piątek, 21 listopada 2014

Trzeci dzień ze śniegiem

Zapraszam na wycieczkę. Mazury w listopadzie to niezbyt popularny cel błądzenia, ale niektórzy przebywają tam nie tylko w sezonie turystycznym. Warto zobaczyć, jak zielone płuca Polski prezentują się bez zieloności. Trasa jest wyrwana z kontekstu i niepełna, ale o robieniu zdjęć pomyślałam już po odhaczeniu 3 celów podróży, podczas wędrówki do celu nr 4. Droga co celu nr 5 została w połowie przerwana, bo zaczęło się robić ciemno i zdjęcia nie wychodziły już takie, jak bym chciała.

Po pierwsze - trasa. Zaczynamy przed mostem sztynorckim (nie wiem, czy on ma nazwę jakąś urzędową), gdzie jezioro Dargin spotyka Mamry (w skrócie). Kończymy w Solance, gdzie nie ma jeziora, ale jest staw w centrum wsi. Bardzo okrężna droga, bo ok. 50 km. Mapka poniżej mniej więcej unaocznia (mam nadzieję, że się pojawia).



Zdjęć jest dużo. Było jeszcze więcej, ale postanowiłam się opamiętać i nie szaleć. Ta wycieczka to pomysł w zabawę w samochód Google Street View. Bo dlaczego nie? Poza tym nudno jest cały czas blogować o jedzeniu, a ostatnio nie mam czasu na nic innego, co by było w miarę ciekawe. Dziergadła wciąż w produkcji, pozować do stylowych zdjęć mi się nie chce, a pisanie o kosmetykach nie wychodzi mi od połowy roku. Wędrownie zawsze jest interesujące. Ostatnio często dokądś śmigam, zatem postanowiłam z tego skorzystać.

Zbliżamy się do mostu.

Jeszcze bliżej... Most występował już tutaj.

Sztynort Duży, pierwsza wieś za mostem.

Żeby nie odwalać wycieczki w czysto rysunkowym wymiarze, nic się nie stanie, jeśli wciśnie się kilka słów o Sztynorcie, który po obcemu nazywał się Steinort. Położenie jedno z lepszych na Mazurach, między jeziorami Dargin, Kirsajty, Mamry i swoim własnym, niewielkim jeziorem Sztynorckim. W sezonie działa port, a turyści działają na nerwy kierowcom (bo łażą całą szerokością głównej drogi). Piękny pałac w stanie rozkładu prawdopodobnie być może zostanie kiedyś wyremontowany. Jeśli się wcześniej nie zawali ze wstydu, bo wygląda jak obdarty syn Egigwy. W tym właśnie pałacu w czasie wojny stacjonował sławny przedstawiciel handlowy, Joachim von Ribbentrop. Normalnymi użytkownikami byli natomiast hrabiowie von Lehndorff. W Sztynorcie pierwsze lata życia spędziła urodzona w Królewcu (dzisiejszym Kaliningradzie) top model Veruschka. Co by tu jeszcze, drodzy państwo, dodać? Nie polecam przyportowej pizzerii.

Między drzewami widać żaglówki zimujące, niczym wieloryby wyrzucone na brzeg.

Jedziemy dalej. Przedzieramy się przez piękną dębową aleję. Wiele drzew zyskało status pomnika przyrody. W porze zielonej wyglądają całkiem okazale. W listopadzie to ponure drapaki.




Dąb na łące, z krukiem na gałęzi (można się wysilić i poszukać).

Śnieg rozpadał się może nie na dobre, ale na prawie dobre.

Jedziemy, jedziemy. Mijamy Sztynort Mały, Kamionek Wielki. O tym drugim mogę napisać tyle, że jest tam czynna w sezonie stacja kolejowa (zdjęcie występuje tutaj). Jeśli kogoś interesuje rękodzieło, funkcjonuje w Kamionku pracownia garncarska. Ot, ciekawostki...



Na skrzyżowaniu skręcamy w kierunku Radziej. Czyli na lewo. Droga do tej pory o nawierzchni cywilizowanej i nowoczesnej, zmienia się w bruk.

Przed nami widać przejazd kolejowy.


Następna wieś to Stawiska. Tutaj zdjęcie dawnej kuźni (tak mi się wydaje), jako jedyna atrakcja turystyczna, która przychodzi mi do głowy. Nie wiem, czy coś robi poza tym, że jest.

Kuźnia (?)

Przemieszczamy się sprawnie i szybko. Następny foto-przystanek ma wymiar nostalgiczny. Dla postronnego obserwatora to nic. Lecz kiedy jeździłam do szkoły, to w tym miejscu wschodziło słońce w listopadzie/grudniu. Po ciemności wsiadałam do autobusu, na bruku wytłukiwałam młodociany mózg (teraz są efekty...), a dzień zaczynał się mniej więcej na tej wybrukowanej górce.


Droga do szkoły, więc i szkoła. Jeszcze jest. Niewielka szkoła podstawowa w Radziejach. Teraz chyba też gimnazjum. W każdym razie, będę bardzo miło wspominać moją panią z nauczania początkowego. Wspaniała kobieta.

Moja pierwsza szkoła, dzisiaj zielona. Kiedyś było więcej drzew.

Koniec sentymentalnych wspominków. Jedziemy dalej, czas goni. Dłużec wcale się nie dłuży. Następuje kolejne skrzyżowanie. Skręcamy ku Gierłoży. Ale zanim bunkry, jeszcze Mażany z ciekawymi domkami, Jankowo i Parcz.


Kawałek bruku i poniemiecka betonówka.

W czasie wojny droga służyła też za pas dla samolotów, dzisiaj spotkać można traktor z kupą... ładunku.

Mażany, jeden z ciekawych domków.

Ale bunkry czekają! Latem oblegane, teraz niemal wyłażą na drogę, bo nikt ich nie chce oglądać.

Znak ostrzega przed Wilczym Szańcem.

Po lewej bunkier, po prawej znak - zwiedzanie dla ludzi 60+...

Przecinamy las w Gierłoży.

Zostawiamy Gierłoż z tyłu, mijamy Czerniki, docieramy do Karolewa i to już prawie Kętrzyn. Ale zanim, jest jeszcze Kruszewiec. Kruszewiec to motoryzacyjno-budowlane zaplecze Kętrzyna.


Sam Kętrzyn nie wygląda w listopadzie ciekawie. Kierujemy się jednak na ulicę Dworcową. Tam szybki przystanek w celu tak zwanego załatwienia spraw. Przy okazji mój ulubiony budynek (dawny bank) przy Dworcowej 1.

Brzydki magazyn przy skrzyżowaniu Pocztowa-Dworcowa. Śnieg z deszczem umazały szybę auta.

Drzwi ulubionego budynku. Śnieg zacina.

Drzwi z detalem, śnieg przechytrzony, bo został z tyłu.

Odrapany budynek i znowu widać śnieg (przed którym wcześniej ochronił balkon).

Było jeszcze błądzenie po mieście. Ale tak intensywne, że nie robiłam zdjęć. Zatem dopiero wyjazd, po ponad godzinnym sprincie. W ostatniej chwili uchwyciłam wiatrak w Starej Różance. Krzaki trochę widok odatrakcyjniły, ale zarys jest. Ciekawostka o Alt Rosenthal - w czasach już w miarę współczesnych w wiatraku był zajazd. Wujek opowiadał mi, że zna człowieka-kieszonkowca, który okradał tam wygłodniałych gości.

Po lewej jest wiatrak z nieadekwatnymi skrzydłami. Odlecieć nie odleci, jak to mówią.

Droga nówka za Nową Różanką.

Kierujemy się drogą nr 650, po Różankach następuje kilka domków, las z odbiciem w kierunku Przystani (czyli Dłużec, Radzieje, Kamionek Wielki, tę drogę znamy). Ale my jedziemy prosto. W lesie podziwiamy efekty trzeciego dnia opadów śniegu. Za lasem następuje Siniec, czyli Blaustein, czyli Siny Kamień. Niby nic ciekawego, ale w razie większej ilości czasu i braku pośpiechu, warto odwiedzić wioskowy cmentarz. My jednak bez ustanku mkniemy do przodu, a fotowycieczka kończy się dopiero tuż przed Solanką.



Bardzo proszę o konstruktywną krytykę tej przydługiej jazdy. I ucieszę się, jeśli ktoś zrobi swoją wersję jakiegoś odcinka drogi.

6 komentarzy:

  1. z racji choróbska jedyną mą wycieczką była wycieczka pt. "Jeden tramwaj, cztery miasta" ;-) ale ponieważ cel onej był stresogennym, to relacji nie ma ;-)
    u nas szarzyzna, ale bezśnieżna. uściskuję mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ile można chorować? Przerwij tę spiralę niemocy. ;) Dużo zdrowia!
      Od śniegu nikt nie ucieknie.

      Usuń
  2. A mnie się podobają takie drzewa straszydła, z rozczapierzonymi konarami :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się, ten okres ma coś w sobie, ale trzeba go lubić. Wtedy bardzo się docenia dojazd do domu. Chciałabym się na kilka miesięcy zaszyć na takiej małej wiosce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba lubić, ale też nie należy przedawkować ;) Też bym się chciała tak zaszyć, ale niestety, na to nigdy nie ma czasu.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.