sobota, 11 października 2014

Selce



Malutkie miasteczko Selce, wyrosłe prawdopodobnie na fundamencie rybackiej osady, było naszą bazą. Odległość od Crikvenicy niewielka. Popołudniami i wieczorami pokonywana była przez nas w ramach spaceru. Według oznakowania wynosi 2 km, i nawet można w to uwierzyć. Trasa możliwa do przebiegnięcia, jeśli ktoś praktykuje.

Dyskusja na temat zdobycia miejsca noclegowego odbyła się w komentarzach na samym początku mojego chorwackiego cyklu. Dlatego nie widzę sensu w powtarzaniu. Spało mi się dobrze. Chociaż początkowe dni upłynęły na przystosowaniu się do klimatu. Nie mogłam złapać normalnego oddechu. Mówi się, że podróże kształcą. To prawda. Nigdy bym się nie dowiedziała, że można zwymiotować ze śmiechu. Tam zdarzyło mi się to pierwszego dnia pobytu. Drugiego było już lepiej. Trzeciego zapomniałam o całej sprawie.

Pogoda dopisała. Tylko kilka dni można nazwać nie-tak-bardzo-słonecznymi. Wylegiwanie się na plaży pierwszego dnia jesieni to coś, co chciałabym robić każdego roku.

Lokalizacja mieszkalna była dość dobra, na plażę dosłownie parę minut, do Konzumu jeszcze mniej (ale i tak nie mają tam bezalkoholowego piwa z czarnym bzem i cytrusami, które było najlepszym napitkiem nabytym na chorwackiej ziemi), przez ulicę jakaś szkoła podstawowa, a piekarnia za rogiem. Tylko widok na morze z okna (balkonu) przesłaniał hotel Selce wypełniony po brzegi Ślązakami. Pozostał nam widok na góry i pochyłą część miejscowości.

Widok z okna.

Widok na okno.

Selce to ładna, niewielka miejscowość. Mieszkańców jest mniej niż turystów. Z portu odpływają statki na wyspę Krk (do Šilo). Jednak ja nie uważam ich za dobry pomysł, bo jak dla mnie, za bardzo huczą dudniącą muzą. Co kto lubi...
Plaża jest łatwa do odnalezienia, nie tak bardzo, ale mimo wszystko kamienista. Ja nie praktykuję, ale to podobno nie najgorsze mniejsce do podstawowego nurkowania. Przyznaję, widziałam czarne ślimaki toczące na dnie wojnę z jeżowcami, ale na tyle głęboko, że prawdopodobnie nie zagrażają pływającym ludziom.


Malowidło nad urzędem turystycznego ogarnięcia i wymiany walut.


Peryferia Selc, koniec crikvenickiego chodniczka, skaliste urwisko.

Świat u stóp na plaży.


Mniej więcej tak wyglądał mój pierwszy dzień jesieni.

Ku przestrodze postanowiłam zapisać historię mojej choroby. Prawda jest taka, że mimo wszystko, pod koniec pobytu, a dokładnie 24 września, zabrakło trochę temperatury, sytuacja ochłodziła się. Żal mi było, bo nie wiadomo, kiedy następnym razem będę miała okazję konfrontacji z morzem. Więc pływałam trochę na zapas, trochę za długo. Jako osoba znerwicowana na punkcie włosów, nie mam w zwyczaju kąpać ich w słonej wodzie, ale jakoś wtedy pół głowy wpadło mi pod powierzchnię błękitnych fal. Wściekła trochę i emocjonalnie nadszarpnięta wyszłam z wody i głupio przysnęłam na kocyku. Że niby wysuszyć się trzeba, może opalić jeszcze (bez sensu ta opalenizna, nie mam gdzie się nią chwalić, bo jesień). I zmarzłam. Po nocy niedyspozycja oddechowa rozwinęła się, a ja jeszcze poszłam skakać po górach. Bez sensu. To był początek mojego upadku. Trzeciego dnia wypadał dzień powrotu. Przez pół Chorwacji, Słowenię, Austrię, Czechy i caaaaałą Polskę (na szczęście nocleg na Śląsku, bo nie wiem, w jakim stanie dotarłabym do domu). Jeść nie mogłam, piłam wodę i zużyłam 4 rolki papieru toaletowego (z braku chusteczek higienicznych). Wróciłam do domu, wróciłam do zdrowia. Ufff...

Pływanie, które nie skończyło się bardzo szczęśliwie.

Na koniec zostawiłam dwa zdarzenia dotyczące mojego dowodu osobistego. Każdy wie, jak wygląda taki dokument, jakie informacje zawiera, gdzie są umiejscowione... Imię i nazwisko? Nie ma problemu! Gorzej jest z adresem, z miejscem zameldowania. Pani Wynajmująca oczywiście nas spisała. Nie było problemu z nikim, tylko ze mną. Dowiedziałam się od niej, że miała już wielu gości z Polski, którzy również mieszkają w moim mieście. Świetnie, myślę, brawa dla nas... Pani Wynajmująca spisała mój kolor oczu. Zielone to metropolia.
Druga sprawa dotyczy wymiany pieniędzy na wyspie Krk. Z braku szemranej mjenjačnicy wymieniałam w banku. Początkowo nawet o tym nie wiedziałam, ale kiedy kasjerka poprosiła mnie o dowód, trochę się zdziwiłam. I znowu imię i nazwisko bez problemu. Ale adres... Udało jej się wpisać ten właściwy, ale dodała jeszcze miejsce urodzenia. Dla pewności.

Powrót. Gdzieś po drodze z chorwackiej autostrady.

Byłam w Wiedniu. Półświadomie, ale zdjęcie zrobiłam.

8 komentarzy:

  1. Skalne urwiska trochę jak gdyńskie Orłowo... trochę, bardzo trochę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę tam kiedyś zawitać i porównać :)

      Usuń
  2. O, zacznę od końca - bo mam z Wiednia takie wspomnienia, że he he. Jechałam stopem z koleżanką, nocną porą wracałyśmy z Wenecji z jakimiś polskimi cwaniakami, którzy nas chcieli częstować wódką... Potempierwszy raz z bliska widziałam wypasioną prostytutkę w stroju roboczym i w gotowości, a na koniec wzięto nas za Słowaczki, za to przez polkę, która nas poratowała dając nocleg. Podróże kształcą i są niezapomniane, bo po 20 latach ciągle pamiętam szczegóły :D
    No, ale ja tu o sobie, a przecież to Twoje wakacje! A że jesienne, to jeszcze lepiej. Uwielbiam Ciebie czytać, więc weź jedź gdzieś jeszcze i opisuj :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezłe wspomnienia :) Ja mam zamiar kiedyś stopę postawić na ziemi wiedeńskiej, póki co nie doszło do tego.
      Mam trochę planów wyjazdowych, ale z realizacją bywa różnie. Dobrym wyjściem byłoby pisanie książek podróżniczych... ;)

      Usuń
  3. Twoje ksiażki podróżnicze na pewno byłyby inne od wszystkich:) Przepraszam, ale nie mogłam powstrzymać uśmiechu, gdy pisałaś o historii swojej choroby:)
    A po jaką cholerę potrzebne są dane osobowe przy wymianie pieniędzy???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może kiedyś mi się uda coś napisać? :) Teraz też się śmieję z tej choroby, ale wtedy nie wyglądało to dobrze.
      Dane były potrzebne, bo to był bank (co też nie tłumaczy niczego). Musiałam złożyć podpis, dostałam papier opisujący całą transakcję... W normalnych sytuacjach występują tylko pieniądze.

      Usuń
  4. Ta woda ze zdjęcia z Twoimi odnóżami jest po prostu c u d o w n a! Prawie czuję jej dotyk przez ekran:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Woda jest tam fantastyczna. Wystarczający argument, żeby jeszcze wrócić :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.