niedziela, 9 listopada 2014

Perspektywa złego wpływu telewizji


Telewizja jest zła, telewizja zabija szare komórki. Ludzie odliczają od ilu już lat nie mają telewizora. W tej kwestii po prostu muszę wygrać. Tak naprawdę nigdy nie miałam telewizora. Mieli moi rodzice. W 1999 zrezygnowali z luksusu. Mecze i telenowele oglądałam po ludziach. Później mieszkałam z dziewczyną, która posiadała mały, przenośny, czarnobiały odbiornik z anteną łapiącą dwa kanały. Były jeszcze różne inne bardziej lub mniej stałe kontakty z żywą telewizją, ale zniechęciło mnie "Od zmierzchu do świtu", które nadawano zawsze, kiedy odwiedzałam siostrę.

Stan na dzień dzisiejszy: nadal nie posiadam telewizora, nie marzę o tym. W sumie nie miałabym nawet miejsca na taką technologię. Udaję, że staram się przejść na tryb minimalistyczny i zorganizowany. A poza tym: ile to kosztuje? Włos na głowie dęba staje. Biednych ludzi nie stać na buty w Litwie (kontekst to długa historia, ale niektórzy zrozumieją), a co dopiero na telewizyjny osprzęt, abonamenty...

Ale! Przecież zawsze jest ale. Nie uważam, że telewizja jest zła. Nie zabija szarych komórek. Telewizja może rozwijać, motywować, pomagać w odkrywaniu pasji. Trzeba tylko oglądać wybiórczo.

Nie pamiętam już, jak trafiłam na "The Great British Bake Off". W epoce programów bazujących na utalentowanych uczestnikach, Bake Off zwycięża w moim rankingu. Zwyczajnie dlatego, że do śpiewających nie mam cierpliwości, a tańczące mnie nie interesują. Nie lubię też dzieci, które biorą udział w wyścigu po nagrodę. Czterolatek powinien wrócić do piaskownicy. To za duży stres. Oglądam profesjonalne turnieje typu sport. Zawody amatorów kucharzy są zazwyczaj niesamowicie agresywne (kucharz gwiazdor rzuca mięsem literalnie i w przenośni). Bake Off to miły, sympatyczny, przyjacielski program. Mary Berry nie przeklina, a Paul Hollywood nie wywiera psychicznej presji podniesionym głosem. Do tego są jeszcze Mel i Sue, które zgrabnie prowadzą całość.
Z wypiekami na twarzy i talerzu śledzę zmagania brytyjskich piekarzy amatorów. Zastanawiam się, czy potrafiłabym jak oni. I próbuję. W hipnozie testuję kolejne przepisy, czasem się uda, czasami wychodzi coś dziwnego.

Nieelegancko, ale chocolate orange tart...

Lubię drożdżówki. Ładne ciasta Mary Berry są trochę ponad moje siły. Lubię zgnieść, przywalić, wyładować agresję. Ręczne wyrabianie ciasta bardzo temu sprzyja. Nie jestem też zwolenniczką słodkiego. Dlatego hitem GBBO 2014 jest dla mnie chlebek Paula Hollywooda (roquefort and walnut loaf). Rośnie duży, okrąglutki... Póki co piekłam kilka razy, z dwoma rodzajami miękkiego sera. Udaje się za każdym razem. Nie ma zakalców, nie ma rozmokniętego dna (*rozmoknięte dno to najgorsze, co może się przytrafić). Takie rzeczy lubię robić. I jeść. I dzielić się nimi. Bo główna część radości pieczenia polega na tym, że ktoś to wszystko zje.


 Sun-dried tomato and poppy seed savoury biscuits

Przy okazji złego wpływu telewizji pomyślałam o innych złych wpływach. Not bad meaning bad, but bad meaning good, chyba. Wszystko zależy od perspektywy. Narzędzia nie są złe, dopóki nie wykorzystuje się ich w złym celu.

13 komentarzy:

  1. dobrze, że przyszłam do Ciebie poczytać z miską soczewicy, bo bym się zaśliniła :-D
    ja niestety lubię na słodko, mój organizm łaknie cukru w postaci czekolady i lipa ;-) jak już ozdrowieję, to zobaczysz! najadę i wyżrę wszystko, co masz dobre :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz to ja wyżeram ludziom, bo mnie nie ma i plądruję cudzą lodówkę :) Uroki długich weekendów. I mam prawdziwą telewizję, i przeżyłam szok kulturowy.

      Usuń
  2. Nie jestem pewna, dwa dni temu w zupełnie pokojowym a nawet kuchennym nastroju chciałam przekroić bułkę i przekroiłam, łącznie ze skórą własnej dłoni. Kuchnia to niebezpieczne pomieszczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Podświadomie chciałaś sobie zrobić krzywdę - powiedział pan Freud. ;)

      Gdzieś czytałam, że najwięcej domowych wypadków ma miejsce w kuchni. Odkręciła gaz... i tak dalej.

      Usuń
  3. Ja jestem straszną kulinarną egoistką, a im lepiej coś mi wyjdzie, tym, mniejszą mam ochotę do dzielenia się - przyznaję ze wstydem. Choć ostatnio piekłam jabłecznik i zapakowałam córce aż 1/4:) A potem pół wieczora przeżywałam, że powinnam była dać jej nawet 1/3... Taka ze mnie matka...
    A telewizja bardzo wybiórczo... Pasję już mam, potrzebuję tylko zgrabnych historii, które wypełniają ciszę. Parę seriali z Foxa i FoxLife'a doskonale sprawdzają się w tym celu, gdy siedzę sobie z robótką;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam aż za dużo pasji :D

      Nie mam apetytu bez ludzi, a jeśli nie mam apetytu, to w kuchni robię tylko herbatę. Gdybym była całkowicie aspołeczna, nie kolegowała się z nikim, miałbym figurę jak Anja Rubik :)

      Usuń
  4. Mam tak, że mniej więcej raz w roku nachodzi mnie nastrój na przmieszczenie mebli, żeby trochę odświeżyć sobie w mieszkaniu. I jak miałam telewizor, to ciągle mi zawadzał. Bo jak przesunę komody tak, to telewizor musiałby stać tu, a wtedy nie będę miała blatu na kwiatek, więc kombinuj dziewczyno. Jak miałam telewizor i przesuwałam meble to mogłam się wyżyć twórczo, kreując wystrój wnętrz :D A później jak już zauważyłam, że on i tak stoi i się kurzy, to go postawiłam pod biurkiem u małej w pokoju. I ostatecznie oddałam przyjacielowi moich rodziców :) Gotuję z internetem, a jak mi nie wychodzi to gotuje mój chłop :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwiatek ważniejsze funkcje spełnia niż telewizor, też bym tak zrobiła ;) Też gotuję z internetem. Właściwie gotuję z różnych źródeł. A i tak najlepsza jest kryzysowa książka kucharska sprzed kilku dekad :D

      Usuń
    2. Ach, kryzysowa książka! Mam taką jedną, można i bez internetu :D

      Usuń
  5. Telewizora nie miałam całe lata, w końcu mój mąż wprowadził go pod naszą strzechę. Żyć bez meczów nie potrafi i co poradzę. Za to ja, jako że odbiornik mamy jeden (słyszałam, że normą jest kilka odbiorników na domostwo) i głównie w gabinecie ślubnego, dostaję go w czasie bezmeczowym i oglądam programy kulinarne i wnętrzarskie :) Od czasu do czasu oglądamy wspólnie jakiś film i mi to pasuje.
    Niedawno koleżanka zastrzeliła mnie pytaniem, czy mi się bez telewizora nie nudzi :P Nie znam pojęcia nudy, a takiej bez telewizora tym bardziej, szczerze mówiąc nie wiem jak można mieć go ciągle włączonego. Ale nie zadaję ludziom pytania, czy taki wiecznie grający telewizor im mózgu nie lasuje ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka odbiorników na domostwo i nie ma z kim grać w chińczyka, bo każdy coś innego ogląda. Bez sensu.
      Też się nie nudzę, chociaż czasami nawet bym chciała. Zwyczajnie nie ma na to czasu :D
      Nie lubię wiecznie grających telewizorów i uważam takie zjawisko za objaw lekceważenia. Przychodzę do kogoś jako gość, a w tle szumi teleturniej przerywany kolorowymi reklamami jogurtu i syropu na kaszel. Nie powinno się.

      Usuń
    2. U nas jeden i to z rzadka czynny, a też nie ma z kim grać:(
      Ty masz z kim?

      Usuń
    3. Czasami mam z kim. Przy okazji większych rodzinnych zlotów planuję turniej, ale nie zawsze się udaje. Ludzie zdecydowanie za rzadko grają w chińczyka.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.