wtorek, 30 grudnia 2014

Przywilej

Zamykamy rok! Nie jest to chwila radości, ale nie jest to też chwila smutku. Mam zupełnie obojętny stosunek do zmiany daty. Cyferkowe znerwicowanie się poukładało, oto 100. I tu byłby koniec.

W ciągu grudnia napisałam długi elaborat na temat tego, co mnie irytuje. Parę minut przed 28 grudnia stwierdziłam, że nie ma co się wygłupiać. Bo cały sekret tkwi w tym, że zawsze ktoś inny jest winny, zawsze brzęczące czepianie się jest bezpodstawne, żale są dla słabych, a do tego, kto powinien zrozumieć i tak nie dotrze. Z całości został końcowy obrazek i trzy zdania.

Nie jest dla mnie urocze zdziecinnienie i gąbczasty infantylizm. Są chwile, kiedy nie mam czasu oraz/lub ochoty na socjalizowanie się z elementami społeczeństwa. Jest tak wiele rzeczy, na których mi nie zależy.

Znalezione, nie kradzione...

Jest też optymizm, ale o tym w przyszłym roku.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Nieruina


W życiu spotykają ludzi różne przykrości. Dlatego staram się jasno podkreślać te ciekawsze i przyjemniejsze aspekty. Nawet gdyby miały to być papierowe listki, które nie wyszły mi najgorzej. Albo jakieś małe ozdobienie codziennego ubrania. Lub dopasowanie kwiatka do kożucha (wełniany sweter to jak kożuch, prawda?). Nie wykończy mnie parszywość.

Nauczyłam się robić wiosenne liście. Umiejętność przydatna zimą.

Ozdabianie drechów (efekt w styczniu).


Ironicznie umieszczenie tablicy informującej o restauracji.

Zdarza się też, że człowiek ma okazję dostać coś niespodziewanego. Dostałam pięknego jamnika, biżuterię i kilka drobiazgów od gwiezdnej Asi. Czekolada czeka na pomysł. Coś nią urozmaicę, jeśli szkodnik kuchenny nie skonsumuje.
(。♥‿♥。)

Główna część przesyłki. Jamnik dźgnął mnie prosto w serce.

Bardzo się staram spacerować z G-psem. Nie zawsze się udaje, ale kiedy w wolnym czasie pogoda dopisuje, jest łatwiej. Bo szwędanie się po ciemności, pod wpływem wiatru i deszczu nie należy do przyjemności.


Chciałam uchwycić kroplę wody, ale wyszło właśnie tak. Nie inaczej.

Nie patrz w dół!

Ugotowałam zupę cytrynową. Nie uważam jej za katastrofę. Zjadłam, smakowała. Pierwsza osoba powiedziała, że nie będzie jadła. Druga osoba powiedziała, że nie dosoliłam. Trzecia - że zasoliłam. Zrozum ludzi... Bazowałam na przepisie z Zawistowskiej "Książki kucharskiej". Do zagotowanej wody wrzuciłam pół łyżeczki masła, sól. Następnie włoszczyzny w słupkach ok. 50 dag. Po 30 minutach gotowania wlałam jogurt naturalny wybełtany z 2 żółtkami, drugą połowę łyżeczki masła. Następnie kilka łyżek zblendowanej cytryny. Oczywiście wszystko przyprawiłam (gałką, pieprzem, rozmarynem, innymi zielskami). Gotowałam, gotowałam... Niczego nie przecedzałam (chociaż przepis zachęcał).
Do miseczki wrzuciłam ugotowany ryż, zalałam zupą, na wierzch rzuciłam posiekaną pietruszkę. Sobie mogę gotować. 




niedziela, 28 grudnia 2014

Mleko bananowe


Tak, jedzenie. A dokładniej - napój.

Miało być coś innego, jednak okoliczności nie dopisały. Życie nie zawsze układa się tak, jakby się planowało. Bo nawet nie wymarzyło. Ale przynajmniej w kuchni można znaleźć kawałek azylu, udawać bananową młodzież. Tam, gdzie zamrażarka wypełniona jest lodem konsumpcyjnym. I w tym momencie pojawia się postanowienie na nowy rok blogowy. Nie sprecyzowałam go jeszcze dokładnie, ale plan jest mniej więcej taki: będę częściej korzystać z "Książki kucharskiej" Zawistowskiej. Może nie do końca na zasadzie Julie&Julia. Postaram się jednak chociaż jeden przepis w miesiącu sprawdzić. Początkowy stopień trudności: brak jakiegokolwiek. Nie spodziewałam się, że wyjdzie tak dobrze, że kombinacja może minimalistyczna, ale efekt "na bogato".


Pominęłam cukier. Banany są wystarczająco słodkim warzywem.  I zrobiłam inaczej, bo od czasu publikacji tego przepisu technologia się rozwinęła.
Do blendera wrzuciłam połowę laski wanilii (nożyczkami odcięłam, nie wybierałam nasion ze skórki, pół patyka dosłownie), półtora banana i zblendowałam to na jednolitą masę. Wlałam pół litra mleka i na mniejszych obrotach wymieszałam całość. Wrzuciłam 6 kostek lodu (trochę się pokruszyły w procesie).
Przelałam do szklanek, z pozostałej połówki banana wycięłam plasterki ozdobne. Gotowe!




środa, 17 grudnia 2014

5 minut


Takie czasy nastały, że nikt nie ma czasu. Wszystko robi się szybko, coraz szybciej, szkoda marnować cenne sekundy na... Trudno powiedzieć, na co marnowane są te cenne sekundy. Czasami oszczędza się czas, żeby później nie zrobić niczego wartościowego. A zmęczenie i frustracja i tak dopadną tego, kogo dopadną.

Czas na zjedzenie czegoś dobrego nie jest czasem straconym. Tym bardziej, że coś dobrego wcale nie musi być czymś skomplikowanym. Praktykuję sałatki/surówki. Na pierwszym zdjęciu, drugoplanowa kompozycja składa się z grejpfruta, banana, garści liczi, suszonych owoców morwy białej, równie suszonych jagód goji i suszonych moreli. Co trzeba, pocięłam, co było w miarę małe, zostało w swoim rozmiarze. Wymieszałam, odstawiłam na chwilę. Bardzo dobra sprawa. Przeczytałam w żywnościowej książce, że owoce są lepsze od kawy, bo fruktoza daje szybki zastrzyk energii. Kofeina tylko udaje.
Na pierwszym planie jest lemoniada. Ale o niej innym razem.


Pięciominutowe bezpieczeństwo dla czworonoga. Taśma odblaskowa, obroża, gorący klej, nożyczki. Odcięłam tyle taśmy, ile przyzwoicie zmieści się na obroży. W tym czasie klej się nagrzał. Przykleiłam, docisnęłam. Gotowe. 5 minut razem ze sprzątaniem po całej wielkiej pracy. Stolik roboczy utytłany jest farbami. Jeśli mnie kiedy najdzie natchnienie, postaram się go umyć do czysta na wieki wieków.


Kolejna pusta ramka wypełniona. Też prowizorycznie, ale kolorowo. Składniki i narzędzia: pusta ramka, kawałek sztywnego papieru, klej, przeterminowane artystyczne kalendarze z obrazkami, nożyczki. Dopasowałam sztywny papier do rozmiaru ramy, wycięłam kilka obrazków z kalendarzy, przykleiłam do papieru, zaramkowałam. Powiesiłam na ścianie.


I wraz z panem jamnikiem mogłam zająć się wylegiwaniem (ale tak naprawdę tylko on się wylegiwał, ja czyniłam wysiłki intelektualne).

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Ludzie lubią chałwę

Ja nie potrafię jej polubić. Chałwa jest moim zdaniem zbyt słodka, zbyt niesmaczna, zbyt chałwowa. Kiedyś nie lubiłam też marcepanu, ale z czasem dorosłam do tego smaku. Nie lubię sezamków i nie lubię chałwy. Nie lubię też mlecznej czekolady. I anyżkowych cukierków. I wielu innych słodyczy. Ale ludzie lubią. Z miłości gotowa jestem do poświęceń. Poza tym nigdy wcześniej nie robiłam takiego ciasta. Kiedyś tort szwarcwaldzki, ale wyszło ufo, które jeszcze po latach mnie prześladuje. Prosiłam wtedy brata, żeby kupił wiśnie do dekoracji. Kupił koktajlowe w kolorze niebieskim lub zielonym. To wzmocniło podobieństwo do latającego spodka...

Ciasto dzisiejsze to biszkopt przełożony kremem chałwowym, wysmarowany polewą czekoladową i ozdobiony gwiazdkami Milky Way. Przepis (bez polewy i ozdoby) znalazłam w przepisach uzbieranych przez Panią Matkę. Wypiek się udał, został skonsumowany w miłym towarzystwie (piekłam na wynos, dlatego zdjęć pokrojonego nie zrobiłam). Przepis nie jest skomplikowany, co zachęciło mnie do sprawdzenia swoich sił.

Skład na ciasto:
  • 6 jajek;
  • 4 łyżki cukru;
  • 8 łyżek mąki pszennej;
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia.

Skład na krem:
  • 200 g chałwy (moja była z orzechami, więc dodatkowa atrakcja);
  • 200 g miękkiego masła;
  • 3 łyżki cukru pudru;
  • garść posiekanych orzechów (jak szaleć, to szaleć);
  • 25 ml białego rumu (1 łyżka i 2 łyżeczki).

Polewa:
  • pół tabliczki gorzkiej czekolady;
  • 3-4 łyżki mleka.
  • Gratis do ozdoby - czekoladowe gwiazdki.


Uczynione w sposób następujący:

1. Nastawiłam piekarnik na 170 stopni Celsjusza. Niechajby się zagrzał, zanim wymieszam ciastową miksturę.

2. Ubiłam białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. Zapomniałam dodać cukru. Do piany po kolei dodawałam żółtka. Następnie przy pomocy sitka (zaparzacza do herbaty) wsypałam do powstałej masy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia (masa była cały czas w stanie ruchu, mieszała się).

3. Wylałam ciasto do małej okrągłej formy (na oko średnica 20-25 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawiłam do piekarnika na 30-35 minut.

4. Masło utarłam z cukrem pudrem na gładką masę. Dalej ucierając wrzuciłam pokruszoną chałwę, zalałam rumem, wsypałam posiekane orzechy. Wszystko ładnie się połączyło. Odstawiłam w chłodne miejsce.

5. Upieczony biszkopt odstawiłam do ostygnięcia.

6. Zimny biszkopt przekroiłam horyzontalnie w miarę na pół. Pierwszą połowę wysmarowałam nieperfekcyjnie kremem chałwowym. Przykryłam drugą połową. Godne uwagi jest, że wierzch dałam na spód, a spód na wierzch, żeby mieć równą powierzchnię na górze. Ułożyłam na talerzu.

7. Czekoladę połamaną zalałam mlekiem. W misce ustawionej na garnku z wodą rozpuściłam całość cały czas mieszając. Ważne jest, żeby nie przegrzać czekolady, bo po zastygnięciu straci lśnienie.

8. Polewę wylałam na czubek ciasta, rozsmarowałam gumowym narzędziem rozsmarowującym. Zanim polewa zastygła, ułożyłam dekoracyjne gwiazdki. Gotowe!

niedziela, 14 grudnia 2014

Jak kto woli, czyli jabłecznik skrystallizowany

Przepis na którym bazowałam jest tutaj. Klikaj więc, kto może! Wprowadziłam trochę zmian, dostosowałam do okoliczności zaistniałych w kuchni. Ale po kolei. Użyłam jabłek ze słoika. Z poprzedniego sezonu zostały jeszcze starte owoce pozamykane w słojach 0,9. Chciałam je wymieszać z pomarańczami, ale szkodnik kuchenny był szybszy. Zatem mój skład:
  • tarte jabłka (0,9l);
  • 150 g mąki, gryczana i ziemniaczana;
  • 3 łyżki jogurtu naturalnego;
  • 2 łyżki jasnego cukru muscovado (ale niepotrzebnie, mogłam wcale nie słodzić);
  • 40 g oleju kokosowego;
  • 1 jajko;
  • płaska łyżeczka proszku do pieczenia (ale niepotrzebnie, bo koncepcja się zmieniła w trakcie);
  • 100 g mieszanki orzechów (włoskie, laskowe, nerkowce, migdały)
  • 3 banany;
  • 1 łyżeczka wiórków kokosowych;
  • przyprawy korzenne: cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, mielone goździki (razem wszystkiego ok. łyżeczki).

1. Ubiłam jajko z cukrem, dodałam jogurt (po łyżce, nadal ubijając), zwolniłam obroty bijące do minimum, wlałam nadtopiony olej kokosowy. Wsypałam mąkę zmieszaną z proszkiem. Wsypałam wiórki. Masa była lepiąco-lejąca.

2. I teraz o tym, dlaczego proszek był niepotrzebny. Wyłożyłam blachę papierem do pieczenia. Ułożyłam ciasto, nakryłam warstwą papieru i wysypałam kamieniami (nazbierałam sobie kiedyś nad morzem kamienie do pieczenia), żeby ciasto za bardzo nie urosło, żeby miejsce dla nadzienia zostało. Dlatego następnym razem zrezygnuję z proszku. Nie zostawiłam sobie ani grama ciasta, wszystko poszło na dno.

3. Podpiekłam spód w 180 stopniach, przez 10 minut. Jak pierwotny przepis przykazał. W tym czasie wymieszałam nadzienie.

4. Wyciągnęłam jabłka ze słoja, dodałam pokrojone banany (nie za cienko, grubość plastrów ok. 1,5 cm). Dodałam orzechy, przyprawy, wszystko dokładnie wymieszałam. Z powodu bananów słodzenie ciasta nie miało sensu. Dlatego następnym razem...

5. Wyciągnęłam ciasto z piekarnika, wyciągnęłam kamienie z ciasta. Wrzuciłam nadzienie. Wygładziłam. Wstawiłam do pieczenia na 35 minut. Po krótkim przestygnięciu nadawało się już do zjedzenia. Smak jabłkowo-egzotyczno-korzenny.

Pasowałoby do lodów waniliowych.


sobota, 13 grudnia 2014

Poradnik: Jak być dobrą ciocią?

W poniedziałek pojawił się właściciel kocyka, który z zapałem dziergałam. Dlatego z okazji postanowiłam spisać moje przemyślenia na temat bycia dobrą ciocią. Nie uważam się za ideał, ale nie ustaję w staraniach.

Na początku pragnę zaznaczyć, iż nie jestem specjalistą w dziedzinie, bazuję jedynie na obserwacjach własnych i wrodzonej nieomylności. Nie uzurpuję sobie prawa do jedynej słuszności. Wszystko zależy od sytuacji, kontekstu i wielu, wielu czynników.

Odpowiedź na pytanie zadane w tytule mogę zamknąć w jednym zdaniu. Kwestia nie jest skomplikowana, nie wymaga wysiłku fizycznego, czy intelektualnego. To nie budowa statku kosmicznego, to budowa dobrych relacji z otaczającymi nas ludźmi. Trzeba się starać, to fakt, trzeba być dokładnym, nie należy iść na łatwiznę. Ludzie są ważniejsi od statku kosmicznego. (Moja rada znajdzie zastosowanie również jeśli jest się wujkiem.) I brzmi: Współpracuj z rodzicami.

Mam kilka tych niewielkich dzieci i kocham je sercem całem. Ale moja wrodzona nieomylność nie dotyczy ich wychowywania. Tym zajmują się rodzice. Nie forsuję swoich racji, szanuje to, co mamy i tatusiowie tych smarkaczy chcą wtłoczyć swym pociechom w małe łebki. Nie podważam zasad obowiązujących w ich domach. Jeśli bobas kładzie się spać o określonej godzinie, to kładzie się spać o określonej godzinie. Jeśli nie ogląda telewizji, to nie ogląda telewizji. Nie ma miejsca na: Weź, przestań, Matko Dziecka, co złego się stanie, jeśli raz pójdzie spać o północy zaraz po tańcu z gwiazdami... Chcesz być dobrą ciocią? Nie dyskutuj z zasadnością zasad.

Są też prezenty. Wszyscy lubimy obdarowywać małych. Osobiście jestem przeciwna wręczaniu smarkaczom słodyczy. Uważam, że jest to sprawa do przedyskutowania z rodzicami. Jeśli kupuję Pięciolatkowi żelki, daję je mamie Pięciolatka. Nie częstuję też cukierkami nikogo poniżej dziesiątego roku życia. Cukierki i czekoladki są zabójcze. Rozumiem rodziców, którzy sobie nie życzą. Irytują mnie współciotki, które ignorują protesty znajomej Mamy. Co ty? Przesadzasz... A przestań! to lekceważenie mocy rodzicielskiej. Nie znaczy nie. Tyczy się to również różnego rodzaju zabawek. Jeśli dziecko nie bawi się imitacjami broni, nie kupuj mu karabinu. Jeśli rodzice nie akceptują trupiaszczych lal, odrzuć myśl o Monster High. Przedyskutowanie z opiekunami dziecka tego, jaki prezent jest zgodny z ich systemem wychowawczym, nie jest najgorszym pomysłem. Można też postawić na neutralne, edukacyjne zabawki. Bądź dobrą ciocią, pomagaj młodocianym w rozwoju.

Trzecia sprawa - nie traktuj dziecka jak niepełnej jednostki ludzkiej. To już jest człowiek, nie rób z niego idioty. Nie śmiej się z niego, wysłuchaj od początku do końca. Jeśli zauważysz coś niepokojącego, o ile nie jesteś w stanie rozwiązać problemu, donieś rodzicom. Mają prawo wiedzieć. Nie ma jednak sensu zbytnie rozdmuchiwanie błahych spraw. W tym przypadku trzeba zachowywać zrównoważenie i rozsądek.

Cały czas rozmawiamy o normalnych rodzinach, w razie patologii i krzywdzenia reaguj zdecydowanie, żeby przynieść jak najwięcej korzyści dziecku.

To są moje rady. Jeśli ktoś jest równie nieomylny lub (co lepsze) posiada odpowiednie wykwalifikowanie, zachęcam do pozostawienia swoich spostrzeżeń lub naukowych faktów w komentarzu.

piątek, 12 grudnia 2014

A cookbook is only as good as its worst recipe*

Chipsy jem może dwa razy do roku. Ostatnio miałam okazję konsumpcji tych kruchych tłustości przy okazji oglądania filmu. Wraz z Panią Matką, dwiema paczkami wspomagającymi rozwój paskudnych chorób cywilizacyjnych i całkiem dobrą herbatą, zasiadłam wygodnie, by zapoznać się z paralelnymi historiami opowiedzianymi w filmie "Julie i Julia".
Miałam to zrobić już dawno temu, ale nigdy by było okazji. Lubię filmy biograficzne i lubię filmy o gotowaniu. Zdawać więc by się mogło, że zachwycę się do omdlenia. Nic z tych rzeczy... Czegoś mi zabrakło. Jakby niedosolone dzieło, nie przyprawione jak należy.

Julii Child nie trzeba nikomu przedstawiać, sprawa Julie Powell też była dość głośna w półświatku blogersko-kulinarnym. Na czym polegał mój problem? Historia Julii jest ciekawa. Julie natomiast nie należy do osób, które bym polubiła. Tak po prostu. Zapatrzyła się w Julię, swoje istnienie opierała na przepisach, całą świadomość skupiła na wyobrażeniach. Strasznie słabo samostanowiąca. Co by zrobiła Julia? Co by powiedziała Julia? To dość dziwne pytania, które miały dla niej znaczenie fundamentalne. Zrozumiałabym, gdyby Julia pretendowała do roli wyznacznika ogólnożyciowego, ale tak nie było. Julia gotowała z pasją, a poza tym żyła własnym życiem.


Nie wiem, być może ludzie tak właśnie się zachowują. Wybierają sobie postać nieosiągalną, z której wyobrażeniem stworzonym przez mózg własny zaprzyjaźniają się. Nie potrafiłabym, a nawet nie chciała, zaprzyjaźniać się z Paulem Hollywoodem. Lubię jego przepisy, lubię zdecydowanie i pewność, z jaką mówi o drożdżach i mące, ale bez spoufalania się. Nie mam też zwyczaju zbierać autografów. Nie obezwładniają mnie ludzie sławni, nie przykładam do tego wagi. Dlatego pewnie filmowa Julie i jej rozterki wydają mi się śmieszne.
Przykro to stwierdzać, może powodem jest niewidzialna bariera kulturowa, ale wydaje mi się, że Julie jest strasznym mięczakiem. Jako potomkini azjatyckich najeźdźców i ludzi pogranicza, uznaję to za ogromną wadę. Można być mięczakiem psychicznym, osobą wrażliwą, ale mięczactwo życiowo-emocjonalne jest dla mnie nie do przełknięcia. Może to ja jestem kaleką spod znaku średniowiecznych machin oblężniczych, ale nie mogę pojąć i zrozumieć. Chcesz mieć przyjaciół? Miej żywych przyjaciół. Denerwują cię znajome pławiące się w sławie i pieniądzach? Nie koleżankuj się z nimi. Lubisz jakąś postać autentyczno-historyczną? Nie dorabiaj do tego filozofii. Życie jest proste. Im prostsze, tym lepsze. Meandry zależności, uprzedzeń i sympatii tylko komplikują sprawy. Julia Child się nie niuńciała. Chciała znaleźć sobie zajęcie? Znalazła. Nie podobał jej się kurs gotowania jajek, poszła na prawdziwe zajęcia dla szefów kuchni. Była zdecydowana i dokładna w tym, co robiła. Julie nie potrafiła się tego nauczyć. A może właśnie o tym jest film? Może scena w muzeum pokazuje dotarcie do kamienia milowego?

Wnioski. Film jest ciekawy, warto go zobaczyć, ale nie należy się po nim wiele spodziewać. Meryl Streep na poziomie Meryl Streep. Nie mam pretensji do Amy Adams. Prawdopodobnie jestem potworem.


*Tytuł zaczerpnięty. Jest cytatem. Julia Child powiedziała, że książka kucharska jest tak dobra, jak jej (książki) najgorszy przepis. Metaforyczne bardzo, trochę zgubny perfekcjonizm, jeśli stosować to do życia ludzkiego, ale do dzieł różnorodnych pasuje.

czwartek, 11 grudnia 2014

Ludzie zawsze chcieli się ubierać ładnie

Możesz to zrobić, jesteś w stanie! wmawiam sobie. Dlatego oto zasiadłam dzielnie i pilnie w postanowieniu, że napiszę o książce. Z czytaniem książek słabiutko ostatnio. Tłumaczę się, że inne ważne sprawy, że mam do przeanalizowania wytyczne na lata nadchodzące. Ale kto by się przejmował różnymi nudnymi sprawami, kiedy "Polskie hafty i koronki" proszą, by ocalić je od zapomnienia?


Uczciwie będzie kilka słów poświęcić autorce. Elżbieta Piskorz-Branekova, etnograf, od wielu lat krąży w tematach ludowych ubiorów i ozdób. Wydaje mi się, że należy do tej najlepszej rasy specjalistów przejawiających aktywne zainteresowanie swoją dziedziną. Warto zaklinkąć tutaj.

Tom dotyczący haftów i koronek jest częścią większej serii: Ocalić od zapomnienia (szybki klik, jest spora promocja). Godzien uwagi jest fakt, iż album poza pięknymi zdjęciami, ciekawymi opisami i słowniczkiem terminów, zawiera również materiały na płycie CD. Tak naprawdę nie eksplorowałam ich zbytnio (zawiera rysunki haftów), ale istnienie dodatku muszę uznać za miłe. Eksponaty i archiwalia użyte w książce pochodzą ze zbiorów warszawskiego Muzeum Etnograficznego i właściwie można je zobaczyć w elektronicznym katalogu zbiorów. Ale bez opisu, który znajdziemy w "Polskich haftach i koronkach".

Na samym początku publikacji wita nas Autorka. Wyraża zdziwienie, że tylu entuzjastów polskiej kultury ludowej... Zachęca do wykonania opisywanych haftów. To nie jest książka, którą stawia się na półce, żeby wyglądać elokwentnie. To żywy album inspirujący do działania. Coś dla ludzi z pasją, którzy chcieliby tę pasję praktycznie ukierunkować.
Dalej następuje rozdział dotyczący zdobień, poruszający sprawy natury technicznej. Podstawowe pojęcia, narzędzia hafciarskie, przenoszenie wzorów na tkaninę, ściegi i techniki... Czyli wszystko od kuchni, jasno wyłuszczone. Krótki przewodnik - jak posługiwać się trzymaną w rękach książką.
Aż w końcu, na stronie 20 zaczyna się przegląd. Jako pierwsze Kaszuby z rozróżnieniem tamtejszych szkół, następnie 24 inne regiony (w nawiasach najciekawsze moim zdaniem  wyłowienia): Warmia (pięknie haftowane czepki); Kurpie Puszczy Zielonej (bardzo ładne koronki szydełkowe); Kurpie Puszczy Białej (hafty na tiulu, czepki ze skrzydłami i ciekawa uwaga na temat czerwonych haftów na kołnierzykach); Region łowicki (kolebka strojności polskiej, ciekawy haft koralikowy); Region opoczyński (lelijka i sukmana z potrzebami); Region sieradzki (czepce nazywane kopkami z tiulu zdobionego haftem); Kujawy (znów tiulowe czepce bogato haftowane, piękne hafty na zapaskach); Biskupizna (te kopki to dopiero mają skrzydła!); Region szamotulski (ciekawy haft nasnuwany); Ziemia lubuska (kruza, czyli ozdobny kołnierzyk); Podlasie (wyraźnie widać mieszankę polsko-rusko-białoruską, bardzo podobają mi się hafty na rękawach koszul); Region biłgorajski (czapka na cztery powiaty); Region krzczonowski (kolorowo, a zdobienie w okienka rewelacyjne); Krakowiacy zachodni (kaftany męskie całkiem niezłe: guziczki, chwasty, hafty, inne cuda);  Krakowiacy wschodni (haftowanym żupanem nie wzgardziłabym); Region rzeszowski (czerwono-granatowy haft płaski); Żywiec (haft żywiecki do sławnych należy nie od dzisiaj, najbardziej na tiulu, ale też dziurkowy, kolorowy, czy metalową nicią); Lachowie Sądeccy (kolorowe, przepiękne hafty, często jedwabną nicią na ciemnym tle sukna); Dolny Śląsk (na bogato i z klasą); Górny Śląsk (ciekawe elementy przystrojenia wnętrz mieszkalnych i aplikacje z rozmachem); Śląsk Cieszyński (wszystko pięknie i na bogato, ale najlepsze hafty dziurkowe na koszulach); Beskid Śląski (kurza stopka! i oczywiście szydełkowe koronki); Orawa (przeżywam silną fascynację); Podhale (parzenice i haft biały).
Opisy są wielce interesujące, a ponadto zachęcają do dalszego zgłębiania tematu, dają kolejne punkty zaczepienia w tej wędrówce. Całość kończy słownik terminów ogólnych, zarówno z zakresu dziedziny haftu i koronek, jak tkactwa oraz kroju strojów.

Jak na poważną publikację przystało, nie zabrakło bibliografii. Na stronie 297 znajduje się spis pod szyldem Ważniejsza literatura, co cieszy mnie ogromnie. Nie tak dawno temu zetknęłam się z opracowaniem na temat okołoarchitektoniczny, czyli też nie była to literatura fabularna. Autorce zabrakło jednak przyzwoitości, czy chociażby szacunku dla poprzedników i czytelnika. Takie praktyki powinno się ścigać z urzędu. W tym agresywnym tonie pozwolę sobie zakończyć.


środa, 10 grudnia 2014

Maybe I missed the Point


Coś bardzo łatwego. Dawno nosiłam się z zamiarem. Wyrzuciłam z ramki przeterminowane zdjęcie i postanowiłam wcisnąć do środka coś dekoracyjnego. Zanim znajdę odpowiednią ekspozycję stałą, niech żyje prowizoryczność! Wydrukowałam na niebieskiej kartce fragment piosenki (Jeff Bridges -  Maybe I Missed The Point) z podkreśleniem słów, które podobają mi się najbardziej. Szybkę ramkową przyłożyłam do wydruku (1.). Określiłam ołówkiem jak wiele trzeba odciąć (2.). Tak też zrobiłam (3.). Dokleiłam gwiazdki w kolorze (4.). Zawsze mam jakieś naklejki dekoracyjne nagromadzone, taka nerwica papiernicza. Zamknęłam wszystko w odzyskanej ramce i postawiłam w widocznym miejscu. Może będę miała więcej refleksji i stanę się milsza dla ludzi?


Ostateczna ekspozycja, najlepiej prezentuje się klej stojący z książkami...

wtorek, 9 grudnia 2014

BHP

Należę niestety do tej nieszczęśliwej rasy ludzkiej, która zawsze się czymś pobrudzi. Szczególnie w kuchni. Nie potrafię zachować czystości, mimo różnych środków zaradczych. Dlatego ważnym elementem jest fartuch ochronny. W tym miejscu muszę podziękować Pani Matce, od której dostałam stary fartuch operacyjny. Jest trochę za duży, ale chodzi o bhp, nie estetykę. Ta druga kwestia nie mogła jednak pozostać całkowicie pominięta. Przyozdobiłam odzienie kolorowymi literkami. W tym celu skorzystałam z brokatowych farb 3D do tkanin. Wcale nie są takie najgorsze. Kilka rzeczy namalowałam nimi jakiś czas temu, i nadal trzymają się formy, nie unicestwiło ich niejednokrotne pranie. Po 24 godzinach od pomalowania odprasowałam fartuch (na lewej stronie, nie bezpośrednio po farbie) i... okaże się, co będzie dalej.




Zdjęć w ilości większej nie dało się zrobić. Wszystko wina oświetlenia. Nie lubię przy sztucznym, ale z powodów sezonowych ograniczone są możliwości korzystania z naturalnych surowców, takich jak światło słoneczne.

Ale wracając do jasnych stron życia - mogę już dostać własny program piekarniczo-operacyjny w tv. Z takim fartuchem? Bez dwóch zdań! Na marginesie zauważam, że nie widzę różnicy między konkurencyjnymi turniejami dla różnego rodzaju utalentowanych kucharzy. Master Top Chef w Hell's Kitchen. To naprawdę nie do pojęcia dla mojej rekreacyjnej głowy.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Voyage-Voyage


Jestem tak zmęczona, że nie mam siły postawić wykrzyknika na końcu tego zdania.
Wstawanie o nawet nie bladym i nawet nie świcie nie jest czymś ekstatycznie przyjemnym, ale czasami istnieje konieczność. Może nawet i cała wyprawa nie była ekstatyczna, ale czasami nie o to chodzi.

Większość czasu spędziłam w samochodzie. Przy okazji obliczyłam, że w tym roku pobiłam swój rekord i poza Polską znalazłam się cztery razy. A 10 razy przekraczałam różne granice. Może wyczyn nie należy do spektakularnych, ale jak na takiego prowincjonalistę jak ja, to sporo.

Nic ciekawego się nie wydarzyło, poza bardzo poważną rozmową o tym, że Polska powinna Suwałki wymienić na Wilno i wszyscy byliby zadowoleni. Chyba że Litwini chcieliby jeszcze Puńsk w gratisie. Na marginesie: nadal nigdy nie byłam w Wilnie.

Tym razem wyjazd był szybki i na temat. Załatwienie byznesów w Mariampolu, mieście leżącym nad rzeką Szeszupą (a rzeka Szeszupa to rzeka mojej Babci). Na tak zwany następny raz muszę sprawdzić, jakie tam są zabytki, ciekawe miejsca, przygotować się do tego. Bo oglądanie radzieckich blokowiszcz jakoś do mnie nie przemawia pod względem estetycznym.



Nie było czasu na ałtfitowe uwiecznienia. W kadr weszły buty i torba. Ta torba to właściwie opakowanie po masce gazowej, czy innym wojennym sprzęcie. Zakupione w czasach licealnych, bo wtedy była taka moda na małe nirvany, co się nosiły w sposób zbuntowany. Ja miałam czerwone włosy i tę właśnie torbę. Została mi jako pamiątka czasów zamierzchłych. Czasami wraca do łask, bo bardzo praktycznym przedmiotem jest. Nie obdzierałam z ozdób, bom leniwa. Normalnie głupio mi chodzić z czymś takim. Normalnie mi głupio wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie normą. Wędrówką życie jest człowieeeeeka.

I feel like a cowboy!


Podróże kształcą, ale też potrafi człowiek zgłodnieć. I nie chodzi tylko o głód wiedzy. Mam zwyczaj udawać, że jestem eko i zdrowotna, stąd kefir jako przekąska. A jeśli kefir opakowany jest dizajnersko, tym bardziej będę udawać. Pyszny był, mogę polecić bez wyrzutów sumienia.


I już w Polsce, widoki zimowe. Śnieg, śnieg na iglastych drzewach, palma w Szypliszkach, stalowa szarość nieba...




Suwalskie okolice słyną z grobowców jadźwingów. W samych Suwałkach można znaleźć te pomniki dawnej kultury. Wspaniale się prezentują na rondach.


Bezprizorny słup pozbawiony wysokiego napięcia.

Ciekawostka:
W Mariampolu urodził się Orko Sołowiejczyk - polski chirurg pochodzenia żydowskiego.

sobota, 6 grudnia 2014

Azjatycka filozofia okołopierogowa


Zdjęcie powyższe już wcześniej pojawiło się. Ale będę poruszać temat, który się na nim znajduje. Chodzi mianowicie o pierogi gotowane na parze. Nie chcę opisywać całego procesu twórczego. Nie chcę opowiadać o nadzieniu. Chcę nakreślić podstawy, na których sama się opieram. Coraz lepiej wychodzi mi produkcja, coraz bardziej jestem z niech zadowolona.

Wykonanie ciasta nie jest skomplikowane. Jest trochę czasochłonne, potrzeba też energii. Skład przedstawia się następująco:
  • 260 g zwykłej, uniwersalnej mąki pszennej;
  • 0,5 łyżki soli;
  • 120 ml wody.
Wystarcza na 8 gigantycznych, lub 16 normalnych pierogów.
(Przeliczyłam na ludzkie jednostki skład znaleziony tutaj.)

Ciasto miesza się, ugniata i maltretuje aż do otrzymania gładkiej, nie tak bardzo kleistej, ale elastycznej materii. Następnie podzieliłam na 16 w miarę równych kawałków, rozwałkowałam je i schowałam do lodówki na kilka godzin. Ale normalne i wskazane będzie użycie od razu (ja byłam w sytuacji niepotrzebującej jeszcze obiadu).

Ciekawostką jest moje wypełnienie garnka parującego. Niestety nie dostrzegłam możliwości zakupu papieru go gotowania na parze, dlatego z papieru do pieczenia wyciełam odpowiednie koło (pasujące do rozmiaru mojego garnka), a następnie za pomocą dziurkacza biurowego uczyniłam na nim dziurki. Pełen profesjonalizm!




Po nadzianiu, złożeniu, sklejeniu i ułożeniu w garnku, pierogi parują się przez 15 minut. Dzięki papierowemu wkładowi nie przywierają do podłoża. Ostatnio pękło mi ciasto tylko w jednym. Kształtowanie nadal na poziomie niekoniecznie wizualnie przyjemnym, ale coraz lepiej. Forma tradycyjnego polskiego pieroga też się nieźle sprawdza.

Kwestię nadzienia uznaję za indywidualną. Ostatnio użyłam gotowanego indyczego mięsa (zmielone po ugotowaniu), warzyw (marchew, cebulka), posiekanego gotowanego makaronu ryżowego (nareszcie się skończył), przypraw, oleju sezamowego. Jak dla mnie może być. Zabrakło jakiejś zieleniny.

piątek, 5 grudnia 2014

Zastrzyk na rozgrzewkę


Nieletni czytelnicy klikają tutaj i nie pyskują. To okrutne z mojej strony, ale nie chcę być oskarżana o demoralizację młodzieży. Poniższy tekst zawiera treści alkoholowe, czyli z założenia nieodpowiednie dla osób w wieku młodocianym.


Maciek robi najlepszą malinówkę. Bez dwóch zdań. Aż musiałam zrobić zdjęcie. Artystyczne, jako i sam trunek. Ale to tylko przy okazji tematu.

Druga sprawa, właśnie ta główna - przeczytałam, wielce się zainspirowałam i zrobiłam swoją miksturę do herbaty. Użyłam 3 pomarańczy, 2 cytryn, dużej szczypty imbiru w proszku, kilkunastu goździków. Wyparzyłam owoce, pokroiłam w miarę moich krajalniczych możliwości. Upchnęłam do dużego słoja. Zalałam to wszystko białym rumem (prawie całe 0,5 l). Odstawiłam, nabrało mocy urzędowej. Pojawił się problem z wydobyciem ze słoja rumianej przyprawy, ale na ratunek przybył mój brat ze swoim vintage akcesorium laboratoryjnym. Strzykawa jest szklana i wygląda jak z niezbędnika zaprawionego w boju morfinisty. Nie żeby mój brat był, ale ma zwyczaj gromadzić różne ciekawe klamoty. Czasami nawet znajduje dla nich zastosowanie... ;)

Zestaw chemika amatora.


Kostki cukru. Wraz miksturą cytrusowo-rumową tworzą zgrany duet.


Osobiście wolę herbatę z konfiturą pigwową, ale rum ze strzykawki może być interesującym urozmaiceniem wieczora.