środa, 29 stycznia 2014

Styropian jadalny

Przepis nie jest skomplikowany, nie wymaga posiadania piekarnika. Wystarczy spora blaszka (lub podobne naczynie, niekoniecznie ogniotrwałe), kawałek papieru do pieczenia (bo się nie przykleja), łyżka, pędzel, mieszadło równomierne i garnek. Oraz urządzenie podgrzewające do garnka. Ze spożywczych cudów:
  • paczka pianek, moje były lidlowskie (chyba 300 g, ale głowy nie dam);
  • 3 łyżki masła (moje roślinne);
  • amarantus ekspandowany (użyłam 120 g), ryż perforowany, a może pszenica - w każdym razie jakieś nadmuchane ziarno.
Masło w garnku podgrzewamy. Trochę podkradamy pędzlem, żeby wysmarować blachę. Do reszty dorzucamy pianki, mieszamy na małym ogniu póki nie powstanie sympatyczna pulpa, oddalamy od źródła ciepła, dosypujemy ziarno, mieszamy. Wyrzucamy na blachę, rozprowadzamy mieszadłem, dociskamy przez papier, odstawiamy na kilka godzin. Można jeść jak jest, można pokroić, oblać polewą, całkowicie otoczyć czekoladową skorupką. Produkt finałowy jest miękki, ale chrupiący i całkiem smaczny. Nie zalecam słodzonego ziarna, bo co za dużo... Pianki same w sobie są słodkie.






Zdjęć z dosypwaniem ziarna zabrakło, ponieważ to kleista procedura i nie mogłam sobie pozwolić na błędy. Akurat nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Po odstaniu odpowiedniej ilości czasu wyciągnęłam zastygnięty styropian z blachy, ułożyłam na tacy, oblałam polewą czekoladową z siekanymi orzechami (bo źle zrobiłam polewę i musiałam trochę zagęścić). Odstawiłam na kolejne kilka godzin, na noc właściwie. Rano można już było pokroić styropian na mniejsze kawałki i zjeść jako dodatek do kawy.




Próbowałam już robić styropian z pszennych płatków nadmuchiwanych, ryżu perforowanego i właśnie amarantusa. Ten ostatni uważam za najlepszy dodatek. Ale oczywiście ostateczny wybór pozostawiam indywidualnym przekonaniom i gustom.


środa, 22 stycznia 2014

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami

Kolejne zdjęcie z cyklu "Świat u stóp".


Chciałam napisać recenzję filmu biograficznego. Nie napisałam. Mogę za to wyznać, co jest powodem nienapisania. Film to "Diana" o księżnej, królowej ludzkich serc (jak mnie śmieszy ten tytuł, ale to inna historia). Z oglądania wyniosłam niewiele. Kto mnie śledzi na twitterze, ten wie... Odniosłam również wrażenie, że Diana była strasznym nieludkiem. Przedstawiono ją w sposób jednowymiarowy, płaski, wręcz pusty. Film Madonny był ciekawszy.
Mogę obsmarować filmową Dianę. Rozwydrzona królewna, egoistka, jakaś taka psychiczna, hipokrytka udająca słodką niunię, niebezkrwiście dążąca do swoich celów. Taki się wyłonił obraz. Dzieci niby ważne, ale gdzieś z boku. Może chodziło o to, żeby żyjący członkowie rodziny się nie obrazili, może nie wolno naruszać dobrego imienia monarchów, ale w takim razie, po co robić film? Odechciewa się oglądać również z powodu ludzkich odruchów. Zdawało mi się, że główna bohaterka jest strasznie zmęczona całą historią, śledzeniem jej ruchów. Że ma już serdecznie dość widzów. I że tak naprawdę nie może określić, o czym marzy. Nie jest pewna, czy jeszcze zostały jej jakieś marzenia. Ona już tylko dąży. Zamiast odwiedzać kolejne szpitale, przemawiać, rozminowywać, powinna iść do dobrego psychiatry. Diana miała psychikę zniszczoną przez fryzjera. Z całą pewnością.

Żeby nie było nudno, oto zdjęcia z mojego życia ostatniego. Duże formy mnie załamują, więc ich nie będzie. Za to pojawiają się zdrowotne soczki, które staram się pić często. Sama ukręcam, już dawno nie konsumowałam kupnego (cóż za duma!). I jeszcze coś - zdechł mój dobry aparat, a ten, który pożyczałam, utonął (z winy właściciela, nie mojej). Zostały mi dwa złe fotonarzędzia, więc spektakularnie nie będzie. Przez jakiś czas. Jeśli ktoś ma ochotę, może mi podarować jakiś sprzęt, czemu nie, nie obrażę się... Jeśli leci z nami milioner... Proszę się nie krępować. Tak w poważniejszy ton uderzając - zła trochę jestem, bo festiwal nieszczęść. Włosy, aparaty, laptop coś pokasłuje, prostownica również padła, zapominam kupić żarówkę do mojej specjalistycznej lampki (żarówka też jest specjalistyczna), nie mogę znaleźć stopki do lamowania, podczas sprzątania zgubiły się nici haftownicze, a jamnik zrobił się nerwowy i upierdliwy. Ze mną też trudno wytrzymać. Jak ja to robię? Postanowiłam napisać recenzję książki, którą teraz czytam. Choćby króciutką. To nastąpi dopiero w lutym (tak myślę). Poza tym Sivka sprawiła, że postanowiłam ubrać się jak zniszczone miasto. Trochę to nie w porządku względem miasta.

Zieleninka pitna z rukolą w roli głównej.

Zastanawiam się nad odrzuceniem pszenicy. Zanim jednak zaczęłam, wpadłam w szał pieczenia. Powstał stollen, z marcepanem, suszonymi owocami, słodki i uroczy. Ale może jednak przerzucę się na żytnie drożdżówki? Też są dobre, zjada się mniej. Eko, fit i cudowność. Czego chcieć więcej?

Stollen przed pieczeniem.

Stollen w trakcie konsumpcji.

Narysowałam i oddałam obiecany przed laty portret. Czyli kolejne postanowienie spełnione. Portret powstał w dwóch wersjach, do wyboru. Poniżej wersja koloryzowana kredkami bambino.


Co jeszcze? Te moje utrapione włosy. Na zdjęciu w wersji spiętej. Jak widać, kok na czubku bardzo jest rozleciały. Nie mogę stworzyć gładkości. Grzywka jest średniej jakości, wydaje mi się, że krzywa (a może to astygmatyzm?). Na szczęście kolor podoba mi się bardzo. Jednym problemem są szybko uwidaczniające się odrosty. Jednak przy odcieniach rudościowatych ten problem jest nie do rozwiązania. Rita Hayworth też tak miała... ;)


I na koniec prace ręczne. Królik i Miś są już znani. Ale zrobiłam też kwiatek próbny. Rezultat nie należy do najgorszych, tym bardziej, że cięłam na tak zwane oko. Zrobię szablon i zacznę masowo produkować takie kwiatki. Zimą trzeba. Poza tym planuję znowu zrobić lodowe kule ozdobne. Mróz jest, aż gwiazdy w nocy trzaskają na niebie, dlaczego nie zmrozić kolorów?



To był taki krótki wgląd w sytuację kryzysową. Jednocześnie dziękuję za wsparcie i dobre słowa.

niedziela, 19 stycznia 2014

Kryzys


Znowu nie to, co chciałam, ale tak się jakoś składa. Poza tym ostatnio moje różne plany się rozplanowują, rozkładają zupełnie zwyczajnie, nie mam wpływu, a życie się toczy. Wszystko płynie. Bardziej niż przy wiosennych roztopach, do których jeszcze daleko (tak twierdzi prognoza pogody). Ludzie marudzą, że zima, zimno, śnieg (albo nie), wiatr, deszcz, brak słońca, za dużo słońca... Są lepsze powody do niezadowolenia. Poniższe obrazki mają to uświadomić. Historia powstała na podstawie prawdziwych wydarzeń. Moje życie.





Wiem, że niektórzy ludzie mają prawdziwe problemy. Ja też mam. Ale czasami dobrze porozpaczać nad jakąś bzdurą. Nie za mocno, z dystansem, ale prawdziwie porozpaczać. A później pomyśleć, że to przecież nie jest nic strasznego, nic wielkiego, że da się żyć. Ciężar zrzucić i narysować trzy kolorowe wykrzykniki.

PS. Chciałam zgłosić krysztallowy blog do konkursu blog roku (nie, żeby wygrać, miałam inne plany), ale im dłużej o tym myślałam, tym głupsze wydaje mi się to nawet od płakania nad podciętym włosem. Poza tym walczę z afektywnym dwubiegunowym kryzysem twórczym. Im więcej rzeczy usiłuję zrobić, tym bardziej beznadziejne mi się wydają. Nie podobają mi się efekty. Nic mi się nie podoba.

sobota, 11 stycznia 2014

Krysztallie nie potrafi

Szum się zrobił, gdyż oto pojawił się na rynku polskim prasowym dwumiesięczynik "Mollie Potrafi". Jest to oczywiście krajowa wersja popularnego "Mollie Makes".  I oto krótka recenzja pierwszego numeru.



Ucieszyłam się nawet, tym bardziej, że na stronie 22 znajduje się bardzo ładna ilustracja (strona 21 to reklama, więc wytnę ilustrację, oprawię i powieszę na ścianie). Stron jest 108, cena 12 złotych, (6 złotych na miesiąc), około 11 groszy za stronę. Stron poświęconym reklamie jest 8,5, z czego 5,5 to reklamy "branżowe", związane z tematyką publikacji. Ilustracji i zdjęć jest dużo więcej niż literek, ale chyba o to mniej więcej chodzi. To takie podsumowanie statystyczne. Jasne kolory dominują.

Idea to zacna, bo jednak rynek obfituje w specjalistyczną prasę. Jeśli coś dotyczy szycia - dotyczy właśnie tego, jeśli chodzi o szydełko - może tylko przebłysk drutów. Z kreatywnością ogólną raczej się w prasie nie spotkałam. Może mało wiem o życiu, ale taki tytuł był potrzebny. Poza tym wyrobiona marka, ktoś się może nawet uprzeć, że renoma.
Prezentowane pomysły są ciekawe, różnorodne, każdy może znaleźć coś, co go zainteresuje. Ja zapiszczałam z zachwytu nad szydełkowymi śnieżnymi gwiazdkami (jakaś obsesja, bo nie ma żywych). I tu właściwie kończą się moje piski zachwycone. Teraz będę rugać.

Jest błąd we fragmencie opisu, mea culpa. Kwiatek zrobiłam. Nie ma związku.


Szydełkuję od niedawna (nie liczy się data zaczęcia, liczy się częstotliwość), chciałabym, żeby wzory były tłumaczone jak chłop krowie na rowie, bo jestem w tej dziedzinie wybitnym nieekspertem. Mollie potrafi, ale ja bez schematów, rysunków, objaśnień krok po kroku sobie nie poradzę. Ok, pomyślałam, może wydziergam mitenki, na drutach bardziej się znam. Wcale, kurka wodna, nie. Gdyby moja własna rodzona matka rodzicielka nie rozrysowała mi co-i-jak, nie miałabym pojęcia, jak skomplikowany wzór wykonać. Nie jestem wystarczająco błyskotliwa, naprawdę jakiś schemat by nikogo nie zabił, a różnym niekumatym nielotom wyrosłyby zalążki skrzydeł.
Druga sprawa - wszystkie tutoriale, inspiracje, pomysły, kreatywności są pochodzenia zagranicznego. Nie jestem ksenofobem, sama śmigam po obcojęzycznych blogach, pinuję i tak dalej, ale czy naprawdę nikt nie mógł zadać sobie choć trochę trudu i wyszukać twórców wśród narodu? Akurat w tej dziedzinie nie byłoby problemu. To też dobry krok w promowaniu, bo rozniosłoby się, że jakaś polska tutorialistka blogosferyczna się udzieliła, każdy chciałby zobaczyć, chociaż z daleka.
Jak się czepiać, to wszystkiego. Co to jest za tytuł? "Mollie Potrafi"? Jakby to jakaś niezguła była. Tępa dziunia, ale jednak potrafi. Wydaje mi się, że "Mollie Makes" lepiej brzmiałoby jako "Mollie Tworzy", ale mogę się mylić. Nie mam lingwistycznego przystosowania, nie mam znajomości w temacie. Ale tworzenie to rozmach, kreatywność, eksplozja działania... Potrafi? To nic niezwykłego. Ania, Frania i Pirania też potrafią. Ale nie tworzą, odtwarzają.
Mało jest też interaktywności, zachęty do budowania społeczności. Nie widać chęci dialogu z odbiorcą. Słowo wstępne ze strony 3 niby tworzy klimat, że pięknie, magicznie, otulenie, zima, gwiazdki na niebie... Można wypić nad tekstem kakao i uśmiechnąć się. Ale przewracamy stronę i mamy słowo od wydawcy - że Mollie nie można nie kochać, że sukces pewny, że aktywne Polki z pewnością polubią, Uwaga, uwaga, cytat - "Redakcja Mollie... potrafi wyszperać kreacje z najróżniejszych zakątków Anglii i Europy". Ja bym za takie zdanie ukręciła komuś łeb. Nie jesteśmy na Wyspach, Europa to dla nas Europa, razem z Anglią, Szkocją, Walią i nawet Irlandią. Nie rozróżniamy na kontynentalną część i wyspiarską. Chyba, że w prognozie pogody lub historii II wojny światowej.

Podsumowanie.
Widzę potencjał, nie da się tego ukryć, ale gdyby pierwszy numer nie był pierwszym, pewnie bym nie była tak bardzo optymistycznie nastawiona. Mam nadzieję, że przedsięwzięcie rozwinie się w dobrym kierunku. Póki co wstrzymuję się z prenumeratą. Atrakcyjna cena, nie podważam tego, ale jedno pytanie w niepotrafiącej krysztallowej głowie się zalęgło:
Czy warto?


piątek, 10 stycznia 2014

Rozwiązanie konkursu z jamnikiem w roli głównej

 
Na wstępie dziękuję serdecznie wszystkim uczestniczkom. Zadanie wcale nie było proste, więc tym bardziej wdzięczna jestem osobom, które podjęły wyzwanie. Pierwsza swój lepiej nadesłała Aleksandra:
Lepiej tysiąc mieć jamników,
niźli dziecko na nocniku.
Zachwycająca prostota, minimalizm niemal... Wyraźny przekaz, dobry rytm. 2 punkty*.
Ostatni wiersz, który dostałam, napisała Katya. Również przyznałam jej 2 punkty. Dietetycznie i ostrzegawczo:
Jamnik to pies co ma krótkie nogi
lecz brzuchem nie dotyka podłogi.
A jednak gdy dasz mu za dużo jedzenia
zobaczysz jak brzuch ten rośnie od pożywienia,
i wtedy przyjacielu miły
koszmary będą ci się śniły,
że iść ze swym pieskiem na spacer nie możesz
bo musisz go turlać i biec nie rozkażesz.
Zatem pamiętaj o dobrej diecie
bo jamnik to twój przyjaciel przecież.
Wiersz, który na szczęście nie doprowadził do śmierci drugiej połowy komisji, nosi tytuł "Historia jamnika, który pożarł Słupskiego chłopczyka". Autorką jest Jaglana:
Szaro, buro, smutek na świecie,
takiego dnia, nic samo się nie plecie,
ani sznurek, ni wiklina.
W kącie drzemie smętna psina,
czasem chrapnie, czasem ziewnie,
by w wierszyku było zwiewniej.

Tego dnia niepamiętnego, że aż się pożal,
jamnik słupskiego chłopczyka pożarł.
Oblizał się razy trzy,
a światu pokazał krzywe kły,
mlasnął jeszcze razy kilka,
jeszcze moment, jeszcze chwilka,
jamnik w okół stołu krąży
a tu chłopiec w brzuszku ciąży.
Co by zrobić, jamnik myśli,
ludzie do swych zajęć wyszli,
legnę sobie na piernacie,
tylko zmienię brudne gacie,
a już czas sam to sprawi,
że się chłopiec w brzuszku strawi.
Jak pomyślał, tak i zrobił,
trochę się z myślami pobił,
co to będzie gdy się ludzie zwiedzą,
że jamniki chłopców jedzą.
Zasnął piesek a tymczasem,
pan zakrzyknął swoim basem, (jak by mógł zakrzyknąć nie swoim - przyp. aut.)
gdzie jest chłopiec, czy ktoś wie,
niech natychmiast się wypowie.
Cisza uszy mu zatyka,
czas poszukać więc chłopczyka.
Szuka pan, szuka pani,
skutek jednak jest do bani.
Szuka babcia i wnuczęta,
tylko dziadek nie pamięta,
grzeje sobie stary zadek,
chłopiec wróci na obiadek,

mówi lecz bez przekonania,
na to jamnik się wyłania
i pląsając coś z ukosa
przypala sobie papierosa.
Niech szukają, a to gratka,
pies uśmiecha się do dziadka.
Już sypialnię przeszukali,
lodówkę i pokój mały
kurz i puch w powietrzu lata,
chłopca nie ma, tak strata.

Jamnik klepie się po brzuchu,
po co robić tyle huku,
na co tyle nam hałasu,
pewnie chłopiec zwiał do lasu,
lub po polu gdzieś się toczy,
nie chce widzieć nas na oczy.
Przeszukano domek cały,
znaleziono dwa sandały,
stary kokos, gniazdo sowy,
i dziadka mundur galowy,
lecz ku wielkiej rozpaczy,
chłopca nie ma, co to znaczy?
Patrzy pani i nie wierzy, jamnik w swoim kojcu leży,
z poszukiwań mi wynika,
że to piesek zjadł chłopczyka.
Rzecze pan: cóż może i racja
bez chłopca czeka nas kolacja.

Morał z tej opowieści,
niech czytelnika pieści,
jeśli masz jamnika,
nie szukaj chłopczyka,
i choć na pysiu blizny,
poszukaj sobie mężczyzny,
właściwie po to co by,
mieć w życiu jakieś hobby.

Koniec więc tej pisaniny
i dręczenia biednej psiny.
Informacja na deserek
Słupski chłopiec to taki serek.
Za zaskakujący zwrot akcji i oczywisty wysiłek włożony w stworzenie tak długiej epopei, autorka otrzymuje 5 punktów w klasyfikacji ogólnej. Druga połowa komisji chciała utwór zdyskwalifikować, ponieważ jamniki nie palą papierosów. Ale nie będziemy ingerować w wolność twórczą. Wiersz jest przezabawny!

A teraz nieoczywisty zwrot akcji - osoba zwyciężająca nie otrzymuje punktów, bo otrzymuje nagrodę. A wygrywa Manki i jej „Długi lepiej ku chwale rasy najdłuższej”. To nie lepiej, to dytyramb.
Lepiej w domu mieć jamnika
Chociaż czasem w but nasika
Chociaż czasem Cię nie słucha
Lepiej mieć takiego druha
Niż jamnika nie mieć wcale
Jamnik – zwierzę doskonałe
I nie tylko w swym mniemaniu
Dobry kompan w rozrabianiu
Niezrównany w lojalności
I w obszczekiwaniu gości
Z niezłym gustem, własnym stylem
Inne rasy za nim w tyle
Jeśli chodzi o karierę
Bo któż inny ma tak wiele
Centymetrów, wielbicieli, wielbicielek
Że o Święcie już nie wspomnę
Jamnik to ma życie godne
Więc, kto żyw niechaj pamięta
I nie tylko tak od święta
Lepiej w domu mieć jamnika
Ten przyjaciel to unikat
Jeszcze raz dziękuję za udział! 

P. Żujka w młodości.


*Nie mogłam nagrodzić wszystkich, ale pomyślałam, że stacje benzynowe miały dobry pomysł z rozdawaniem punktów i późniejszym wymienianiem ich na nagrody. Od tego konkursu począwszy, udział w każdym będzie punktowany. Osoba, która uzyska najwięcej punktów będzie mogła później wymienić je na nagrodę. Może to będzie więcej nagród? Nie wiem. Rok 2014 będzie rokiem konkursowym. Wszystko skrupulatnie zapiszę, dodam trochę za aktywność komentatorską, wspieranie mnie na drodze kreatywnej i coś rozdam. Taka nowa zasada! W momencie otrzymania nagrody punkty są zerowane. Może będę podliczać pod koniec kwartału, w którym odbył się chociaż jeden konkurs? To chyba uczciwe? Tak?

wtorek, 7 stycznia 2014

Wyróżnienie i 11 pytań

Zostałam wyróżniona. Anika z ArtFarmy była na tyle miła i sympatyczna, że przyznała mi wyróżnienie Liebster Blog. Nie jest mi ono obce, jakiś czas temu zmierzyłam się już z pytaniami z tej okazji, ale tym razem padły zupełnie inne. Nie będę rozsyłać wyróżnienia dalej, powinność spełniłam za pierwszym razem. Poza tym nie umiałabym się zdecydować. Dlatego postanowiłam zadać pytania na które czytelnicy będą mogli w refleksji swojej odpowiedzieć, niekoniecznie publicznie. Tak sobie zasadę zmieniłam. Ja nie mogę? ;)



A teraz pytania, na które z powodu wyróżnienia powinnam odpowiedzieć:

1. Jaką książkę polecasz na długie zimowe wieczory?
"Prawiek i inne czasy" Olgi Tokarczuk. Czyta się za szybko i zostanie jeszcze wiele zimowych wieczorów na inne książki. Zatem polecam również obie biblijne księgi Samuela, bo bardzo lubię historię króla Dawida. To wymaga dłuższego skupienia, trudniej się przyswaja, ale wciąga.

2. Jaki napój najchętniej pijesz zimą?
Nie mam ulubionego zimowego napoju, ale ostatnio wróciłam do picia kawy z cukrem waniliowym i mlekiem. Z alkoholowych (Andrews Sisters mnie namówiły!) - rum and coca cola z dodatkiem lodu. I jeszcze zielona herbata z cynamonem i imbirem. Top 3 napojów w tym sezonie.

3. Jakiej techniki artystycznej chciałabyś spróbować?
Wszystkich, których jeszcze nie próbowałam. Tego jest tak dużo! Teraz staram się opanować dzierganie koralikowych bransoletek. Wcale nie jest łatwo.

4. Jaką porę roku najbardziej lubisz?
Pracuję nad sobą i staram się twierdzić, że zawsze jest dobra pora roku. Ale najbardziej lubię przełom lata i jesieni, sierpniową nostalgię. Wtedy światło jest bardzo specyficzne. I odcienie zieleni nabierają innego wymiaru. Powietrze pachnie gorącym słońcem z jesienną nutą.

5. Jaki jest Twój ulubiony serial lub film?
Obecnie ulubiony serial: Byeoleseo On Geudae. Jeśli chodzi o film, jednym z najlepszych, jakie w życiu widziałam, jest Plac Waszyngtona Agnieszki Holland.

6. Jaki kraj lub miejsce na świecie chciałabyś odwiedzić i dlaczego?
Skandynawię latem, szczególnie z wioskowej strony, bo podobają mi się stare, drewniane domki. Zrobiłabym sobie rajd po skansenach. Chciałabym też odwiedzić kawałek Litwy z moim Dziadkiem, bo jeszcze mi się to nie udało, a chciałabym zobaczyć jego miejsca.

7. Jakiego artystę podziwiasz i dlaczego?
Podziwiam wielu artystów, głównie ze względu na ich determinację i ciężką pracę, jaką wykonali/wykonują. Być utalentowanym to nie wszystko. To właściwie dopiero początek. Chodzi o to, żeby nie zaprzepaścić predyspozycji.

8. Co najbardziej Cię relaksuje?
Claude Debussy i paczka kwaśnych żelków.

9. Jaki jest Twój ulubiony kolor lakieru do paznokci?
Dostałam jakiś czas temu lakier Catrice - Caught On The Red Carpet. Nie noszę często, bo bardzo bogaty, dominujący. Przepiękny odcień czerwieni.

10. Jaki blog, portal lub miejsce w sieci najchętniej odwiedzasz w poszukiwaniu inspiracji?
Pinterest. Jestem uzależniona.

11. Jaka jest Twoja ulubiona zabawka lub zabawa z dzieciństwa? 
Zabawka to oczywiście różowy miś Wojtek. Lubię grać w chińczyka. Pamiętam też z dzieciństwa zabawy w pogrzeb. Zakopywałyśmy z siostrą lalki w kartonowych trumnach, ozdabiałyśmy groby kwiatkami... To kiedyś była moja ulubiona zabawa, dzisiaj lubię się z tego śmiać.

To wszystkie odpowiedzi. Mam nadzieję, że wywiązałam się z zadania w sposób dostatecznie wywiązujący... ;) A moje pytania skierowane są do wszystkich, którzy mają ochotę na chwilę zastanowienia. Uderzam w banał? Nie szkodzi.

1. Dlaczego nie zadzwonisz wieczorem do kogoś bliskiego?
2. Mówił Ci ktoś, że ładnie dziś wyglądasz?
3. Czy nie byłoby warto adoptować jamnika?
4. Może pójdziesz na spacer? (Dobrze się spaceruje np. z jamnikiem.)
5. Jaki jest ulubiony kolor Twojej mamy?
6. Wiesz, że wcale nie musisz robić tego wszystkiego, co inni ludzie w Twoim wieku?
7. Kiedy ostatnio bezinteresownie komuś pomogłaś?
8. Naprawdę wierzysz plotkom?
9. Zdajesz sobie sprawę z tego, że jest na świecie ktoś (może jamnik?), kto Cię potrzebuje?
10. Czy wiesz, że życie z jamnikiem (lub innym czworonożnym przyjacielem) nabiera zupełnie innego wymiaru?


Obrazek ukradziony.


11. Dlaczego jeszcze nie wysyłasz zgłoszenia na jamnikowy konkurs?

Uprzedając pytania - nie, nie jestem Paulo Coelho. A jamniczą agitację skończę po zamknięciu konkursu. Cisza wyborcza zobowiązuje. A później zajmę się innymi tematami. Jeśli ktoś czuje narastającą frustrację - to przedostatni jamnikowy post. Apogeum przypadnie na rozstrzygnięcie (czyli 10.01). Po tym przestanę (na jakiś czas...).

Ten też.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ząb dalekowschodniej mądrości

Gdy wieje wiatr, trzęsą się liście. Lecz nigdy nie wiesz, który liść pierwszy zadrżał. Tak, to ja wymyśliłam. Nie muszę jechać na siedem lat do Tybetu, żeby zostać Yodą. Wyrósł mi całkowicie pełnowartościowy ząb mądrości i rozgryzę najtwardszy orzech.
Nic przyjemnego z tymi zębami. Jeden skończył rosnąć, drugi jest w trakcie, trzeci wyraził chęć pojawienia się na świecie.
To jest post o inspiracjach (przypuśćmy), bo nie miałam czasu, żeby zrobić prawdziwy, a kończy się konkurs jamnikowy, więc dla przypomnienia coś musiałam zrobić. I tak bym go opublikowała, ale pewnie później.

Mówią, że stara miłość nie rdzewieje. Ale ja słyszałam też, że z metalu się wyrasta. Ludzie chyba faktycznie mają jakieś przemyślenia w związku z nastaniem kolejnego roku, bo kilku moich znajomych z przeszłości, w tym Wielka Miłość Forever, uznało za stosowne wysłać mi znak pokoju życia. To bardzo miłe, parę znaków odwzajemniłam. Nie jest trudno mnie znaleźć. Zawsze ten sam numer telefonu, to samo nazwisko (jest nas w Polsce tylko 4, trudno się pomylić), nie ma problemu z namierzeniem. Ale jeśli chodzi o Wielką Miłość Forever - nie widzę sensu w znakach. Tacy ludzie powinni żyć własnym życiem bez patrzenia na kulawe wybory sprzed lat.
Nie jestem osobą, która gromadzi znajomych, musi mieć duuuużo kontaktów. Wybieram.

Chyba zacznę pisać prawdziwe piosenki. Jeff Bridges mnie namówił.

Kolejny liść: jestem nietutejsza. Ostatni niedzielny wieczór minionego roku spędziłam na roztańczonym zgrupowaniu. I kiedy zaczynał się jeden z tanecznych utworów, cała sala, z wyjątkiem mnie, zakrzyknęła entuzjastyczne "Oooooooo!". Po raz pierwszy usłyszałam przewielki hit - "Ona tańczy dla mnie". Rozczarowałam się. Ani to specjalnie wpadające w pamięć, ani charakterystyczne. Takie tam, niegodne wspomnienia, miejsca w mózgu. O co chodziło z tą całą popularnością? Nie rozumiem.

A teraz prawdziwe inspiracje. 5 spraw:

1. Stabbur. Norweski spichlerz, w którym mogłabym zamieszkać. Obrazek w wersji rysunkowej wyszukałam gdzieś w sieci. Kolekcjonuję wizerunki stabburów. Przekonuję moich najbliższych, że to najważniejsza inwestycja, najbardziej opłacalna. Budujmy stabbury, ludzie! Muszę iść do biblioteki, poszukać czegoś na temat konstrukcji drewnianych.
Warto zwrócić uwagę na stabburowe schodki (specjalnie wybrałam rycinę, która to uwypukli) - w ramach ochrony przed niepowołanymi myszoskoczkami, schodki nie przylegały do podestu.


2. Druga inspirująca rzecz - cykl prostackich zdjęć o roboczym tytule "Buty". Mam zamiar robić to przez cały rok, a pod koniec zamieszczę duże podsumowanie. Post li i jedynie poświęcony zdjęciom nóg. Póki co mam 7 wizerunków. Bez jednego wyglądają tak:


Jeśli ktoś miałby ochotę na podobną rozrywkę, nie zakazuję. Całkiem nieźle się człowiek bawi oglądając swoje własne nogi obute w różną codzienność. Ludzie robią zdjęcia dokumentujące wzrost włosów i leczenie złamanego skrzydła, dlaczego ja miałabym nie robić czegoś takiego?

3. Sławne jamniki i ich ludzie. Zbieram zdjęcia, historie, nazwiska. Na ilustracji Louie i Adele. Z jamnikiem przyjaźnił się także Picasso, a Rosie Huntington-Whiteley cieszy się towarzystwem aż dwóch.


4. Kwiaty z papieru. Stawiam w tej sztuce pierwsze kroki. Wcale nie dlatego, że zawsze o tym marzyłam. Okoliczności trochę mnie zmusiły. Ale wciągam się coraz bardziej. Tworzę właśnie bukiet chabrów (tu instrukcja), później zrobię kilka rumianków. Efekty uwiecznię i upublicznię.

5. Niech już będzie ten Jeff.


Konkurs z jamnikiem w roli głównej skończy się 7 stycznia. Kto jeszcze się nie zaciągnął, nie zmobilizował, niechaj działa. Serdecznie dziękuję tym odważnym, którzy nadesłali swoje utwory.

Napisz szybko i miej głowy
- wiersz na konkurs jamnikowy!

czwartek, 2 stycznia 2014

Różowy miś

Plan jest prosty. W tym roku napiszę o najlepszych filmach o strażakach (czy kogoś to interesuje?), najlepszych i najgorszych filmach o zwierzątkach z problemami, kwiatkach, gwiezdnym szalu, wychowywaniu jamnika. Póki co jednak opowiem o różowym misiu.

Różowy miś nazywa się Wojtek i jest moim rówieśnikiem. Zawsze był najmocniej ulubiony. Przeżył wiele, utracił oczy (chyba dwa razy), pogryzł go pies łajka, który zapomniał polecieć w kosmos. Ach, jak stary jest ten miś! Lepiej niż ja pamięta przemiany ustrojowe. Ja byłam wtedy zajęta nową siostrą, on z nudów oglądał czarno-białą telewizję.
Teraz oczy ma z białych guzików, całkowicie ślepe. Puchate futerko też się wytarło. Właściwie nie jest już nawet różowy. To kolor w rodzaju szarej pozostałości różu. Duży pies oderwał mu kiedyś głowę. Nie chodziło o to, że miś był wrednym królem Francji. Wręcz przeciwnie - zawsze miły, dobry i przykładny. Najdłużej ze wszystkich mechatych zwierzątek chronił mnie, kiedy spałam. Za to ja przyszywałam mu głowę, kolejne oczy. Nawet zrobiłam sweter, którego przez kilka lat nie zdejmował. Taki miś zdarza się raz.
Czasami o nim zapominałam. Najdłużej nie pamiętałam za ostatnim razem. Długo mieszkał w pudle na najwyższej półce w szafie. Na początku lipca wrócił. Żeby przypominać, że najbardziej traci się wtedy, kiedy zapomina się, że można stracić. Chcę nie przegapiać i nie lekceważyć.
 

Na zdjęciu razem z misiem widoczny jest filcowy królik i mały filcowy miś, który ma trochę złowieszczą mordkę, ale popracuję nad tym, żeby rysy mu zmiękczyć.