piątek, 12 grudnia 2014

A cookbook is only as good as its worst recipe*

Chipsy jem może dwa razy do roku. Ostatnio miałam okazję konsumpcji tych kruchych tłustości przy okazji oglądania filmu. Wraz z Panią Matką, dwiema paczkami wspomagającymi rozwój paskudnych chorób cywilizacyjnych i całkiem dobrą herbatą, zasiadłam wygodnie, by zapoznać się z paralelnymi historiami opowiedzianymi w filmie "Julie i Julia".
Miałam to zrobić już dawno temu, ale nigdy by było okazji. Lubię filmy biograficzne i lubię filmy o gotowaniu. Zdawać więc by się mogło, że zachwycę się do omdlenia. Nic z tych rzeczy... Czegoś mi zabrakło. Jakby niedosolone dzieło, nie przyprawione jak należy.

Julii Child nie trzeba nikomu przedstawiać, sprawa Julie Powell też była dość głośna w półświatku blogersko-kulinarnym. Na czym polegał mój problem? Historia Julii jest ciekawa. Julie natomiast nie należy do osób, które bym polubiła. Tak po prostu. Zapatrzyła się w Julię, swoje istnienie opierała na przepisach, całą świadomość skupiła na wyobrażeniach. Strasznie słabo samostanowiąca. Co by zrobiła Julia? Co by powiedziała Julia? To dość dziwne pytania, które miały dla niej znaczenie fundamentalne. Zrozumiałabym, gdyby Julia pretendowała do roli wyznacznika ogólnożyciowego, ale tak nie było. Julia gotowała z pasją, a poza tym żyła własnym życiem.


Nie wiem, być może ludzie tak właśnie się zachowują. Wybierają sobie postać nieosiągalną, z której wyobrażeniem stworzonym przez mózg własny zaprzyjaźniają się. Nie potrafiłabym, a nawet nie chciała, zaprzyjaźniać się z Paulem Hollywoodem. Lubię jego przepisy, lubię zdecydowanie i pewność, z jaką mówi o drożdżach i mące, ale bez spoufalania się. Nie mam też zwyczaju zbierać autografów. Nie obezwładniają mnie ludzie sławni, nie przykładam do tego wagi. Dlatego pewnie filmowa Julie i jej rozterki wydają mi się śmieszne.
Przykro to stwierdzać, może powodem jest niewidzialna bariera kulturowa, ale wydaje mi się, że Julie jest strasznym mięczakiem. Jako potomkini azjatyckich najeźdźców i ludzi pogranicza, uznaję to za ogromną wadę. Można być mięczakiem psychicznym, osobą wrażliwą, ale mięczactwo życiowo-emocjonalne jest dla mnie nie do przełknięcia. Może to ja jestem kaleką spod znaku średniowiecznych machin oblężniczych, ale nie mogę pojąć i zrozumieć. Chcesz mieć przyjaciół? Miej żywych przyjaciół. Denerwują cię znajome pławiące się w sławie i pieniądzach? Nie koleżankuj się z nimi. Lubisz jakąś postać autentyczno-historyczną? Nie dorabiaj do tego filozofii. Życie jest proste. Im prostsze, tym lepsze. Meandry zależności, uprzedzeń i sympatii tylko komplikują sprawy. Julia Child się nie niuńciała. Chciała znaleźć sobie zajęcie? Znalazła. Nie podobał jej się kurs gotowania jajek, poszła na prawdziwe zajęcia dla szefów kuchni. Była zdecydowana i dokładna w tym, co robiła. Julie nie potrafiła się tego nauczyć. A może właśnie o tym jest film? Może scena w muzeum pokazuje dotarcie do kamienia milowego?

Wnioski. Film jest ciekawy, warto go zobaczyć, ale nie należy się po nim wiele spodziewać. Meryl Streep na poziomie Meryl Streep. Nie mam pretensji do Amy Adams. Prawdopodobnie jestem potworem.


*Tytuł zaczerpnięty. Jest cytatem. Julia Child powiedziała, że książka kucharska jest tak dobra, jak jej (książki) najgorszy przepis. Metaforyczne bardzo, trochę zgubny perfekcjonizm, jeśli stosować to do życia ludzkiego, ale do dzieł różnorodnych pasuje.

17 komentarzy:

  1. Pięknie ujęłaś istotę problemu :) Mnie też Julie irytowała i właściwie najchętniej bym obejrzała film o samej Julii Child - ona, jej mąż, siostra spokojnie by wystarczyli na interesujący film, bez tej niepotrzebnej współczesnej klamry. Jakoś zupełnie nie dziwiłam się Julii, że odcinała się od tego blogowego zamieszania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A już myślałam, że to ze mną jest coś nie tak :) Też myślę, że film o samej Julii Child byłby o wiele ciekawszy. Niektóre wątki aż prosiły się o szersze przedstawienie.

      Usuń
  2. czipsy też jadam nieczęsto, ale Ci powiem, że ostatnio mam dziką ochotę :-D i chyba się zaopatrzę jutro w paczkę, o! :-)
    film widziałam, podobne mam odczucia, panna bloggerka była cokolwiek wkurzająca, heh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam ochotę na pizzę. Ale ja przeważnie mam ochotę na pizzę. :)

      Usuń
  3. Oglądałam ten film i szczerze mówiąc liczyłam na jakiejś fajne zakończenie :) Ale chciało mi się po nim jakoś bardziej gotować niż zwykle. Dałam się zainspirować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, film bardzo zachęca do gotowania :) Zakończenie jest bardzo "takie sobie".

      Usuń
  4. Wcieło mi komentarz, nie chce mi się powtarzać tych wywodów a w skrócie będzie tyle, że oglądałam, mam podobne jak wyżej wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem dużo tych podobnych wrażeń :)

      Usuń
  5. Podpisuję się, z wyjątkiem stwierdzenia, że życie jest proste. Życie jest jakie jest, ani proste, ani krzywe:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z przyjemnością wielką skorzystałam z linka:) Dzięki!

      Usuń
  6. Od dawna chcę zobaczyć ten film, ale jakoś zawsze coś mi uniemożliwia te zamiary, może w najbliższym czasie mi się uda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto. Dla Meryl Streep i Julii Child :)

      Usuń
  7. Filmu nie widziałam, nawet nie słyszałam o nim. Ot, socjopatka żyjąca na wsi ;) Ale Twoja recenzja zaintrygowała mnie, więc jak tylko go znajdę to obejrzę, a wtedy nie omieszkam dorzucić swoje trzy grosze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też o wielu rzeczach nie słyszałam. Jakoś musimy sobie radzić, pomagać... ;)

      Usuń
    2. No to obejrzałam. Muszę powiedzieć, że jak dla mnie obie Panie w filmie wyszły nienaturalne jakieś. "Oryginalna" jest tak optymistyczna i żywiołowa, że aż uszami wychodzi i zastanawiałam się, czy nie są to objawy jakiejś choroby psychicznej. Druga - blogerka, za to rozlazła, jak flaki z olejem.Jej miłość do Julii Child też mnie nie przekonała. Obstawiałabym raczej dobrze przygotowany ślizgacz reklamowy. Ale ja jestem wredna i nie wierzę w ludzi ;)
      Do gotowania też mnie nie przekonały, bo przepisy jawiły mi się jako kulinarna abrakadabra.
      Ale film oglądało się dobrze i fajnie, że o nim napisałaś.

      Usuń
    3. Mówią, że Julia była taka hiperaktywna w prawdziwej rzeczywistości. Może i chorowała na głowę, ale o tyle niegroźnie, że energię wyładowywała na homarach i duszonym mięsie.
      Wierzę w ludzi, ale w blogerów mniej.

      Proszę bardzo! Polecam się na przyszłość ;)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.