piątek, 30 stycznia 2015

Unikalność


Przyjaciel to osoba, która w odpowiedzi na twoje marudzenie: "Upiekłabym ciasto, ale nie chce mi się go jeść..." zaoferuje pomoc w konsumpcji.

Normalnie nie robię serników. Nie moja dziedzina. Tym razem zaryzykowałam. Out of the comfort zone, czy coś...
Prawie kompletnie wykonałam wszystko w zgodzie z przepisem. Zrezygnowałam z dekoracji (zwykła polewa z gwiazdkami mlecznymi). Spód zrobiłam z siekanych orzechów i amarantusa ekspandowanego wymieszanych z czekoladą (nie ciastek). Masa sernikowa pozostała bez zmian. Sernik sprawdził się jako zagrycha do gry planszowej.




W lutym nie będzie jedzenia. Ile można? Cytując Beatę Kozidrak: Nie, nie, nie! Nie, nie, nie!

niedziela, 11 stycznia 2015

Łupy, czyli litewskie zakupy


Pamiątki z wyprawy. Po pierwsze ziołowe herbatki w pięciu rodzajach.
  • Pomarańcza+rokitnik,
  • róża+oregano+rumianek,
  • oregano+jarzębina+róża+czerwona porzeczka+skórka cytrynowa,
  • róża+rokitnik+tymianek+mniszek lekarski,
  • korzeń ślazu+tymianek+skórka jabłkowa.
Ładne opakowanie to nie wszystko. Herbatki nie zawierają różnych dziwnych dodatków, skład skupiony jest raczej na zielskach popakowanych w torebki. Pachną wyśmienicie, smakują wspaniale.

Surelisy jak zwykle. Różnorodność!

Biedronka wzbogaciła niedawno swój asortyment o surelisy. Wyboru nie ma (waniliowe i czekoladowe), ale to pierwszy krok człowieka w kosmosie. Magija występuje podobno w Piotrze i Pawle. Ale to i tak biednie. Dlatego z każdej litewskiej wyprawy należy wracać z worem surelisów wszelkiej maści.

Ciekawym zjawiskiem jest gruzińska lemoniada estragonowa. Kupiona jako kot w worku, bez świadomości, co dokładnie zawiera butelka. Nie potrafię czytać gruzińskich literek, a litewska naklejka z tyłu też wiele nie wyjaśniła. Wiadomo było tylko, że jest to bezalkoholowa lemoniada. Kolor napitku zaskoczył mnie ("przeraził" to lepsze słowo). Całość jest dla mnie zdecydowanie zbyt słodka. Po rozwodnieniu wydobywa się ziołowy smak.


Kosmetyczne zakupy.
Olej awokado(wy?) - do wypróbowania. O użytkowaniu tego typu produktów postaram się napisać coś dłuższego. Obecnie działam na migdałowym i kokosowym.


Inne rzeczy:
Peeling. Używam już pianki do twarzy. Można powiedzieć, że Himalaya uzależnia. Głównym bohaterem obu czyścideł do twarzy jest miodla indyjska, zielsko antybakteryjne, przeciwgrzybicze, antywirusowe. Pianka jest bardzo wydajna. Mam nadzieję, że peeling też będzie. Póki co jestem z niego zadowolona. Dozuje się z umiarem, nie pieni, całkiem ładnie czyści.
Krem pierwszej pomocy. Ze srebrem koloidalnym, wyciągiem z żywokostu, kwasem hialuronowym. Na meduzie oparzenia (to zdarza mi się prawie codziennie!), na ukąszenia owadów, oparzenia termiczne i słoneczne, mechaniczne uszkodzenia skóry. Jeszcze się na tyle nie uszkodziłam, żeby sprawdzać działanie.
Oczyszczający szampon marokański. Z wulkaniczną glinką (zawierającą krzem i magnez), olejem arganowym, wszystkimi możliwymi witaminami (A, B, C, D, E, F, K), oliwą z oliwek, białkami, solami, antyseptycznymi cudami. Ma oczyszczać i uwalniać od toksyn. Obecnie posługuję się szamponem ziołowym tybetańskim, ale czasem warto spróbować czegoś nowego. O tybetańskim mogę powiedzieć, że ma wpływ na jakość. Odkąd go używam, moje włosy są bardziej miękkie, lśniące i mimo zimy/szalików, nie kołtunią się. A może to tylko zasługa odżywki?
Mydło do bani. Jeszcze nie mam pojęcia, co z tego wyniknie.


czwartek, 8 stycznia 2015

Lietuva kolejny raz


Nie jest to jakaś szalona ciekawostka, ale kilka zdjęć z wyprawy. Bez szaleństw, bez wydarzeń wielce godnych uwagi i wspomnienia. Zdjęcia z samochodu chyba już się stają nudne. Nie ma jednak innego zwiedzania.

Litewskie ceny niebezpiecznie podniesione (z powodu zmiany waluty). Moja nieznajomość języka nie przeszkodziła mi w dogadaniu się z jedną kobietą (nie zrozumiałam ani słowa, ale się domyśliłam na tyle, żeby odpowiedzieć). Wspaniale.


Mgła niedaleko granicy.

W końcu postęp! Plan miasta. Koniec z kombinowaniem na tak zwane oko.


Była przerwa w Suwałkach. Na ulicy Kościuszki znajdował się kiedyś bar z kartaczami i innymi wynalazkami kulinarnymi. Kamienica jednak w remoncie i trzeba było szukać innego obiadu. Zimą szczególnie cenię ciepłe posiłki. Dopiero na ulicy Chłodnej (ironia!) ukazał się przybytek kebabowy. Jedzenie tego typu niekoniecznie uważam za najlepsze na świecie, ale z braku laku... Nie chciało nam się już dalej łazić. Głodno, chłodno, do domu daleko... Padło na frytki z kebabem i sosem czosnkowym.Nie tak najlepiej, jak by się chciało.

Ulica Kościuszki.

Ulica Chłodna.

Konsumpcja podczas postoju w dalszej trasie.
Wychodne - dobra nazwa dla mniejscowości.


piątek, 2 stycznia 2015

Hej!



To nie było łatwe, ale chodziło za mną tyle czasu, że radość sprawia mi zrealizowanie pomysłu. Ludowe akcenty to nie nowa obsesja. Jestem w trakcie realizacji jeszcze kilku zdarzeń z tej dziedziny.
Melanżowe drechy zakupione zostały w formie czystej, nienaruszonej. Następnym krokiem było naszycie parzenicowych wzorków. Posłużyłam się sznurkiem do sutaszu. Kolor czarny wydawał się najbardziej odpowiednim. Inne kolory też są fajne, ale czarny najważniejszy.

Orawa to historyczna kraina umiejscowiona wśród zachodnich Karpat. Nie było mnie tam nigdy. Jednak tamtejsza parzenica spodobała mi się znacznie bardziej niż jej sławna krewniaczka z Podhala (tam akurat byłam kiedyś). Parzenica jest sercowatym motywem ozdobnym. Haftuje się go czarnym, wełnianym, specyficznie ułożonym sznureczkiem lub wąską taśmą. Historia parzenic orawskich ma swój początek dopiero około 1892 roku, kiedy zaczęto je naszywać przy przyporach. Początkowo takie portki służyły bogatszym gospodarzom. Warto też parę słów poświęcić przyporom, bo do niedawna sama bym nie wiedziała, co to takiego. Zdjęcie ze zbiorów Państwowego Muzeum Etnograficznego pomoże zrozumieć.


Coby portki dobrze leżały, nie były zbyt obszerne i nie było dociekań (Right now you probably thinking how she get in them jeans), fundowano pionowe rozcięcia w górnej części. Dolne plecy najczęściej nie są wklęsłe, więc trzeba było radzić sobie. Wokół tych rozcięć naszywano różnego rodzaju zdobienia, co też nie było głupie, bo podnosiło walory estetyczne oraz zabezpieczało przed powiększaniem się rozcięć.
Ewolucja stroju postępowała. Teraz jakaś nizinna istota bez zrozumienia tradycji ludzi gór, naszyła sobie parzenice na dresiwo. Nie jest wybitnie zgrabnie, ale jak na pierwszy raz - nie najgorzej. Zauważyłam też, że zaaplikowałam dość małe wzorki, ale uważam, że to przez niewielką wysokość nad poziomem morza. Inne powietrze.


Ślizg!



Zdjęcia wykonane podczas dłuższego spaceru w ramach akcji odchudzania jamnika. Od połowy jesieni stawał się fat, teraz czas na fit.
Poza spodniami nic ciekawego się w "stylizacji" nie dzieje, więc pominę milczeniem lament nad kurtką (niby drogocenna, ale funkcjonalność słaba). Zatem to wszystko.

Hej!