piątek, 30 stycznia 2015

Unikalność


Przyjaciel to osoba, która w odpowiedzi na twoje marudzenie: "Upiekłabym ciasto, ale nie chce mi się go jeść..." zaoferuje pomoc w konsumpcji.

Normalnie nie robię serników. Nie moja dziedzina. Tym razem zaryzykowałam. Out of the comfort zone, czy coś...
Prawie kompletnie wykonałam wszystko w zgodzie z przepisem. Zrezygnowałam z dekoracji (zwykła polewa z gwiazdkami mlecznymi). Spód zrobiłam z siekanych orzechów i amarantusa ekspandowanego wymieszanych z czekoladą (nie ciastek). Masa sernikowa pozostała bez zmian. Sernik sprawdził się jako zagrycha do gry planszowej.




W lutym nie będzie jedzenia. Ile można? Cytując Beatę Kozidrak: Nie, nie, nie! Nie, nie, nie!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Do wypicia


Teraz będę się chwalić, jaka jestem zdrowotna. Zamiast działać kreatywnie i konstruktywnie. Było już o ziołowych herbatkach. I zamiast zajmować się poważnymi sprawami, postanowiłam napisać o wątpliwej wspaniałości własnej. To już pewne, wstępy nie są moją mocną stroną.

Wiele osób twierdzi, że cytryna i sok z cytryny są bardzo zdrowe, przydatne i mają same zalety. Uległam więc namowom. Jedną cytrynę i 3-4 łyżki miodu wrzuciłam do blendera. Na wysokich obrotach zmieliłam na jednolitą masę i zalałam wodą do oporu. Sok z cytryny powinno się pić rozcieńczony. Tak gdzieś czytałam. Bo poza zaletami, ma też wady.  Dam znać, jeśli zaszkodzi. Przechowuję w szklanej butelce w lodówce.
Sok głównie służy mi jako rozpuszczalnik do sproszkowanych witamin (bo wcinam witaminy bez dodatków i kolorów). Żeby temat ten zakończyć - od ok. 2 miesięcy regularnie faszeruję się 50% zalecanej dawki (byłoby 100%, ale nie doczytałam, co opakowanie mówi) i widzę wpływ. Jem mniej słodyczy, włosy nie wychodzą mi już garściami, skóra się poprawiła, czuję się lepiej, bardziej żywo.

Poza dziwną miksturą i zwykłą wodą, czasami popijam Vytautasa. Woda-suwenir z litewskiej ziemi. Niby dostępna w Polsce, ale nigdy nie widziałam. Ma różne zdrowotne działania, podobno udowodnione. Na stres, funkcjonowanie żołądka, pracę mięśni i wzmocnienie kości. Smakuje jak posolone mydło, ale Zuber z Krynicy-Zdroju jest bardziej niesympatyczny. Na kaca podobno też działa, ale ja nigdy nie mam kaca. I to nie infantylne przechwałki. Moje życie jest zbyt drogocenne, żeby marnować je na takie "rozrywki".




Zdrowe elementy wyszczególnione. Rozszyfrowałam ich działanie i doszłam do wniosku, że lepiej jeść pastę sezamową, buraki i cebulę. Nie smakują mydłem.

I najlepszy jogurt, jaki można kupić. Znowu lans, że litewski zakup. Tu w całej okazałości, ale w cudzym języku. Do codziennych porannych płatków jest dodatkiem świetnym. Problem z płatkami mam taki, że nie lubię owsianki z dodatkami. Lubię na słono. A jogurt nie pasuje. Moje ulubione fabryczne płatki to Kellogg's Choco Krispies. Niestety, w Polsce nie są dostępne. Kto widział, żeby sprowadzać zagarniczne płatki śniadanowe? Burżuazja i książęta pszczyńscy... Dlatego nie jest to codzienne śniadanie. Bo takie płatki wcale nie są specjalnie dobre dla żywego człowieka.


Piję też tran. Rzecz obrzydliwa, ale mówią, że warto.Nie chorowałam, odkąd spożywam regularnie, więc być może mają rację.

Herbata ulung się sprawdza. Lubię ją coraz bardziej. Czarna herbata z pigwą nadal mi smakuje. Żyć, nie umierać. Ale jest coś jeszcze. Ostatnie odkrycie - herbata z granatów. Bombowy wynalazek. Ograniczyłam zasłodzenie, bo na wnętrzności 2 owoców użyłam 2 łyżki cukru (moja znajoma postanowiła zrobić z brązowym cukrem, co wypróbuję następnym razem). Walorów smakowych nie uszkodziłam. Kolor jest piękny, a herbata orzeźwiająca i bardzo owocowa. Granaty są przeciwwirusowe i przeciwutleniające, czytałam też o pozytywnym wpływie na sercowe problemy (te natury mechanicznej, ale kto wie...).


Nagromadzenie w słoiku, przechowuję w lodówce.

czwartek, 15 stycznia 2015

Jakby kulebiak


Znowu jedzenie, ale zmęczeni ludzi nie robią niczego, tylko jedzą. Łatwiej jest zapychać blogową przestrzeń obiadem, bo wiadomo, że posiłki są rzeczą nieuniknioną. Reszta wymaga większego nakładu pracy. Ale nakładam pracę, trzeci raz kończę ten sam sweter. Dwa poprzednie się nie udały, nie leżały, nie wyglądały. Sweter (prawie) jest różowo-niebiesko-różowy, ale nie przecukrowany. Pewnie w lutym się pojawi. Trzeba planować przyszłość...

Kulebiak z natury inaczej wygląda. Żeby nie powiedzieć, że nie potrafię nadać innej formy, bronię się stwierdzeniem, że to mój pierwszy. Mięso też raczej nie powinno być mielone, ale zdarzyło się.

Przepis nie bardzo mi się spodobał. Po pierwsze nie lubię mierzenia szklankami. Nie podoba mi się brak temperatury i czasu pieczenia. Wszystko na nie, nie, nie. Zrobiłam po swojemu. Nadzienie też. Dzieje ciasta zapisałam. Farsz został wykonany z gotowanego mięsa (następnie zmielonego), kiszonej kapusty i innych jadalnych materiałów, które się nawinęły.

Mój skład na ciasto:
  • 600 ml mąki (jeśli liczymy na szklanki, to możemy i na mililitry);
  • 100 ml mleka;
  • 1 łyżeczka drożdży instant;
  • 1 szczypta soli;
  • 2 łyżki oliwy.

Mąkę, drożdże, sól i mleko wymieszałam. Do w miarę zagnicionej mikstury dolałam oliwę. Wypracowałam w miarę miękkie, ale nie rozlatujące się ciasto. Odstawiłam do wyrośnięcia możliwe, że na 2 godziny. Co będę żałowała? Zapomniałam o jajkach. Zawsze o czymś zapominam.

Skład nadzienia jest nie do odtworzenia. Poddusiłam pociętą drobno celulę. Kapustę również. Wymieszałam oba składniki, dorzuciłam mięso, dusiłam jeszcze. Trochę różnych, resztkowych warzyw wrzuciłam do tego wszystkiego. Przyprawiłam.  Chyba jeszcze był ryż.

Wersja książkowa
Wyrośnięte ciasto rozwałkowałam na prostokątny placek, wypełniłam nadzieniem, zwinęłam, ułożyłam w poniższy kształt. Miał być uformowany pieróg, ale jestem dość leniwa w tej materii (wydało się!). Pomalowałam ciasto białkiem, dźgnęłam w strategicznych miejscach (żeby nie pękło pod wpływem ciśnienia, które wewnętrznie wywołałoby piekące się nadzienie). Piekłam przez ok. 50 minut w temperaturze 175 stopni.


I się upiekło całkiem ładnie, mocno nie popękało. Ciasto inspirowane kulebiakiem posłużyło jako dodatek do barszczu.


niedziela, 11 stycznia 2015

Łupy, czyli litewskie zakupy


Pamiątki z wyprawy. Po pierwsze ziołowe herbatki w pięciu rodzajach.
  • Pomarańcza+rokitnik,
  • róża+oregano+rumianek,
  • oregano+jarzębina+róża+czerwona porzeczka+skórka cytrynowa,
  • róża+rokitnik+tymianek+mniszek lekarski,
  • korzeń ślazu+tymianek+skórka jabłkowa.
Ładne opakowanie to nie wszystko. Herbatki nie zawierają różnych dziwnych dodatków, skład skupiony jest raczej na zielskach popakowanych w torebki. Pachną wyśmienicie, smakują wspaniale.

Surelisy jak zwykle. Różnorodność!

Biedronka wzbogaciła niedawno swój asortyment o surelisy. Wyboru nie ma (waniliowe i czekoladowe), ale to pierwszy krok człowieka w kosmosie. Magija występuje podobno w Piotrze i Pawle. Ale to i tak biednie. Dlatego z każdej litewskiej wyprawy należy wracać z worem surelisów wszelkiej maści.

Ciekawym zjawiskiem jest gruzińska lemoniada estragonowa. Kupiona jako kot w worku, bez świadomości, co dokładnie zawiera butelka. Nie potrafię czytać gruzińskich literek, a litewska naklejka z tyłu też wiele nie wyjaśniła. Wiadomo było tylko, że jest to bezalkoholowa lemoniada. Kolor napitku zaskoczył mnie ("przeraził" to lepsze słowo). Całość jest dla mnie zdecydowanie zbyt słodka. Po rozwodnieniu wydobywa się ziołowy smak.


Kosmetyczne zakupy.
Olej awokado(wy?) - do wypróbowania. O użytkowaniu tego typu produktów postaram się napisać coś dłuższego. Obecnie działam na migdałowym i kokosowym.


Inne rzeczy:
Peeling. Używam już pianki do twarzy. Można powiedzieć, że Himalaya uzależnia. Głównym bohaterem obu czyścideł do twarzy jest miodla indyjska, zielsko antybakteryjne, przeciwgrzybicze, antywirusowe. Pianka jest bardzo wydajna. Mam nadzieję, że peeling też będzie. Póki co jestem z niego zadowolona. Dozuje się z umiarem, nie pieni, całkiem ładnie czyści.
Krem pierwszej pomocy. Ze srebrem koloidalnym, wyciągiem z żywokostu, kwasem hialuronowym. Na meduzie oparzenia (to zdarza mi się prawie codziennie!), na ukąszenia owadów, oparzenia termiczne i słoneczne, mechaniczne uszkodzenia skóry. Jeszcze się na tyle nie uszkodziłam, żeby sprawdzać działanie.
Oczyszczający szampon marokański. Z wulkaniczną glinką (zawierającą krzem i magnez), olejem arganowym, wszystkimi możliwymi witaminami (A, B, C, D, E, F, K), oliwą z oliwek, białkami, solami, antyseptycznymi cudami. Ma oczyszczać i uwalniać od toksyn. Obecnie posługuję się szamponem ziołowym tybetańskim, ale czasem warto spróbować czegoś nowego. O tybetańskim mogę powiedzieć, że ma wpływ na jakość. Odkąd go używam, moje włosy są bardziej miękkie, lśniące i mimo zimy/szalików, nie kołtunią się. A może to tylko zasługa odżywki?
Mydło do bani. Jeszcze nie mam pojęcia, co z tego wyniknie.


czwartek, 8 stycznia 2015

Lietuva kolejny raz


Nie jest to jakaś szalona ciekawostka, ale kilka zdjęć z wyprawy. Bez szaleństw, bez wydarzeń wielce godnych uwagi i wspomnienia. Zdjęcia z samochodu chyba już się stają nudne. Nie ma jednak innego zwiedzania.

Litewskie ceny niebezpiecznie podniesione (z powodu zmiany waluty). Moja nieznajomość języka nie przeszkodziła mi w dogadaniu się z jedną kobietą (nie zrozumiałam ani słowa, ale się domyśliłam na tyle, żeby odpowiedzieć). Wspaniale.


Mgła niedaleko granicy.

W końcu postęp! Plan miasta. Koniec z kombinowaniem na tak zwane oko.


Była przerwa w Suwałkach. Na ulicy Kościuszki znajdował się kiedyś bar z kartaczami i innymi wynalazkami kulinarnymi. Kamienica jednak w remoncie i trzeba było szukać innego obiadu. Zimą szczególnie cenię ciepłe posiłki. Dopiero na ulicy Chłodnej (ironia!) ukazał się przybytek kebabowy. Jedzenie tego typu niekoniecznie uważam za najlepsze na świecie, ale z braku laku... Nie chciało nam się już dalej łazić. Głodno, chłodno, do domu daleko... Padło na frytki z kebabem i sosem czosnkowym.Nie tak najlepiej, jak by się chciało.

Ulica Kościuszki.

Ulica Chłodna.

Konsumpcja podczas postoju w dalszej trasie.
Wychodne - dobra nazwa dla mniejscowości.


piątek, 2 stycznia 2015

Hej!



To nie było łatwe, ale chodziło za mną tyle czasu, że radość sprawia mi zrealizowanie pomysłu. Ludowe akcenty to nie nowa obsesja. Jestem w trakcie realizacji jeszcze kilku zdarzeń z tej dziedziny.
Melanżowe drechy zakupione zostały w formie czystej, nienaruszonej. Następnym krokiem było naszycie parzenicowych wzorków. Posłużyłam się sznurkiem do sutaszu. Kolor czarny wydawał się najbardziej odpowiednim. Inne kolory też są fajne, ale czarny najważniejszy.

Orawa to historyczna kraina umiejscowiona wśród zachodnich Karpat. Nie było mnie tam nigdy. Jednak tamtejsza parzenica spodobała mi się znacznie bardziej niż jej sławna krewniaczka z Podhala (tam akurat byłam kiedyś). Parzenica jest sercowatym motywem ozdobnym. Haftuje się go czarnym, wełnianym, specyficznie ułożonym sznureczkiem lub wąską taśmą. Historia parzenic orawskich ma swój początek dopiero około 1892 roku, kiedy zaczęto je naszywać przy przyporach. Początkowo takie portki służyły bogatszym gospodarzom. Warto też parę słów poświęcić przyporom, bo do niedawna sama bym nie wiedziała, co to takiego. Zdjęcie ze zbiorów Państwowego Muzeum Etnograficznego pomoże zrozumieć.


Coby portki dobrze leżały, nie były zbyt obszerne i nie było dociekań (Right now you probably thinking how she get in them jeans), fundowano pionowe rozcięcia w górnej części. Dolne plecy najczęściej nie są wklęsłe, więc trzeba było radzić sobie. Wokół tych rozcięć naszywano różnego rodzaju zdobienia, co też nie było głupie, bo podnosiło walory estetyczne oraz zabezpieczało przed powiększaniem się rozcięć.
Ewolucja stroju postępowała. Teraz jakaś nizinna istota bez zrozumienia tradycji ludzi gór, naszyła sobie parzenice na dresiwo. Nie jest wybitnie zgrabnie, ale jak na pierwszy raz - nie najgorzej. Zauważyłam też, że zaaplikowałam dość małe wzorki, ale uważam, że to przez niewielką wysokość nad poziomem morza. Inne powietrze.


Ślizg!



Zdjęcia wykonane podczas dłuższego spaceru w ramach akcji odchudzania jamnika. Od połowy jesieni stawał się fat, teraz czas na fit.
Poza spodniami nic ciekawego się w "stylizacji" nie dzieje, więc pominę milczeniem lament nad kurtką (niby drogocenna, ale funkcjonalność słaba). Zatem to wszystko.

Hej!