sobota, 1 marca 2014

7 ulubionych filmów

Źródło było, ale już wygasło. To mogę polecić.


Kultura musi być. Pisałam w tym roku o książce, postanowiłam napisać o filmie. Ale jeśli zaczęłabym tworzyć recenzję jednego dzieła, byłaby straszliwie krótka. Mózg mam skupiony na innych zagadnieniach. Tutaj wtrącenie - o wiele łatwiej znaleźć mapę przedwojenną niż powojenną. Ale o moich poszukiwaniach innym razem. Teraz oto przed państwem lista moich ulubionych filmów science fiction, które powstały po roku 2000. Wcześniejsze produkcje to już starocie, a to nie jest przecież bar z odgrzewanymi schaboszczakami. Postanowiłam też nie skupiać się na głośnych tytułach, więc "Incepcji" nie będzie. Szef kuchni poleca takoyaki i yorkshire pudding.
Kolejność nie ma znaczenia. Lista nie jest zamknięta. Streszczeń fabuły nie będzie, odnośniki są po to, żeby rozwiać wątpliwości. Osobiście bardziej lubię, kiedy science przerasta fiction, ale nie zawsze można mieć wszystko. Jeśli komuś się nudzi, może poszukać i oglądać.

1. Moon (2009) to bardzo sprytna opowieść o człowieku i ludzkości. Temat mój ulubiony, bo o tym, co nas czyni człowiekiem i czy bycie człowiekiem jest prawem, obowiązkiem, czy przywilejem. Film oszczędny w formie, ale zawierający wyśmienite detale (jak choćby nazwa stacji, na której rozgrywają się wydarzenia, czy pobudkowa piosenka głównego bohatera). Dodatkowym atutem jest komputer pokładowy przemawiający głosem Kevina Spacey (nie odmienię nazwiska, w odmianie brzmi głupio).

2. Na liście nie może zabraknąć przepięknego wizualnie i dźwiękowo japońskiego filmu pod tytułem Casshern (2004). Pomysł nie jest nowy, bo to adaptacja anime od dłuższego czasu pełnoletniego. Co mnie urzekło? Neoludzie? Patos i kosmos? Nie... Poetycki wymiar tego postmodernistycznie renesansowego obrazu. Kosmosu nie ma wcale.

3. Właściwie dwa filmy. Bo jeśli Japonia, to Appleseed (2004, dobry rok dla Japończyków) i Appleseed: Ex Machina (2007). Lubię króliki, to nie tajemnica. Ale jeśli mój ukochany zostałby cyborgiem w kształcie wojowniczego królika ninja... Love i romance! Poza tym doświadczamy dobrej muzyki i pozytywnych doznań wizualnych. Olimp widziany po raz pierwszy wygląda świetnie (z Basement Jaxx w tle). Drugi raz też dobrze. Ale nie wolno przedawkować.


Jeśli chodzi o Ex Machina, tutaj spotykamy się z rozbudowanym dylematem "Czy jestem jeszcze człowiekiem? Czy jestem tym samym człowiekiem?" (w celu zapozania sie z tym dylematem, proszę o przejście do punktu nr 5). Dodatkowa ciekawostka - przez Appurushîdo słowo "bioroid" wymawiam po japońsku.

4. Nie opuszczaj mnie, czyli Never Let Me Go (2010). Najpierw przeczytałam książkę. Bardzo lubię Kazuo Ishiguro, zaraziła mnie tym Pani Matka. Temat cały czas ten sam, czyli rozgawory na temat istoty człowieczeństwa. Gdybym napisała, co chciałam napisać, byłby to stukrotny spoiler. Film ponury jest, wznieca smutek, melancholię oraz przygnębienie. Ale aż chce się żyć.

5. Tytuł znany, ale ten najmniej uznany. Lubię Star Trek X: Nemesis (2002). Bo, jak wiele osób się już domyśliło, lubię filmy o klonach i ich rozchybotanej tożsamości. W tej części przygód naszego ulubionego kapitana Jean-Luca Picarda spotykamy jego młodszą, doklonowaną wersję, która jest bardzo smutna, miała trudne dzieciństwo w kopalni uranu gdzieś na skraju rozpadającego się Związku Socjalistycznych Republik Romulańskich. Do tego biedak jest łysy (jak Jean-Luc), więc nie może nosić modnych w swoim regionie grzywek, co tylko pogłębia jego rozpacz. Młodzieńcza psychika zamienia się w tygrysa szablozębnego, a stary Jean-Luc zastanawia się (związek z punktem nr 3 - w A:EM takie rozgawory toczyła ze swoim mózgiem główna bohaterka, bo jej faceta sklonowali), czy klon jest nim, a on tym klonem w jakiś sposób? Co tu robić? Oglądać!

6. Renaissance (2006), czyli losy ludzkości zależą od pomyślnego rozwiązania zagadki. Zostałam oszukana, nie wiedziałam, jak sprawa się skończy (zazwyczaj zgaduję, tym razem trochę się nie udało). Poza tym film jest europejski, animowany, dopracowany. Warto zobaczyć z ciekawości. Nie Azja i nie Ameryka, a da się.

7. W tym miejscu postanowiłam zrobić wyjątek i na przekór mojemu hipsterstwu polecić coś mainstreamowego. Lilo i Stich (2002) nabiera jednak zupełnie innego wymiaru, kiedy film ogląda się po adoptowaniu psa z nadgryzioną psychiką. Niszczenie wszystkiego, kąsanie każdego powoli zostaje wykorzeniane wraz z wzrostem poczucia bezpieczeństwa i wzmacniania więzi. Niby taka sobie bajeczka, ale jednak warto zapoznać się z tematem przed wyrwaniem burka z bezdusznych szczęk bezdomności i bezmiłości. (Musiało być o jamniku przecież.)

Nie chodzi o to, żeby zasypać tytułami, zatem to dobry pomysł, żeby zakończyć wymienianie. Jednocześnie zachęcam do dodania brakujących tytułów w komentarzach.

Nasowy plakat zachęcający do zwiedzania Wszechświata.

A na końcowy koniec kilka słów o Człowieku ze stali. Jest to dość ciekawa propozycja spod znaku S w trójkącie, czyli Superman powrócił. Nie przepadam za Amy Adams, ale mimo wszystko potrafię być wyrozumiałym widzem i swoich osobistych emocji nie przenosić na ekran (w tym sensie, że nie rzucam niczym). Henry Cavill w roli Clarka Kenta całkiem nieźle się spisał. Jako Albert w Hrabim Monte Christo był miągwą nie do zniesienia, a tu proszę, dorósł, wyprzystojniał, nauczył się latać i podnosić ciężarówki... Można? Pewnie, że tak. Film naprawdę nie jest zły. Polecałam go nawet Pani Matce, ale ona stwierdziła, że za Wajdą nie przepada.

16 komentarzy:

  1. znaczy z Wajdą mamy tak samo jak Pani Matka ;-) co do reszty to ja tylko ST Nemezis widziałam, ale ja widziałam właściwie wszystkie ST ;-)
    tkwię w serialach. a z filmów to tylko Marvel taki do oglądania bardziej. kino głębokie mnie mierzi tak samo jak głęboka literatura (se tłumaczę, że ja też mam głębię i nadmiar tej głębi by mnie zatopił pewnikiem, ale wiadomo, jakoś trzeba usprawiedliwić miłość do literatury lekkiej łatwej i przyjemnej ;-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postanowiłam nie oglądać nowych ST, wcześniejsze widziałam chyba wszystkie.

      Mam w planach jeszcze listę moich ulubionych seriali, ale już bez wyznacznika gatunkowego. A co do głębi - czasem bywa, że koń utonie, łańcuch pływa, więc warto zaryzykować ;) Ostatnio rządzi u mnie kino biograficzne, czyli filmy tak zwane przegadane, bez większej akcji, ale koncentrujące się na portretowaniu. Kiedyś nie lubiłam, obecnie nic innego mnie nie interesuje.

      Lubię "Ziemię obiecaną", chociaż zazwyczaj też unikam Wajdy i Olbrychskiego.

      Usuń
  2. Widziałam tylko 1 pozycje. Jak znajdę czas to poszperam w internecie w poszukiwaniu reszty listy. Pozwole sobie wtrącić swoje spostrzeżenie. W 2012 opublikowalas równo 100 postów, podobnie jak w 2013? Każdego miesiąca jest 8 postów. Czy to było zamierzone od poczatku? Nie wiem jak na to wpadlas, ale to genialne, chociaż nie ma większego znaczenia. Powinnas dostać za to medal. To się nazywa systematycznosc! Congratulation !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki jest plan, realizacja w obrębie miesięcy wygląda różnie, ale rok 2014 też postaram się zamknąć w 100 postach. Jeśli chodzi o cyferki - zwracam na nie uwagę, chociaż nie przywiązuję znaczenia. :)

      Usuń
  3. W sprawie map polecam Bibliotekę Narodową - mają niezłe zbiory w stosownym dziale. Nie wiem, czy znajdziesz tam to, czego szukasz, ale czego się naoglądasz przy okazji... :))) A co do odmiany nazwisk, to widać, jacy się robimy światowi. Kiedyś Disney to był disnej i łatwo nam się odmieniał, a teraz wszyscy wiedzą, że dizni (a Spacey to spejsi) i chęć do odmiany spada. No, ale jak profesor Bańko nie lubi być odmieniany, to czego oczekiwać od Walta i Kevina... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyłam też, że jest moda na nieodmienianie odmienialnych polskich nazwisk. Jak ktoś się nazywa Kapeć, to się prosi o coś Jana Kapeć, a nie Jana Kapcia.
      Z mapami powoli się odnajduję, ale jeśli będzie trzeba, to nie zawaham się sięgnąć po źródła ostateczne. Dziękuję za podpowiedź :)

      Usuń
  4. Jest taka możliwość, że nie widziałam ani jednego filmu science fiction, a że współczesna kinematografia mnie mierzi to raczej tego nie nadrobię, zwłaszcza, że nie mam ochoty. ;p

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli Appleseed to i Vexille. Osobiście bardziej mi się podobało, tym bardziej, że Amerykanie mówili po japońsku.

    Ania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też prawda :) Dziękuję za trafną uwagę.

      Usuń
  6. "Niby taka sobie bajeczka, ale jednak warto zapoznać się z tematem przed wyrwaniem burka z bezdusznych szczęk bezdomności i bezmiłości." zrobiło mi wieczór. I przekonało do obejrzenia Lilo i Stitcha :D
    A czemu GITS nie dodałaś? Jak Appurushido to i GITS (ale na A chyba płakałam, a na GITS chyba nie... więc jak ktoś nie lubi zbędnych wzruszeń, to polecam GITS)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oglądaj o adopcji kosmicznego zwierzaka, będziesz płakać ;)

      Ghost in the Shell zaczyna się przed rokiem 2000, a nie mogę rozczłonkować jak Star Trek, bo szkoda. To się jednak powinno oglądać od początku do końca.

      Usuń
  7. Polecanych filmów nie znam, choć lubię SF. Jedynie Star Trek brzmi znajomo, choć bardziej serialowo... Moja ulubiona tematyka w SF to podróże w czasie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Specjalnie wybrałam takie, których nikt nie będzie znał :)
      Jeśli podróże w czasie, to "Idiokracja" ;) Z tych, które ostatnio oglądała, tylko "Looper" przychodzi mi jeszcze do głowy. I nie był taki zły, koncepcja całkiem interesująca.

      Usuń
    2. Loopera widziałam, podobał mi się, choć zamotany, ale w podróżach w czasie to normalne:)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.