pomyślałam...

środa, 1 kwietnia 2015

Spring!


Bardzo starałam się biegać. Ze względu na siebie, ze względu na jamnika. Obaśmy siebie warte, stwory pozimowe. Nie będzie skrótów, nie będzie innej drogi. Jeśli jamnik ma być szczęśliwy i fit, trzeba springać. I... nic z tego nie wyszło, bo przez większą część miesiąca tułałam się jak naród wybrany po pustyni, a na sam koniec dopadła mnie choroba, przez którą głos mój upodobnił się do głosu Marianne Faithfull. Powoli wracam do normalności. Ostatni raz podobnie chorowałam po Chorwacji we wrześniu (tutaj ta mrożąca krew w żyłach historia). Plany moje zostały pokrzyżowane, ale w tej kwestii raczej nie ma kompromisów.
Około 14 marca zorientowałam się, że to już półmetek. I co? Niczego ciekawego od tego czasu nie odnotowałam. Fakt, w moim życiu pojawił się kwiatek cyklamen, o którego musiałam zacząć dbać. Ale biorąc pod uwagę nadnaturalnie obłego jamnika, pod znakiem zapytania stanęła ta nowa znajomość.


Wiosenny, dziki kwiatek.

Pamiątka z Berlina. Moje ulubione!

Mam kilka pomysłów na nowe obrazy. Tak dobrze mi się maluje, kiedy jestem wściekle zagniewana. Inna ciekawostka - kasza bulgur, która świetnie działa w sałatce z pomidorem, rybą na parze i serkiem typu zatapianego w podpuszczce. Ktoś mówił, że nabiału z pomidorami się nie łączy. Nie wiem.

Pierwsza wiosenna tęcza.

Postanowiłam ukraść Manię. Jest najsłodszym małym jamniczkiem, jakiego w życiu widziałam. Gdyby każdy człowiek miał taką Mańkę, zupełnie inaczej patrzyłby na otaczającą go rzeczywistość.



Słowa kluczowe:

jak zrobić ładną kokardę
Ćwiczyć. Talent jest niczym wobec ciężkiej pracy.

kurka z podwórka pisklę
Zielononóżki.