czwartek, 27 listopada 2014

Bzdurne szczęście

Cieszmy się z małych rzeczy, bo bzdurne szczęście w nich zapisane je-est... Tak było w piosence, a wiemy, że piosenki nas nie okłamują. Nigdy. Zatem czuję wręcz przymus cieszenia się.

Dopiero niedawno zauważyłam coś, obok czego przechodziłam miliony razy. Bystrość...

Cieszę się z herbaty ulung w ładnej puszce. Nie ocenia się książki po okładce, nie ocenia się herbaty po puszce. Nie mogę jednak narzekać na jakość herbaty. Pięknie pachnie, smakuje jak powinna.
Jestem człowiekiem, który lubi zaparzyć sobie dobrą herbatę i wypić ją z radością oraz refleksją. W samotności. Spokój ducha od tego zależy. Jeśli ten proces zostanie przerwany, niepocieszona będę. Mój czas z moją herbatą jest ważny. Nie codziennie, nie przy każdej filiżance (normalnie piję z kubka wielkości średniej doniczki), ale są przecież chwile poszukiwania wewnętrznej harmonii. I to będzie ciałkiem dobra herbata do wykorzystania w tym celu.


Spożywczą radością, która przeminęła, były bułeczki rustykalne. 600 g mąki pszennej chlebowej, 400 g mąki owsianej, 1 kg kefiru naturalnego, 2 łyżeczki drożdży, 1 łyżeczka soli, 2 łyżki masła. Zagniecione, nie do końca wyrośnięte (kto ma czas?), pomalowane rozbełtanym jajkiem, upieczone (200st./15min.). Popękały zawstydzająco, ale do dżemu figowego zdatne. Całkiem smaczne. Następnym razem dam im więcej czasu na rozwój.



Można się śmiać, ale od jakiegoś czasu z niepokojem zauważam, że moje nogi są szczuplejsze, niż mi się wydawało. Jest kilka możliwych rozwiązań tej zagadki. Albo faktycznie tak jest. Albo moja percepcja odkrzywiona wyidealizowanymi wizjami fotoszopistów się naprostowała. Albo to okulary, które noszę od kilku tygodni. Cała ta radość zainspirowała mnie do nabycia pary ozdobnych ocieplanych legginsów, które być może unaocznie na blogu, ale dopiero, kiedy pogoda załamie się w mroźną stronę. Bo niby pada śnieg, ale jest ciepło. 3-5 stopni powyżej zera.

Jestem prostym człowiekiem, znowu wracam do tematu jedzenia. W końcu znalazłam trochę czasu na zrobienie azjatyckich pierogów na parze. Pierwsze śliwki robaczywki. Kształt i cienkość ciasta trochę zawiodły. Ale smakowało świetnie. Na rycinie poniżej w towarzystwie surówki z rukoli i pomidorów (oczywiście z sezamem).


Żeby się jednak nie zdawało, że tylko jem i na tym polega moje poszukiwanie radości w życiu, następna sprawa dotyczy ozdobności historyczno-regionalnej. Książkę pożyczyłam od Pani Matki. Jestem zachwycona, zakochana i mam tysiąc-piencet-sto-dziewiencet pomysłów na różnego rodzaju zaczerpnięcia. Brawo, Elżbieto Piskorz-Branekova. Takich publikacji nam trzeba! Pięknie wydana, bogato ilustrowana, ciekawie napisana. Ogólne wrażenie: fascynująca rzecz. Jeśli się ogarnę, napiszę o niej trochę więcej. Póki co wyrażę moją emocjonalną reakcję za pomocą serduszek: ...♥ ♥ ♥ ♥ ♥...


11 komentarzy:

  1. jesteś moją Gurą! serio serio :-)
    ścisk serdeczny przesyłam i informuję, iż zakochałam się we fryzjerze mym najnowszym :-D
    nic mi nie chciał cieniować, obiecałam mu sernik za to, hyhy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znałam kiedyś człowieka, który nazywał się Gura. I takiego, który nazywał sie Wrubel. Nie wiem, jaki ma to związek, ale przypomniałam sobie.
      Dobry fryzjer to ogromna radość, wcale nie taka mała ;)

      Usuń
  2. Ostatnio z przyczyn mechanicznych zamieniłam małamiednicę na średnią doniczkę... a kiedy zaczęłam nosić okulary okazało się, że moje oczy znajdują się na znacznie wyższej wysokości od podłogi/ziemi, niż mi się dotychczas/doówczas zdawało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiemy też, że w piosence jest "wzór na szczęście" choć "bzdurne" bardziej pasowałoby do jakości piosenki... a bywają także takie eleganckie piosenki o szczęściu...(choćby z nazwy) https://www.youtube.com/watch?v=7QHvAAc28bU

      Usuń
    2. Wiem, że wzór, ale historia bzdurnego ma dla mnie dużą wartość sentymentalną. Jakiś czas temu podczas towarzyskich rozgrywek pingpongowych z siostrą śpiewałyśmy o bzdurnym i tak mi już zostało.
      La la la...
      Okulary to fajna rzecz.

      Usuń
  3. Popękanie bułeczek uważam za ich główny, ale pewnie nie jedyny, atut - wyszły pięknie!
    Te pierożki też smakowicie się prezentują:, co tam do środka nawkładałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako twórca pękniętych bułeczek, dziękuję serdecznie :)
      Pierogi nadziałam gotowanym mielonym mięsem, podduszoną marchewką z porem, surową rukolą posiekaną i ugotowanym makaronem ryżowym posiekanym również (nie miałam szklistego sojowego). Do tego wsypałam trochę przypraw (sól, jakieś zielska) i dolałam oleju sezamowego, żeby nie było zbyt sucho. Chciałam zrobić bardziej warzywnie, ale okazało się, że nie mam w domu niczego nadającego się poza porami i marchwią. Uszczknęłam trochę rukoli z surówkowych surowców. Nadzienie wyszło całkiem niezłe. Może i był to pierwszy raz, ale nie ostatni.

      Usuń
  4. Ooo te bułeczki cudnie wyglądają :)
    Ja mam tak z moją popołudniową kawą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Ta kawa i herbata niby takie nieistotne, ale to jednak ważna sprawa :)

      Usuń
  5. Bułeczki wyglądają pysznie, a pierożki są dość intrygujące, może spróbuję we własnje kuchni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry przepis na ciasto pierogowe jest tutaj. Serdecznie polecam :) W gotowaniu na parze najlepsze jest to, że smak nadzienia zachowuje intensywność.
      Bułeczki całkiem dobre, ale ciasto było dość ciężkie, więc potrzebowało więcej czasu na wyrastanie. Czego nie wzięłam pod uwagę.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.