środa, 22 października 2014

Monako w Hollywood

Każda kobieta marzy o tym, by być księżniczką. Niech nikt nawet nie stara się zaprzeczać. Być księżniczką jak kopciuszek, Kate Middleton lub Barbie. Piękne suknie nie tylko na wesela, biżuteria skrząca się diamentowym blaskiem. Uosobieniem tego marzenia jest Grace Kelly. Z hollywoodzkiego filmu pt. Grace of Monaco dowiedzieć się możemy, że księżna (czy tam księżniczka) to funkcja polegająca nie tylko na ładym wystrajaniu się. To też odpowiedzialność. I różne inne zajęcia, jak nauka języka i historii, jak hartowanie ducha i łzy w oczach.
Gdy nie ma się głowy koronowanej z urodzenia, trzeba sobie zasłużyć na tytuły. Bo inaczej wieśniacy oraz notable patrzeć będą na ciebie z góry. Co z tego, że zgarnęłaś Oscara, a tatko nauczył cię wyrażać własne zdanie? Póki nie zabłyśniesz sprytną intrygą, jesteś tylko dodatkiem estetycznym zwiększającym atrakcyjność kurduplowatego męża. Na szczęście można liczyć na podstępnych Francuzów pod wodzą drapieżnego de Gaulle'a. Rodzi się konflikt podatkowy, nasza Grace może się wykazać.


Lubię filmy biograficzne. W tym przypadku muszę jednak stwierdzić, że wolę oglądać Grace Kelly niż Nicole Kidman w roli Grace Kelly. Nie przypadła mi do gustu banialuka o Super-Princessie, która ratuje swoje małżeństwo oraz księstwo przed francuską inwazją. W tym celu ciężko pracuje nad tym, by opanować język urzędowy i to trudne "rrrrrrrr". Uczy się też manier. Rozpracowuje szpiega ukrytego wśród swych dworzan.
W filmowej Grace brakuje życia. Czasem płacze, trochę się złości, ale to wszystko wygląda tak bardzo na niby.


Książę również rozczarowuje. Nudny, ociężały, głupkowaty nawet. Bez żony nie zawiązałby butów. Postać tła, której rolą jest łapanie się za głowę i retoryczne lamentowanie "Aj waj, co tu zrobić?". Nie zauważa, że oto pod jego nosem z hollywoodzkiej gwiazdy rodzi się Gwiazda, Superbohaterska Księżna, Mistrzyni Zjednywania Sobie Plebsu Poddanych i Zagranicznych Ważniaków.


Rozczarowałam się. Film nie jest skierowany do odbiorcy inteligentnego. Grymas na ustach wywołuje przemowa finałowa, kiedy Grace dokonuje samookreślenia, kiedy utożsamia się z nową ojczyzną, kiedy łzami zachodzą jej dobroczynne oczy... Dramatyczny glitter słodzony syropem glukozowo-fruktozowym wylewa się na mózg. Hurra! Księżna pokonała Francuzów! Kocha męża! Hurra!

Przeczytałam, że miłościwie panująca monakijska rodzina wyraziła sprzeciw, film okrzyknęła komercyjną interpretacją niezgodną z wydarzeniami historycznymi i zrezygnowała z udziału w festiwalu w Cannes (na którym zawsze się pojawiali), gdzie miała odbyć się premiera. Jeśli oni się odcinają od obrazu, to coś w tym musi być.


piątek, 17 października 2014

Ptyś i Balbinka


W niedzielę po południu stwierdziłam, że zjadłabym pączka. Zupełne zaprzeczenie istnienia, ponieważ od dłuższego czasu nie miałam ochoty na słodycze (tylko żelki, ale to się nie liczy). Organizm się domaga, być może. Najbardziej lubię pączki wiedeńskie, ale postanowiłam iść na skróty i zrobić jak najszybszą wersję. Nie chciałam też smażyć, bo smażenie nie jest dobre, jeśli można go uniknąć. Tona cukru też nie jest dobra, ale miał być pączek.
Ciasto ptysiowe robiłam pierwszy raz w życiu, podpatrzyłam przepis w "Książce kucharskiej" duetu Zawistowska/Krzyżanowska (wydanie III). Trochę zmieniłam proporcje, bo mi się sypnęło... I udało się! Muszę jeszcze popracować nad estetyką, ale poza tym jestem bardzo zadowolona.

Składniki, których użyłam:
  • 100 g masła (roślinnego, które też nie jest dobre dla człowieka);
  • 450 ml wody;
  • 200 g mąki pszennej luksusowej (która zawiera gluten...);
  • 5 jajek (cholesterol!) na szczęście wolnowybiegowych.

Lukier powstał z soku limonkowo-cytrynowego i cukru pudru (z braku sama mieliłam zwykły cukier, aż pomyślałam, że następnym razem zmielę muscovado, bo dlaczego nie?). Proporcje nieznane, ale wyszło go stanowczo za dużo.

Przygotowanie ciasta nie było aż takie trudne, jak mi się początkowo wydawało. Wodę z masłem zagotowałam (nie dodałam soli, bo zapomniałam, ale należy dodać szczyptę soli). Wszystko działo się na tak zwanym małym ogniu. Na chwilę zestawiłam spod płomieni. Następnie dosypałam mąkę, energicznie wymieszałam drewnianą łyżką (wszyscy twierdzą, że musi być drewniana łyżka, a ja nie wiem, dlaczego?), aż nastąpiło bezgrudkowe połączenie składników. Wróciłam nad ogień, mieszałam jeszcze chwilę, aby ciasto stało się "lekko przejrzyste i bardzo gęste" (jak podpowiada książka, czyli glut się sklei w bladą kulę). Krokiem następnym było dodanie jaj. Już poza ogniem, wrzuciłam masę ciastową do maszyny mieszającej, hakiem do wyrabiania ciasta na obrotach dość szybkich jeszcze dla pewności wymieszałam całość. Powoli wbijałam kolejne jajka, czyli dopiero, gdy poprzednik wmieszał się, połączył do jednolitości, dodawałam następne. Po całkowitym wymieszaniu odstawiłam całość na 15 minut. W tym czasie przygotowałam blachy z papierem do pieczenia, zaczęłam obmyślać plan lukrowania i krążyłam po internetach. Czas jednak minął. Ustawiłam grzanie piekarnika na 220 stopni, termoobieg, czy tam inne konwekcyjne grzanie, ponieważ   jednocześnie piekłam na kilku piętrach. , upchałam ciasto do szprycy, wycisnęłam bezkształtne masy na papier. Zaczęło się pieczenie. Nie patrzyłam na czas, tylko stopień kolorystyczny ciasta. Aż do złotego brązu najlepiej.

Etap kolejny - studzenie. Przebiega dość szybko. Następna sprawa - lukrowanie. Większość osób ma na to swój sposób. Mój do najciekawszych nie należy, postanowiłam go zmienić. Popracuję nad tym w najbliższym czasie. Po zastygnięciu lukru produkt był już gotowy do spożycia.

Lukrowanie...

Ciekawszą opcją ptysiową jest opcja niesłodka. Nie bardzo wiedziałam, co wpakować do słonego kremu. Myślałam o rybie, skończyło się na warzywach.
Na oliwie z czerwoną czubrycą podsmażyłam posiekaną cebulę średniej wielkości. Zblendowałam całość z suszonymi pomidorami (ok. 4 sztuk) i puszkowaną ciecierzycą (400g). Powstała ciekawa masa o interesującym smaku.



To tyle ptysiowych przygód. Póki co. Jest w tym zagadnieniu potencjał, więc będę szlifować się w sztuce. Ptyś bez Balbinki jest niekompletny. Tak się składa, że mam zdjęcie Balbinki z chorwackiej wyprawy.

Balbinka :)

Imieniem tym nazwany został ubrany przeze mnie koc jugosławiański. Usadowiłam Balbinę na balkonie i miała za zadanie nastraszyć pozostałych członków ekspedycji (Ktoś jest na naszym balkonie!). Nie udało się.

Ałtfit Balbinki - spodnie z Lidla, bluzka w paski sprzed lat, ciemne okulary z marketu bodowlanego, kapelusz F&F.

poniedziałek, 13 października 2014

I kropka


Ukończyłam obrazek. Bo nie obraz, taka nazwa jest zbyt ambitna. Tematem były perlice, ptactwo domowe o pochodzeniu afrykańskim. Nie chciałam kompozycji symetrycznej. Żeby oddać dynamiczny charakter drobiu potrzeba zaburzenia, niepokoju, braku równowagi. Nie chwytałam postaci silnie realistycznie, bo to nie ilustracja do podręcznika. Pomyślałam, że ujęcie w sposób prymitywny, nasycony kolorystycznie i wręcz bajkowy, doda obrazkowi atrakcyjności. W barwach zachowałam pewną symetrię. Boczne osobniki są do siebie podobne, a środkowy wyróżnia się na ich tle, uwypukla dzieło.
Kwestia tła - zielone zygzaki nie są przypadkowe. Jeżeli ktoś usłyszał głos perlików, zrozumie.

Dane techniczne:
akryl na płótnie
wysokość: 20cm;
długość: 60cm.

Zastanawiam się nad sprzedaniem tego unikalnego obrazka. Widzę w nim zgrzyty, nie jestem zadowolona całkowicie, ale też nie uważam, że jest najgorszy, czy całkowicie nieudany. Gdyby znalazł się ktoś zainteresowany nabyciem tak wyrafinowanego dzieła sztuki, proszę o kontakt mailowy. Jestem otwarta na negocjacje.



sobota, 11 października 2014

Selce



Malutkie miasteczko Selce, wyrosłe prawdopodobnie na fundamencie rybackiej osady, było naszą bazą. Odległość od Crikvenicy niewielka. Popołudniami i wieczorami pokonywana była przez nas w ramach spaceru. Według oznakowania wynosi 2 km, i nawet można w to uwierzyć. Trasa możliwa do przebiegnięcia, jeśli ktoś praktykuje.

Dyskusja na temat zdobycia miejsca noclegowego odbyła się w komentarzach na samym początku mojego chorwackiego cyklu. Dlatego nie widzę sensu w powtarzaniu. Spało mi się dobrze. Chociaż początkowe dni upłynęły na przystosowaniu się do klimatu. Nie mogłam złapać normalnego oddechu. Mówi się, że podróże kształcą. To prawda. Nigdy bym się nie dowiedziała, że można zwymiotować ze śmiechu. Tam zdarzyło mi się to pierwszego dnia pobytu. Drugiego było już lepiej. Trzeciego zapomniałam o całej sprawie.

Pogoda dopisała. Tylko kilka dni można nazwać nie-tak-bardzo-słonecznymi. Wylegiwanie się na plaży pierwszego dnia jesieni to coś, co chciałabym robić każdego roku.

Lokalizacja mieszkalna była dość dobra, na plażę dosłownie parę minut, do Konzumu jeszcze mniej (ale i tak nie mają tam bezalkoholowego piwa z czarnym bzem i cytrusami, które było najlepszym napitkiem nabytym na chorwackiej ziemi), przez ulicę jakaś szkoła podstawowa, a piekarnia za rogiem. Tylko widok na morze z okna (balkonu) przesłaniał hotel Selce wypełniony po brzegi Ślązakami. Pozostał nam widok na góry i pochyłą część miejscowości.

Widok z okna.

Widok na okno.

Selce to ładna, niewielka miejscowość. Mieszkańców jest mniej niż turystów. Z portu odpływają statki na wyspę Krk (do Šilo). Jednak ja nie uważam ich za dobry pomysł, bo jak dla mnie, za bardzo huczą dudniącą muzą. Co kto lubi...
Plaża jest łatwa do odnalezienia, nie tak bardzo, ale mimo wszystko kamienista. Ja nie praktykuję, ale to podobno nie najgorsze mniejsce do podstawowego nurkowania. Przyznaję, widziałam czarne ślimaki toczące na dnie wojnę z jeżowcami, ale na tyle głęboko, że prawdopodobnie nie zagrażają pływającym ludziom.


Malowidło nad urzędem turystycznego ogarnięcia i wymiany walut.


Peryferia Selc, koniec crikvenickiego chodniczka, skaliste urwisko.

Świat u stóp na plaży.


Mniej więcej tak wyglądał mój pierwszy dzień jesieni.

Ku przestrodze postanowiłam zapisać historię mojej choroby. Prawda jest taka, że mimo wszystko, pod koniec pobytu, a dokładnie 24 września, zabrakło trochę temperatury, sytuacja ochłodziła się. Żal mi było, bo nie wiadomo, kiedy następnym razem będę miała okazję konfrontacji z morzem. Więc pływałam trochę na zapas, trochę za długo. Jako osoba znerwicowana na punkcie włosów, nie mam w zwyczaju kąpać ich w słonej wodzie, ale jakoś wtedy pół głowy wpadło mi pod powierzchnię błękitnych fal. Wściekła trochę i emocjonalnie nadszarpnięta wyszłam z wody i głupio przysnęłam na kocyku. Że niby wysuszyć się trzeba, może opalić jeszcze (bez sensu ta opalenizna, nie mam gdzie się nią chwalić, bo jesień). I zmarzłam. Po nocy niedyspozycja oddechowa rozwinęła się, a ja jeszcze poszłam skakać po górach. Bez sensu. To był początek mojego upadku. Trzeciego dnia wypadał dzień powrotu. Przez pół Chorwacji, Słowenię, Austrię, Czechy i caaaaałą Polskę (na szczęście nocleg na Śląsku, bo nie wiem, w jakim stanie dotarłabym do domu). Jeść nie mogłam, piłam wodę i zużyłam 4 rolki papieru toaletowego (z braku chusteczek higienicznych). Wróciłam do domu, wróciłam do zdrowia. Ufff...

Pływanie, które nie skończyło się bardzo szczęśliwie.

Na koniec zostawiłam dwa zdarzenia dotyczące mojego dowodu osobistego. Każdy wie, jak wygląda taki dokument, jakie informacje zawiera, gdzie są umiejscowione... Imię i nazwisko? Nie ma problemu! Gorzej jest z adresem, z miejscem zameldowania. Pani Wynajmująca oczywiście nas spisała. Nie było problemu z nikim, tylko ze mną. Dowiedziałam się od niej, że miała już wielu gości z Polski, którzy również mieszkają w moim mieście. Świetnie, myślę, brawa dla nas... Pani Wynajmująca spisała mój kolor oczu. Zielone to metropolia.
Druga sprawa dotyczy wymiany pieniędzy na wyspie Krk. Z braku szemranej mjenjačnicy wymieniałam w banku. Początkowo nawet o tym nie wiedziałam, ale kiedy kasjerka poprosiła mnie o dowód, trochę się zdziwiłam. I znowu imię i nazwisko bez problemu. Ale adres... Udało jej się wpisać ten właściwy, ale dodała jeszcze miejsce urodzenia. Dla pewności.

Powrót. Gdzieś po drodze z chorwackiej autostrady.

Byłam w Wiedniu. Półświadomie, ale zdjęcie zrobiłam.

środa, 8 października 2014

Crikvenica


Turystyczna historia miasta nie jest tak długa, jak w przypadku Opatiji, ale 100 lat też brzmi nieźle. Crikvenica wyrosła na fundamentach ilirskich (już norma), ale obecną nazwę wzięła od kościoła/klasztoru, który ufundował jeden z licznych Frankopanów błąkających się w tamtych okolicach. Miasto również należy do uzdrowiskowych, są tak jakieś sanatoria i inne lecznicze instytucje.
Ciekawostką spacerową jest ośmiokilometrowy nadmorski deptak łączący Selce i Kačjak. Riwiera Crikvenicka jest więc przystosowana do pieszych wędrówek.

Nadmorskie plansze gotowe do gry.

Drechołaki w kolorze blue zakupiłam na miejscu. Bo promocja...

Możliwe, że to ten frankopański kościół, ale możliwe, że nie.

I teraz wracam do wątku, który pojawił się poprzednim razem. Kawa. Ledena kava, która smakowała mi najbardziej ze wszystkich kaw w Chorwacji. Miejsce to Kavana Milman. Na szczęście można było uciec do środka od papierosowego dymu.
Po prawej widać dziennik podróży, na bieżąco uzupełniany tajnymi zapiskami i spostrzeżeniami. Bardzo przydatna rzecz, nie tylko do notowania wrażeń, ale też przydatnych informacji, typu koszt winiet, wymiary tankowania, ilość przejechanych kilometrów.


Lipne okulary dla pana na banktocie.

Kwestia pieniędzy. Nie nauczyłam się ich. Nie pasowały ani trochę. Dziwna wartość, niby łatwa w przeliczeniu (1 kuna to ok. 57 groszy), ale... Kuny rozdzielają się na lipy, co jeszcze bardziej mi nie pasowało. Jakoś z tym sobie poradzić nie mogłam. Ciekawsza ciekawostka - większość butelek i puszek jest zwrotna. Szklane butelki wymagają przy tym paragonów, puszki i plastikowe butle niekoniecznie. Przyjmują raczej wszystkie sklepy i wypłacają za sztukę 50 lip, czyli 0,5 kuny, czyli około 25 groszy. Interes życia. Co mnie zaskoczyło? Wydawanie reszty. Nie należy się nastawiać, że dostanie się co do grosza wszystko. W przypadku ceny 7,99 HRK zapłacimy zaokrąglenie 8 HRK. Nikt się nie bawi w wydawanie malutkich lipek, chyba, że w Lidlu. Wydaje mi się, że system opiera się na liczeniu co 0,5. I nie ma reguły, że zawsze klient płaci nadwyżkę. Czasami przyjmują sumę z niedoborem, albo wydają więcej reszty niż powinni. Nikt się nawet nie sili na "będę winna grosika". Dla mnie był to szok kulturowy.
Wymiana pieniędzy na miejscu nie sprawia problemu (nawet jeśli to wymiana złotówek, nie ma czego się bać). Moja najbardziej interesująca wymiana miała miejsce drugiego, czy trzeciego dnia pobytu. Wszełam do mjenjačnicy (punkt wymiany walut), po angielsku zapytałam, o co miałam zapytać, kobieta odpowiedziała po niemiecku, przeprowadziła transakcję, a ja podziękowałam jej po litewsku. Drugie ciekawe zdarzenie to wymiana w banku na wyspię Krk. Ale zostawię to na następną okazję, dotyczącą czytelności polskich dokumentów tożsamości.

Wracamy do rekreacji. Plakat Ivána Méhely (nie odmieniam nazwiska, bo węgierskie i nie potrafię) zachęcający do wypoczynku w Crikvenicy (zrabowany z sieci):


Na koniec deser, czyli Ljubavna cestica. Ścieżka miłości, wyznaczona w latach 30. XX wieku, prowadzi do osady Badanj, skąd rozciąga się widok na Dolinę Vinodolską, i dalej, na wierzchołek nie takiej makabrycznie wysokiej góry, z którego podziwiać można zatokę. Jednego dnia udało się odnaleźć wejście na szlak. Następnego ruszyła ekspedycja na czubek.

Wejście na szlak od ulicy Vinodolskiej.

Kolejne 2 zdjęcia wykonałam nie ja. Ja nie byłam już w stanie wykonywać niczego. Szłam przed siebie, bo taki był plan, ale wewnątrz trawiła mnie rozkwitająca choroba. Na sam szczyt nie doszłam. Chyba wyzionęłabym ducha. W którymś momencie po prostu położyłam się na ławce (bo ścieżka jest przetykana ławkami, żeby wędrowcy mogli sobie wypocząć) i stwierdziłam, że poczekam. Reszta wycieczki zdobyła górę, wróciła i wszyscy bezpiecznie zeszli na stały, w miarę równy, ląd. W innych okolicznościach bardzo chętnie. Historia moich niedomagań zostanie uzupełniona następnym razem. Bo teraz brzmi nawet zabawnie.

Trasa nie jest trudna, niepospiesznie pokonać ją może nawet dziecko. Tylko bez szarżowania, że da się radę mimo wszystko, mimo oddechowych problemów, mimo pękającej głowy i parszywiejących zatok. Nie da się. A po co straszyć niemieckich turystów swoim rzężeniem?

Po drodze.

Widok ze szczytu.

Podsumowanie: Crikvenicę warto zobaczyć.

Rzeczka Dubračina i most.

Jest to przedostatni odcinek urlopowy.

poniedziałek, 6 października 2014

Rijeka i Opatija

Statek widziany z podziemnego parkingu pod Tower Center Rijeka.

Rijeka to trzecie co do wielkości miasto Chorwacji i najważniejszy, największy port morski.  Obecność wielkich statków nie powinna więc dziwić. Jeśli chodzi o logistykę lądową - Rijeka jest głównym węzłem komunikacyjnym Kvarneru. Nie da się jej więc przeoczyć. Legendarną atrakcją jest wzgórze Trsat, do którego zabrakło nam ambicji. Aby wspiąć się na czubek ukoronowany ruinką, pokonać trzeba 561 stopni. Podobno niektórzy czynią to na kolanach, z powodu wartości pielgrzymkowej miejsca.
Miasto zbudowali Ilirowie (oczywiście), Rzymianie przejęli, a w latach 1466-1918 zdalnie z Wiednia panowali tam Habsburgowie. Włochy przejęły Rijekę w 1924, a po II wojnie światowej stanowiła ważny, jugosławiański port. Wszystko to wpłynęło na wygląd miasta (II wojna nadgryzła port). Poza tym ważnym wydarzeniem było trzęsienie ziemi w 1750, które zniszczyło większość zabudowań.


Najpopularniejszą ulicą miasta jest Korzo. Jeśli ktoś lubi porównania - ulica Szeroka w Toruniu pełni podobną funkcję. Ino mniejsza jest i wcale nie taka szeroka... Korzo usytuowano w miejscu, w którym przed trzęsieniem ziemi były mury miejskie.

Korzo

Pizzeria, ale tak droga, że uciekłam po zrobieniu zdjęcia.


Stare spotyka nowe.

Kawiarnie są ważnym tematem w chorwackim kraju. Po pierwsze muszę zauważyć, że przy kawie można było oglądać sport. Niestety tylko piłka nożna Chorwatów obchodzi, ewentualnie jakiś wydumany tenis. Siatkówki zabrakło, dlatego przegapiłam finał mistrzostw. Kogo obchodzi piłka nożna? Ale to uwaga na marginesie. Kawa jest dobra. Najlepszą piłam w Crikvenicy, a była to ledena kava (ale o tym przy okazji Crikvenicy). Głównie jednak skupiałam się na kawie ze śmietanką (kava sa šlagom). Początkowo wydawało mi się, że to będzie coś zwykłego, a jednak śmietena była bita (nie zgłosiłam odpowiednim służbom). Do niewielkiej filiżanki wypełnionej gorącym, aromatycznym, czarnym naparem i zimną, tłustą, ale nie słodką białą breją ułożoną na kształt rozetki, bez łaski dostaje się szklankę wody. Pewnie kranówa, ale liczy się gest. Nie wygłupiałam się też, nie siliłam na zagraniczność, złożenie zamówienia po chorwacku nie jest skomplikowane. Co ja się będę wyrywać, że coffee, jak kava to kawa.
Ogromny minus - nie ma zakazu palenia. Chyba nigdzie. Na ulicy, w knajpach, wszędzie doświadczyć można przykrego smrodu papierosowego. Trzeba naprawdę kombinować, żeby znaleźć sobie niezaśmiardłe miejsce, w którym nie zawieje tytoniowym dymem prosto w twarz. Nie spotkałam się też z podziałem na sekcje palące i niepalące. Wszystko w jednym worze, wszyscy muszą się wędzić.

Kava sa šlagom.

A teraz pizzeria, którą polecam. W przeciwieństwie do vrbnickiej Morskiej Vili, rijecka Delta wypadła zadowalająco. Lokal znajduje się przy ulicy Ivana Zajca 2, jest to róg Zajca i Ribarskiej. Wystrój ładny, obsługa profesjonalna, jedzenie smaczne. Pizza frutti di mare, czyli plodovi mora trochę słona, ale może dobrze nie odwirowali tych płodów po wyłowieniu z morza... Fruttów nie było specjalnie dużo, ale całość została nasycona aromatycznym zielskiem, dobrze wypieczona, nie przeładowana serem. Ciasto przepyszne. Średnia pizza na dwie głodne osoby zdecydowanie wystarczyła.

Końcowa faza konsumpcji.

Opatija nie została silnie uwieczniona na zdjęciach, ponieważ w żaden sposób nie byłam przygotowana na fotografowanie nocne. A szkoda. Najpierw jednak historyczna notatka.
Do pierwszej połowy XIX wieku Opatija była rybacką wsią nie słynącą zupełnie z niczego. W 1844 wybudowano tam pierwszą willę letniskową, która trwa do dnia dzisiejszego. Nazywa się Angiolina i trudno powiedzieć, czy ją widziałam, bo było już naprawdę ciemno. W 1873 do rozwijającego się miasteczka dotarła kolej żelazna. W 1890 cesarz Franciszek Józef (Franjo Josip) wydał dekret uznający Opatiję za uzdrowisko klimatyczne monarchii austro-węgierskiej. Łagodny klimat sprzyjał gruźlikom. Miejscowość słynie również z botanicznego względu - warto zwrócić uwagę chociażby na nadmorskie bambusy. Prawdziwe, wysokie bambusy.
Opatiję odwiedzali: Piłsudski, Sienkiewicz, Witkiewicz, Mahler, Czechow, Puccini.
Jeśli spacerować, to nadmorską promenadą - lungomare. Dotrzeć można do Lovranu (stopa moja nie dotarła, było już za późno na taką wyprawę), który słynie z jadalnych kasztanów i jest miejscem śmierci Stanisława Witkiewicza, który chyba tam miał jakąś letnią rezydencję. Ja bym miała, gdybym była Witkiewiczem.

Opatija w ciemności i ja (chociaż raz się uczesałam, trzeba to pokazać).

W Rijece i Opatiji byłam w tych samych spodniach, co na wyspie Krk. Przypadek?

Na koniec plakat Franza Lenharta z lat 40. zachęcający do odwiedzenia Opatiji (wtedy jeszcze włoskiej Abbazii). Oczywiście podkradnięty w sieci:

piątek, 3 października 2014

Wyspa Krk


Wszystko zaczyna się od mostu. Wciąż będzie początek, bo wszędzie są mosty. Przejazd jest płatny (nie jakaś fortuna, da się żyć, chyba 35kn, czyli niecałe 20zł), mrożący krew w żyłach, ale warto.
Krk to największa (lub prawie największa, zależy od źródła) wyspa Chorwacji. Pierwszymi historycznie poświadczonymi mieszkańcami byli Ilirowie. Później wapienny ląd zasiedlili Rzymianie, a na samym końcu dodreptali Słowianie. Był też epizod Wenecki, oczywiście nie zabrakło Frankopanów i różnych innych ciekawych osobistości. Z punktu widzenia historyczno-głagolicznego, bardzo ciekawy punkt geograficzny, bowiem w okolicach Baški znaleziono jeden z najstarszych zabytków języka chorwackiego. Głagolica chorwacka różni się trochę od tej, z którą miałam do czynienia, ale... Wiele osób zadaje sobie pytanie: Po co uczyć się starocerkiewnosłowiańskiego? Starocerkiewnosłowiański do niczego się nie przydaje! Otóż wcale nie! To błąd! Dzięki temu, że miałam do czynienia z tym wydechłym językiem, bez problemu zidentyfikowałam figową nalewkę. I rozumiałam średnio co czwarte słowo. I umiałam rozszyfrować skład na kosmetykach. Starocerkiewnosłowiański przydaje się na urlopie w Chorwacji.

Mapka podkradnięta.

Nie udało nam się objechać całej wyspy. Zdjęcia tylko 2 miast. Pierwszym jest Vrbnik, który słynie z białego wina nazywającego się žlahtina. Trunek zakupiłam, ale nie konsumowałam jeszcze na poważnie (próbowanie przed zakupem się nie liczy). Wydaje mi się, że to jednak nie jest trująca.

Winiarnia trochę poza miastem.

We Vrbniku nie polecam pizzerii Morska Vila. Niby widok bardzo ładny, niby wszystko dobrze, ale nie jest aż tak smacznie, żeby się kusić, a kelner udawał, że jest bardzo młodzieżowy (a może był? tylko ja już jestem starym człowiekiem i wolę reumatycznych dziadków o kamiennych twarzach?). Estetyka wypieku niekoniecznie na wysokim poziomie, dystrybucja składników nierówna i ogólne wrażenie zamordowane przez dersiastego kelnera.


Co warto zobaczyć? Najwęższą ulicę świata (co do tego źródła były zgodne). Klančić ma w najwęższym miejscu niewiele ponad 40 centymetrów szerokości.  Pogoda nie sprzyjała, więc fantastycznych zdjęć z tego ciemnego zaułka nie udało się wydobyć.




Po chorwackich ulicach wędruje siła starych samochodów.


Głównym miastem wyspy jest Krk z wybudowanym na skalnym urwisku zamkiem frankopańskim. Z portu odpływają promy (lub statki) na inne wyspy.
Mnogość wąskich uliczek zapewnia powierzchnię spacerowo-zwiedzającą. Co prawda stoiska i sklepiki pamiątkowe rozsiewają irytujący zapach tandety, ale tak samo jest w każdym bardziej turystycznym miejscu na świecie. Sprzyjało to mojej oszczędności, bo ile razy natykałam się na takie przybytki, przypominało mi się, jak wielu rzeczy nie potrzebuję, nie chcę, a co najważniejsze - nawet nie muszę na nie patrzeć.



Zamek w Krku na wyspie Krk.

Mury zamkowe.

Ciekawostka uliczna na szczęście dwujęzyczna.