czwartek, 15 stycznia 2015

Jakby kulebiak


Znowu jedzenie, ale zmęczeni ludzi nie robią niczego, tylko jedzą. Łatwiej jest zapychać blogową przestrzeń obiadem, bo wiadomo, że posiłki są rzeczą nieuniknioną. Reszta wymaga większego nakładu pracy. Ale nakładam pracę, trzeci raz kończę ten sam sweter. Dwa poprzednie się nie udały, nie leżały, nie wyglądały. Sweter (prawie) jest różowo-niebiesko-różowy, ale nie przecukrowany. Pewnie w lutym się pojawi. Trzeba planować przyszłość...

Kulebiak z natury inaczej wygląda. Żeby nie powiedzieć, że nie potrafię nadać innej formy, bronię się stwierdzeniem, że to mój pierwszy. Mięso też raczej nie powinno być mielone, ale zdarzyło się.

Przepis nie bardzo mi się spodobał. Po pierwsze nie lubię mierzenia szklankami. Nie podoba mi się brak temperatury i czasu pieczenia. Wszystko na nie, nie, nie. Zrobiłam po swojemu. Nadzienie też. Dzieje ciasta zapisałam. Farsz został wykonany z gotowanego mięsa (następnie zmielonego), kiszonej kapusty i innych jadalnych materiałów, które się nawinęły.

Mój skład na ciasto:
  • 600 ml mąki (jeśli liczymy na szklanki, to możemy i na mililitry);
  • 100 ml mleka;
  • 1 łyżeczka drożdży instant;
  • 1 szczypta soli;
  • 2 łyżki oliwy.

Mąkę, drożdże, sól i mleko wymieszałam. Do w miarę zagnicionej mikstury dolałam oliwę. Wypracowałam w miarę miękkie, ale nie rozlatujące się ciasto. Odstawiłam do wyrośnięcia możliwe, że na 2 godziny. Co będę żałowała? Zapomniałam o jajkach. Zawsze o czymś zapominam.

Skład nadzienia jest nie do odtworzenia. Poddusiłam pociętą drobno celulę. Kapustę również. Wymieszałam oba składniki, dorzuciłam mięso, dusiłam jeszcze. Trochę różnych, resztkowych warzyw wrzuciłam do tego wszystkiego. Przyprawiłam.  Chyba jeszcze był ryż.

Wersja książkowa
Wyrośnięte ciasto rozwałkowałam na prostokątny placek, wypełniłam nadzieniem, zwinęłam, ułożyłam w poniższy kształt. Miał być uformowany pieróg, ale jestem dość leniwa w tej materii (wydało się!). Pomalowałam ciasto białkiem, dźgnęłam w strategicznych miejscach (żeby nie pękło pod wpływem ciśnienia, które wewnętrznie wywołałoby piekące się nadzienie). Piekłam przez ok. 50 minut w temperaturze 175 stopni.


I się upiekło całkiem ładnie, mocno nie popękało. Ciasto inspirowane kulebiakiem posłużyło jako dodatek do barszczu.


8 komentarzy:

  1. U mnie wszystko co ma mleko, mięso, jajka - nie przejdzie przez gardło, ale za to robiłam kopytka. Z mąką orkiszową. Taaaaakie pyszne - dziecko mnie pochwaliło :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno nie jadłam kopytek. Aż mam dylemat obiadowy.
      Niektórzy myślą, że bez mleka, mięsa i jajek się nie da. A tak dużo można! :)

      Usuń
  2. Świetny dodatek do barszczu! Mnie ostatnio wpadło do głowy, żeby może coś podobnego zrobić z ciasta na pizze, znaczy, żeby rozwałkować, posmarować jakimś farszem (w moim przypadku raczej bezmięsnym), zrolować, pokroić w grube plastry i upiec... Ale może fajniej by było właśnie zawinać tak, jak Ty i kroić plastry juz upieczone... Muszę jeszcze przemyśleć, ale inspiracja padła na podatny grunt:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam gdzieś przepis na pizzę nadziewaną. Taką z grubszego ciasta. To też nie jest zły pomysł.
      Ja się chyba za bardzo przyzwyczaiłam do zwijania. To poręczne rozwiązanie. Inspiruj się do woli! :)

      Usuń
  3. Eeeej, nie dla mnie. Przeważnie nie jadam takich potraw. Ale z pewnością mogę zaliczyć przepis do kulinarnych ciekawostek :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wygląda ciekawie :), ale jakoś ten farsz nie przekonuje mnie do siebie, ale podziwiam za to, że zaskakujesz mnie nie raz swoimi działaniami w kuchni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następnym razem zrezygnuję z mięsa na rzecz kapusty. Do mnie też farsz nie przemówił wyjątkowo.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.