środa, 16 grudnia 2015

Homo kristallum


Namalowałam samoportret. Nie auto, bo to raczej coś z serii DIY. Patrzenie w lusterko nie jest moją mocną stroną. Patrzę na jedno oko, później na drugie, aż w końcu maluję siebie zezowatą. I wściekle jakoś. Chyba nie potrafię na siebie patrzeć. Perspektywa zamiast prosto i jasno, skrzywiła się od garbienia nad małym zwierciadełkiem. W rzeczywistości moja twarz jest mniej okrągła. Tak myślę.

Namalowałam czterema kolorami. Biały, złoty, wściekły róż i granatowy. Przełamałam swoje bariery. Jest to bardziej ćwiczenie stylistyczne niż coś konkretnego. Akryl, 40/40.

Nie mam idealnego światła, a naturalne zawodzi. Ilustracja już zawisła, w ciemnym kącie, więc jest jak jest. Może to wyglądać jak świadectwo samouwielbienia, ale namalowałam dla siebie. I specjalnie nie rzuciłam twarzy w całkowite centrum. Dużo rzeczy zrobiłam specjalnie. Bo tak.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Poskręcane pączki


Dieta dietą, czasami trzeba sobie pozwolić na coś innego. Moje życie nie jest smutne pod względem spożywczym. Ale dla urozmaicenia postanowiłam zrobić zakręcone koreańskie pączki. Przepis nie jest skomplikowany, potrzeba do niego jedynie cierpliwości.

Składniki:
  • 750 ml mąki uniwersalnej + 2 łyżki do posypania blatu roboczego;
  • 2 łyżki masła;
  • 7 g drożdży instant;
  • 2 łyżki cukru (ja użyłam trzcinowego jasnego) + 3 łyżki cukru do posypania (zrobiłam inaczej niż przepis podaje, ale o tym niżej, przy cynamonie);
  • 250 ml mleka;
  • 1 jajko;
  • 1/2 łyżeczki soli;
  • olej do smażenia (przepis podaje kukurydziany, ale kto by się przejmował?);
  • 1/2 łyżeczki cynamonu w proszku; ja zrobiłam inaczej - mam mieszankę cynamon + cukier puder + wanilia, normalnie wyprodukowana do gofrów, ale przydaje się do wszystkich przekąsek tego typu (proporcji nie ma, na tak zwane oko).

Proces tworzenia:
  1. Masło rozpuściłam w niewielkim garnku. Zdjęłam z ognia, dodałam mleko, jajko, wymieszałam. Cukier, drożdże, wymieszałam. Sól na końcu. Odstawiłam na 5 minut. W tym czasie drożdże zaczęły się rozwijać.
  2. Przelałam do większej miski, dodałam mąkę (stopniowo), ugniotłam gładkie, elastyczne ciasto. Nie zrobiła się twarda kula, wszystko pozostawało w formie lekko rozchodzącej się. Miskę przykryłam (folią, szczelnie). Odstawiłam do wyrośnięcia na 1h i ok. 20 minut. Mniej więcej.
  3. Ciasto podwoiło objętość. Wymieszałam jeszcze raz. Odstawiłam na 30 minut. Oczywiście pod folią. Wyrosło do poprzedniego rozmiaru.
  4. Podzieliłam ciasto na 32 kawałki (przepis mówi o 16, ale ja lubię w miniaturze...), zaplotłam pączki (przepisowy film dobrze tłumaczy technikę). Zostawiłam do wyrośnięcia. Po 20-30 minutach przewróciłam pączki, żeby nie były płaskie, ale żeby ze wszystkich stron właściwie wyrosły. Zostawiłam je na 10 minut. Mogłam im dać 15, ale cierpliwość powoli mi się kończyła.
  5. Rozgrzałam tłuszcz. Jak do pączków. Smażyłam każdą rundę po ok. 5 minut.
  6. Usmażone pączki wrzucałam do papierowej torebki, w której znajdowała się mieszanka cynamonowo-cukrowo-waniliowa i bełtałam.
  7. Najlepiej smakują na ciepło.
Może nie osiągnęłam idealnej formy, ale to dopiero pierwsza próba. Następnym razem będzie ładniej. I może pozwolę im rosnąć do oporu.



sobota, 5 grudnia 2015

Komplikacje w torebce


Nie chciałam nagłaśniać sprawy. To naprawdę nie jest nic ważnego. Ale temat okazał się wydarzeniem o tyle lifesyle'owym, że nie dało się go ominąć. Bo może jednak to interesująca kwestia? (Nie, wcale.)

Od lat (albo od zawsze, trudno powiedzieć, nie pamiętam życia przed) noszę piórnik/kosmetyczkę w torebce. Przy częstotliwości zmieniania torebek, którą praktykuję, taka organizacja najpotrzebniejszych przedmiotów jest naprawdę wartościowym rozwiązaniem. Zdarza mi się w ciągu dnia używać jednej torebki, wieczorem przeprowadzam się do drugiej, a rano następnego dnia najbardziej pasuje trzecia. Noszę ze sobą pół domu, więc przenoszenie wszystkiego pojedynczo byłoby procesem skomplikowanym. Nie mam koncentracji do takich misji.
Mój dotychczasowy piórnik przeterminował się. Był złoty i błyszczący, ale wytarł się, zamek zaczął szwankować. Nie wyglądało to dobrze. Zamiast wziąć się w garść, zajęłam się marudzeniem. Że muszę uszyć, że wymienić, że czas na zmiany... Do akcji wkroczyła Pani Matka. Podarowała mi przepiękny, błękitny, infantylny, cukierkowy, lśniący. A co najważniejsze - pojemny. Idealny!
Przed złotym posługiwałam się piórnikiem pluszowym z mordą buldoga. W życiorys mam wpisane nietutejsze kreacje. Dlaczego? Dużo łatwiej jest coś takiego znaleźć w przepastnej czeluści gigantycznej torebki jednokomorowej (takie zazwyczaj noszę).


Zawartość.

Co znajduje się w moim piórniku?
  • Długopisy, przede wszystkim. Do tego zakreślacz. Często się przydaje.
  • Bibułki matujące, żebym na twarzy nie wyglądała jak córka króla smalcu.
  • Chusteczki higieniczne, które są dobrem z wszech miar uniwersalnym.
  • Chusteczki odświeżające - nie zawsze mam możliwość umyć ręce, kiedy bym chciała.
  • Krem do rąk, szczególnie zimą. Ochrona organu chwytnego zgodnie z zasadami bhp.
  • Tabletki przeciwbólowe, bo mogą się przydać. Nie można sobie pozwalać na chwile słabości.
  • Masło do ust lub wazelina. Artykuł pierwszej potrzeby. Również bhp.
  • Chusteczki do czyszczenia okularów. Lubię mieć wizję niezanieczyszczoną.
  • Taśma klejąca i nożyczki. Bo MacGyver. Czasami również spinacze biurowe.
  • Tusz do rzęs. Nigdy nie zaszkodzi.
  • Kolorowa pomadka. Potrafi uratować życie?
  • Gumka do włosów i wsuwki dają poczucie bezpieczeństwa. W razie czego jestem przygotowana na niezbędne ingerencje we fryzurę.
Idealnym dopełnieniem piórnika jest mój osobisty, najważniejszy kalendarz. Nie mam pamięci do niczego istotnego. Jeszcze tylko portfel (pieniądze, dokumenty, karty, wizytówki, dyspozycje zdrowotne w razie wypadku) i telefon. I jestem podstawowo wyposażona do stawiania czoła rzeczywistości. Mam jeszcze drugi portfel (pugilares raczej, bo starożytny i ogromny) ze zdjęciami (do dokumentów, moim licem w wersji frontowej i półprofilowej), biletami parkingowymi, dokumentami mniej ważnymi, różnymi nieistotnymi rupieciami promocyjnymi.... Ale nie zawsze noszę go przy sobie. W razie wyjazdu zagranicznego posługuję się portfelem nr 3 - na obcą walutę. Bo nie lubię, jak się bełta razem. Ktoś mógłby powiedzieć, że to system rozrośniętej komplikacji, prawdopodobnie miałby rację. Ja się jednak w tym odnajduję.

Jako tło mój stół roboczy, naturalnie ubrudzony farbą, nie do wyczyszczenia.

czwartek, 3 grudnia 2015

Bufonidae


Ropucha szara, ropucha zielona, ropucha paskówka. Płazy bezogonowe. Wszystkie występują w Polsce, niektóre doskakują na krzywych nóżkach do aż do Mongolii. Jednocześnie apeluję do wszelkich drobnych posiadaczy ziemskich - sztuczne nawozy w ogródku utrudniają życie płazom. I innym robakom. Płazy i inne robaki są potrzebne w ekosystemie. Nie trzeba ich zaraz całować, wystarczy pozwolić im (godnie) żyć.

Akryl, 20/60, trochę metalicznych akcentów. Malowałam ponad miesiąc. Ostatnio w przypływie desperacji definitywnie skończyłam. Tło jest ogniowe, bo this girl is on fire. Było różowe, ale ostatnio przeżywam załamanie kolorystyczne.
Poniżej w całości i w trzech detalach.


Bufo bufo

Bufo viridis

Bufo calamita


wtorek, 1 grudnia 2015

Feel free to come back and say Hi


Książka:
Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i Pokój. Nie jestem w stanie przeczytać. Zaczęłam, nie mogłam spać, miałam koszmary, bardzo źle się czułam. Bezpiecznie dawkując, prawdopodobnie przeczytam w ciągu roku. Nie da się.
Przeczytałam za to Panią Stefę Magdaleny Kicińskiej i nie mogę się pozbierać. Może czas odłożyć wojenne książki? 

Powody do dyskomfortu psychicznego:
1. Jestem biurokratą z urodzenia, zamiłowania i talentu. Moją ulubioną groźbą od lat pozostaje: Bo doniosę na ciebie do skarbówki...
Bardzo nie podobają mi się ogólne określenia, terminy nieprofesjonalne używane w sytuacjach profesjonalnych, wymagających precyzji. Nie czepiam się rozmowy, wymiany zdań, ludzkich relacji i reakcji. Ale w momentach wymagających nie preferuję, nie, nie, to nie kwestia gustu, ja wymagam posługiwania się specjalistycznym językiem. I formułowania zdań zgodnie z zasadami logiki. Bez wątpienia, jednoznacznie, bez miejsc niedookreślenia, bez dowolności.
2. Spotkała mnie też przykrość. Nie mogłam się zdecydować, jaki jest jej rozmiar. Czułam się dotknięta, ale nie byłam pewna, czy do żywego. Krzywdzące to, myślałam, tak się nie godzi, nie można, dlaczego tak głupia sytuacja istnieje? Aż w końcu przeanalizowałam, poddałam skrupulatnemu rozłożeniu na czynniki pierwsze. I postanowiłam się nie obrażać. Zapomnieć. Nie ma nawet sensu prostowanie. To nie jest ważne. Poza tym - nawet od osoby niedobrej można się czegoś pożytecznego nauczyć. Na przykład unikania, albo chociaż ograniczania kontaktu, z jej podobnymi na przyszłość.
3. Męczy mnie nieuzasadniony, wymuszony sarkazm, który teoretycznie ma uwypuklać inteligencję nadawcy komunikatu, ale w rzeczywistości podkreśla małostkowość. Zachowajmy spokój!

Sobie ponarzekałam. Już wystarczy.

Malarstwo:
Alfons Kułakowski. Na początku nie czułam się przekonana, ale im dłużej moje oko wisiało na formach, kolorach, tym więcej widziałam. Fan-ta-sty-czne!
I historia osoby Malarza bardzo ciekawa. Człowiek, który nigdy spokojnie nie żył.

Zapach:
Elizabeth Arden, Green Tea Yuzu. Jestem jedną z tych osób, które bardzo lubią klasyczną Zieloną Herbatę. Głównie z tego powodu sięgnęłam po cytrusową wariację. I okazało się, że to całkiem dobra opcja na burą jesień. Zapach jest ładny, przyjemny, lekki, świeży i dodał mi energii potrzebnej do pokonania okoliczności listopadowych. Przełamanie codzienności małym promieniem światła.

Film:
"Randka z królową". Całkiem nowa nowość, jak na moje zacofanie kinematograficzne. Mimo całego uroku - nie jestem zachwycona. Lekko, zgrabnie, słodko... Ale nie wierzę w baśnie o królewnach. Nawet te osadzone w realiach zbliżonych do rzeczywistości. I skąd niebogata właścicielka warzywniaka miała sprawny samochód w czasie wojny? Akcja rozgrywa się w dniu zakończenia działań, ale skądś się pojazd i paliwo do niego wzięły. Nie godzi się...
Dużo lepszy był "Świat według T.S. Spiveta". O rodzinie, dzieciach i komunikacji. Wzruszający, trochę zabawny. Bardzo przyjemny film.

Włosy:
Biorę udział w akcji Zaplecione. Lubię warkocze, niemal codziennie coś wyplatam z włosów. Dodatkowa motywacja, poznawanie nowych technik - dlaczego nie? Wykwintna zabawa.

Testowane na ludziach:
Jestem w trakcie sprawdzania, czy podnoszenie rąk w górę działa. W epoce mody na eksperymenty, moje działania są bardzo na miejscu. Prowadzę osobisty dziennik z zapiskami na temat. Pewność siebie w remoncie.

Porządkowałam zdjęcia. Znalazłam serię burzową z ubiegłego roku.

To ja. Jamnik był bardziej ubłocony.

Kapusta ozdobna znaleziona jako element ozdoby trawnikowej.

Zielony makaron z truskawkowym sosem. Obiad.

Improwizowany garnek do gotowania idli.

Gotowe idli.

Segregacja trwa. Nie można mieć wszystkiego.


Piosenka dla listopada:
Planowałam coś innego, ale tak się zaczepiło, że już musiało zostać.


poniedziałek, 23 listopada 2015

Tornister

I odblask, zwiększający moje cenne bezpieczeństwo.

Do dnia dzisiejszego dysponuję torbą, którą cieszyłam się w przedszkolnym życiu. Mama uszyła mi ją posługując się burdowym wykrojem. Inne dzieci zazdrościły. Zazdrościła nawet młodsza siostra... Ale to opowieść dla wnuków, których jeszcze się nie spodziewam.
Później przyszedł czas na tornistry. Współczesne dzieci mają kolorowe plecaki na kółkach. Ja dźwigałam na plecach skórzany, ciężki tornister godny czołgisty. Bardzo przydatny w razie ataku szkolnego znęcacza. Jak się człowiek dobrze rozmachał, mógł konkretnie zdzielić.
Następne były różne plecaki i torby. Ostatni plecak, z którym kończyłam szkołę średnią, służy mi teraz za bagaż przygodowo-wędrowny. Warto inwestować, warto szanować. Minęło już trochę czasu, ale jego ząb nie nadgryzł ani nitki.

Przechodząc do meritum - tornister wrócił. Dzielna Mama przechowała go w bezpiecznym miejscu. Trochę przybrudzony, zakurzony, wyblakły. Pierwszym krokiem było wyczyszczenie. Później wypastowałam brązową pastą do butów. Wypolerowałam do blasku. I poprawiłam pastą bezbarwną. Tornister jest o tyle dobrze zaprojektowany, że przewiduje przepięcie szelek do formy paska. Dlatego zmienił status ontologiczny. Został torbą.


sobota, 21 listopada 2015

Kreatywność i inspiracja


Zostałam wytypowana do zabawy, dostałam tematy do wyboru. Postanowiłam chociaż krótko się wypowiedzieć.  Sytuacja jest taka, że mimo urody, zdolności i doświadczenia życiowego, a może właśnie dzięki tym czynnikom, cierpię na urodzaj życia pozablogowego, dlatego niedokoncentrowałam się na wypowiedzi tak silnie, jakbym chciała. Niedosyt. Zawsze następuje po nakreśleniu myśli bez pokolorowania ich w odpowiedni sposób. Albo po paczce misiów-żelków. Nie pamiętam już, która opcja dopadła mnie w tym przypadku.

Wybrałam temat nr 2. KREATYWNOŚĆ I INSPIRACJA. Dwa pojęcia które zrobiły karierę w ostatnich latach. Co napawdę oznaczają a do czego się sprowadziły. O ile w ogóle zachodzi rozbieżność...


Nie jest problemem słownikowe stwierdzenie. Bardzo lubię słowniki, kiedyś czytałam nałogowo, ostatnio nie ma w moim życiu miejsca na nałogi. Kreatywność i spokrewniona z nią kreacyjność, silnie wiążą się z tworzeniem. Może dotyczyć wielu dziedzin. Dla mnie kreatywność to owocne myślenie poza szablonem. Inspiracja (tak zwany zapał twórczy) to bodziec, powód, który uruchamia kreatywność. Może pochodzić z zewnątrz, ale można też inspirować się wewnętrznie. Nie wierzę w wenę. Tajemniczego natchnienia, które pojawia się nagle, wyłania z niebytu w chwili niemal mistycznej, potrzebuję do rzeczy, których nie chcę robić. Do sprzątania na przykład... Coś mnie nagle złapie za gardło (kurz?) i mówi: Szmatkę w łapkę i do boju!

Co mnie inspiruje? Wszystko? Oczy otwieram szeroko, słucham, doświadczam. Coraz częściej zdarza mi się pokonywać moje zatwardziałe słabości. Zastanawiam się, czy faktycznie mam podstawy do mówienia "nie", czy tylko dla wygody, jadę na komfortowym biegu, bo boję się prędności? Im bardziej się wypróbujesz, tym lepiej siebie poznasz. Uważaj, bo jeszcze wyjdzie na to, że możesz więcej, potrafisz. Szukanie inspiracji to nie tylko przeglądanie obrazków, to niebezmyślne wystawianie się na różnorodne czynniki. Na muzykę, film, deszcz, relacje międzyludzkie, uczucia, słowa...

Kreatywność polega na szukaniu nieoczywistych rozwiązań. Nie zawsze jest dobra (testy wyboru po prostu irytują, za mało jest na świecie pytań otwartych). Nie zawsze jest drogą na skróty, ale zawsze jest drogą na przełaj.

Percepcja jest subiektywna. Każda kropla na szybie opisuje świat ze swojej perspektywy, pod unikalnym kątem. Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że li i jedynie moje zdanie jest w tym przypadku słuszne. Określiłam, co kreatywność i inspiracja oznaczają dla mnie. Jak wygląda ogólne wyobrażenie na ten temat? Czasami wydaje mi się, że bardziej odtwórczo niż twórczo. Z drugiej strony - dlaczego mam wymagać od innych czegoś, co zdaje się satysfakcjonować moje aspiracje estetyczno-twórcze? Czy może powinnam w swoim interesie żonglować cytatami autorytetów? Trochę wyrwać z kontekstu, żeby zaokrąglić rogi mojej racji? Rzecz w tym, że nie chodzi o to, by toczyć wojnę o semantykę, prawdziwość przekazu i wyższą jakość życia. Kreatywność powinna dawać wolność, a przynajmniej dowolność. Nie jest też jednoznaczna z geniuszem, nie trzeba zaraz wylatać nad poziomy, do chmur, czy tam nawet wyżej.

A tak naprawdę, nie jestem na tyle społeczna, żeby przebadać zjawisko, wyciągnąć wnioski i zrozumieć, co się dzieje w narodzie. Lubię być wolnym elektronem. Lubię też robić zdjęcia, kiedy zobaczę coś ciekawego, do czego chciałabym w przyszłości wrócić. Kolekcjonuję. Szczegół codzienności potrafi zaskoczyć.




PS. To nie są siwe włosy! To włosy mądrości.

Nie wymyśliłam swoich tematów, nie nominowałam nikogo. Aż tak kreatywna nie jestem. Śni mi się ostatnio alternatywna historia mojej rodziny, to bardzo wyczerpuje potencjał.

czwartek, 12 listopada 2015

Hałas kolorów


Rozświetlenie egzystencji. Dostałam trochę drewnianych, kolorowych korali, zastanawiałam się, jak je wykorzystać. Pierwszym pomysłem była ozdoba lśniąca i kolorowa. Tęcza to zjawisko charakterystyczne dla wiosny, majowych i czerwcowych burz. Taka ekspresja potrzebna jest jesienią. Dla przypomnienia, dla energii.
Później dwie kolorystycznie zorientowane w mniej więcej jednoznacznym kierunku. Bardziej bogate w formie. Z drewnem można, drewno nie jest ciężkie.
Listopad jest trudny. Kumulują się wszystkie czynniki przeciwświetlne. Naturalnego prawie nie ma, sztucznym zadowalającym nie dysponuję. Życie nie jest łatwe.
Podczas składania tematu, słuchałam piosenki. Trudno mi było utrzymać reprezentacyjną ekspresję twarzy z tego powodu. Nie da się nie podśpiewywać.



wtorek, 10 listopada 2015

Pigwy z miodem


Człowiek idzie kupić kawę. Wychodzi ze sklepu z kawą, psimi smakołykami i trzema ogromnymi pigwami.
W tym roku pigwowiec odmówił współpracy, więc nie udało się przygotować specyfiku słodko-kwaśnego do herbaty. Aż tu nagle, niespodziewanie, pigwy wielkości pięści Arnolda Terminatora. I jeden cel.
Ciekawostka:
W tej właśnie chwili, kiedy to piszę, jamnik Gustlik śpi obok i szczeka przez sen.
Owoce umyłam, obrałam (skórka jest dość twarda) i pokroiłam na pół, na cztery, na osiem. Jeden ósme pocięłam poprzecznie na plastry średniej grubości. Wsypałam do garnka, doprawiłam miodem. Wygotowałam witaminy i wartości prozdrowotne. Nieduży ogień, dużo czasu, systematyczne mieszanie. Powstała złota, słoneczna maź o wyraźnych znamionach kawałków owoców. Na gorąco zapakowałam do słoiczków, zakręciłam.  Zassało się przy stygnięciu. Gotowe!

Nadal nie wiem, czy to konfitura, czy marmolada, czy coś jeszcze innego. Marmoladka, bo taka niedokonana i niepewna. Wyszło kwaskowato i słodko. Bardzo słoneczny smak.




niedziela, 8 listopada 2015

Imię i nazwisko

Często natykam się na dziwną manierę. Ludzie w zdumiewający sposób zapisują swoje nazwisko poprzedzone imieniem. Pierwsze jest imię. Zaczynają wielką literą. Za imieniem nazwisko, ale tym razem wszystkie literki są małe jak dzieci w przedszkolu. Na przykład:
Marika kartofelska
Nie rozumiem. Może to sprawi, że będę postrzegana jako osoba z nerwicą natręctw, ale ja lubię porządek. Jeżeli coś robisz, rób to konsekwentnie. Albo Marika Kartofelska, albo marika kartofelska (jeżeli już tak kochasz, powiedzmy, postmodernizm, albo czcionka ma brzydkie wielkie litery). Nie wiem, czy chodzi o to, że imię i nazwisko pełnią funkcję zdania. Wtedy powinno być:
Marika kartofelska.
Ale co to zdanie robi, jaką ten równoważnik treść zawiera? Całe życie, całą istotę, psyche? Dla komunikatu musi być odbiorca, nawet Witkac nie wystrzelał słów bez zastanowienia lub celu.
Ja nie rozumiem przekazu. Gdyby kropkę zastąpić znakiem zapytania - może intryga złowiłaby mój umysł. Gdyby był wykrzyknik - czułabym zagrożenie spowodowane nieuzasadnioną ekspancją ciała obcego. Agresję, natarczywość.

A może przykładowa Marika kartofelska lubi swoje imię, utożsamia się z nim, ale nazwiska nie uważa za godne uwagi? Kompleksy? Trauma rodowa? Trudno zgadnąć. Ja uważam, że człowiek powinien szanować siebie, a dowodem tego (między innymi) jest zapisywanie się wielkimi  literami.
To Ja.

Poza tym - szanujmy edukację. To, że możemy się uczyć. Jeszcze lepiej - musimy! To jest szczęście ogromne. Pomyśl o tych wszystkich ludziach, którzy nie mają dostępu (wstępu) do szkół, którzy nie potrafią swojego istnienia wyrazić literami. I następnym razem napisz:
Marika Kartofelska
Bez kropki. Życie nie może kończyć się na nazwisku. Od tego się dopiero zaczyna.

Nie jestem policją językową, każdy zasługuję na jakąś ekspresję. Nawet, jeżeli bywa irytująca. Niech to jednak nie będzie pustka, niechaj czyn poprzedzony będzie powodem. Do tego - żeby dobrze łamać zasady, trzeba je najpierw dobrze poznać i opanować. I być pewnym tego, co się robi.

Pablo Picasso powiedział: Ja nie szukam, ja znajduję.

piątek, 6 listopada 2015

W powiększeniu 3


Trzecia część podróży przez pory roku. Było lato, była złota jesień, zaczęła się jesień mglista. Jeszcze kilka kwiatków odważnie trzyma głowy w górze, ale większość przekwitła, uległa mumifikacji. Mgła znacznie ograniczyła głębię przestrzeni, ale w tym wypadku to tylko dodatkowa zaleta - tajemnicze tło dla uschniętych roślin.
Dwa ostatnie zdjęcia zdecydowanie spoza ogródka, ale powiązane tematycznie, co jest powodem ich pojawienia się.






niedziela, 1 listopada 2015

Nes diena, kai tu gimei - lijo, lijo, lijo



Wydarzenie:
Konkurs Chopinowski. Uzależniający. Muzyka, dla której chce się siedzieć do późnych godzin i słuchać. Chopin nie jest moim ulubionym kompozytorem, Konkurs nie jest moim ulubionym konkursem. Mimo wszystko trudno się nie wciagnąć. Jestem zadowolona z wyników, chociaż moje wymarzone wyglądały inaczej. W przyszłym roku Wieniawski.

Książka:
Wojciech Eichelberger, "Kobieta bez winy i wstydu". Generalnie zacna koncepcja, ale nie czytało się łatwo. Ja jestem człowiek prosty, nie potrzebuję wywodów o Matkach Ziemiach, legendarnego mistycyzmu i pocieszenia w stylu "kobiety, kiedyś byłyście ważne". Dużo jest tam jednak ciekawostek oraz wartościowych informacji skłaniających do refleksji. Z niektórymi kwestiami się zgadzam, niektóre są dla mnie zbyt wydumane i na siłę, ale nie jestem psychologiem ani psychoterapeutą, więc prawdopodobnie się nie znam, albo jeszcze gorzej - żyję w zaprzeczeniu.. Z drugiej strony, jedną z ulubionych książek Eichelbergera jest podobno "Winnetou", co nieco podkopuje jego autorytet.

Film:
"Kamerdyner". Bardzo silne rozpoczęcie, ciekawe rozwinięcie, akcja, że chce się oglądać, a koniec jakiś taki nie za bardzo. Ale to dobry film. Porządny. Zaskoczyła mnie Oprah Winfrey. Nie spodziewałam się po niej aż tyle talentu. Jakoś umknęła mi jej kariera aktorska.
"Belle". W końcu udało mi się zobaczyć, a planowałam od dawna. Trochę sentymentalnie poprowadzony, lekki lukier i romantycznie fabularyzowany. Historia nosi jednak znamiona prawdziwości. O czarnoskórej, angielskiej arystokratce. I z tej strony wyrażam mój wniosek, do którego już jakiś czas temu doszłam - bohaterka była tak samo czarno- jak białoskóra. Ojcem był przecież szlachetny pan angielski lord. Nawet bardziej była biała, bo wychowana została przez rodzinę ojca, w Hampstead (dzisiaj dzielnica Londynu). Przy okazji ciekawie pokazany jest status kobiety, nawet zamożnej. Nadal aktualne zabobony o wychodzeniu za mąż, czy półgłowkowatości płci tzw. pięknej.

Kosmetyki:
Zmotywowana wcześniejszymi przygodami, tym razem postawiłam na mniej inwazyjny sposób farbowania włosów. Wybór padł na łatwą w zastosowaniu naturalną farbę i odżywkę w kolorze brązowym. Kolor wypadł całkiem przyjaźnie, zgodnie z oczekiwaniami. Jest nawet dość trwały (tyle-o-ile). Ale głownie na tej części włosów, która zaznała wcześniej chemicznego barwienia. Odrosty złapało słabiej. Ogólnie jestem zadowolona. Następnym razem wypróbuję jednak dzieło innego producenta. Bo mam taką możliwość. Jako odżywka produkt spisał się bardzo dobrze. Włosy zalśniły, zmężniały i są mniejszym utrapieniem niż przed zabiegiem. Skóra głowy nie ucierpiała ani trochę. Hurra!
A teraz będzie już tylko zachwyt. We wrześniu wyłudziłam Lip Seduction Lipstick, sztuk dwie. Siostra nie była z nich zadowolona, a ja stwierdziłam, że kolory bardzo odpowiadają moim upodobaniom. Kolory nr 02 i 05. 02 jest bardziej neutralny, 05 mówi głośniej. Działają bez  zarzutów, nie wysuszają, są trwałe, ładnie się nakładają i nie marzą. Do tej pory nie praktykowałam zbyt często używek tego typu, ale te zmieniły moje życie. W sumie nie od dziś wiadomo, że czeska myśl kolorystyczna stoi na wysokim poziomie.

Ogłoszenie specjalne:
Serdecznie dziękuję za wszystkie dzienniki podróży, które dostałam. Mam  już chyba zapas tomów na całe życie. Z chęcią przyjmę każdą dotację na podróże. W tym roku nie planuję wyjazdów, ale od stycznia mogę poświęcić każdy dzień na włóczęgę choćby dookoła świata.

6 nowiutkich dzienników czekających na zapisanie. Dzięki! :)





Superksiężyc z końca września.

Girls just want to have fun, czy coś w tym rodzaju.



Piosenka dla października: