sobota, 26 lipca 2014

Lato nie tylko o poranku


Lato, wiadomo, pora roku, kiedy według podręcznika powinno być ciepło, a nawet gorąco. Więc jest. Blogi puchną od inspiracji na lato, od zdjęć różnorodnych. Że plaża, jedzenie wypoczynek. To są moje inspiracje. Własne. Nie interesuje mnie lans na instagramach. Wolę nabijać posty.

Radość o poranku.

Malwy o późniejszym poranku.

Wyprawa  w dzikowiznę.

Robal wodny, czarna larwa.

Cebulaki. Po spożyciu nie chuchać nikomu w twarz.

Czytam książkę, postaram się napisać coś w rodzaju recenzji.

Propozycja podania.

Na koniec instrukcja: Jak pić cydr? Niepełnoletnie osoby nieuprawnione do spożywania napojów alkoholowych proszę o odwrócenie wzroku, niedemoralizowanie się, odejście w celu obejrzenia "Rogatego rancza" (napisała osoba, która czyta książki o zwierzątkach) i nie dyskutowanie z dorosłymi.
Cydr powinno się dobrze schłodzić. Do szklanki wsypać garść różnorodnych mrożonych owoców i zalać trunkiem. Owoce również spożyć. Póki co to najlepszy sprawdzony przeze mnie sposób.

środa, 23 lipca 2014

Ciasto drożdżowe z borówkami



Mój problem polega na tym, że ciasta własne piekę na tak zwane oko. Mieszam, dosypuję i dodaję bez konkretnych miar, żeby w miarę się kleiło i działało. Sztuka kulinarna, nie nauka.

Przepis na drożdżówę z borówkami jest więc lekko intuicyjny. Z przygotowanego ciasta wyszły mi dwie bułki, zezowate, bo jedna większa. Na jej przykładzie mam zamiar zaprezentować sposób zwijania, który wytropiłam gdzieś w sieci. Było to ciacho z nutellą, czy coś w tym rodzaju. Przyswoiłam i zwijam różnie nadziane buły. Ze szpinakiem wyszło całkiem estetycznie. Borówkowa została dodatkowo polukrowana. Oczywiście przy pieczeniu ciast z owocami, należy pamiętać o tym, że owoce są podstępne. Rozpływają się, prowadzą do rozpadu, rozmiękczają, generują różnego rodzaju zagrożenia.

Ciasto zrobiłam zagniatając i mieszając: 1 kg mąki tortowej (na bogato!), szczyptę soli, 2 łyżeczki drożdży instant, 2 jajka, łyżkę masła, trochę więcej niż 0,5 l kefiru. Ciasta raczej nie słodzę. I odstawiam do wyrośnięcia na conajmniej 30 minut.
Nadzienie to: 3/4 litra zamarzniętych borówek, 3 łyżki cukru muscovado zblendowane (połowa została, zatem nastąpiła konsumpcja surowego półproduktu - bardzo dobry sorbet) i kilka garści owoców całych wytarzanych w mące ziemniaczanej.



Do kulania ciasta stosuję posypywanie blatu roboczego mąką krupczatką. Sprawdza się przy słodkich akcjach, przy pizzach, i innych drożdżowych wynalazkach. Jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłam. Są ludzie, którzy sypią zwykłą mąkę, inni lubią semolinę, a jeszcze inni kaszę mannę. Ja wybrałam krupczatkę.


Rozplaskałam kawał ciasta na kształt około kołowy. Jeśli popatrzy się z daleka, można nawet uwierzyć, że to koło.


Wysmarowałam placek zmieloną mazią, na górę wysypałam owoce w formie całej. Drugim plackiem, podobnej wielkości, przykryłam pierwszą konstrukcję. Zakleiłam na brzegach. Zdjęć nie ma, ponieważ nie urosła mi jeszcze dodatkowa para rąk.


Przeniosłam placek na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pomogła mi dodatkowa para rąk. Ponacinałam gęsto, ale nie przypadkowo. Najpierw cztery naprzeciwległe, kompasowe nacięcia, później podzieliłam ćwiartki na pół i jedne ósme na pół. Razem 16 cięć.


Każdą nibynóżkę odwinęłam. Naprzemiennie. Sąsiednie nibynóżki muszą być zwinięte w przeciwne strony. Wtedy powstaje wzorek gwiazdkowy. Można oczywiście zwijać tylko lewo- lub prawoskrętnie, też wygląda to ciekawie.


Gwiazdka chwilę podrosła, ale nie miałam do tego przekonania, bo temperatura nadzienia nie ułatwiała procesu. W normalnych warunkach wyrastam drożdżowe ciasto. Efekt po upieczeniu jest lepszy. Piekarnik został nastawiony na stopni 170, a ciacho zasmarowane rozbełtanym jajkiem.


Ciacho spędziło w piekarniku około 30 minut. Po lekkim wystygnięciu zostało zalukrowane. To zakończyło proces. Nastąpił czas konsumpcji.


sobota, 19 lipca 2014

Niebieski i zielony

Słabo noszę naszyjniki, ale zdarza mi się przecież. Z braku czegoś niebieskawego, z różnych resztek zrobiłam sobie następującą rzecz:




Długość elementu głównego wynosi 5 cm, szerokość mniej więcej o połowę mniej. Sznurek jest szydełkowym łańcuszkiem na bazie dziwnej, cienkiej, bawełnianej włóczki. Całóść tworzy taki niby etno ozdobnik.

I epilog do zielonego przepisu. Trochę sosu zostało, więc następnego dnia nadziałam nim drożdżówę. Żeby było ładniej, nadałam jej kształt z wzorkiem. Tak się kończy pierwszy rozdział zielonej przygody...


A tak wygląda drugi:


Uprzedzając pytania - eukariont nie został zjedzony. Ropucha zielona zapozowała do zdjęcia, po czym odeszła w siną dal. Poskakała, bo w przeciwieństwie do najpopularniejszej ropuchy, potrafi całkiem nieźle kicać.

czwartek, 17 lipca 2014

W zieloność

Kiedy znajdę chwilę na zdjęcia odzieżowe, pogoda nie chce współpracować. Zatem czekam. Utknęłam w szyciu spódnicy, nie wiem, jakie rozwiązanie będzie lepsze, ale powoli się domyślam. Tyle wstępu. A dalej będzie już o jedzeniu.

Natknęłam się na bardzo ciekawy przepis, ale postanowiłam go uciekawić. Zrobiłam inaczej. Bardziej zielono.



Na oliwie z zieloną czubrycą poddusiłam opakowanie zmrożonego w kostkach szpinaku. Nie soliłam, bo czubryca jest solona.


Dwa owoce awokado odpestkowałam, pokroiłam i wrzuciłam do blendera z czosnkiem i sokiem z cytryny (3 ząbki, sok z połówki). Kiedy już się zmieliły, dorzuciłam do mazi ciepły jeszcze szpinak i mikstury połączyłam.


Powstał gładki sos w kolorze przepięknym. Dusiłam przez chwilę, dosypałam czarnego pieprzu i jeszcze więcej czubrycy.


Ugotowałam makaron (pszenno-gryczany, ale tylko dlatego, że akurat był pod ręką). Małe pomidorki pocięłam w grube plastry. Wszystkie trzy składniki (makaron, sos, pomidory) ułożyłam w porcję, której nie potrafiłam ułożyć atrakcyjnie i estetycznie. Zjadłam.


Podsumowanie:
  • 2 owoce awokado;
  • paczka szpinaku mrożonego;
  • 10 małych pomidorków;
  • 3 ząbki czosnku;
  • oliwa z oliwek;
  • czarny pieprz;
  • zielona czubryca;
  • makaron.
Awokady były jeszcze dość twarde, ale się rozgotowały. Ludzie zjedli i nie zachorowali.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Poszukaj prostych form

Artykuł podrabiany, znaleziony w Twoim Stylu.

Polscy celebryci podobno noszą podróbki i nawet za bardzo się z tym nie kryją. Lansują się nimi, udając, że dobro jest jak najbardziej luksusowe. Celebrytką nie jestem, więc zamiast naśladować różne wersacze, inspiruję się sieciówkowymi akcesoriami.
Zobaczyłam kolczyki z H&M i pomyślałam, że mogę zrobić podróbę. I zrobiłam. I jest ładniejsza. Nie zamieniłabym na H&M za żadne dolary. Frędzle z niewiadomej materii (na żywo nie widziałam) zastąpiłam szklanymi koralikami niewiadomego pochodzenia. Kolor podobny, więc ok. Elementy metalowe zmieniłam na srebrne, bo w moim przypadku bardziej uniwersalne. Dodałam też zieloność do kółka, bo tak bardziej mi się podoba. Nie są jakieś szalenie ciężkie, chociaż koralikowe odnóża nadziałam na metalowe szpilki.




A teraz zagadka dla spostrzegawczych: Jaka książka posłużyła mi za tło?

piątek, 4 lipca 2014

(Nie) mam w co się ubrać



Można się śmiać, ale problem "nie mam w co się ubrać" marnuje cenne minuty życia. Niby wiem mniej więcej, co mieszka w mojej szafie, ale estetyczne znerwicowanie nie zawsze pomaga dopasować spodnie do bluzki. A jeśli będzie padało? A jeśli upał? Albo gradobicie lub atak niedźwiedzi polarnych? W najgorszym wypadku będę się czuła niekomfortowo, bo coś układa się nie tak. I nerwica estetyczna wybucha z taką mocą, że mózg samobójczo wskakuje pod mordercze koła rozpędzonego, smutnego autobusu. Nie umrze, ale poobija się trochę. Jakby mało było poważnych powodów do zmartwień.

Skrzynkowe wnętrze szafy.
Wypracowuję system. Jestem już na etapie zaawansowanym. Moja odzież w formie normalnej (po wypraniu) składowana jest w skrzynkach. Skrzynki stoją sobie na półeczkach. I leżakują sobie, cuda materialne, czekając na swoją kolej. Która w końcu nadejdzie...

Raz na dwa tygodnie prasuję. Wybieram ze skrzynek ciekawsze eksponaty, dobieram je, dopasowuje, staram się poskładać z nich tak zwane stylizacje. Na różne okazje, ewentualności, możliwości meteorologiczne. Tak na 10 wieszaków. Wtedy następuje prasowanie. Przy okazji oglądam serial, film, cokolwiek. Żeby za szybko nie zanudzić się w krainie bluzek, żeby nie dać się lenistwu, które uważa żelazko za narzędzie tortur. Gotowe zestawy odwieszam. W miarę możliwości (to znaczy: jak mi się chce) uzupełniam zasoby pojedynczo w niezobowiązującym terminie. I mam w co się ubrać przez dwa tygodnie. Inną zaletą jest to, że zaczęła występować jakaś rotacja. Rozgrzebuję szafę regularnie i zauważam rzeczy, o których istnieniu zapomniałam. Na bieżąco wyrzucam niepotrzebne/zniszczone/szkaradne szmatołaki. Robię listę tych, które by się przydały. Nie wpadam w panikę, bo nagle okazuje się, że czegoś nie mam, albo nie wiem, gdzie jest, albo wygniecione jest niczym nieumiejętna konstrukcja origami. Zasypiam bez roztrząsania w głowie, co włożę na siebie następnego dnia. System się sprawdził.


Nie chodzi mi o to, żeby udowodnić światu, jak perfekcyjnie zorganizowana jestem. Bo nie jestem. Ale staram się walczyć z samodzielnie generowanym chaosem. Od marca trwam przy tygodniowym planie działania (było o tym tutaj). Zauważyłam, że marnuję mniej czasu. Ogromna to zaleta.

wtorek, 1 lipca 2014

Ni miś, ni wydra. Albo Żyrafa.

Poza tym, że jestem silnie zakochana w moich nowych butach (w których jestem tylko 23 cm niższa niż Marcin Gortat) robię też inne rzeczy. Używam kosmetyków, o których będzie któryś kolejny post; wizualizuję spódnicę, którą zamierzam sobie uszyć; testuję perfekcyjny system w szafie; przygotowuję listę 10 książek na lato. Tak mniej więcej będzie wyglądał krysztallowy lipiec. Ale zanim co, dopóki wszystko jeszcze w zarysie, mam do przedstawienia dwa zwierzątka. Namalowałam! Oba prezentowe. W sumie mogłabym masowo malować zwierzątka ozdobione czerwonymi kokardkami.

Żyrafa to ulubione zwierzę mojej ulubionej Haneczki. Miś powstał na prośbę sąsiadki. Format prawie ten sam, bo żyrafa to 26x30, a miś 24x30. Farby akrylowe. W obu przypadkach starałam się zrobić ciekawe tło. Żyrafa początkowo miała zeza, ale naprawiłam jej wzrok. Okoliczności...



Żyrafa jest zainspirowana kolorowankowym zwierzęciem. Chociaż ja zrobiłam wersję wypasioną. Serduszka obmyśliłam sama. Żeby wywołać cukrzycę mózgu u odbiorcy mojego dzieła. Czerwone kokardki potraktuję jako znak rozpoznawczy mojego zoo. W przypadku misia sprawdzałam inny rodzaj, bardziej bogatą formę, ale chyba pozostanę przy pierwotnym kształcie. Tutaj poprzedni obrazek. Miś wygląda trochę jak wydra.



Przy okazji żyrafy i ogólnie zezwierzęcenia, pomyślałam o piosence.