piątek, 27 września 2013

I said ooh-ooh-oooh


Tematyka zamknięta. Jaka nuda! Jeśli nie jedzenie, to o włosach i ich ozdabianiu. Zanim jednak cokolwiek, posłuchajmy Lee Hi. Mogłabym mieć włosy jak ona. Jedyną przeszkodą jest mój strach przed rozjaśnianiem. Właściwie boję się wielu rzeczy. Ciężarówek z dłużycą, wyciągów krzesełkowych w górach, raka płuc albo że kiedyś stracę pamięć i przestanę słyszeć.
A teraz już kolorowa nuda ozdobna. Jak zrobić różyczki ze wstążek pokazywałam tutaj. Wszystkim się chwalę, że pani w pasmanterii wyraziła się o nich z uznaniem, więc muszę i tutaj. Poszłam dokupić wstążkę w kolorze buraczanym (największa róża na zdjęciu powyżej, ta fioletowata), na próbę barwy zabrałam kwiatka i pani powiedziała, że bardzo ładny (⌒▽⌒) !



Zastosowanie tej ozdoby następnym razem, muszę znaleźć ochotnika do uczesania.

Potrójne róże są przystosowane do zaczepienia na opasce do włosów. W życiu wygląda to tak:


Aż przypomniała mi się anegdota o uchu. Poznałam kiedyś człowieka, o którym usłyszałam, że lubi, jak dziewczyna ma ucho. Znam kobiety, które mają nawet dwa. Chodziło jednak o to, żeby ucho było widoczne spomiędzy włosów. U mnie niewykonalne bez wspomagania ze strony wsuwek, opasek, innych akcesoriów. Wielka miłość przeszła mi koło nosa.
Ważne wyznanie nr 2: zastanawiam się nad pokazaniem najśmieszniejszego sposobu kręcenia włosów. Rezultatem są loki widoczne poniżej. Lepszego zdjęcia nie znalazłam, bo nie skupiałam się na uwiecznianiu fryzury. Mogę tylko stwierdzić, że loki są luźne, wyglądają naturalnie. Jeśli znajdzie się chociaż jeden głos popierający ten zamiar - obiecuję, że podzielę się tym sposobem.


czwartek, 19 września 2013

Niezastąpiony cynamon


Nudy, bo jedzenie. Tym razem opowieść o tym, jak uratować psychikę przed przemianą w tygrysa szablozębnego. Bo ciągle pada, bo nie brakuje wydarzeń o zabarwieniu negatywnym, bo lato się kończy, bo zdarzają się dni, kiedy wszystko wypada z rąk i głowy.
Niby nie wolno zajadać smutków, ale gofry są bezcukrowe, owsiane i ogólnie fit. Nie wolno bać się zwykłych gofrów. Co w nich takiego złego? Kwiatki ozdobne?
Czy wiesz że...?
Nasturcje można jeść. Są jak najbardziej spożywcze. Istnieje wiele przepisów na  sałatki, ciastka, różne inne łakocie z kwiatami nasturcji w roli znaczącej.
Zamieszczanie przepisu nie ma sensu, bo tak naprawdę jestem kuchennym anarchistą. Do maślanki (ok. 2 szklanek) wbiłam 2 żółtka. Wymieszałam dokładnie. Dosypałam mąki owsianej (na oko), kilka garści płatków owsianych. Konsystencja była kitowata, ale jeszcze dało się mieszać. Dosypałam 3 szczypty cynamonu (to akurat policzyłam), łyżkę proszku do pieczenia (pewnie niepotrzebnie). Ubiłam białka na sztywno, domieszałam do mazi. Zgofrowałam. Bez cukru, bez pszennej mąki. Chyba coś jeszcze dosypywałam, ale nie pamiętam. Ważne jest to - cynamon oraz brak cukru.


Niepoważna instrukcja wykonania, ale rezultat poważny jak najbardziej.


A teraz coś lepszego. Sposób na depresjobójczą zieloną herbatę jesienną. Potrzebne będą:
  • ładny kubek (mój pochodzi z Bolesławca, muszę to podkreślić, z Bolesławca!);
  • zielona herbata (łyżeczka/norma porcyjna);
  • cynamon (kilka ułamków kory, sproszkowany utworzy błoto);
  • imbir (tyle, co na czóbku łyżeczki);
  • wrzątek;
  • łyżeczka do odmierzania i zamieszania.
Do ładnego kubka wsypujemy suche składniki, zalewamy gorącą wodą. Czekamy aż się zaparzy, mieszamy, pijemy. Włala! Weltszmerce, kośćszmerce, wszystkie inne szmerce zmniejszają intensywność.


Następne kulinarne wynurzenia będą zawierały różowe bezy.

środa, 18 września 2013

Dramatyczne splecenie wstążek


Była już jedna kokardka. Teraz czas na następne. Nudzą mnie moje włosy, więc urozmaicenie jest jak najbardziej wskazane. Trochę infantylnie, ale jako infant nie chciałam się zdobić, chodziłam w dresach i nie miałam takich długich włosów (kto pamięta te fryzury spod garnka dla każdego dziecka?). Teraz jest czas, żeby odreagować. Rokokko-barokko, ale ostatnio naoglądałam się albumów o malarstwie różnorodnym, było dużo księciów książąt i księżniczek oraz innych drogocennych szlachciców. To chyba wpłynęło na kolorystykę.


Pierwsza sztuka to fioletowa kokarda. Dziwny kolor, bo nie należy do często przeze mnie używanych. Ale może do czegoś będzie pasowało... Albo i nie. Moje palto jesienne jest w kolorze czarnym (z przeceny, nie było wyboru), więc nie będzie problemem. Ewentualnie zestawię kokardę z różowymi obleczeniami. Jakiś sweter półszlachetny lub kubraczek oficjalny. Coś tam się znajdzie. Broszka do palta też wchodzi w grę. Albo się jest princessiosą, albo nie.


Druga* jest dziwniejszą formą. Chyba doszyję jeszcze płatek nr 6 z rodzaju dłuższych, bo kształt się trochę wypaczył. Śmieszne jest, że skończyła mi się wstążka w tym kolorze. Na szczęście skończyło mi się więcej rzeczy, wizyta w pasmanterii będzie miała miejsce.
Dobrze by było, gdyby płatki zostały zrobione w trzech długościach różnych kolorystycznie. Ale przecież jeszcze będą inne kokardy...


Środki obu kokard miały zostać kolczykami. Rozmyśliłam się, nie przekonały mnie. Wyszyłam koralikami na podkładce filcowej. Nie jestem królową koralikowania. Tak tylko próbowałam coś zrobić. Następnym razem może lepiej będzie? Następny raz się zbliża.




*Na pomoc, prywata: Kas, chcesz ją?

sobota, 14 września 2013

Round every corner


Tytuł od Petuli. Bardzo muzycznie dzisiaj. Całość to taka trochę zgapa z mankowego cyklu jarającego. Żeby pociągnąć wstęp dłużej - nigdy nie odkrywam niczego na bieżąco, zawsze mam parę kroków opóźnienia. Bo i nie obserwuję świata horyzontalnie, szeroko. Kręcę głową, jakby mnie obsiadło stado wszy, patrzę po kątach, oglądam ułamkami. Dlatego moje wielkie zachwyty nie idą równo z trendami, odkryciami z noblistycznego kanonu. Niektóre sprawy to tylko przedłużenie dawnych, więc nie trzeba się emocjonować.

1. Karmelki Fresh&Fruity. Wawel nigdy nie był silnie oddziałującą na mnie marką słodyczarską, czekolady są takie sobie (moim zdaniem), krówki znam lepsze... Ale karmelki owocowe nadziewane, to cud nad Wisłą przykrakowską. Może to i syntetyk owocopodobny, ale skradły moje podniebienie. Przez żołądek do serca, więc spodziewam się choroby wieńcowej. Przedawkowałam już dawno temu, normalni ludzie nie jedzą cukierków maszynowo, jeden za drugim, hop, hop, rzucam, łapię, łapię, rzucam...

2. Mówiąc Inaczej. Nie jest to Bralczyk, bo pokolenie całkiem nowe. Trochę zmanierowana polonistka oprowadza widzów po słowniku języka polskiego. Bardzo dobrze się ogląda, rozwiewa wątpliwości. Jest w tym zagadnieniu sens. Trzeba przyznać, że tematy są opracowywane zgodnie z zapotrzebowaniem. Podoba mi się fakt, że pojawia się dużo przykładów, wiedza jest przekazywana w radosnej atmosferze sprzyjajacej pensjonarskim chichotom. Mam nadzieję, że coś dobrego się rozwinie.

3. The Great British Bake Off. Jeszcze nigdy nie miałam takiej motywacji do pieczenia nowoczesnych ciast, form udziwnionych, cukierniczych cudek. Tyle pomysłów! Klękajcie narody! Żeby było jeszcze lepiej, przepisy na specjality są dostępne.
Powoli tworzę sobie listę ciast i ciastek, które wykonam w swoim domowym zaciszu. Piekłam już grissini,  egg custard tarts niezbyt się udały (poza tym nie trafiają w mój gust).
Dużym plusem jest stawianie na ozdobność. Wypieki muszą się prezentować, czarować profesjonalną postacią. Z tej strony raczej się nie przykładam. Pomaziam kremem, sypnę ozdóbką i to wszystko. Mam więc nad czym pracować.

4. Duże, długie, kolorowe, gigantyczne kolczyki. Ludzie mówią, że boho to na lato, że etno najlepiej łączy się z lipcem i sierpniem, ale ja nie wierzę plotkom. Moja biżuteria, wszystkie nowe precjoza, które powstaną w sezonie jesiennym, będą duże. Myślę też o różnorodności materiałów. Ostatnio odkryłam filcową bazę, która przejawia wielką plastyczność. Niech tylko nadejdą te długie wieczory! Renesans, po długim załamaniu kreatywnym. Wracam do produkcji biżutowej.
Właściwie już zaczęłam, tylko nie do końca wiem, co zrobiłam. Miały być kolczyki, ale powoli zaczynam myśleć, że w finale ujawni się ozdoba do włosów.

5. Origami. Nie jestem w tym dobra, nie jestem w tym nawet średnia. To nie takie proste, ale postanowiłam się nie poddawać. Kiedy byłam młoda, umiałam składać podstawowe formy. Teraz już raczej nie powtórzę tego fenomenu. Co nie zmienia faktu, że origami uważam za sztukę genialną. Prostota, która wymaga aktywacji pokładów wyobraźni. Ignorowałam przez lata, teraz wracam do tej architektury kwadratów.

Do tej pory nie udało mi się dobrze uformować.

6. Fallulah. Odkryłam już jakiś czas temu, ale wydaje mi się, że jesień jest dobrym miesiącem, żeby słuchać jej piosenek. Ktoś mi kiedyś usiłował wmówić, że tylko amerykańska muzyka jest rozrywkowa i nadająca się do pakowania w uszy. Po raz kolejny oświadczam - nie wierzę plotkom. Fallulah pochodzi z Dani, nazywa się Maria Apetri, pisze i śpiewa piosenki. Nie jest jakoś specjalnie sławna w Polsce, bo jeszcze nie pojawił się hit, który rozgłośnie radiowe kształtujące nadwiślańskie gusta muzyczne z radością by odtwarzały (wiadomo, Beata Kozidrak i cała plejada gwiazd zmumifikowanych są ważniejsi).

7. Włosy spięte na czubku głowy w mniej lub bardziej fantazyjny sposób. To znaczy, że jestem do tyłu o jakieś 5 lat. Nie będę płakać z tego powodu, bo nigdy wcześniej nie wydawało mi się, że taka fryzura ma więcej zalet niż jakakolwiek inna. Życie się zmienia, realia się zmieniają, ludzkie potrzeby są albo ich nie ma.
Musiało być coś o włosach! Tym bardziej, że moje ostatnio zmieniły stan skupienia, stały się podobne do gwiazd mumifikacji, słabują, odmawiają rzeczowej współpracy. Więc nie chcę kręcić loków gorącym narzędziem, nie chcę ich narażać na wiatr i deszcz, potarganie i tak dalej.

8. Aegyo sal, czyli uśmiechnięte koreańskie oczy. Kolejne tajemnice urody i olśniewającego wyglądu. Dla władających angielskim wyjaśnienie zagadnienia tutaj, dokładna instrukcja w tym miejscu.
Nie jestem mistrzynią makijażu, nigdy nie byłam, nie mam też ambicji, żeby się doskonalić w tej kwestii. Potrafię pomazać się eyelinerem, wystarczy. Zawsze jednak miałam za złe swojej twarzy, że przejawia tendencję do uaktywniania miniworów pod oczami. Lecz oto nagle odkryłam aegyo sal i przestałam korektorować i walczyć. Niech świat wie, niech widzi. Zaczęłam jeszcze bardziej uwypuklać tę przypadłość. Niech będzie iluzja, że moje oczy są uśmiechnięte. Tyra Banks w amerykańskim top modlu ciągle powtarza "Smile with your eyes!". Postanowiłam ją oszukać. Póki co doskonalę sztukę kamufalżu, chyba całkiem skutecznie, bo już nikt mnie nie pyta, czy umarł mi jamnik, że przepłakałam całą noc. Naturalną worowatą melancholię oka przetworzyłam w radość i witalność.

9. Jesienny powrót seriali. Że kolejny sezon Downton Abbey, to nic nowego. Wciągnęło mnie historyczne tło, zamaszysta moda, kuchenne rozmowy w oparciu o gotowanie puddingów i tart. Rozterki lady Mary mało mnie interesują. Teraz zaroiło się w starym opactwie od bobasów, więc pewnie mocno imprezować z sukienkami i tartami nie będą. Zauważyłam też pewną prawidłowość - ktoś zachodzi w ciążę, będzie uśmiercenie. Trzy przypadki, wszystkie niebezpieczne. Każdy inny, co tylko potęguje grozę. Mam nadzieję, że lady Edith nie znajdzie sobie męża i nie będzie się bawić w dzieci.
Serial drugi, tym razem mało jedzący, ale też modny - Nashville. Ma być groza, dramat i walka z przeciwnościami, ale obchodzi mnie to w równym stopniu, co lady Mary roniąca w kącie łezki. Mają śpiewać! Alkoholiczne wybryki, zaręczyny, śpiączka, niespodziewane ojcostwo po latach - nie moja sprawa. Niech piosenki będą dobre. Nawet nie oglądam. Słucham tylko.
Atak bobasów!
Odkryłam ostatnio moje motywy ukryte. Seriale oglądam tylko wtedy, kiedy znajduję chociaż jeden z następujących czynnkiów: bohaterowie są ciekawie ubrani, mają ładne mieszkania, gotują/jedzą coś interesującego.

10. Była kiedyś taka pradawna pieśń popularna wśród barbarzyńskich plemion Celtyckich, Brytyjskich i Germańskich - "Paint it Black". Ja nadal pozostaję w fazie paint it white. Obecnie to stadium urządzania stacji roboczej dla wszelkiego rodzaju rękodzieła. Honorowe miejsce zajmuje maszyna Łucznik amazoński. Przykręciłam sobie półkę (trochę krzywo, ale my little półka, aaaaa...), dokręciłam trochę dodatków. Lampka jest różowa pudrowa. Pastele i smakołyki.
Nie robiłam zdjęć przed, ale zrobię zdjęcia po. Szukam też perfekcyjnych pudeł do szafy, z tworzywa sztucznego, z pokrywką, nie odstraszających ceną. Jysk mnie załamał (gdzie ta promocja?), lokalny sklep ma wielkie oczy, a Ikea trochę daleko. Chociaż właśnie tam są pudła do przechowywania w kolorze bez koloru, czyli coś, co wywołuje ekstazę w moim psychotycznym umyśle.

Lista miała obejmować 10 fascynujących punktów, ale rozgawora o gotowaniu, ubraniach i urządzaniu dekoracji użytkowych to już cały odcinek "Perfekcyjnej pani domu", dlatego chciałam dodać gratisowy punkt 11. Ale byłby on za dużą inwazją w moją prywatną prywatność, więc w zastępstwie piosenka:

Żeby nie porzucać nowej świeckiej tradycji kpopowej - Super Junior. To już nie jest ten sam SJ, bo Shindong schudł (już nie jest taki Mr. Simple), więc sorry, sorry, sorry. Ot, taka piosenka dla Mamy...
〜( ̄▽ ̄〜) (〜 ̄▽ ̄)〜

środa, 11 września 2013

Księżniczki są z Marsa

Grissini z Włoch.


Chciałam napisać recenzję, ale nie film nie był najlepszy. Dość chaotyczna fabuła, tandetny patos, a zardzewiałym gwoździem programu były dresiarskie oświadczyny. Poza tym bardzo mnie zdenerwowało, że bohaterowie walczący o wolność, odzyskanie ekologicznych oceanów i wykorzenienie rasizmu, zostawili psa na brzegu rzeki, a sami poszli pływać łódką, by odkryć tajemnicję Wszechświata. Kto odpowiedzialny bierze się za ratowanie planety, a własnego psa zostawia bez opieki na otwartej przestrzeni? (︶︹︶)
Co to za przykład dla młodych widzów? Kosmiczny jamniczek dostaje ode mnie maksymalną liczbę serduszek dozwoloną przy ocenie filmu: ♥♥♥♥♥. "John Carter" za każdą wadę traci jedno. Dodajemy, sumujemy, dzielimy, zaokrąglamy... Średnia ocena brzmi: ♥♥♥. Czyżby za dużo?

Aaaaby post nie był postny, pusty i niepełnowartościowy - przepis na grissini. Można zrobić interpretację, że połowa ciasta, paprykowa, reprezentuje marsjańską księżniczkę, a blada i prowansalska to równoważnik secesyjnego wojownika o wolność Kosmosu. Wcale nie jest to prawdą, bo zgapiłam połączenie kolorystyczne z "The Great British Bake Off".

Skład (znalazłam gdzieś w sieci, ale dostosowałam do swoich umiejętności i wymagań):
  • 1,5 łyżeczki drożdży instant (z normalnych dawno już nie piekę, bo nie lubię, że się psują szybko);
  • 150ml ciepłej wody;
  • 0,5 łyżeczki cukru;
  • 0,5 łyżeczki soli;
  • 250g mąki (czasami w wersji pół graham, pół zwykłej, ale wtedy trzeba dosypywać więcej);
  • 2 łyżki oliwy (nie używam włoskiej oliwy);
  • 3 łyżki dodatku (zioła prowansalskie, sproszkowana papryka).

Promuję mąkę, ale nie płacą mi za to. Dov'è il commissariato di polizia più vicino?

Wykonanie:
  1. Drożdże + woda + cukier + 2-3 łyżki mąki wymieszać, odstawić na 10 minut. Po tym czasie dolać oliwy, dosypać resztę mąki, wymieszać, wyrobić, dodać dodatek. Wymieszać wyrobić. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia. Ciasto powinno być dość miękkie, ale zbite w kulę, błyszczące. Zbliżone do ciasta na pizzę, ale nie takie mięczak. Pizza Johna Rambo.
  2. Ja zrobiłam 2 wersje kolorystyczne (2 porcje ciasta), więc następnym krokiem jest połączenie ich. Po wyrośnięciu trochę pomęczyć ciasto, następnie pierwsze rozwałkować na gruby placek. Popracować chwilę nad drugim ciastem, w zawieszeniu rozciągnąć w placek, ułożyć na środku rozwałkowanego koloru pierwszego, ponaciągać, powałkować, aż kolory się połączą, ale nie zleją.
  3. Nastawić piekarnik na 200°C (piekłam na termoobiegu, bo na różnych poziomach, żeby wszystko upchnąć za jednym zamachem).
  4. Ciąć na cienkie, ale nie cieniutkie paski. Szerokość tak na 2 palce. Poskręcać, a jeśli trzeba - przeciąć na pół. Poza tym dla osób pamiętających toczenie robali z plasteliny nie powinno być trudno wykulać paluszka. Inni powinni kupić plastelinę i poćwiczyć.
  5. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.  Przed wstawieniem do piekarnika można zamalować jajkiem (wersja na bogato - samym żółtkiem) i posypać solą, sezamem lub czymś innym.
  6. Piec około 13 minut. Muszą wypiec się na tyle dobrze, żeby po ostygnięciu chrupać radośnie i głośno pękać przy łamaniu.

Podpowiedzi:
  • Sól, czy inny dodatek, można wwałkować w fazie łączenia placków. Wtedy jest pewność, że nie odpadną przy pieczeniu. Można też w fazie kulania robali. Wtedy kryształki też się dość mocno wbijają.
  • Tnę nożem do pizzy. Zwykły nóż czasami szarpie ciasto, tym bardziej, jeśli ręka należy do trzęśliwych. Można też z powodzeniem użyć noża falistego do ciastek. Ozdobna krawędź urozmaica wygląd paluszków. Wtedy można wycinać paski grubości jednego palca i nie zawijać ich.
  • Prezentowane przeze mnie ciasto jest wersją podstawową, można eksperymentować z dodatkami. Dosypać ziół, tartego sera,, ziarenek... Co tam tylko przyjdzie do głowy. Polecam czosnek i kminek (ale nie razem).




Smacznego!

sobota, 7 września 2013

Mrówki i koniki polne

Dawno tego nie było. Powrót do źródeł. Nic poważnego, nic zobowiązującego. Spodnie drechy w kolorze lazurowego wybrzeża w piękny dzień czerwcowy. Bluzopodobny twór z zygzakiem bez sensu. Nie wiedziałam, co namalować, więc powstało coś bez znaczenia. Pewnie całość podświadomie inspirowana jest kpopem.


 Były różne przyczyny, i nadal są, większość moich kukieł leży w szafie, każdy w swoim pudełku, przywiązany, chroniony od kurzu i innych niebezpieczeństw. Mam zamiar przykręcić kilka półek, które ułatwią mi komunikację ze wszechświatem, uporządkowanie systemu i osiągnięcie harmonii z materialnym dobytkiem. Odkryłam niedawno, że istnieją półki na skośne ściany. Myśl techniczna postąpiła słusznie. Nadzieja zakwitła w moim sercu. Muszę to przemyśleć. Póki co cieszę się z posiadanych wsporników, mam obiecane deski. Wkrętarka aż się uśmiecha.




Miałam nadzieję, że zdjęcia będą lepsze, ale the mysterious Basil St. John nie jest tak ustawny jak reszta. Gębę ma dość głupią, trudną i mało plastyczną. Top model by nie wygrał. Zazwyczaj wygląda tak samo. Następnym razem sięgnę po kogoś bardziej wizualnego. Nie mogło jednak zabraknąć prawdziwej gwiazdy. Do podziwiania na ostatnim zdjęciu.



I obiecana piosenka. W pewnym sensie już występowała wcześniej, ale nie traci przez to na jakości. Taka refleksja ostatecznia: lepiej być mrówką, czy konikiem polnym? W świetle jesiennego słońca, odpowiedź nie jest oczywista.

środa, 4 września 2013

Proste jak dębowe krzesło

Mam dębowe krzesło. Jest ciężkie, twarde i nawet John Rambo mi zazdrości. Poza tym obmyśliłam taki plan, że do końca roku dobiję do 100 postów. Dokładnie właśnie 100. Oto moje postanowienie. Albo 101.

Dzisiaj dość oszczędnie. Kolory, formy, wszystko raczej minimalistycznie i hipstersko. Mogłam zrobić coś wybitnie misternego, ale wydaje mi się, że prostsze sprawy są bardziej uniwersalne.


Kule w paski są pamiątką z wyprawy do Bolesławca, czyli ceramika i rękodzieło w najlepszym wydaniu. Cekiny pochodzą z mojej kolekcji pasmanteryjnych różności, a czarne kryształy kupiłam dawno temu, prawdopodobnie jeszcze w roku 2009.


Para pierwsza - bolesławieckie kule. Nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Miałam świadomość, już w czasie zakupu, że skończą jako kolczyki, ale nie byłam pewna formy. Początkowo zwyczajnie zawiesiłam je jako kulki samotne, ale to trochę zbyt oczywiste. Jeśli jednak znudzi mi się ich obecna forma, mam plan związany z plecionym rzemieniem.


Para druga - czarne kryształy. Wcale nie są ze szlachetnego materiału, bo zwyczajny, banalny plastik. W każdym innym kolorze wyglądałyby tandetnie. Konstrukcja jest prosta, może nawet prostacka.


Ostatnie - cekinowe. Format trącący bazarem. Żeby jednak nie było całkiem discopolowo, postanowiłam uderzyć w hipsterstwo. Nie ma poukładanego kształtu, piramidkowej formy, regularnej kiści. Jest chaos, śmietnikowy glamour, swobodnie wijące się pasma cekinowe. Efekt hipsterskiego zmięcia materiału.



Wszystkie są w miarę lekkie, więc noszenie nie powinno sprawić problemu.

Bardzo się starałam nie robić głupich min. Doceń mój wysiłek, nie wyśmiewaj! ;)
Następnym razem będzie piosenka zastępująca fryzjerskie wynurzenia i coś, czego pewnie nikt się nie spodziewa. Uprzedzając pytania - nie, nie wyszłam za mąż.

poniedziałek, 2 września 2013

Myśli moje to same bazgroły

Tu był długi wywód na temat moich włosów. Podcinania, farbowania... Wycięłam. Zamiast tego, posłuchajmy muzyki! Klik.

Teraz o małym dziele, z którego nie jestem mocno zadowolona. Moja manifestacja blogerska, mój bunt i mój zły charakter. Trochę nie wyszło, ale to próba, kiedyś będzie lepiej. Malowałam farbami 3D do tkanin, lśniącymi, świecącymi, bardzo w przedszkolnym stylu. Wbrew pozorom całkiem nieźle przytwierdzają się do materii, nie spierają się za pierwszym razem, drugiego jeszcze nie było.
Bazą jest męski tshirt bawełniany, dla mnie bardzo oversize, zielony, pochodzenia lumpkowego, z odciętym mechanizmem duszącym pod szyją.

Dolne zdjęcie, ciemniejsza plama po lewej - to deszcz!

Parę słów o zdjęciach. Borykam się z niedgonościami fotograficznymi spowodowanymi zmęczeniem sprzętu. Aparat ostatnio choruje. W sumie wszystko, czego dotknę, szybko się psuje. Niedawno miałam okazję strzelać z wiatrówki. I co? Zaraz po moich przydziałowych pięciu strzałach (2 razy trafiłam w kartkę, na której była tarcza, ale punktów 0) broń palna zacięła się i pan obsługujący musiał dłuższą chwilę nią wstrząsać i coś tam niby naprawiać...
Wracając do motywu ozdobnego - podobają mi się górne litery, wszystkie trzeba było tak zrobić. To się nazywa zdobywanie doświadczenia.
Światło było do niczego, bo padał deszcz, nie mogłam zrobić plenerowych, bo nie lubię, jak mi włosy nasiąkają deszczówką. Top model też nie jestem.


I dalsze, jakieś tam, obrazki:


Nic nie widać, ale był to obrazek, który spodobał mi się najbardziej.

Na koniec moje ostatnie kulinarne znalezisko. Przepis tutaj. Zdrowo, smacznie, można udawać, że dieta trwa... Piekłam już dwa razy, niczego nie żałuję.


A z okazji nowego, lepszego roku szkolnego, który dzisiaj rozpoczął się z przytupem i fajerwerkami, piosenka dla starych ludzi.