środa, 30 października 2013

Kwiatki, bratki i stokrotki

Krysztally kolorowwe.

Zaczęłam trochę bez pomysłu, całość rozwinęła się sama, nie wiem, czy dobrze, ale wygląda jakoś. Konstrukcja jest niedoskonała, ale kto by się przejmował? Zatem zostało, doczepiłam do łańcucha i jest. Następnego dnia zmieniłam kolor włosów na rudszy, posłuchałam jeszcze więcej G-Dragona i podcięłam grzywkę. Tak wygląda moje życie. Kwiatki, bratki i stokrotki. Powoli będę oscylować w stronę coraz silniejszych rudości, ale nie wolno ludzi przestraszyć, powoli. Na samym końcu wypadną mi włosy. Ale zostanie kwiatek na łańcuchu.

Kwiatek jest szklany, koraliki też, konstrukcja na drucie (bystre oko zauważy), wieśniacko zakończone (to jednodniowa praca, nie starałam się, to dla mnie).




Obrazek udziwniony, żeby uwidocznić detal.



niedziela, 27 października 2013

Gonna sell my car and go to Vegas

No fame, no money, I'm nobody.

Dzisiajmamy do czynienia z wyjątkiem, krysztally szafiaste, stylowe, z krzywymi nóżkami, która to krzywość uwydatnia szarą srebrzystość spranych spodni. Są to jak najbardziej markowe spodnie, ale zapomniałam, jakiej marki, a właśnie kiszą się w pralce, albo w jej okolicach, więc zostanie to tajemnicą. Pewnie najdroższa część mojej garderoby uwiecznionej na obrazkach. Uwieczniała wspaniała Renata (wszyscy biją brawa).
Buty są za to najnowsze, deichmanńskie. Reszta z przecen, promocji lub szmateksu. Poza sweterkiem, który zrobiłam sama. I tak wygląda moja jesienna norma. Nic odkrywczego, całkowite odsączenie z szaleństw, nawet kwiatów ostatnio zapominam do włosów dopiąć. Ale kwiaty nosi się do San Francisco, nie do Vegas.

To był ładny tydzień.




wtorek, 22 października 2013

Gdzie jest Krzysztof?

Nie nadaję się, ale się staram. Rysowanie nie jest moją mocną stroną, chociaż moja rodzina słynie z przypadków większego uzdolnienia.
Co z tą Polską? Czarne chmury pojawiły się na horyzoncie, niewiele osób pamięta Krzysztofa, nie ma też nikogo, kto godnie by go zastąpił. Przyznam najszczerzej, jak potrafię - najlepsze w Krzysztofie było spojrzenie. Te brwi niezłomne i wzrok skondensowany w krystalicznie czystym oku!


Dwa rysunki przedstawiać miały Krzysztofa, reszta to różnorodne bazgroły i rozćwiczanie ręki, kredki, długopisu, pióra.


Batman czuwający nad snem misia.

Nowe kredki.

Superkrólik bardzo dobrym długopisem.



Bardzo dobry czarny długopis, bazgroły średnie.

Nowe pióro i wyjałowienie mózgu po pisaniu o Balladynie i jej patologicznych uszczerbkach na psychice.

Usłyszałam wczoraj, że "na tych blogach nic nie ma; tylko - kupiłam za tyle, nowe buty, piękna sukienka, a komentarze - ślicznie, pięknie, kocham, uwielbiam, wpadnij do mnie". Dlatego dzisiaj u mnie: Narysowałam. Podobno dobry Freud po rysunkach poznaje psychikę i wyławia patologiczne uszczerbki na niej. Muszę kiedyś narysować Balladynę.

poniedziałek, 14 października 2013

The Last Man Standing

Nie oszukujmy się, jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi (chyba, że nie, pozdrawiam młodocianych!), prawda nie powinna boleć, nie rozorze nam serca niczym pług nieprzyjacielskich pocisków zrzucanych z czarnych samolotów wiadomej marki. Nie wykorzeni z nas płomieni radości, tak skrupulatnie zbieranych przez ostatnie miesiące. Nadchodzi zima. Nie jesteśmy jakiś Sean Bean, nie stracimy przecież głowy... Team Dennis Quaid! Pojutrze czynna walka z globalnym ochłodzeniem, a jeszcze Jake Gyllenhaal do uratowania się znajdzie. Kto teraz jest bohaterem? Żeby jednak nie brać przykładu z Supermana i za stylowe nie uważać biegania w gaciach naciągniętych na rajtki (czerwonych gaciach na niebieskie rajtki), oto krótka lekcja stylu wprost od zimowego bałwana.



Naszyjnik powstał z kudłatej resztki włóczki w kolorze kości słoniowej oraz wyjątkowo słabo uwidaczniających się kolorowych koralików. Bo za dużo białego to zima zimowa zimą, czyli zjawisko zwane pleonazmem, czyli nadmiar, te same informacje zawarte w zbyt dużej ilości wyrazów. W tym więc przypadku dodanie kolorowych koralików miało na celu przełamanie monochromatycznej pustki semantycznej. Zrobiło się już tak bez sensu, że bałwan jest w pełni usprawiedliwiony.


Można powiedzieć, że pozbyłam się choroby. Postaram się zmotywować do działania i częściej wrzucać różne kolorowe zdjęcia. Największym problemem jest ich zrobienie, bo naprawdę nie mam do tego ani serca ani talentu. A później jeszcze to wybieranie najlepszych... Najlepszy jest proces tworzenia czegoś, późniejsze noszenie też należy do ciekawych. Ale dokumentacja fotograficzna! Achillesowa pięta krysztallowa. Nie wolno jednak popadać w zniechęcenie. Nowa świecka tradycja, czyli piosenka okołotematyczna:

Heeeey~ SJ! Like this! Bam-ba-bam-bam! 
Ciekawostka, która nikogo nie obchodzi: Fani Super Junior nazywają się ELF, niby tam od EverLasting Friend, co jest strasznie tandetne (fani SJ, nie mordujcie mnie jeszcze!). Wolałabym, żeby nazywali się Super-coś. Co to za sprawiedliwość, że bam-ba-bam-bam, taki Shindong jest super, a ja nie mogę? W takim razie nie potrzebuję Siupa Dziuniou, poradzę sobie sama. Jak przystało na SuperDziunię. W sumie nie jestem niczyją fanką, więc po co ta ciekawostka? Chyba tylko dlatego, żebym mogła wkleić jeszcze piosenkę o walce ze śniegiem na schodach... 



Można sobie zanucić, kiedy ludzie tam zaczynają śpiewać: To jest walka, tylko walka... (robimy miejsce gitarze) O pieniądzie... Coś tam stronger... Walka... To jest walka... Da-dam-dam! Waaaalkaaaaaaa!

czwartek, 3 października 2013

Najśmieszniejszy sposób

Opowieść o poświęceniu i zmaganiach z przeciwnościami. Dopadł mnie wirus, a jednak skończyłam tutorial włosowy. Teraz mogę odebrać honorowy tytuł w Ministerstwie Bohaterstwa. Jeśli opis będzie niejasny, proszę o wybaczenie, this girl is on fire, temperatura głowy przekroczyła dopuszaczalną wartość.
Nie może też zabraknąć piosneki. Bo trzeba się rozweselić.


Konkrety, czyli recepta na powyższą fryzurę. Potrzbne są:


1. Garść skarpetek. Podstawą jest 6 sztuk, czyli 3 pary. To jeszcze zależy od gęstości włosów, można liczbę skarpetek zmniejszyć lub powiększyć.
2. Grzebień i woda w butelce spryskującej. Niech nikogo nie zmyli, że moją butelkę ozdabia etykietka. To zupełnie najzwyczajniejsza woda.
3. Włosy w długości pozwalającej na kręcenie.

Proces:


Podział na sekcje prezentuje obrazek pierwszy. Litery oznaczają skarpetki z tej samej pary. Żeby była symetria, bo wiadomo, że bywa różnie, czasem się więcej nawinie. Sekcje o oznaczone tą samą literą powinny mieć mniej więcej równą sobie powierzchnię.

Skręcanie zaczynamy od górnych sekcji. Jest łatwiej w ten sposób. Skręcamy do tyłu, zatem supeł ze skarpetek będzie widniał z przodu. Jeśli chodzi o boczne sekcje - skręcenie następuje od dołu, więc kokardy skarpetowe będą na górze.
Nie jest zabronione kombinowanie i pracowanie przy mniejszej/większej ilości sekcji. Przy najcieńszych włosach można podzielić włosy na 3 - góra i boki. W tym przypadku 2 boczne sekcje to para skarpetek, a górną zabezpieczy skarpetka-singielka. Tak w skrócie wygląda system.

Po oddzieleniu każdej sekcji spryskujemy ją wodą, rozczesujemy, a dopiero potem zawijamy. Ogólnie włosy powinny być suche przed rozpoczęciem, sposób nie sprawdza się na mokrych lub wilgotnych, bo zwyczajnie nie schną, zmarnowany czas.

Kiedy już wszystko zostanie zwinięte, udajemy się na zasłużony spoczynek. Spanie w skarpetkach na głowie nie jest uciążliwe. Przestroga - wiązanie ciasnych supłów nie ma sensu, zwijanie naciągające skórę głowy jest niepotrzebne.

Rano owijamy głowę chustką lub innym czepcem, wszystkie normalne funkcje życiowe wykonujemy bez paniki. Kiedy już skończymy nakładać makeup, możemy przystąpić do formowania fryzury. Na początek pozbywamy się skarpetek. Odbezpieczamy, rozwiązujemy, rozplatamy. Ukazuje się widok okołotaki:


Blond głowa ilustracyjne demonstruje następną czynność. Nachylamy głowę, opuszczamy w dół i, w miejscu wskazanym przez czerwoną strzałka (za uszami potyliczna część), zanurzamy obie dłonie i wstrząsamy włosami. Loki rozdzielą się, staną się bardziej podatne na formowanie. Zatem formujemy ostateczną fryzurę, uwieczniamy lakierem, gotowe!


Uwagi końcowe.
1. Przed nałożeniem skarpet można wklepać w masę włosową preparaty utrwalające, typu pianki (ja tego nie robię, bo nie lubię mieć dużo produktów na włosach, a nie potrzebuję dodatkowego utrwalania).
2. Obrazki pomocnicze są w kolorze blond, ponieważ pomyślałam, że będą bardziej czytelne.
3. Jeśli coś przeoczyłam, zapomniałam wytłumaczyć, wystarczy zapytać.
4. Nie muszę chyba wspominać, żeby wyprać skarpetki przed rozpoczęciem procedury?

wtorek, 1 października 2013

You called and I missed it

Zanim co, szybki przepis na różowe bezy. Długo szukałam dobrego, aż w końcu znalazłam i udoskonaliłam.

Skład:
  • 4-5 białek;
  • szczypta soli;
  • 4 łyżki cukru pudru;
  • cukier waniliowy (2 łyżki, opcjonalnie);
  • różowa posypka do pokolorowania (może być ewentualnie czerwony/różowy barwnik).

Wykonanie:
  1. Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywno.
  2. Dodajemy cukru. Po łyżce, cały czas ubijając.
  3. Dodsypujemy posypkę. Do koloru, póki nam się nie znudzi, póki intensywność nie jest jaka trzeba.
  4. Książka kucharska mówiła coś o ubijaniu na parze, ale ominęłam ten punkt.
  5. Wyścielamy dużą blachę papierem do pieczenia. Książka mówiła o woskowaniu papieru śniadaniowego, ale to było 30 lat temu.
  6. Nagrzewamy piekarnik. 90-100°C.
  7. Pakujemy sztywną pianę do worka foliowego, ucinamy róg, delikatnie wytwarzamy kształtne bezy. Bezkształtne też mogą być.
  8. Wstawiamy bezy na 130-150 minut. Muszą się dobrze wysuszyć, ale nie mogą się zarumienić. Stracą kolor, to niedopuszczalne!

Posypka przed zmieszaniem z pianą.

Suszenie bezów w piekarniku.

Zdjęcia gotowych nie powstały. Produkt dobry jako element dekoracyjny lub pokarm wolnostojący. Te były gratulacyjne. Ludziom trzeba gratulować za pomocą spożywczych specjalit, to motywuje.

Tyle wstępu, teraz reszta.

Wytrzeszczone oczy znaczą "nie kocham cię, odejdź w pokoju, a ja w tym czasie powachluję się dłonią w sposób wyrażający jak mało mnie obchodzisz". Radio zaszczepiło w mojej głowie obsesyjne słuchanie Little Mix. Podobnie słucham też innych piosenek, taka jestem nieodporna. Jeśli chodzi o drugą opcję, dziwią mnie trochę komentarze ludzkie zawierające sugestie, iż twórcy musieli mieć styczność z substancjami psychoaktywnymi. Jak bardzo trzeba być pozbawionym wyobraźni i poczucia humoru, żeby zarzucać komuś toksyczne wspieranie czynności myślowych? Zdarza się oto czasem człowiek, który w normalnej formie ma pomysły wykraczające poza powszechną płaską kreatywność. Nie chodzi mi o ten przypadek konkretnie, raczej uogólniam, bo zjawisko jest nienowe.
Wracamy do punktu wyjścia. Dlaczego kobiety starają się wyglądać wrednie, sprawiać wrażenie niemiłych? Jakaś choroba wściekłych kobiet. Zawsze mnie uczono, że trzeba być miłym, uśmiechać się i sprawiać przyjazne wrażenie. To fałszywe, tak? I co z tego? Wolę być fałszywie uśmiechnięta, niż straszyć ludzi groźną miną i łypać wyłupiastym okiem.

W międzyczasie (nie ma czegoś takiego jak "międzyczas"!) udało mi się zobaczyć film, który bardzo chciałam obejrzeć. I teraz będzie spoiler, więc kto planuje seans "Między wierszami" teraz przestaje czytać, przełącza kanał na TVP1 i ogląda "Modę na sukces". End of story, bye bye bye. Albo przeskakuje pod obrazek.

Dużo jest teorii na temat połączeń między historiami. Oczywiście te oczywiste przeważają. Ja mam jedną trudną do zaakceptowania. Clay nigdy nie ukradł rękopisu, ale napisał tylko jedną wybitną książkę. Przez resztę życia nie mógł niczego lepszego napisać, więc stał się zgorzkniałą, cyniczną mendą. Żona z nim nie wytrzymała, więc miał wyrzuty sumienia. Wiedział, że niczego wartościowego już nie stworzy, że się skończył na "Kill 'Em All", a do tego posypało się jego życie osobiste. I napisał drugą genialną powieść - o tym, że tak naprawdę słowa nie są takie ważne, że trzeba było zająć się żoną, rodziną. Druga teoria - Daniella jest wytworem jego wyobraźni. Mam też inne teorie, interpretacje i tak dalej.
Sam film dostaje ode mnie ♥♥♥♥ w skali pięcioserduszkowej. Warto!


Kolejne jednoakapitowe podsumowanie filmu. Pisanie recenzji nie jest moją mocną stroną. Robienie głupkowatych obrazków też raczej nie wychodzi najlepiej. Słabe to moje poczucie humoru, słabe i krzywdzące.
Nie można cudzych słabości bezbronnych do głupkowatego chichotania wytykać. Mam swój honorowy kodeks - nie śmieję się z przyczyn niezależnych od człowieka. Z chorych, z dzieci, z wad wymowy. I tu pojawia się problem Tomasza Lisa. Przecież nazwisko jest przyczyną niezależną. Ale moim zdaniem obrazek nie jest podły. No i jest osobą publiczną, zdecydował się na eksponowanie nazwiska. Żyje za pieniądze abonentów telewizyjnych. A ja? It’s not about the money, money, money, we don’t need your money, money, money, we just wanna make the world dance, chciałoby się rzec.

A teraz gorzki żal. Nowy miesiąc zaczyna się rozczarowująco. Są czasami w życiu człowieka osoby, po których chce się spodziewać najlepszego, ale jest jak jest. Czasami po sobie się człowiek spodziewa czegoś więcej, a tu kiszka, zakalec i ruiny zamku Karpień.

Postępy w przygotowywaniu tutorialu włosowego nastąpiły. Powstały nawet pomocnicze rysunki. Do czwartku powinnam wszystko poskładać.