piątek, 27 marca 2015

Ursus arctos

Jeszcze do XVIII wieku wierzono, że niedźwiedź rodzi się jako biała, bezkształtna bryła, którą matka-niedźwiedzica stopniowo kształtowała ozorem. Z innych ciekawostek - niedźwiedź przyczynił się do wygaśnięcia dynastii Jagiellonów. Z Litwy sprowadzono bowiem bestię, którą król Zygmunt I rozkazał wypuścić. Zwierz spowodował szkody, poranił ludzi, wywołał panikę, w wyniku której Bona spadła z konia. Tak się składało, że spodziewała się dziecka. W wyniku upadku poroniła. Dziecko było chłopcem. Gdyby nie szalejący niedźwiedź, Zygmunt II August miałby młodszego brata. W obliczu bezdzietności ostatniego Jagiellona, takie rodzeństwo byłoby całkiem przydatne.

Dane techniczne: akryl na płótnie, 40/40 centymetrów.
Inspiracja: herb Kętrzyna, Les Fauves.
Tło zrobiłabym teraz trochę inne, ale niech już będzie. Nie bardzo podoba mi się rozplanowanie, ale przez wzgląd na kętrzyński herb, trudno byłoby zrobić inaczej.

W oświetleniu wewnętrznym.

Detal tlisty.

Detal brzuchowo-łapkowy.

W oświetleniu naturalnym, zachmurzonym.

wtorek, 24 marca 2015

Berlin

Niczego ciekawego nie widziałam. Wyprawa była szybka, trwała około 30 godzin. Żelki sobie przywiozłam. Więcej czasu spędziłam w samochodzie mknącym przez Polskę, bo w samym Berlinie może 1/3 całości.
Przez to wszystko zaspałam na zaćmienie słońca.


Takie tam.

Kierunek: Wedding :)

Ładny domek.


czwartek, 19 marca 2015

Suszone morele i jagody w cieście po krysztallemu

Po raz kolejny zgapiam przepis. Prawdziwy jest TUTAJ. Mam też dylemat. Nie wiem, czy to urok placka, czy wyszedł mi zakalec...


Mój skład:
  • miseczka jagód (tak, borówki amerykańskie);
  • miseczka suszonych moreli pokrojonych w kostkę;
  • 50 g cukru pudru;
  • 150 g mąki pszennej;
  • 3 jajka;
  • 100 ml mleka (bo źle przeczytałam...);
  • 1 łyżeczka przyprawy do kawy/herbaty (imbir, pieprz, cynamon, liście kasji, goździki, kardamon, gałka muszkatołowa);
  • biała czekolada i 1 łyżka mleka jako polewa.

Zrobiłam tak:
  1. Jajka ubiłam do piankowatej konsystencji. Bez sensu, bo zapomniałam, że będę dodawać mleko. I dodałam.
  2. Przesiałam mąkę i cukier, delikatnie wymieszałam. Łyżkę mąki odłożyłam, żeby wytarzać owoce.
  3. Dodałam przyprawę kawowo-herbacianą. Dokładnie wymieszałam.
  4. Przelałam ciasto do formy wysmarowanej tłuszczem.
  5. Owoce wytarzałam w pozostałej mące, wsypałam do ciasta. Ale delikatnie, bez agresji i przemocy.
  6. Do piekarnika nagrzanego do 180 stopni wstawiłam całość. Piekło się 30-35 minut. Nie lubię bladości.
  7. Odstawiłam do ostygnięcia.
  8. Na parze rozpuściłam czekoladę, wymieszałam z mlekiem, stworzyła się polewa. Pomazałam ciasto.
  9. Zjadłam ciasto przy pomocy rodziny.
PITание, czyli notatki na najbliższej kartce i owoce w mące.

Stygnący placek.

Wersja konsumpcyjna.

Smak keksowaty, słodkość w normie. Myślę, że gdybym użyła lżejszej mąki, sytuacja przedstawiałaby się ciekawiej.

poniedziałek, 16 marca 2015

Kremy, liście, troskliwe owoce

Nie potrafię pisać o kosmetykach, ale trzeba sobie stawiać wyzwania. Nie mogę cały czas obrazów malować i piec ciast.

Od kilku lat używam do twarzy jedynego słusznego kremu. Niestety, skończył się jakoś w połowie lutego, a ja zmuszona zostałam do dokonania szybkiego zakupu zastępczego. Nie znalazłam niczego lepszego, niczego nawet porównywalnego. Dlatego zaopatrzyłam się w następną dawkę. Bardzo lubię go za konsystencję, wchłanialność i poziom mawilżenia, jaki dzięki niemu osiąga moja skóra. Przystępna cena również jest zaletą.
Co ciekawego jeszcze zauważyłam? Kolor skóry wyrównał się, rozjaśnił (nie wiem, czy to nie będzie poczytane za rasizm, że niby jasne lepsze, ale w moim przypadku ciemne oznacza szaro-zaczerwienione, więc jasne zdecydowanie lepsze). Różnego rodzaju nagłe niedoskonałości przestały się usilnie pojawiać. Albo lubię ten krem do tego stopnia, że psychicznie zmuszam moją skórę do zachowań ze sfery wyobraźni, albo naprawdę jest dla mnie dobry.
Uwaga: krem pachnie intensywnie, co niektórych może drażnić. Ostrzegałam.



O mydle dla bani pisałam w ramach chwalipięctwa zakupowego. Wtedy jeszcze z powątpiewaniem spoglądałam na syberyjskie mazidło babci Agafii. Dzisiaj bez wyrzutów sumienia mogę stwierdzić, że jako mydło do włosów sprawdza się całkiem nieźle. Jest wydajne. Pachnie trzydziestoma siedmioma trawami. Nie pieni się jak szalone. Nie podrażnia skóry głowy, a podrażnienia tego typu przez długi czas były zmorą pożerającą moją cierpliwość. Trochę wysusza, ale z tym potrafię walczyć. Co prawda włosy bez odżywki się nie rozczeszą, nie okłamujmy się jednak - konieczność wsmarowania odżywki we włosy nie jest wielkim problemem. Jedynym znakiem zapytania dotyczącym baniowego mydła jest kwestia: co zrobić z tym jesiennym liściem, który tkwi na powierzchni?

Odżywkę mam dobrą, jajeczną. Lubię też ziajową intensywnie wygładzającą mocą jedwabiu. Przy moich szalonych włosach jej działanie jest zadowalające. Używam też wzmacniającej mgiełki farmońskiej z wyciągiem ze skrzypu polnego. Niektórzy ze względu na alkohol w niej zawarty, rezygnują ze spryskiwania się. Moje włosy jednak strasznie się awanturują, wszczynają patologiczne burdy, a ja nie mam odwagi wysłać ich na odwyk, więc ulegam.




W prezencie dostałam krem rokitnikowy do ogółu ciała Planeta Organica. Zdaniem Pani Matki wszystko, co rokitnikowe, musi być dobre. A wszyscy wiemy, że panie matki zawsze mają rację.
Konsystencja prawdziwie kremowa, wręcz deserowa. Charakterystyczny zapach nie należy do moich ulubionych, ale każdy musi mieć jakąś wadę. Na szczęście dość szybko się ulatnia. Krem zawiera witaminy, jest organiczny, szybko się wchłania i nie powoduje uczucia oblepienia (a niby oblepicha...). Nie mogę narzekać. Poprzedni mój specyfik, farmonowe masło, był o wiele bardziej niewchłanialny. Warto wspomnieć o wydajności. Mimo konkretnego zagęszczenia produktu, nie potrzeba czerpać jak z kopalni, żeby namaścić swoje ciało. Czy rzeczywiście pomaga zachować młodość? Nie czuję, żeby czas się zatrzymywał.



Mogłabym jeszcze wspomnieć o bielendowej pielęgnacji ust. Więc dlaczego nie? Od dłuższego czasu stosuję Masełko malinowe. Służy mi jako alternatywa kolorystyczno-zapachowa dla zwykłej wazeliny. Kolor jest rozsądnie delikatnie dozowany. Niby coś zwyczajnego, a człowiek od razu czuje się jak ktoś naprawdę wyjątkowy... Poważniejąc: tak, inwestycja nie jest ruinujaca finansowo, a opłacalna. W torebce funkcjonuje również Balsam do ust Troskliwa Brzoskwinia. Ze względu na troskliwość, pełni rolę koła ratunkowego. Bo pogoda, bo inne czynniki. Pachnie, nawilża, nie powoduje klejącej powłoki. Jestem zadowolona. Poza tym opakowania są ładne. To nie zdarza się często. Zawsze ktoś zaszaleje, zruinuje wizualność produktu. Tym razem się udało. Szczerze gratuluję, Bielendo.

PS. Moja znajoma bardzo długo była przekonana, że Belinda.

poniedziałek, 9 marca 2015

Vulpes vulpes

When you feel like there's no way out, Love is the only way.... (Cytat zaczerpnięty)

Staram się robić zdjęcia.

Prawdą nie jest, że miłość to jedyne wyjście, bo wyjść zawsze jest kilka. Czasami tym najlepszym jest zrobienie czegoś, co przynosi najradośniejsze rezultaty. Lubię malować cienie zwierzęce, lubię malować kropki. Lubię malować kolorowo. Lis rudy, czyli vulpes vulpes, drapieżnik psowaty, dla niektórych szkodnik inwazyjny, w kulturze symbolizujący przebiegłość, tym razem jako motyw dekoracyjny. W datowaniu na odwrocie płótna pomyliłam się, co czyni obraz jeszcze bardziej unikalnym. Ja się przecież nigdy nie mylę, moje życie to 99,8% poprawności i perfekcji. Nie będę w tym miejscu rysować uśmiechów, które mają za zadanie zaznaczyć żartobliwy charakter wypowiedzi. Wierzę w Czytelnika.

Mój lis jest pomarańczowo-czerwono-różowy, to nie złudzenie.

Przykładowa ekspozycja.


Dane techniczne: farby akrylowe, 3 wieczory pracy. Rozmiar: 30 na 40 centymetrów. Niezliczone zdjęcia lisów obejrzane w ramach obeznania konstrukcyjnego sylwetki. Rysunki początkowe: nieudane.

Inspiracje ponadpodstawowe: morela (tak, owoc), Mańka (najnowszy jamnik w rodzinie), fowistyczne efekty.

Trudno mi ogarnąć zorganizowaną sprzedaż, więc póki co, jeśli ktoś chciałby nabyć ten unikalny obraz (bez ramy, mam tylko jedną w tym rozmiarze i jej potrzebuję), proszę i zachęcam do kontaktu mailowego.

wtorek, 3 marca 2015

Brazylijskie masło orzechowe i kopytka

Masło orzechowe.

Artykuły spożywcze wracają. Tym razem kombinacja bez sensu, bo kopytka z orzechami nie są spełnieniem moich marzeń. Kopytkowy przepis z "Książki kucharskiej" Zawistowskiej.

Ugotowane ziemniaki przecisnęłam przez prasę. Wymieszałam z resztą składników. Ciasto ładnie się zagniotło. Podzieliłam na 4 równe kawałki, z których wyrolowałam długie tasiemce. Pocięłam je w koptyka, ugotowałam w osolonej wodzie. Wymieszałam z podduszoną cebulką i zielskiem typu przyprawa uniwersalna (w moim przypadku: czerwona czubryca). Zjadłam ja, zjedli ludzie.




Masło orzechowe pojawiło się wcześniej. Tym samym sposobem, co poprzednio, zrobiłam kanapkowy dodatek z orzechów brazylijskich. Walory smakowe jak najbardziej pozytywne.
W blenderze zmieliłam 200 g orzechów (-1 orzech) z niewielkim dodatkiem oliwy (1 łyżka?). Wrzuciłam do słoika. Przechowuję w lodówce. Zjadam w towarzystwie konfitury lub owoców w plasterkach. Na chlebie, naleśnikach i tego rodzaju tworzywie. Moim zdaniem lepsze niż tradycyjne.




Na marginesie:
Myślę o tym, żeby trochę zrewitalizować krysztallowy blog, więc jeśli ktoś ma jakieś złote pomysły i sugestie, z chęcią o nich przeczytam. Mam świadomość, że powinnam bardziej się postarać ze strony foto-foto. Nie chcę mieszać się w media społecznościowe, bo jestem starym, leniwym człowiekiem.

niedziela, 1 marca 2015

Писать о Феврале навзрыд

Po pierwsze Regina Spektor - Apres moi. Podsumowując - miałam w miesiącu lutym do przeczytania coś cyrylicą pisanego. I czytam, i myślę, i nie rozumiem. Cztery lata nauki na nic! Aż się zdenerwowałam i z płaczem udałam do Pani Matki, ponieważ charakteryzuje się ona lepszą znajomością języka rosyjskiego.
- To kazachski - powiedziała.
Tyle we mnie językoznawcy.

Lubię luty, bo nie jest długi, jest równy. 28 dni zamknąć w tygodniach - perfekcja! I chociaż to najkrótszy miesiąc w roku, nie mogę powiedzieć, że działo się mało. W marcu też będę raczej silnie zajęta.

Nauczyłam się gotować ryż. Zrobiłam kimbap (lub gimbap). Nie pokroiłam w plastry, bo się przestraszyłam rozpadnięcia. Jak na pierwszy raz - całkiem nieźle. Będzie lepiej w przyszłości.


Książka: Tadeusz Kotarbiński, Medytacje o życiu godziwym. I teraz wypadałoby napisać, że jestem zachwycona i moje życie zyskało nieznany dotąd odcień szczęścia. Ale skłamałabym. Tego nie da się czytać. Mam inne zdanie o życiu godziwym. Nie jestem profesorem, więc pradopodobnie się nie znam. Jest kilka stwierdzeń ciekawych, może nawet trafnych. Jednak z czystym sumieniem polecić nie mogę. Na marginesie - wydaje mi się, że tekst zawiera za dużo słów.

Namalowałam coś. Nie osiągnęłam pełnego zadowolenia. Prawdopodobnie jeszcze poprawię. Chciałam stworzyć coś nowoczesnego, ale to jednak nie moja dziedznia. Lepiej mi wychodzą te rzeczy, które lepiej wychodzą. Trzeba znać swoje miejsce. Warto wychodzić poza wyznaczone ramy, oczywiście, ale z przekonaniem i pewnością. Nie, że coś tam będzie, jakoś zrobię. Kierunkowość, proszę państwa. Wyznaczenie celu, jasność dążeń.


Pierwszy sezon "The Good Wife" za mną. Oglądam bez wsparcia języka polskiego, więc nie będę nazywać serialu "Żoną idealną". Poza tym, że chwilę mi zajęło załapanie prawnych formułek, całość oceniam dość wysoko. Nie podobał mi się wątek męża. Jestem zdania, że albo w tą, albo w tamtą, a ta dobra żona nie mogła się zdecydować, o co jej w życiu chodzi. I ostatni odcinek tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że może jako prawnik była całkiem niezła, ale ogólnie naiwna, dziwna, taka jakaś wewnętrznie oślizgła. Nie przyjaźniłabym się. Nie polubiłam babki.

Nic ciekawego w lutym.


Na koniec słowa kluczowe. Bez obrazków, chociaż planowałam. Nie miałam wystarczająco dużo czasu.

co można zrobić na styropianie
Usiąść i płakać.

coś z białek
Gałki oczne!

praca impresjonistyczna
Zawód marzeń.

jak namalować obraz
Nie wierzyć w to, że jakoś będzie.

radosny poniedziałek
W każdej chwili.

Mam nadzieję, że trafiłam w gusta ankietowanych Familiady.