piątek, 29 sierpnia 2014

2 domy i inne rzeczy

Bele wieczorne.


Obrazkowo na temat inspiracji codziennością. Tyle rzeczy otacza, tyle w powietrzu fruwa pomysłów... Lub czegoś, co może się skończyć jako pomysł. Silnie staram się robić zdjęcia. Żeby za dużo spraw nie zginęło w niepamięci. Wychodzi różnie.

Ogórki prezentowe. Tak je zapakowałam.

Dziwny domek. Kętrzyn, ulica Mazowiecka (i śmieci po rowach).

Ładny domek, Reszel, południowo-zachodnia część miasta.

Wróciłam do pieczenia w papilotkach.

Moja siedziba w czasie największych upałów.

Bambusowa włóczka. Robi się pięknie.



niedziela, 24 sierpnia 2014

Dlaczego warto adoptować psa?

We wrześniu miną dwa lata, odkąd serce moje skradł czarny jamnik. Łapkę nauczył się podawać już dawno temu. Hrabina Żu jest już staruszką pognębioną przez utratę zmysłów (ślepowaty stworek, ale chytrość jamnicza jak najbardziej działa). Gustlik natomiast, pies pancerny, jest bardzo miłą kreaturą.



Jamnik to rasa dla wytrwałych ludzi o silnej woli. Długie dziadostwo szybko odnajduje słabości właściciela i nie waha się użyć ich w swoim najlepszym interesie. Ale są też normalne psy. Poza tym nie o charakterystykę rasy mi chodzi, ale o zalety płynące z wydobycia czworonoga ze schroniska. Listę oparłam na moich własnych obserwacjach.

1. Psy są lepsze od kotów. To nie podlega dyskusji. Kto uważa inaczej, niech zamilknie na wieki.

2. Kupienie psa = wydanie kupy kasy. Szybka szarża w sieci, i znalazłam dość taniego szczeniaka miniaturowego jamnika najtaniej za 650 złotych. Tak, Panowie Jankowie, i to wcale nie szorstkowłose. Jamnik ze schroniska nie kosztuje. Jakikolwiek pies, bez względu na rasę, płeć, wiek - podpisujesz umowę, ślubujesz lojalność i dostajesz pikusia forever. Zaszczepionego, zaimplantowanego (na paszport wydasz mniej, bo pies ma już elektroniczny chip).

3. Pies dorosły najczęściej zna podstawowe zasady zachowania. Nie siknie w domu (chociaż pierwsza noc była krytyczna), poprosi o spacerek. Co lepsze - mój jamnik potrafił już chodzić na smyczy. Co jeszcze lepsze - bez trudu załapał chodzenie/bieganie na smyczy przy rowerze. Może trafił się profesorek, ale nie miałam problemu z nauczeniem Gustka różnych sztuczek i przydatnych manewrów. Jak się bestia skupi, potrafi nawet zadziwić inteligencją. Jest bardzo posłuszny, chociaż nie zawsze to okazuje.

4. Masz poczucie uratowania czworonożnej duszy z więzienia. Szczerze przyznam, że spędziłam w schronisku godzinę, może mniej, ale traumę mam do tej pory i nie chcę tam wracać. A co dopiero zwierz, który nie rozumie systemu? Dla którego życie opiera się na obecnej chwili?

5. Pies opowiada historię swojego życia. I chociaż czasami smutne były początki, to happy end zależy od ciebie.

6. Pies adoptowany jest wierny, kochający i przywiązany. Nie twierdzę, że te wychowywane od szczeniaka nie są, ale burek, który przeszedł przez porzucenie i schronisko, docenia ludzkie starania. Wdzięczność (i wdzięk) jego nie ma granic.

7. Można się wiele nauczyć. O zwierzaku, o sobie. Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono, stwierdziła pewna poetka. A adoptowanie psa jest świetnym sprawdzianem osobowości.

Oczywiście, żeby pikusia przygarnąć, trzeba mieć pewność. Silną, niezwyciężoną pewność, że pies jest już na zawsze (a przynajmniej do końca psiego życia). Nie ma "znudziło mi się", nie ma "nie tak to sobie wyobrażałam". Konsekwencja i zdecydowanie. Bywają sytuacje ekstremalne, pewnie. Ale trzeba brać pod uwagę wiele czynników. Poza tym do podjęcia decyzji potrzeba zastanowienia i świadomości, że zwierzę to nie zabawka, nowe buty, czy dodatek. To żywa istota, która ma uczucia. Poza tym schroniskowy lokator prawdopodobnie już raz przejechał się na przyjaźni, ktoś kopnął go w ogoniasty zadek i z sajonarą na ustach odjechał w siną dal, pozostawiając czworonoga na leśnym parkingu. Nieludzka byłaby powtórka z traumy.
Nie można działać pod wpływem emocji, bo smutnym oczkiem popatrzył szczeniak z plakatu. Pomyśl, czy podołasz. Zastanów się, jak zaplanujesz urlop, albo czy zwierz w dni powszednie za długo nie będzie siedział sam w domu. Czy masz warunki?
A kiedy już przemyślisz sprawę, spraw sobie jamnika.

piątek, 22 sierpnia 2014

ConCider This a Warning

Kolejny raz jako zdjęcie tytułowe. Best Krysztally Photo 2014

Szał na cydr trwa. Pamiętając smak litewskiego suwenira (przywieziony z Litwy, ale estoński), rozpoczęłam pilne poszukiwania polskiego odpowiednika. Nie popadłam przy tym w alkoholizm, bo staram się przejawiać rozsądek i nie mam czasu na głupoty. Nie jestem znawcą, ani nie potrafię profesjonalnie recenzować napojów alkoholowych, ale mniej więcej wiem, o co mi w życiu chodzi. I nie lubię czuć się rozczarowana. Oto moje w pełni subiektywne odczucia konsumenckie:

Na pierwszy ogień poszedł najpopularniejszy Cydr Lubelski. Dla mnie zdecydowanie za słodki. Zalatuje siarą i czymś niepokojącym. Podobnie sprawa się ma z cydrami Warka. Etykietka podpowiada, że excellent choice, ale już piewszy łyk budzi wątpliwość, czy ten czojs aż tak jest ekselentny. Nuta siarowa jest silnie wyczuwalna... (⊙_◎) Wydaje mi się, że producent odlał trochę eliksiru przygotowanego z myślą o produkcji jabcoka, dogazował ją i zamknął w eleganckie buteleczki. Czy to gruszka, czy jabłuszka, nic zaprawdę ciekawego. Naprawdę szkoda. Określiłabym go jako jabol z bąbelkami, pokrzepienie dla tropicieli węży. Zdecydowanie najsłabszy cydr.
Kolejnym wypitym produktem jest Green Mill Cider wyprodukowany przez Kampanię Piwowarską. I tu w końcu można powiedzieć, że ma się do czynienia z cydrem. Brak siarowego zacapu, jak w przypadkach poprzednich, jabłkowy (nie jabolowy) smak, nie przesłodzony (ta słodycz chyba ma maskować niedoskonałości napojów). Nadaje się do picia z zamrożonymi owocami, nie budzi skojarzeń z otumanieniem weltszmercem.
Czwarta butelka zawierała Cydr Dobroński. I to był najlepszy cydr, na jaki trafiłam. Piłam w wersji klasycznej, z cynamonem jeszcze nie spotkałam. Po pierwsze - smakuje jak prawdziwy, najprawdziwszy cydr, a nie produkt cydropodobny. Wyraźnie czuć kompetentny jabłkowy smak, pachnie ładnie, słodkość w normie. Ten cydr mogę polecić bez wyrzutów sumienia. Dobra rzecz. Porównowalny z lekkim trunkiem zagranicznym, a może nawet lepszy.




Mój cydrowy sygnet, atrybut nieomylności ;)

Musi być podsumowanie, pomyślałam sobie. Dlatego:
Lubelski i Warka - o ile ktoś lubi siarowe klimaty; GMC - może być; Dobroński - (∪ ◡ ∪)
Młodzieży poniżej 18 roku życia odradzam każdy.
A najlepszy i tak jest kwas chlebowy.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Krajobraz i kolor

Artyzm życia powszedniego. Po pierwsze - mam dużą połać do zamalowania, ale jeszcze nie jestem zdecydowana, jaką bitwę pod Grunwaldem namaluję. Po drugie - na mniejszej przestrzeni zamierzam zamieścić perliczki, ale póki co studiuję ich wygląd. Żeby się nie pomylić, żeby nikt nie musiał się domyślać. W międzyczasie (międzyczas jest niepoprawny) postanowiłam zaprezentować dzieło moje (chyba się nie chwaliłam, że coś takiego namalowałam), które od dawna już zdobi ścianę u tak zawnych Ludzi (bo malowałam prezentowo). Jest to jedyny krajobraz mojego autorstwa. Prawdziwy unikat. Dzisiaj namalowałabym inaczej, ale z brzóz jestem dumna.




Przy okazji obrazkowej, uwieczniłam na zdjęciu kredki pastelowe (cudze, ja się ich lekko lękam, nie moja dziedzina). Kolory są tak ładne, że aż piszczą, żeby nimi rysować.




czwartek, 14 sierpnia 2014

Książka na sierpień

Serial ("Call the Midwife" po polsku "Z pamiętnika położnej") obejrzałam od pierwszego do ostatniego odcinka (podobno to jeszcze nie koniec, krąży plotka, że nowy sezon nadejdzie). W normalnych warunkach nudzą mnie ostre dyżury na dobre i na złe z doktorem Housem. Nie imponuje mi heroizm chirurga, odwaga onkologa, czy ambicja anestezjologa. Medyczne seriale to nie moje emocje. Ale pospolite położnictwo zaskakująco mnie wciągnęło.

Wydawnictwo Literackie nie rozczarowało. Książka wydana została porządnie, tłumaczenie zachowuje odpowiedni poziom, nie budzi zastrzeżeń. Dlatego od razu przejdę do dania głównego.



Narratorem i postacią centralną jest młoda pielęgniarka - Jenny Lee. Chociaż śledzimy wydarzenia z jej perspektywy, zostawia nam miejsce na własne przemyślenia. Potrafi przyznać się do swoich słabości, nie stawia się na wyżynie medycznej mądrości, higienicznych osiągnięć cywilizacyjnych. Nie jest też nieustraszona. Jenny Lee jest prawdziwym człowiekiem. I ma do czynienia z ludźmi, których nie metkuje przy pierwszym spotkaniu, którym pozwala opowiedzieć osobiste historie.

Nie obędzie się bez porównania do wersji telewizyjnej. Serial tętni przygodami, wątki są na bieżąco rozwijane i w odpowiednio odmierzonym czasie następuje ich zamknięcie. Rzeczywistość, kolejność zdarzeń, kształtują Jenny jako człowieka. Książkowa Jennifer również uczy się, nabywa doświadczenia. Jednak nie można powiedzieć o przygodach. Trudno powiedzieć o równomiernej powieści. To raczej portrety, opisy osób, sytuacji, z którymi zetknęła się narratorka. I jest różnica perspektyw. W książce mamy punkt widzenia Jenny, serial jest wielowymiarowy.

Dlaczego warto przeczytać? Bo pokazuje sferę życia ludzkiego, o której się nie mówi. Rodzenie to nie temat do eleganckich rozmów! Od najmłodszej młodości nie byłam oszukiwana, odkąd pamiętam, wiedziałam skąd się biorą dzieci. Podobnie moja siostra, która doprowadziłą tą wiedzą do płaczu szkolną koleżankę. W którymś momencie dowiedziałam się też, że po dziecku przychodzi kolej na łożysko, co (jak się dużo później okazało) strasznie oburzyło kilka znanych mi osób (już dorosłych). Bo rodzenie dzieci jest obrzydliwe, mówią niektórzy. Ale każdy z nas w ten obrzydliwy sposób znalazł się na świecie. Ludzie bez mrugnięcia okiem oglądają, jak John Rambo rozłupuje komuś czaszkę, ale to poród jest nieestetyczny.

Przy okazji książka porusza też inne kwestie. Wielka Brytania jest często postrzegana jako kolebka cywilizacji, jako kraj wolności, w którym wszystko jest możliwe. Jennifer Worth opisuje ubogą dzielnicę Londynu z lat 50. XX wieku. Nie tak dawno temu. Bieda, brud, wyzysk i prostytucja. Ogromnym szokiem było dla mnie odkrycie, jak funkcjonowały angielskie przytułki dla najuboższych. Ciekawych odsyłam TUTAJ. Każdy kij ma dwa końce, mówią.

"Zawołajcie położną" Jennifer Worth to lektura obowiązkowa.

A teraz może skończę czytać "Serce i pazur" Simony Kossak...

środa, 13 sierpnia 2014

Banał bananowy



Każdy chyba już potrafi, ale oto, jak robię ja.

Mrożę banany. 3, może więcej. W pudełku, pocięte na kawałki. Najczęściej o nich zapominam. Ale czasami sobie przypominam. Sięgam po 2 banany w formie normalnej, cytrynę jedną, ewentualne dodatki (w tym przypadku daktyle).


Wszystkie elementy przerzucam do większego pojemnika. Mielę na gładką masę. I to właściwie tyle. Można zjeść od razu, ale można zjeść inaczej.



Po pierwsze, z dodatkiem likieru. Niekoniecznie w rożku, ale akurat tak się trafiło.


I kilka słów o zakazie spożywania alkoholu przez osoby nieletnie. W pełni popieram. Wydaje się, że to niesprawiedliwe, że z czegoś się ograbia młodocianych, ale to tylko 18 lat. Później już przez całe życie hulaj dusza... Czy to wielkie ograniczenie? Wcale nie. I póki człowiek ma najbardziej głupie pomysły, nie może katalizować ich alkoholem. Tym bardziej, że za jego czyny odpowiadać będą inne osoby. Głupotą jest opijanie się bez miary i czynienie zdarzeń o możliwościach śmiertelnych lub inwalidzkich. A tego jest wiele, szczególnie w wakacje. Komu najbardziej będzie przykro? Mamie i tacie. Namordują się, dzieciaka odchowają, a tu wielkie nagle bubu, które wszystko przekreśla. Pić to trzeba umieć. Koniec gadki umoralniającej. Wracamy do bananów.

Można też użyć jako dekoracyjno-urozmaicającego dodatku do ciasta.


Minimalismus, ale życie urozmaica.

sobota, 9 sierpnia 2014

Pizza inaczej niż zwykle

Talerz z lat dawniejszych zasponsorowała Pani Babcia.

Gluten, mleko krowie i inne paskudne rzeczy... Osobiście nie mam do nich żadnych pretensji. Ale na fali popularności przepisów dla ludzi spożywczo ograniczanych przez różne kuzdrowotne zakazy, pomyślałam, zastanowiłam się, poszukałam, pokręciłam głową z niedowierzaniem, przeczytałam kilkanaście przepisów i stwierdziałam, że jestem mądrzejsza od internetów. Oczywiście inspirowałam się różnymi opcjami, nie da się tego uniknąć. Ale końcowy przepis to moje dzieło. (I nie było obrzydliwe, co mnie zaskoczyło. Nie powinno.)

Lubię pizzę. Uwielbiam. Poza tym drożdżowe ciasta robię najczęściej. Stąd też poniższy przepis. Postanowiłam opisać tylko produkcję ciasta, bo nadzienie to indywidualna sprawa. Moje było z sardynkami, warzywami, serem ostatecznym (resztka z lodówki), a wszystko na pomidorowym sosie arrrrrabiata. Kiedyś zrobiłam pizzę na szpinakowym sosie, więc uczuleni na pomidory również mają szansę od życia. Wolę też włoskie serki typu mozarella jako pizzowe sery, ale z braku laku dobry kit.

Przeczytałam, że mąka owsiana nie zawiera glutenu, ale jeśli ktoś jest mądrzejszy, przyjmę korektę. Nawet jeśli posiada, to jest go mniej niż w pszenicy, więc i tak wygrywam.

Z miarami jest śmieszna sprawa, bo używałam jednostek zagranicznych. Więc po przeliczeniu na krajowe wychodzi coś śmiesznego. Poza tym sypkie składniki mierzyłam w miarkach dla płynów.

625 ml mąki owsianej;
250 lub 500 ml mąki ziemniaczanej (nie pamiętam, ale miało być 500);
250 ml mąki ryżowej (tu mam pewność);
1 łyżeczka soli;
1 łyżeczka cukru ciemnego trzcinowego;
3 łyżeczki drożdży instant;
4 łyżki siemienia lnianego;
10-12 łyżek wody;
100 ml oliwy;
400 ml mleka kokosowego.

Skład na 3 placki w blaszkach o średnicy 32 cm.


  1. Siemię zalałam wodą w małym garnku, podgotowałam do zglucenia, odstawiłam do wystygnięcia (ok. 20 minut).
  2. Mąki, drożdże, cukier i mleko kokosowe wymieszałam na masę w miarę jednolitą. W trakcie dolewałam oliwę. Posoliłam na koniec. Nie wiem, czy to miało sens... 
  3. Do ciasta dodałam siemienny glut (niczego nie odcedzałam, z nasionami), zagniotłam.
  4. Dodałam jeszcze zioła, ale to kwestia indywidualna. Tymianek, czy coś w tym rodzaju.
  5. Odstawiłam ciasto pod przykryciem ze ściereczki na dość długo (zdążyłam zagnieść ciasto na bułki owsiane i umyć podłogę w 3 pomieszczeniach oraz schody, upiec te owsiane bułki, więc zdecydowanie więcej niż 1h). Myślę, że minimum odstawienia to pół godziny.
  6. Nastawiłam piekarnik na 225 stopni, normalny program pieczenia (żadne obiegi konwekcyjne).
  7. Ciasto trochę wygląda jak kruche. Lecz kleistość jego jest całkiem niezła. Nie miękkie. glutenowe, plastelinkowe, ale i tak całkiem łatwe w obsłudze. Podzieliłam ciasto na 3 części, zakulgałam, rozprowadziłam kulę po blasze.
  8. Wysmarowałam sosem, wrzuciłam dodatki.
  9. Wcisnęłam blachę do rozgrzanego piekarnika na 15-20 minut. Zapiekło się, ale pozostało blade.
  10. Włala!
Zjadłam o wiele za dużo. Z sosem czosnkowym.


piątek, 8 sierpnia 2014

Wołanie do Lessie


Spostrzegawcze oko spostrzeże wystrojenie jamnika. Miał on bowiem na sobie bardzo gustowne korale. Jednak nie chciał przypozować na tle słomianych walców.

Obcy nie wydeptali znaków w zbożu (może przeszli na tryb bezglutenowy?), więc rolnicy spokojnie mogli dokonać żniw. A faszonistki mogły wyruszyć w stylowy plener w celu dokonania jakże kultowego (nawet agrokultowego) czynu - sesji z belami słomy.



Jamnik nie chciał uwiecznić się na zdjęciu ze mną. Jeśli ja też się go kiedyś powstydzę, ciekawe, czy nie będzie mu przykro? Kilka słów o autficie: okulary są stare, z marketu, kolczyki dostałam, bluzkę kupiłam w Stolicy, więc wielka moda (lump na Rembertowie), a spodnie znalazła mi babcia w miejscowej Galerii Mody Używanej. Buty są tegoroczne, z Deichmanna. I śmiałam się ja, z tych wszystkich blogowych faszonistek, które w obuwiu wysoce ozdobnym wyruszały w pole... Teraz rozumiem, że nie ma w takiej wyprawie niczego śmiesznego. Prawie straciłam może nie życie, ale równowagę. Poza tym naziemne części zboża, które pozostały, dotkliwie podziabały mnie w stopy. Nic śmiesznego... ;)
Zapozowanie z belą także nie należy do zadań najłatwiejszych. Na szczęście nie jestem sama. TUTAJ należy zakliknąć i przekonać się, jak jeszcze wyglądało to popołudnie.

Jamniki olały tworzenie artystycznego edytoriala.

I na koniec: wołanie do Yeti:

"Lessie, wróć!"

wtorek, 5 sierpnia 2014

Anser anser, czyli gęś malowana

Na początek, póki pamiętam, polecam tekst z obrazkiem na temat litewskiego szamponu. Ja się nie mogę zebrać, żeby o kosmetykach napisać, a zaczęłam już. Wróciła do mojego wyschniętego mózgu piosenka, do której tańcuje niczym słowacki góral, kolega Janosika. Co lato robi z człowiekiem...


I część właściwa. Namalowałam w prezencie obrazek z gęsią, która wygląda trochę jak kaczka. Nie jestem Matejko. Niby miała być gęś gęgawa, ale zabrakło mi talentu. Od tej właśnie gęsi wywodzą się różne domowe rasy. Waży ona 3-4 kg, skrzydła rozpina do 1 m. Występuje w Europie, Azji, na północy Afryki. Lubi jeziora, stawy, podmokłe tereny, martwe zakola rzek, Jest monogamiczna. Długie lata spędza w parach. Dorosła staje się pod koniec drugiego roku życia. Wcina raczej trawę. Dzieciaki dzień po wykluciu opuszczają gniazdo. A zanim co, gniazdo gęgawa buduje z trzciny i takich podobnych dziadostw roślinnych, mości puchem. Wysiaduje 28-29 dni (jak indyk). Tyle wiedzy na temat gatunku. Fajnie by było, gdyby przeczytała Krystyna Czubówna.

Wielu zdjęć dzieła nie ma, bo to chyba raczej bez sensu. I tak byłoby to samo na wszystkich. Jak widać, lubię kropkowane tła. Uwielbiam. Tym razem wybrałam zieleń i turkus upstrzone czernią, bielą oraz szarością. Następne może namaluje prelice.


I zapowiedź nadchodzącego. Upał nie upał, trzeba robić coś z treścią, a nie tylko marudzenie! Przepraszam wszystkich, którzy mogli poczuć rozczarowanie w związku z poprzednim moim postem.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Nabijanie

Szczera prawda: pół roku dawno już oddala się machając pulchną rączką, a ja nie dobiłam jeszcze do planowanej połowy postów na ten rok. Dlatego postanowiłam napisać o tym, jak bardzo uwiera mnie fakt, że brakuje mi czasu (i siły, i chęci, i cierpliwości). Nie wiem, jak działają te współczesne zegarki, bo według obliczeń powinnam mieć kilka wolniejszych chwil.

Anegdota: chciałam znaleźć nowe buty, skończyłam z książką. Jak żyć? Książka widoczna częściowo na zdjęciu poniżej. Przeczytałam dopiero kawałeczek, więc nie mogę się wypowiedzieć. Wydana przez UWM, więc regionalnie jak w mordę.



Spaliło mnie słońce. Trochę. Poza tym upały negatywnie wpływają na moją kondycję intelektualną. Rozleniwiają, otumaniają, wydaje mi się, że jestem silnie zmęczona. Ale mam dobrą kawę. Czekoladową.


Powyżej kolejne kwiatki skoro świt. Upały zmotywowały mnie do wstawania porannego. Bo jeszcze nie jest gorąco i zanim dzień zacznie się na dobre można coś zrobić. Popołudnia są zabójcze.

I druga część wielce artystycznego, pierwszego ujęcia: