poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Tak, to właśnie to; to właśnie to.

Wiosna trwa. Na szczęście nie złamałam sobie palców, a mogłam to zrobić, sprawa była poważna. Zjadłam galaretkę. Za chwilę zacznie się maj.

Nie wiem, jaki problem ma Olsztyn z nornicami, ale brzmi groźnie.

Nornic walki.


Artystka Lee Shy

Ja i mój obrazek (jeszcze go nie skończyłam).

(✿◠‿◠)

Postny tytuł zaczerpnięty z poezji. "Noc w porcie" Valery Larbaud. Wers siódmy. Ciekawostka - Valery żył 76 lat, wcale nie tak krótko, jakby jego imię wskazywało. I dużo podróżował. Koniec ciekawostki.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Krysztallowy konkurs o kreatywności

Jakiś czas temu wzięłam udział w konkursie i nagle wygrałam książkę. Przeczytałam co sił w oczach, wyciągnęłam swoje wnioski (ale byłam mądra, część porad z poradnika stosowałam przed ich poznaniem) i pomyślałam - hmmm, hmmm, hmmmm, a gdyby tak kultywować kreatywną kradzież? Stąd konkurs. Kto się brzydzi używanych książek, w tej chwili klika tutaj*.

Koncepcja przekazywania dalej sprawdza się w zarazach i innego rodzaju plagach. Uwalnianie książek jest dość modną metodą szerzenia czytelnictwa. Ja postanowiłam szerzyć kreatywność. Bo krysztally i kreatywność mają ze sobą coś wspólnego. "K". K jak potas. A jeśli potas to fajerwerki... Zatem nagrodą jest książka. Ten sam egzemplarz, który ja otrzymałam (jednocześnie polecam Zdrową Kuchnię Sowy, może nie wyglądam, ale testuję przepisy i bardzom kontenta, jeśli już mowa o literze "k"). Jakoś bez sensu to napisałam, ale jestem ostatnio zmęczona szalenie i opanowana przez różnego rodzaju reakcje alergiczne. Witaj, pani wiosno!

Królik widoczny na zdjęciu nie jest nagrodą, pozuje tylko, by rozbudzić pozytywne uczucia.



A teraz najważniejsza część: Co zrobić, żeby wygrać? Mam nadzieję, że nie będzie to skomplikowane zadanie. Ale mój mózg może się mylić, jak w wielu przypadkach. Długo myślałam nad zadaniem, któremu sprosta każdy nawet przedszkolak, aż w końcu doszłam do wniosku. Mój pewuenowski "Mały słownik języka polskiego" uważa, że kreatywny znaczy twórczy. Udział w konkursie może wziąć każdy stały czytelnik, który jest obserwatorem (obojętnie czy oficjalnym blogowym, czy bloglovinowym), i w komentarzu pod tym postem (do 4 maja 2014 roku) umieści swoją własną, osobistą definicję kreatywności. Wynik postaram się opublikować 6 maja, w 74 rocznicę przyznania (czy raczej oficjalnego wręczenia) Johnowi Steinbeckowi nagrody Pulitzera (za "Grona gniewu"). Dlaczego tylko osoby obserwujące? Bo musi być ekskluzywnie, chociaż raz. Bo chcę mieć łatwość namierzenia i skontaktowania się. Bo tak.

Książkę mogę wysłać w obrębie Europy, mieszkańcy pacyficznych wysp, do których specjalnie wytrenowane rekiny dostarczają pocztę, będą dyskwalifikowani ze względów logistyczno-geograficznych.
Książkę po przeczytaniu należy podać dalej. Mamie, tacie, babci... Nie wymagam organizowania konkursu, mówię tylko, że kreatywne skąpstwo to oksymoron.

Jeśli ktoś czegoś nie rozumie, mam jeszcze podręcznik do logiki. Mogłabym udostępnić w ramach nagrody pocieszenia. Ale nie wiem, w którym kartonie spoczywa. Jako inteligentna osoba upchnęłam arcyciężkie pudła na najgórniejszych półkach w szafie i jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy je wyciągać w celu rozpakowania, z pewnością odniosę rany kręgosłupa, a może nawet coś spadnie mi na łeb. Nie czytałam dobrze tego podręcznika.



*Nie polecam tego filmu, zmarnowany potencjał.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Hollywoodzkie oliwki

Obiecywałam ładne tutoriale.

Nazwisko do zapamiętania - Paul Hollywood. Jeśli miałabym wybrać najpożyteczniejszego celebrytę, byłby to właśnie ten pan. Dzięki niemu udoskonaliłam moją piekarniczość, weszłam na kolejny poziom operowania mąką i drożdżami, przytyłam i moja gęba stała się jeszcze bardziej okrągła.

Zdjęcie zaczerpnięte.

Przepis podkradnięty tutaj, ale trochę dodałam i odjęłam, żeby dopasować do gustów własnych i przyjacielskich. Oczywiście pierwotna recepta jest genialna, można posiłkować się wskazówkami w niej zawartymi, ale ja przedstawię moją wersję.

Dla zainteresowanych - bardziej kruche grissini tutaj.

Do przepisu! Let's go!  Давай! (Nie znam włoskiego, a chciałam zachęty międzynarodowe zamieścić, żeby uświadomić, że włoskie grissini, angielski piekarz i polski blog, więc zachęta jest wypadkową).

Olive breadsticks, czyli paluchy oliwkowe, czyli grissini mit Oliven (takie znam języki, przepraszam).

Co robi Paul, mamy w zalinkowanym przepisie. Co robię ja?

Składniki (to moja wersja, więc odbiega od prawdziwej):
  • 1 kilogram mąki;
  • 1 łyżeczka soli;
  • 2 łyżeczki drożdży;
  • 800 mililitrów letniej wody (lililililitry, ile li można?);
  • 4 łyżki oliwy;
  • około 0,5 kilograma oliwek bez pestek;
  • dodatkowo: mąka krupczatka do posypania i 2 łyżki stołowe przyprawy ziołowej do ciasta, w tym przypadku czubryca zielona z ziołami prowansalskimi.
Nie wiedziałam, jakie zioła dosypię, więc na rodzinnym portrecie ich nie ma. W puszce po herbacie jest sól.

Przygotowanie ciasta. Można mieszać łapkami, to nawet wskazane, ale raczej tego nie robię. Składniki połączył za mnie mechanizm mieszający.

1. Wsypałam do miski mąkę. Dosypałam do niej drożdże i sól, po przeciwnych stronach, bo Paul mówi, że tak trzeba, bo sól obok drożdży jest niewskazana, źle działa. A jak się pomieszają? Nie wiem...


Kuchenne światło jest wielopunktowe, dlatego takie światło i cień, dym i ogień...

2. Dolałam 2/3 wody, uruchomiłam maszynę mieszającą. Kiedy składniki podstawowe połączyły się, dolałam resztę, czyli pozostałą 1/3, co razem dało 3/3. W przepisie był podział na 3/4 i 1/4, ale jestem dyslektykiem.

3. Mieszała maszynka ciasto, mieszała, aż stało się miękkie i rozciągliwe. Wtedy dodałam oliwę i poczekałam parę minut, aż się wchłonie. Maszyna nadal mieszała.

4. Naoliwiłam pojemniki prostokątne do przechowywania żywności.



5. Przerzuciłam oliwki do pojemnika po wodzie, odsączyłam je i wrzuciłam do ciasta. Dosypałam przypraw. Wymieszało się wszystko w miarę ładnie.



Czubryca.

Mieszu-mieszu...
 

6. Ciasto rozdzieliłam na dwa pojemniki, zamknęłam je i odstawiłam do lodówki (tak, do chłodnej lodówki, nie w ciepłe miejsce). Zajęłam się ważniejszymi sprawami. Na wyrośnięcie ciasta potrzeba około 2 godzin. Pośpiech nie ma sensu.






7. Stolnicę posypałam mąką krupczatką. Nie dysponuję semoliną. Jeśli krupczatka jest dobra do bełtania pizzą, jest też dobra do innych włoskich wybryków. Nastawiłam piekarnik na 225 stopni.


Kwiatek! :)

8. Wywaliłam ciasto z pierwszego pojemnika na przygotowany plac. Nie ma problemu z odczepianiem się masy od ścianek. Naoliwienie robi swoje. Wybrany placek posypałam krupczatką i lekko przypłaszczyłam.




9. Sprytną łopatką-krajaczką odcinałam paski ciasta i układałam je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Nie wyszły równe, ale nerwowo się nie załamałam. Mam gorsze obsesje.




10. Plastusie piekły się przez 15 minut. Na ciepło są najlepsze.




Tak wygląda ta historia. Czas na napisy i piosenkę końcową -



czwartek, 3 kwietnia 2014

Crawling in the Dirt

Są piosenki dzieciństwa, które wracają i odbijają się człowiekowi czkawką echem w głowie w pewnych życia momentach... Fanką świń nie jestem. W piosence napisanej przez Harrisona jest piękna metafora dotycząca specyficznego trybu życia, ale nie będę myśli tej rozwijała. Jaka świnia jest, każdy widzi. Zdjęcia wykonałam za pomocą mojego niezawodnego telefonu, bo jak człowiek ubabrany w farbie (jak świnia), to się nie dotyka sprzętów cennych (cudzych fotoaparatów). Poza tym nawet nie przyszła mi do głowy porządna dokumentacja, mocno o upublicznianiu nie marzyłam.

W trakcie malowania wywiązały się tezy dotyczące sztuki, postrzegania, gustu i upodobań. Świnia nie jest moja, mam ochotę już nigdy na nią żywą nie patrzeć (to się może udać, chyba że przyśni się w nocy).


Rzeźbę wykonał artysta nieznany (z nazwiska nie znam, ale wiem, gdzie mieszka, samego człowieka też w miarę kojarzę). Zakupił ją pan X, ja tylko malowałam, zgodnie z życzeniem i wizją. Jako polichromator powstrzymuję się od komentarza na temat wartości estetycznej działa. Taki tam degustibus... Można mieć pretensję do kompozycji, trochę rozplanowanie siadło, wykonanie też mogło być bardziej staranne, żebym nie musiała doszlifowywać, by powłoka kolorystyczna się utrzymywała. Pod koniec pracy uświadomiłam sobie, czego brakuje. Ludziki są bezszyjne.


Dane techniczno-materiałowe: lipowe drewno malowałam akrylowymi farbami, bez zbędnej przesady i niuńciania. Rozwaliłam jeden pędzel (włosie się zdarło na zadrach). Wygłupianie się szczoteczką do zębów porzuciłam bardzo szybko, kurz i pył powstały w wyniku szlifowania sprzątałam odkurzaczem (21st century girl, I do what I like...).

Noce i dnie... Poświęcenie godne Wita Stwosza. Żółta ciżemka mi się należy.

Najlepiej malowało mi się ogień. Tło denerwowało mnie najbardziej. Całość uważam za przedsięwzięcie udane, ponieważ właściciel odebrał malowidło, zapłacił i do tej pory nie wrócił.




I tyle na świński temat.

PS. Będzie konkurs niedługo. Można już ostrzyć zęby (nagroda będzie jedna).