poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Na literę N


Zazwyczaj staram się czytać szybko. Jak ogląda się film, żeby mieć książkę z głowy, sięgnąć po następną. Nie znaczy to, że nie skupiam się na treści. Mam bardzo sprawną maszynę mózgową, bez problemu przyswajam, analizuję i czasami nawet zatrzymuję się na refleksyjne przemyślenia. Jest jednak literatura, której nie jestem w stanie ogarnąć metodą prędkościową. Do tego właśnie wyjątkowego gorona zaliczć muszę dzisiejszą książkę-bohaterkę. Musiałam dawkować sobie, dzielić na etapy. Bo lektura wywoływała wręcz fizyczne bóle. Może kilka lat temu tak bym nie przeżywała, ale pod wpływem różnego rodzaju zdarzeń i przemyśleń rozwinęłam szerszą wrażliwość odbiorczą. Koncepcja stabilnej niezniszczalności człowieka zniknęła, zastąpiona koncepcją poszarpanej wiatrem trzciny myślącej.

Pierszą bohaterką jest matka piątki dzieci, która samotnie zawisła w chaosie. Kobieta wrażliwa i myśląca. Kochająca przyrodę, trochę romantyczna. Druga to bogata hrabina o lekkim, zupełnie niegroźnym, zabarwieniu patetycznym. Silna, zorganizowana, bystra. Trzecia - młoda mężatka pochodząca z niewielkiego miasta.
Nie podoba mi się określenie "wypędzone", ale nie mam lepszego, więc nie będę z nim dyskutować. Podoba mi się perspektywa, oddanie głosu kobietom, które zawsze spychano na margines historii, poruszający zapis wydarzeń historycznych z perspektywy najmniejszego człowieka, biorącego w nich udział, porwanego, unoszonego niemal bezwładnie przez nurt wydarzeń. Historia to zawsze generałowie, podziemie, spiskowcy, ważne pionki na wojennej mapie. Natomiast w posłowiu przeczytać możemy:
To właśnie ich [kobiet] codzienność pośrodku gęstniejącego czasu wojny określają sprawy nieheroiczne: bezpośrednie zagrożenie przemocą, skazanie na łaskę i niełaskę silniejszych, brzemię odpowiedzialności za dzieci, troska o jedzenie, strach i niepewność jutra. Los kobiet sytuuje się zwykle na peryferiach wydarzeń zmieniających porządek świata, a ich naznaczona imperatywem trwania pamięć rzadko staje się elementem historycznego przekazu. Tymczasem odnotowuje ona migawki niewidoczne w panoramicznym obrazie "wielkiej historii", zdumiewające szczegóły, nieoczekiwane epizody zapisywane w rytmie mijających dni. Odsłania się w ten sposób odmienna, nieznana akademickiej historiografii tkanka dziejów.
Mężowie wszystkich trzech kobiet byli żołnierzami. Helene Plüschke, Esther von Schwerin i Ursula Pless-Damm były więc zdane na siebie. Pierwsze dwie dodatkowo pod opieką miały liczne gromadki dzieci. Opisywane wydarzenia rozegrały się w latach 1944-46.
Jeśli ktoś myśli, że po wojnie Niemców wpakowano do pociągów i wywieziono do Niemiec, myli się bardzo. Zanim Helene i Ursula znalazły się w wagonach zmierzających ku ich ojczyźnie (z tą ojczyzną mamy problem, bo pierwsza z kobiet wyraźnie podkreśla swoje przywiązanie do Śląska), przeżyły prześladowania, maltretowanie, cierpiały z głodu, zmuszono je do przymusowej pracy. Można powiedzieć - i co w tym dziwnego, Niemcy robili to samo innym. Więc jakie to zwycięstwo nad nazistami, jeśli przejmuje się ich sposób postępowania względem ludności cywilnej? Wygrały ich metody, ich nienawiść.

Kogo tak naprawdę obchodzą bunkry nafaszerowane umundurowanymi fanatykami? Wojna nie toczyła się w pancernych schronach zaludnionych militarnie. Wszystko to miało miejsce na powierzchni ziemi, pospolitej przestrzeni wypełnionej kobietami i dziećmi najróżniejszych narodowości. Nikt ich nie pytał o opinię na żaden temat.
Esther von Schwerin pisze o zakazie ewakuacji. Dowódcy wojsk wiedzieli już, że Rosjanie lada chwila przekroczą granice, przełamią linie frontu. Jednak nikmu nie pozwalano uciec z zagrożonych terenów. Jaki był finał bredzenia o Wunderwaffe i propagandowo powstrzymywanej paniki? Niezbyt kolorowy, za to bardzo łatwy do przewidzenia.

Po raz kolejny udowodniono, że żaden cel nie uświęca środków, zemsta to rzecz małych ludzi, a najsłabsi są najwygodniejszym celem. Helene Plüschke najpierw chroniła swoje dzieci przed nazistami, przed Armią Czerwoną, a później jeszcze głodem. Esther von Schwerin umierała ze strachu o swojego najmłodszego synka przebywającego w królewieckim szpitalu podczas bombardowania miasta. Po raz kolejny udowodniono, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Kto by pomyślał, że te najsłabsze tyle mają siły?

Książka dla poszukiwaczy superbohaterów.

Nie jestem przekonana, czy napisałam coś sensownie zachęcającego do sięgnięcia po "Wypędzone", więc oto zachęcam do zadawania konstruktywnych pytań dotyczących treści lub innych aspektów tej kolektywnej opowieści z narracją na trzy głosy. Jakoś tak mało, biednie i ubogo. Nie potrafię pisać recenzji. Chyba nie potrafię, bo może mam jakieś ukryte umiejętności, o których nie mam pojęcia.

8 komentarzy:

  1. Lubię takie książki! To jest gatunek, któremu nie potrafię się oprzeć, choć zawsze potem takie lektury odchorowuję emocjonalnie.

    Zdecydowanie za mało jest kobiecych głosów w historii. Zdecydowanie za mało mówi się o tym, czego doświadczają cywile, a kobiety w szczególności, gdy mężczyźni idą na wojnę. To nie jest kwestia tylko II WŚ. Tak było od zawsze.

    A co do zemsty... Czytałam kiedyś "Kobietę w Berlinie" (to o wydarzeniach, gdy Armia Czerwona zdobyła i zamknęła Berlin). Pisząc swój pamiętnik, autorka zastanawia się, co też Niemcy musieli wyrządzić podbitej ludności cywilnej, że teraz niemieckie kobiety spotykają się z taką nienawiścią i okrucieństwem ze strony zwycięzców.

    Oczywiście każdy odwet na ludności cywilnej jest działaniem niemoralnym i budzącym sprzeciw... Ale! Gdy w grę wchodzą emocje, cierpienia i strata własnej rodziny, gdy co dzień jest się świadkiem okrucieństwa, gdy obok giną przyjaciele, gdy ma się na dodatek cały czas świadomość - nie myśmy to zaczęli... to po prostu rozumiem, że trudno zdobyć się na wielkoduszność i nie zareagować "oko za oko"...

    W tego rodzaju przekazach uderza mnie jeszcze jedna prawidłowość - kobiety częściej pomagają wrogom, bo liczą, że jeśli ich dziecko będzie potrzebowało pomocy, to może też znajdzie taką pomoc od innej kobiety. Mężczyźni za to nie spodziewają się litości więc też jej nie okazują...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieuniknioną konsekwencją zbrodni jest kara, to prawda. Ale z drugiej strony pozostaje kwestia, kto jest uprawniony do jej wymierzenia. Poza tym wszystkie trzy bohaterki nie kwestionują, czy zasłużyły czy nie. Skupiają się na tym, żeby przetrwać. Helene Plüschke jest zła na swojego męża, bo nie wie, gdzie jest, czy żyje i jest wyczerpana dźwiganiem całej rodziny. Esther von Schwerin pisze, że każdy, kto nie przeciwstawił się Hitlerowi, ten mu pomagał. I ma namyśli wszystkich. Ursula Pless-Damm, bardzo młoda i nigdy nie przejawiała politycznych zainteresowań, zastanawia się jednak, jak "my, Niemcy, mogliśmy" niszczyć inne narody, niszczyć ludzi. Czuje przynależność do swojego narodu i widzi odpowiedzialność, ogrom zniszczeń i krzywd. Helene rzuca pytania o ogrom wrośniętej w ludzi nienawiści. Nie godzą się ze swoim losem, ale też nie dziwią się zbytnio konsekwencjami zbrodni swojego narodu.
      I jeszcze jedna ciekawostka - świetne uchwycenie pdeterminacji jednostki przeciwstawionej chaosowi mas.
      Jeśli zaś chodzi o postawy kobiet i mężczyzn, myślę, że to wina narzucanych im ról. Mężczyzna ma być twardy, wykorzenić współczucie, a kobieta jest tą istotą emanującą empatią, kochającą. Nie wydaje mi się też, żeby kobiety pomagają interesownie. Wierzę w naturalne ludzkie odruchy, pomoc bez wypatrywania profitów i ludzi kierujących się własnym sumieniem.

      Usuń
    2. Nie chodziło mi o to, że pomagają interesownie, tylko, że właśnie z empatii - widząc człowieka w potrzebie, widzą swoje dziecko, które, gdzieś tam, nie wiadomo gdzie, również może być w potrzebie i być może jakaś inna matka mu również udzieli pomocy.

      Daleka też jestem od umniejszania czyjegokolwiek cierpienia czy oceniania, czy ofiara sobie zasłużyła, czy nie. Wprost przeciwnie. Uważam, że każda historia powinna zostać odkryta, a kobiecy głos jest ważnym elementem właśnie ze względu na to, że często był ze wstydem uciszany. Głos Niemek podwójnie - Niemcy nie mieli prawa być ofiarami, bo byli agresorami. Ale! Mój bunt budzą próby odwracania rzeczywistości, przedstawianie Niemców jako niewinnych ofiar politycznych manipulacji Hitlera, eksponowanie cierpienia narodu niemieckiego z jednoczesnym umniejszaniem własnej roli w cierpieniach podbitych narodów. To, mam wrażenie, dzieje się w tej chwili z historią.

      Usuń
    3. W takim razie chodzi nam o to samo. :) Mam ostatnio problemy z percepcją, chyba te upały uprażyły mi mózg.

      Tak naprawdę ofiara nigdy nie zasługuje, ale jeśli już ktoś uruchomi machinę krzywdzenia i mszczenia, bardzo trudno znaleźć kogoś, kto ją zatrzyma. I wszyscy są ofiarami. Nie można też przekształcać się w kucyki z doliny tęczy, to prawda, trzeba sobie powiedzieć, co było złe i dopiero wtedy można wyjść na prostą. Na zamiataniu pod dywan nikt jeszcze dobrze nie wyszedł. Przeszłości nie można zmienić, ale można zmienić swoje do niej nastawienie. Wypieranie nie rozwiązuje problemu.

      Usuń
  2. Potrafisz pisać recezje. No, w każdym bądź razie potrafisz pisać, żeby zaciekawić. Renya -ostatnie zdanie Twojego komentarza spowodowało powstanie gęsiej skórki u mnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Jeśli cel został osiągnięty, to się udało :)

      Usuń
    2. Sivko, czytałam kiedyś relacje kobiet z Bałkanów z wojny 1992-1995 r. To dopiero wywoływało gęsią skórkę. I po tej lekturze uznałam, że w wojennych mężczyznach nie występuje coś takiego jak litość...

      Usuń
    3. Też czytałam kilka lat temu, ale zupełnie wyparłam ze świadomości. Teraz sobie przypominam. Przerażające.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.