niedziela, 30 listopada 2014

Rzut


Co to za modne zdjęcia, jeśli już od południa robi się ciemno? Nie ma pleneru, nie ma sensu. A ja tak pięknie ustrojona wyruszyłam na spacer. Po śniegu zostało wspomnienie i groźba. Rozpanoszył się za to mróz. Nie widać tego na fotoodzwierciedleniu, ale wiało nielitościwie, a temperatura sięgnęła ujemnych wartości. Dlatego w przybliżeniu unaoczniłam moje wyściełane futrem termalne i wzorzyste gacie zimowe. To jest ten czas! Już można je odbezpieczyć.
Z powodu, że nie mogę włożyć czapki na spięte włosy, moja peruka przysłania twarz i wyglądam jak stylowy, brodaty drwal. This is how we do it.
Mam też na sobie samowydziergany szalik, obuwie bhp, bluzę z wkładem futropodobnym i za duże rękawice.


Była też walka o dynamiczny wydźwięk ilustracji...


Przestrzeń potrzebna do wybiegania nadpobudliwego jamnika.


sobota, 29 listopada 2014

Nic nowego, nic trudnego


Nie ma nowości. Wszystko to w mniejszym lub większym stopniu było, działo się. Róże ze wstążek już pokazywałam. Tym razem rozwiązanie ozdobne podobne, ale trochę inne. Gotową różyczkę przyszyłam do wstążkowych rozetek (czy tam innych skrzyżowań), uzupełniłam zielonymi koralikami. Za pomocą gorącego kleju umiejscowiłam na zwykłej, czarnej opasce do włosów. Włala! Można udawać paryski szyk. Lub parskać szokująco.



Jakość zdjęć nie powala. Cierpię na niedobór dobrego światła. Miejsca też za bardzo nie mam, jakoś się skończyło. Jest za to nad czym popracować... Nie potrafię też zrobić sobie zdjęcia, kiedy modelkuję z dziełem. Ręka się trzęsie, cierpliwość wyczerpuje... Wszystko nie tak, medalu w mistrzostwach selfie raczej nie dostanę. Chciałam jednak pokazać proporcje. Że twór jest dość duży i miejsca nawet na moim pokaźnym czerepie trochę zajmuje.

czwartek, 27 listopada 2014

Bzdurne szczęście

Cieszmy się z małych rzeczy, bo bzdurne szczęście w nich zapisane je-est... Tak było w piosence, a wiemy, że piosenki nas nie okłamują. Nigdy. Zatem czuję wręcz przymus cieszenia się.

Dopiero niedawno zauważyłam coś, obok czego przechodziłam miliony razy. Bystrość...

Cieszę się z herbaty ulung w ładnej puszce. Nie ocenia się książki po okładce, nie ocenia się herbaty po puszce. Nie mogę jednak narzekać na jakość herbaty. Pięknie pachnie, smakuje jak powinna.
Jestem człowiekiem, który lubi zaparzyć sobie dobrą herbatę i wypić ją z radością oraz refleksją. W samotności. Spokój ducha od tego zależy. Jeśli ten proces zostanie przerwany, niepocieszona będę. Mój czas z moją herbatą jest ważny. Nie codziennie, nie przy każdej filiżance (normalnie piję z kubka wielkości średniej doniczki), ale są przecież chwile poszukiwania wewnętrznej harmonii. I to będzie ciałkiem dobra herbata do wykorzystania w tym celu.


Spożywczą radością, która przeminęła, były bułeczki rustykalne. 600 g mąki pszennej chlebowej, 400 g mąki owsianej, 1 kg kefiru naturalnego, 2 łyżeczki drożdży, 1 łyżeczka soli, 2 łyżki masła. Zagniecione, nie do końca wyrośnięte (kto ma czas?), pomalowane rozbełtanym jajkiem, upieczone (200st./15min.). Popękały zawstydzająco, ale do dżemu figowego zdatne. Całkiem smaczne. Następnym razem dam im więcej czasu na rozwój.



Można się śmiać, ale od jakiegoś czasu z niepokojem zauważam, że moje nogi są szczuplejsze, niż mi się wydawało. Jest kilka możliwych rozwiązań tej zagadki. Albo faktycznie tak jest. Albo moja percepcja odkrzywiona wyidealizowanymi wizjami fotoszopistów się naprostowała. Albo to okulary, które noszę od kilku tygodni. Cała ta radość zainspirowała mnie do nabycia pary ozdobnych ocieplanych legginsów, które być może unaocznie na blogu, ale dopiero, kiedy pogoda załamie się w mroźną stronę. Bo niby pada śnieg, ale jest ciepło. 3-5 stopni powyżej zera.

Jestem prostym człowiekiem, znowu wracam do tematu jedzenia. W końcu znalazłam trochę czasu na zrobienie azjatyckich pierogów na parze. Pierwsze śliwki robaczywki. Kształt i cienkość ciasta trochę zawiodły. Ale smakowało świetnie. Na rycinie poniżej w towarzystwie surówki z rukoli i pomidorów (oczywiście z sezamem).


Żeby się jednak nie zdawało, że tylko jem i na tym polega moje poszukiwanie radości w życiu, następna sprawa dotyczy ozdobności historyczno-regionalnej. Książkę pożyczyłam od Pani Matki. Jestem zachwycona, zakochana i mam tysiąc-piencet-sto-dziewiencet pomysłów na różnego rodzaju zaczerpnięcia. Brawo, Elżbieto Piskorz-Branekova. Takich publikacji nam trzeba! Pięknie wydana, bogato ilustrowana, ciekawie napisana. Ogólne wrażenie: fascynująca rzecz. Jeśli się ogarnę, napiszę o niej trochę więcej. Póki co wyrażę moją emocjonalną reakcję za pomocą serduszek: ...♥ ♥ ♥ ♥ ♥...


wtorek, 25 listopada 2014

As long as you love

Lubię, kiedy ktoś ma dzieci. Nie należę do tych zgryźliwych osób, które ku niebu wznoszą wzrok w geście wyrażającym westchnienie - no tak, następna ludzka larwa.... Nie pomstuję, że pociechy moich przyjaciół pozbawiają możliwości spontanicznego działania, że nie ma imprez, że matka dzieciom rezygnuje z drinków w moim towarzystwie, bo bobas. Dzieci są fajne. Małe, nie gadają, nie wybrzydzają nad prezentami. Marzenie!



Dziergałam na drutach nr 5, włóczka to Baby Tweed Joyful nr 35072 z repertuaru Nako. Kolory uważam za urocze i bardzo wesoło zestawione. Problemem był dla mnie wybór rozmiaru kocyka. Jaka szerokość, jaka długość? W końcu znalazłam gdzieś przewodnik po kocykach dziecięcych. Przeliczyłam, pomyślałam, zrobiłam płachtę na 150 oczek i drutami nr 5, czyli trochę większymi od zalecanych (etykietka mówi 4-4,5) uplątałam nitkę. Miał być podwójny ryż, ale coś pokręciłam i wyszła najprymitywniejsza kostka (chyba tak się to nazywa). Robiłam 2 lewe, 2 prawe, a z powrotem odwrotnie. Teraz nabrałam ochoty na większą kostkę.
Długość kocyka to kolejny problem. Miało być chociaż kwadratowo, ale motków miałam 3 sztuki. Nie było wiadomo, czy tyle wystarczy. Stres rósł, niepewność nie pozwalała spać po nocach (taaak...). Motek nr 4 został dokupiony. Pomyślałam, że będzie tak długo, jak długo będzie, ile długości w nitce, a jeśli będzie za krótko, to się jeszcze dokupi. Filozofia! Wystarczyło. Kocyk ma wymiary 84 x 86 cm. I co ważniejsze, jest to kocyk dziergany z miłością... ;)



piątek, 21 listopada 2014

Trzeci dzień ze śniegiem

Zapraszam na wycieczkę. Mazury w listopadzie to niezbyt popularny cel błądzenia, ale niektórzy przebywają tam nie tylko w sezonie turystycznym. Warto zobaczyć, jak zielone płuca Polski prezentują się bez zieloności. Trasa jest wyrwana z kontekstu i niepełna, ale o robieniu zdjęć pomyślałam już po odhaczeniu 3 celów podróży, podczas wędrówki do celu nr 4. Droga co celu nr 5 została w połowie przerwana, bo zaczęło się robić ciemno i zdjęcia nie wychodziły już takie, jak bym chciała.

Po pierwsze - trasa. Zaczynamy przed mostem sztynorckim (nie wiem, czy on ma nazwę jakąś urzędową), gdzie jezioro Dargin spotyka Mamry (w skrócie). Kończymy w Solance, gdzie nie ma jeziora, ale jest staw w centrum wsi. Bardzo okrężna droga, bo ok. 50 km. Mapka poniżej mniej więcej unaocznia (mam nadzieję, że się pojawia).



Zdjęć jest dużo. Było jeszcze więcej, ale postanowiłam się opamiętać i nie szaleć. Ta wycieczka to pomysł w zabawę w samochód Google Street View. Bo dlaczego nie? Poza tym nudno jest cały czas blogować o jedzeniu, a ostatnio nie mam czasu na nic innego, co by było w miarę ciekawe. Dziergadła wciąż w produkcji, pozować do stylowych zdjęć mi się nie chce, a pisanie o kosmetykach nie wychodzi mi od połowy roku. Wędrownie zawsze jest interesujące. Ostatnio często dokądś śmigam, zatem postanowiłam z tego skorzystać.

Zbliżamy się do mostu.

Jeszcze bliżej... Most występował już tutaj.

Sztynort Duży, pierwsza wieś za mostem.

Żeby nie odwalać wycieczki w czysto rysunkowym wymiarze, nic się nie stanie, jeśli wciśnie się kilka słów o Sztynorcie, który po obcemu nazywał się Steinort. Położenie jedno z lepszych na Mazurach, między jeziorami Dargin, Kirsajty, Mamry i swoim własnym, niewielkim jeziorem Sztynorckim. W sezonie działa port, a turyści działają na nerwy kierowcom (bo łażą całą szerokością głównej drogi). Piękny pałac w stanie rozkładu prawdopodobnie być może zostanie kiedyś wyremontowany. Jeśli się wcześniej nie zawali ze wstydu, bo wygląda jak obdarty syn Egigwy. W tym właśnie pałacu w czasie wojny stacjonował sławny przedstawiciel handlowy, Joachim von Ribbentrop. Normalnymi użytkownikami byli natomiast hrabiowie von Lehndorff. W Sztynorcie pierwsze lata życia spędziła urodzona w Królewcu (dzisiejszym Kaliningradzie) top model Veruschka. Co by tu jeszcze, drodzy państwo, dodać? Nie polecam przyportowej pizzerii.

Między drzewami widać żaglówki zimujące, niczym wieloryby wyrzucone na brzeg.

Jedziemy dalej. Przedzieramy się przez piękną dębową aleję. Wiele drzew zyskało status pomnika przyrody. W porze zielonej wyglądają całkiem okazale. W listopadzie to ponure drapaki.




Dąb na łące, z krukiem na gałęzi (można się wysilić i poszukać).

Śnieg rozpadał się może nie na dobre, ale na prawie dobre.

Jedziemy, jedziemy. Mijamy Sztynort Mały, Kamionek Wielki. O tym drugim mogę napisać tyle, że jest tam czynna w sezonie stacja kolejowa (zdjęcie występuje tutaj). Jeśli kogoś interesuje rękodzieło, funkcjonuje w Kamionku pracownia garncarska. Ot, ciekawostki...



Na skrzyżowaniu skręcamy w kierunku Radziej. Czyli na lewo. Droga do tej pory o nawierzchni cywilizowanej i nowoczesnej, zmienia się w bruk.

Przed nami widać przejazd kolejowy.


Następna wieś to Stawiska. Tutaj zdjęcie dawnej kuźni (tak mi się wydaje), jako jedyna atrakcja turystyczna, która przychodzi mi do głowy. Nie wiem, czy coś robi poza tym, że jest.

Kuźnia (?)

Przemieszczamy się sprawnie i szybko. Następny foto-przystanek ma wymiar nostalgiczny. Dla postronnego obserwatora to nic. Lecz kiedy jeździłam do szkoły, to w tym miejscu wschodziło słońce w listopadzie/grudniu. Po ciemności wsiadałam do autobusu, na bruku wytłukiwałam młodociany mózg (teraz są efekty...), a dzień zaczynał się mniej więcej na tej wybrukowanej górce.


Droga do szkoły, więc i szkoła. Jeszcze jest. Niewielka szkoła podstawowa w Radziejach. Teraz chyba też gimnazjum. W każdym razie, będę bardzo miło wspominać moją panią z nauczania początkowego. Wspaniała kobieta.

Moja pierwsza szkoła, dzisiaj zielona. Kiedyś było więcej drzew.

Koniec sentymentalnych wspominków. Jedziemy dalej, czas goni. Dłużec wcale się nie dłuży. Następuje kolejne skrzyżowanie. Skręcamy ku Gierłoży. Ale zanim bunkry, jeszcze Mażany z ciekawymi domkami, Jankowo i Parcz.


Kawałek bruku i poniemiecka betonówka.

W czasie wojny droga służyła też za pas dla samolotów, dzisiaj spotkać można traktor z kupą... ładunku.

Mażany, jeden z ciekawych domków.

Ale bunkry czekają! Latem oblegane, teraz niemal wyłażą na drogę, bo nikt ich nie chce oglądać.

Znak ostrzega przed Wilczym Szańcem.

Po lewej bunkier, po prawej znak - zwiedzanie dla ludzi 60+...

Przecinamy las w Gierłoży.

Zostawiamy Gierłoż z tyłu, mijamy Czerniki, docieramy do Karolewa i to już prawie Kętrzyn. Ale zanim, jest jeszcze Kruszewiec. Kruszewiec to motoryzacyjno-budowlane zaplecze Kętrzyna.


Sam Kętrzyn nie wygląda w listopadzie ciekawie. Kierujemy się jednak na ulicę Dworcową. Tam szybki przystanek w celu tak zwanego załatwienia spraw. Przy okazji mój ulubiony budynek (dawny bank) przy Dworcowej 1.

Brzydki magazyn przy skrzyżowaniu Pocztowa-Dworcowa. Śnieg z deszczem umazały szybę auta.

Drzwi ulubionego budynku. Śnieg zacina.

Drzwi z detalem, śnieg przechytrzony, bo został z tyłu.

Odrapany budynek i znowu widać śnieg (przed którym wcześniej ochronił balkon).

Było jeszcze błądzenie po mieście. Ale tak intensywne, że nie robiłam zdjęć. Zatem dopiero wyjazd, po ponad godzinnym sprincie. W ostatniej chwili uchwyciłam wiatrak w Starej Różance. Krzaki trochę widok odatrakcyjniły, ale zarys jest. Ciekawostka o Alt Rosenthal - w czasach już w miarę współczesnych w wiatraku był zajazd. Wujek opowiadał mi, że zna człowieka-kieszonkowca, który okradał tam wygłodniałych gości.

Po lewej jest wiatrak z nieadekwatnymi skrzydłami. Odlecieć nie odleci, jak to mówią.

Droga nówka za Nową Różanką.

Kierujemy się drogą nr 650, po Różankach następuje kilka domków, las z odbiciem w kierunku Przystani (czyli Dłużec, Radzieje, Kamionek Wielki, tę drogę znamy). Ale my jedziemy prosto. W lesie podziwiamy efekty trzeciego dnia opadów śniegu. Za lasem następuje Siniec, czyli Blaustein, czyli Siny Kamień. Niby nic ciekawego, ale w razie większej ilości czasu i braku pośpiechu, warto odwiedzić wioskowy cmentarz. My jednak bez ustanku mkniemy do przodu, a fotowycieczka kończy się dopiero tuż przed Solanką.



Bardzo proszę o konstruktywną krytykę tej przydługiej jazdy. I ucieszę się, jeśli ktoś zrobi swoją wersję jakiegoś odcinka drogi.