wtorek, 27 sierpnia 2013

What a lovely holiday, there's nothing funny left to say

Nie mam siły opowiadać. Chodziłam po górach, piłam czeskie piwo, przywiozłam zapasy do domu, malowałam ceramiczne kubeczki, widziałam zdrojowe miasteczko i Zakręt Śmierci, zwiedziłam muzeum zabawek. Warto było.

Schodzenie z gór jest trudniejsze niż wchodzenie.

Karkonosze.

Też Karkonosze.

Nie wiem, w jakim celu, ale rzuciłam się na znak.

Cała wyprawa została udokumentowana w dzienniku podróży.

Park miniatur w Kowarach.

Bolesławiec.

Muzeum zabawek w Karpaczu, cesarzowa i cesarz.
Królikuru w Bolesławcu.

Na rynku w Bolesławcu, ceramiczny festyn, a ja stylowo z Dejwidem i misiem Paddingtonem.
Pierwsze zdjęcie z wyprawy jako ostatnie w sprawozdaniu.

A w post scriptum pan z telewizji, który był brzydko ubrany (żeby się nie musiał wstydzić, zapikselowałam mu łeb) i moje włosy, które mnie zadziwiły. Normalnie nie widzę, jak wyglądają z tyłu, nie wiedziałam, że są takie długie, a poza tym, że warkocz taki masywny wychodzi. Poza tym widać moje rozjaśnione końce, co mnie ucieszyło, bo myślałam, że są niewidoczne dla postronnego widza. Podróże rozwijają, gdyby nie zdjęcia, nie miałabym pojęcia.


środa, 21 sierpnia 2013

Istnieje potrzeba podzielenia się z innymi...

...tym samym, co dla nas jakąś wartość stanowi, udostępnienia im tego samego. Dlaczego? Cóż nas obchodzi, że innym będzie, grubo mówiąc, przyjemnie, że inni będą się cieszyć, że inni będą się rozkoszować. Czy to nas w jakiś sposób zadowala, wzbogaca? A niechże się cieszą sami dla siebie, co nas to obchodzi. Otóż istnieje jakaś, wydaje mi się, potrzeba współwzruszenia się i potrzeba posiadania jednego wspólnego świata z innymi, i to właśnie świata, który posiada jakąś wartość.

Roman Ingarden pięknie zaczął, więc teraz muszę się już podzielić. Oto zapowiedziany tutorial kwiatkowy. Na początku muszę jednak podkreślić, że pomysł nie jest mój, gdzieś to widziałam i bezwstydnie zgapiłam. Gdybym umiała zlokalizować źródło, pewnie bym wcisnęła je gdzieś tutaj. Ale zgubiłam. Za duży ten internet, nie pamiętam.


 Potrzebna: wstążki w kolorze, filcowego arkusza w kolorze, nitki w kolorze - musi to pasować do siebie jakoś. Narzędzia: nożyczki, igła, dwie ręce.

1. Ciach, ciach, ciach, wycinamy kółko z filca. Odcinamy od kółka 5-10 minut. Z powstałego pacmana składamy stożkowaty ostrosłup.


2. Zszywamy stożek, żeby zyskał postać trwałą. To jest baza, to wymodeluje kwiatek.


3. Wstążkę przyszywamy na środku, matową stroną do góry. Następnie przekładamy na dobrą stronę i podszywamy trochę. W sumie nie musimy całego kwadratu szyć drugi raz, wystarczą trzy boki, na zgięciu już nie trzeba.


4. I teraz sprawa trudna. Zaginamy, wyginamy, podginamy i przyszywamy po zewnętrznej krawędzi. Uważamy, żeby złapać na tyle dobrze, żeby nie odgieły się nasze płatki, żeby sztywno przyszpiliły się do filcu. Za trzecim kwiatkiem już się uda. Budujemy ślimakową konstrukcję, zwijamy wstążkę, aż sięgniemy krawędzi filcu. Wtedy szyjemy najbardziej po krawędzi, jak się da. Kiedy już z satysfakcją stwierdzamy, że kwiatek gotów jest, odcinamy wstążkę, z zapasem około 1-2 cm, podszywamy zabezpieczająco na lewej stronie stożka, czyli w głębi.


Gotowe! Nic trudnego, prawda?

Mam nadzieję, że instrukcja jest w miarę jasna i kogoś zachęci do wizyty w przybytku pasmanteryjnym.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Trzy kolory

Rozniuńciam się trochę. Czego można się spodziewać po osobie, której drogę do łazienki wskazują nocą fluorescencyjne misie? Ale nie o to chodzi. Moi równieśnicy powoli obrastają w dzieci. Moje pokolenie, bo i starsi, młodsi, wszyscy dookoła! Ja osobiście nie marzę, poza tym nie mam okoliczności, bo póki co jestem ekspertem w dziedzinie "Jak nie wychodzić za mąż?". Moja siostra spodziewa się dziewczynki, rozpisała już konkurs na imię. Powinnam zaproponować Krystle, jak Krystle Carrington, ale nie popadajmy w przesadę, to nie jest dobre imię dla dziecka.
Nie potrafię pakować prezentów, ale wcale mnie to nie powstrzymuje. W tym miejscu powastaje jednak problem - co podarować? Najlepiej ubranka. Ale odzież dla dziewczynek neonatów to zazwyczaj różowiutkie różowe kaftany. Bardzo trudno znaleźć jakąś alternatywę. W sklepach tylko dziewczęcy róż i chłopięcy błękit. Czasami można traifić na żółty, bo żółty znaczy - nie znam jeszcze płci.
Taki post o niczym, z euforii, że w końcu jakaś dziewczynka się narodzi w narodzie. Przy okazji zdjęcia prezentów z interpretacją.


Po pierwsze - musi być królik. Dlatego skarpetki w różowe uszatki. Do wyboru był jeszcze kolor niebieski. Innych opcji brak. Widocznie skarpetki kupuje się po poznaniu płci potomka. Druga sprawa to detale. Dlaczego bobasom produkuje się takie słodkie ubranka? Nie wystarczy, że kreaturki z natury same są słodkie? Nie... Musi być jeszcze przecukrzenie, misiowe zatrzaski! Wszystko takie urocze, a materiały w dotyku tak przyjemne, że moje własne najmilsze bawełniaki to przy nich paździerzowe wory. Janko Muzykant na pewno nie miał takich pajacyków... Trzecim elementem prezentowym jest zestaw strażacki. To, że samochody, wcale nie znaczy, że li i jedynie chłopięcy. Sama mam lekkie odchylenie na straż pożarną, więc i młodej osobie nie zaszkodzi. Policiantów ludzie nie lubią, nie ufają karetkom pogotowia, a strażaków szanuje każdy. To oni są pierwsi na miejscu wypadku. I mają nożyce do rozcinania samochodów. Najważniejsze jednak jest to, że strażacki zestaw nie był ani różowy, ani niebieski. Nie był nawet żółty. Strażak znaczy - wiem doskonale, znam konsekwencje, i zrobię wszystko, co w mojej mocy.

Na koniec chciałabym zapytać o jakieś ładne imię dla dziewczynki. Przecież muszę wygrać ten konkurs! Imię musi być normalne, nie Dżesika i Zenobianna, coś ładnego, dobrze zdrabniającego się.

(。◕‿◕。)

(Następny będzie kwiatkowy tutorial, czyli coś na porządny, blogowy temat.)

sobota, 17 sierpnia 2013

Człowiek sam chce doprowadzić do wykrystalizowania czegoś, co jest niegotowe...

...co się tylko zaczyna, ponieważ jest jakoś przekonany, że siebie w tym potrafi utrwalić, wypowiedzieć, wyrazić, ujawnić, uzewnętrznić to, co jest ukrytym, subiektywnym przebiegiem procesów, o których nic się nie wie, które są nieukształtowane.
Ambitnie zaczęłam Romanem Ingardenem, i pewnie mogłabym przepisać całe, długie rozdziały, ale przecież nie o to chodzi. Będę wracać, będę dawkować. Nie możemy stać się za bardzo mądrzy od razu.

Morela-mortadela, kolor nad kolory, niedoceniany przeze mnie do tej pory. Oko błysnęło mi w pasmenterii, ale nie z fanatyczną chęcią posiadania, może bym się nie przejęła nawet. Pani Matka poparła jednak błysk w oku i w ten sposób 7 kłębków-motków trafiło w moje zachłanne łapy. A teraz myślę - o, człowieku, pasuje do wszystkiego. Do różu, beżu, czerwieni, zieleni... Królu złoty, najlepszy kolor świata! Lato w rozkwicie. Owocowy urok, romantyczna lekkość.

Gotowe jest już dziergadełko nr 1. Wersja kolejna zwisa jeszcze bezkształtnie z drutów nr 8. Bo chodzi mi o luźny splot, o niedbałe hipsterstwo i worowatość bez zobowiązań. Wykonałam przy pomocy wspomnianych już drutów nr 8 oraz szydełka z numerem, którego nie mogę się dopatrzeć (ale to tylko prace wykończeniowe). Drugie dziergadełko wymaga naniesienia poprawek. Zawsze coś z rękawami zrobię źle.
Przepis jest prosty, zrobiłam dwa prostokąty z miejscem na głowę każdy, cała wielka filozofia. Chodziło mi o jakiś letni ozdobny motyw.


Kolor został uchwycony najlepiej na zdjęciach pobocznych ( tym dolnym, niżej), ale musiałam też pokazać jego potencjał po zderzeniu ze światłem i cieniem. Morele w jogurcie, to jest odcień. Trochę zlało mi się z kokardką, poza tym przesadziłam, taki barok - kolczyki, kokardka, dodatkowo miałam jeszcze złote ornamenty na spódnicy... Co za człowiek...


Zaczynam właśnie czytać Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk, słucham Sary Bareilles, prawdopodobnie jednak pojadę na wakacje. W lumpku znalazłam dzisiaj ładną spódnicę i coś dla Kas (muszę Ci trochę przekształcić, ale spodobanie gwarantowane!). Jest najpiękniejsza pora roku. Uwielbiam sierpniowe słońce.

wtorek, 13 sierpnia 2013

We włosy wpięta dumnie wstążka

Moje włosy rosną systematycznie i spokojnie, ostatnio tylko trochę podcięłam końcówki (bo były już brzydkie). Bollywoodzki cel staje się coraz bliższy. Mam już tą denerwującą długość, przy której zwykle rezygnowałam. Moment krytyczny, apogeum, kulminacja. Jeśli teraz przetrwam, za rok będzie mnie można zobaczyć tańczącą u boku Hrithika Roshana (nie jest w moim typie, ale nie będę przecież wybrzydzać, to dopiero początek kariery...). Żeby umilić sobie posiadanie bujnej grzywy, obmyślam różnego rodzaju przyozdobienia. I dzisiaj właśnie o jednym z nich.


Początkowo planowałam zrobić tutorial, ale dziubanie kwiatków jest zbyt skomplikowane i moje zdolności objaśniające całkowicie poległy. Różyczkopodobne ornamenty wykonałam z żółtej wstążki na bazie filcowej podkładki. Kiedyś to wyjaśnię! W roli drugoplanowej szklane koraliki, a kokardka powstała z kawałka zabunkrowanego sto lat temu - pewnie od jakichś kwiatków. Na marginesie - nie lubię dostawać kwiatów ciętych. Zawsze mi szkoda, bo później trzeba je wyrzucić. Doniczkowych nie mam gdzie postawić, więc też odpadają. Od czekoladek się tyje, więc tylko biżuteria. Złoto i diamenty... Koniec marginesu.
Odkryłam przesłodką moc połączenia różu z żółtym. Cukrzyca gwarantowana. Oczywiście odcienie muszą być zgrane, bo inaczej coś brzydkiego powstaje. Wydaje mi się, że różowy jest moim kolorem roku 2013. Na przykład chciałam żółte sandały (odcień mango), ale nie było rozmiaru, więc mam różowe w odcieniu jadowitej dżungli. Też ładne.


Tłem jest moja powierzchnia robocza, plamy po farbie są trwałe.

Jako narzędzia przypinającego używam zwyczajnej kokowej szpilki. Nie chciałam robić stałego zapięcia. Możliwości zastosowania jest wiele, oto trzy przykładowe:


Starałam się uśmiechnąć do zdjęć, normalnie tego nie robię, bo nigdy się nie uśmiecham. Komedie wszystkie oglądam z kamienną twarzą, jestem niemiła dla ludzi i ogólnie straszna ze mnie chimera. Jeśli zaś chodzi o zastosowania, to pierwsze jest przy włosach rozpuszczonych, co widać. Użyta została wsuwka zwykła, żeby się trzymało (mam taką dobrą, gigantyczną z Glittera, nie wiem, czy jeszcze są w asortymencie, ale wynalazek to zacny). Przy kolejnych mamy już do czynienia z kokówką. Wbijam normanie w głowę, trochę mózgu wyparuje, ale mililitry, więc się nie liczy. Zdjęcia wykonane w łazience, bo apartament mam nieatrakcyjny, ciemny, a na zewnątrz pada deszcz. Jedyne dobre światło i neutralne tło oferuje łazienka.

Na koniec polecam słodką piosenkę z bąbelkami. I już wiadomo, dlaczego kokardki, cukierki i różowy uśmiech.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Jedz, jedz i jedz

Dawno nie było niczego spożywczego, co wcale nie znaczy, że mniej jem, mniej czasu spędzam w kuchni, czy inna tragedia zawładneła moim życiem. Nic z tego. Wcinam arbuzy, miałam obmyślić jakąś dietę, więc porzuciłam kolacje, ale...
Jakiś czas temu triumfował taki jeden film z Julią Roberts. Gdybym ja pojechała w podróż dookoła świata, ograniczyłabym misję poznawczą do jedzenia. Taka jestem tandetna.
Zrobiłam nawet listę miejsc, które odwiedziłabym, żeby się najeść. Do zabawy w wylicznie dołączyło moje najbliższe otoczenie. Zasady są prostę. Julia Roberts zwiedziła trzy kraje, więc trzy jest tym ogranicznikiem. Mója lista "Jedz, jedz i jedz" to:
  1. Stany Zjednoczone, ale Luizjana. Fascynują mnie specjality kuchni kreolskiej.
  2. Korea Południowa. Nie tylko kontynentalna część, ale też sławna wyspa Jeju. Kluski, zupki, ryże, owoce.
  3. Gruzja. Nie żałowałabym sobie wina, bo to też część tradycji spożywczej.
Zachęcam Cię do stworzenia własnej listy i podzielenia się nią w komentarzu. Z uzasadnieniem, czy też bez.

Słyszałam kilka głosów marudzących, że bez mięsa się człowiek nie naje. Straszny to błąd. Obecnie mięso jem bardzo sporadycznie, w stylu ryby oraz rybopodobne frutti di waldimare. Ostanio napakowałam się na kwadratowo, że ani ręką, ani nogą, produktami całkowicie 100% bez mięsa. Chyba nawet przytyłam trochę... Można? Można. I niech to będą 4 przepisy udowadniające. Jeśli ktoś chciałby poświęcić 1 dzień na poniższy jadłospis - nie będzie chodził głodny. Na marginesie uwaga - mówi się, że 5 posiłków dziennie to dobrze porozkładane posiłki. Jeśli zjada się warzywa, czy inne rośliny, one bardzo szybko człowieka napychają i równie szybko się trawią. Dlatego bezmięsne jedzenie 5 razy dziennie sprawdza się świetnie.

Krysztallowe guacamole:
  • 1 awokado (dojrzałe!);
  • sok z połówki cytryny;
  • 2 ząbki czosnku;
  • 1 mała cebula;
  • 1 mały pomidor;
  • 1 średnia papryka czerwona;
  • przyprawy do smaku (zioła prowansalskie, pieprz, sól).
Awokado wrzucić do blendera, zalać sokiem z cytryny, wymieszać. Wrzucić resztę składników, zmielić. Doprawić do smaku. Gotowe. Z chlebem, z bułką, sucharem, łyżkami.

Krysztallowy napitek na upalny dzień:
  • 4 cytrusy (2 pomarańcze, cytryna, limonka);
  • garść mięty pieprzowej;
  • puszka mleka kokosowego;
  • 1 kwaśne jabłko;
  • 2 brzoskwinie;
  • kostki lodu dla lansu.
Cytrusy sparzyć, obrać, wrzucić do blendera. Pokroić miętę, dodać do cytrusów, pokrojone jabłko bez ogryzka i brzoskwinie bez pestek również dorzucić do reszty, zalać mlekiem kokosowym. Zmielić. Pić z dodatkiem kostek lodu lub nawet kostki zmielić z napitkiem. Płyn jest gęsty i doskonale zastępuje drugie śniadanie, czy cokolwiek innego. Można rozwodnić. W razie potrzeby słodzić miodem.

Sałatka melonowa:
  • po pół melona każdego rodzaju (ja miałam 4 - arbuz, melon miodowy, galia i jakiś hiszpański, długi, słodki melon tańczący flamenco);
  • 3 banany;
  • sok z połowy cytryny;
  • 2 łyżki miodu.
Wywalić gniazda pestkowe z melonów, obrać ze skórki, dość drobno pokroić, ale bez wygłupiania się w szatkowanie. Pokroić banany w talarki. Wszystkie owoce zalać sokiem z cytryny, miodem. Dokładnie wymieszać. Poczekać, aż w schłodzeniu puszczą soki.

Sałatka trochę zgapiona (tu jest pierwotny przepis):
  • serek feta;
  • 2 cukinie;
  • przyprawa do zapiekanek (lub zioła prowansalskie z pieprzem);
  • fasola czerwona z puszki;
  • 1 cebula nie do końca duża;
  • 3 garście różnych orzechów.
Cebulę drobno posiekać, rozgnieść lekko łyżką na dnie miski (żeby puściła soki). Cukinie obrać (jak starsza niż młodsza), pokroić w talarki, wymieszać z przyprawą, podsmażyć (na oliwie). Do cebuli dosypać pokrojoną fetę, odsączoną fasolkę, orzechy. Wszystko to urozmaicić podstudzoną cukinią. Dokładnie wymieszać. Poczekać, aż ostygnie do końca. Jeść i rosnąć.

Hipsterskie foto telefonem: 1. sałatka zgapiona; 2. napitek; 3. guacamole.

Wątek spożywczy nie kończy się tutaj. Zjadłam dzisiaj najlepszego ptysia świata i olśniło mnie. Postanowiłam pisać o przybytkach gastronomicznych. Tylko tych najlepszych i ulubionych. Chciałam kiedyś stworzyć przewodnik po Warmii i Mazurach, więc cykl uświadamiający, gdzie można zjeść coś dobrego, będzie dobrym początkiem.

piątek, 9 sierpnia 2013

Prezent sentymentalny

Nie jestem jakiś Wacław Berent, próchno i mistrz erudycji, nie mam zupełnie pomysłu na wstęp urozmaicony mądrymi metaforami w łacinie średniowiecznej. Dlatego do rzeczy: Jak zrobić prezent własnemu ojcu?

Krok pierwszy - podkraść zdjęcia. Wymowne, znaczące, różnorodne, rodzinne. Poza tym potrzebne będą: klej, nożyczki, antyrama duża, jakieś ozdobniki (lub nie, zależy od upodobań), brystol (mój w kolorze blue).



Dodatkowymi narzędziami do rozprostowania brystolu mogą być zwyczajne spinacze do bielizny lub ekskluzywne biurowe jakieś tam technologicznie zaawansowane.



Antyramę należy rozebrać na czynniki pierwsze, tło przyciąć odpowiednio pod wymiar, przypinamy. Układamy kompozycję zdjęciową i w momencie osiągnięcia estetycznej satysfakcji, przyklejamy wizerunki rodzinne do podłoża.


Przerwy, które wystąpią między fotografiami można wypełnić ozdóbkami, całość zamknąć za szybką. Gotowe. Nawet jak będzie brzydko, rodzic ma obowiązek się ucieszyć. Bo przecież liczy się, że to z myślą o nim i własnoręcznie. Właściwie każdy, niezlażenie od wieku, statusu, płci i funkcji, musiałby się cieszyć z takiego prezentu. Ale dla zachowania pozorów należy się postarać, trzeba w pracę wkładać szacunek dla obdarowywanego.



Dlaczego nie album? Bo ojcowie ten album raz poprzeglądają, a następnie zarzucą gdzieś, gdzie zgnije w kurzu. Plansza naścienna będzie ich natomiast w oczy dźgała codziennie. Wszystkie uśmiechnięte (lub nie) dziecięce twarze, wszystkie babcie, dziadkowie, kuzyni, sytuacje, krewni... Codziennie będą maltretować mózg obdarowanego.
Wersja końcowa w obrazku zamazanym, żeby nie było, że upubliczniam twarze mojej rodziny. Bo oni mnie znajdą, namierzą i powiedzą: dlaczego takie brzydkie wybrałaś? W konsekwencji zostałabym wydziedziczona. Taki obrazek poglądowy, każdy wie, o co chodzi:


Poza tym mój tata jest tak przystojny, że jeszcze bym komuś złamała serce.

środa, 7 sierpnia 2013

Niewidzialna zmiana

Nie robi się latem swetrów! A ja zrobiłam. Było zimno przez jakiś czas, chciałam jeden serial skończyć, a o suchych rękach mam wyrzuty sumienia. Tak powstał kolejny trochę szeroki workowaty wytwór, z którego jestem całkiem zadowolona. W pasmanterii spodobał mi się kolor. Pastelowa brzoskwinia, taki słodki, taki śliczny... Od razu zaczęłam wizualizować sobie jakieś zgrabne dziergadełko. Zgrabne nie wyszło. Teraz pracuję nad drugim egzemplarzem, który prawdopodobnie podaruję (taki był pierwotny zamiar, jak mi się spodoba za bardzo, zatrzymam sobie). Zdjęcia na człowieku zrobię, jak spadnie temperatura ogólna, gdyż nie dysponuję klimatyzacją, a na półkulę południową nie wybieram się w najbliższym czasie. Chociaż chciałabym pofrunąć do Argentyny na przykład. Takie nieszkodliwe marzenie.

Druga, bardzo ważna kwestia - włosy. Obsesja obsesją, nie chcę poruszać tego tematu w stopniu dogłębnym, ale trochę postanowiłam go rozwinąć, ponieważ kilka osób rozmawiało ze mną na ten temat dość intensywnie. Dla ułatwienia sobie życia, postanowiłam opisać różne aspekty dotyczące moich włosów letnią porą.
Jeśli chodzi o czesanie, z powodu upałów muszę uczepić się opcji przewiewnej dla głowy. Posiadanie czupryny króla lwa jest fajne, ale można też się nieźle poddusić. Dlatego warkoczące warkocze.
Wersja pojedyncza nie wchodzi w grę - włosy są długie, robi się zbyt ciężki splot. Staram się zaplatać po bokach, a później kombinuję resztę.

Opcja nr 2 częściej występuje.


Zebrałam się na też odwagę i sama, własnoręcznie, bez pomocy i z nastawieniem nikt mi nie powie, wiem co mam robić, szklanką o ścianę rzucam, chcę wychodzić, rozjaśniłam sobie kilka kosmyków końcowych. Zrobiłam to źle, nieumiejętnie i tak dalej, ale nauki zostały wyciągnięte, nie wygląda to najgorzej (mogło być bardziej tragicznie). Tak naprawdę prawie nie widać efektów, więc tylko dla mojego psychicznego komfortu można mówić o jakiejkolwiek zmianie. Wprawne oko zobaczy, reszta ludzkości się nie zadziwi.

I uwagi dla ludzi, którzy planują taką operację na sobie. Po pierwsze - uwaga na oczy. Ja sobie oczywiście trzasnęłam mazią w gałę, bo nie byłabym sobą, gdybym choć trochę okoliczności autodestruktywnych nie dodała. Na szczęście szybko przemyłam zimną wodą i mogę nadal cieszyć się wzrokiem. Brawo, za szybką reakcję oraz reanimację. Przytomność umysłu dobrem największym. Druga sprawa dotyczy potencjalnej możliwości zniszczenia włosów. Dużo czytałam/słuchałam o takiej ewentualności, więc przed zabiegiem rozpyliłam olejek, który zastąpił mi naturalne soki skórne. Czy to pomogło? Nie wiem, ale nie zaszkodziło. Niczego nie spaliłam, nie przesuszyłam nadmiernie, wszyscy przeżyli. Trzecie odkrycie - jeśli chodzi o zwijanie folii aluminiowej zabezpieczającej przed rozpanoszeniem się rozjaśniającej emulsji, najpierw należy zwinąć ją w górę, a dopiero na końcu zagiąć po bokach. Lepiej się trzyma. Sama to odkryłam, prawdopodobnie wszyscy już o tym wiedzą od pokoleń. Bardzo ważnym narzędziem jest stary ręcznik, który ochroni skórę (szyja, ramiona) przed konfrontacją ze żrącym specyfikiem. Dla ludzi o zbliżonych do moich zdolnościach autodywersyjnych polecałabym również stary ręcznik skrywający odnóża. Nie dość, że ostatnio słońce mnie pogryzło, to jeszcze poprawiłam sobie toksyczną mazią... Samo życie!
Póki co porzucam myśli o całkowitej metamofrozie w blondynkę. Do fryzjera nie pójdę, bo jedyna osoba, której w tej dziedzinie ufałam, uciekła w świat, a poza tym jestem dusigroszem bojącym się, że coś pójdzie źle. Wolę siebie obwiniać.

Proces i szczęśliwe, nieefektowne zakończenie.

Następnym razem będzie ciekawiej, gdyż pojawi się zapowiadany już podarunek dla pana ojca. Poza tym przyswajam technikę wytwarzania wstążkowych kwiatków ozdobnych. Czuwaj!

Na koniec - w ramach poszukiwań letnich hitów, wróciłam do słuchania nie tak bardzo wschodniej muzyki.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Na literę N


Zazwyczaj staram się czytać szybko. Jak ogląda się film, żeby mieć książkę z głowy, sięgnąć po następną. Nie znaczy to, że nie skupiam się na treści. Mam bardzo sprawną maszynę mózgową, bez problemu przyswajam, analizuję i czasami nawet zatrzymuję się na refleksyjne przemyślenia. Jest jednak literatura, której nie jestem w stanie ogarnąć metodą prędkościową. Do tego właśnie wyjątkowego gorona zaliczć muszę dzisiejszą książkę-bohaterkę. Musiałam dawkować sobie, dzielić na etapy. Bo lektura wywoływała wręcz fizyczne bóle. Może kilka lat temu tak bym nie przeżywała, ale pod wpływem różnego rodzaju zdarzeń i przemyśleń rozwinęłam szerszą wrażliwość odbiorczą. Koncepcja stabilnej niezniszczalności człowieka zniknęła, zastąpiona koncepcją poszarpanej wiatrem trzciny myślącej.

Pierszą bohaterką jest matka piątki dzieci, która samotnie zawisła w chaosie. Kobieta wrażliwa i myśląca. Kochająca przyrodę, trochę romantyczna. Druga to bogata hrabina o lekkim, zupełnie niegroźnym, zabarwieniu patetycznym. Silna, zorganizowana, bystra. Trzecia - młoda mężatka pochodząca z niewielkiego miasta.
Nie podoba mi się określenie "wypędzone", ale nie mam lepszego, więc nie będę z nim dyskutować. Podoba mi się perspektywa, oddanie głosu kobietom, które zawsze spychano na margines historii, poruszający zapis wydarzeń historycznych z perspektywy najmniejszego człowieka, biorącego w nich udział, porwanego, unoszonego niemal bezwładnie przez nurt wydarzeń. Historia to zawsze generałowie, podziemie, spiskowcy, ważne pionki na wojennej mapie. Natomiast w posłowiu przeczytać możemy:
To właśnie ich [kobiet] codzienność pośrodku gęstniejącego czasu wojny określają sprawy nieheroiczne: bezpośrednie zagrożenie przemocą, skazanie na łaskę i niełaskę silniejszych, brzemię odpowiedzialności za dzieci, troska o jedzenie, strach i niepewność jutra. Los kobiet sytuuje się zwykle na peryferiach wydarzeń zmieniających porządek świata, a ich naznaczona imperatywem trwania pamięć rzadko staje się elementem historycznego przekazu. Tymczasem odnotowuje ona migawki niewidoczne w panoramicznym obrazie "wielkiej historii", zdumiewające szczegóły, nieoczekiwane epizody zapisywane w rytmie mijających dni. Odsłania się w ten sposób odmienna, nieznana akademickiej historiografii tkanka dziejów.
Mężowie wszystkich trzech kobiet byli żołnierzami. Helene Plüschke, Esther von Schwerin i Ursula Pless-Damm były więc zdane na siebie. Pierwsze dwie dodatkowo pod opieką miały liczne gromadki dzieci. Opisywane wydarzenia rozegrały się w latach 1944-46.
Jeśli ktoś myśli, że po wojnie Niemców wpakowano do pociągów i wywieziono do Niemiec, myli się bardzo. Zanim Helene i Ursula znalazły się w wagonach zmierzających ku ich ojczyźnie (z tą ojczyzną mamy problem, bo pierwsza z kobiet wyraźnie podkreśla swoje przywiązanie do Śląska), przeżyły prześladowania, maltretowanie, cierpiały z głodu, zmuszono je do przymusowej pracy. Można powiedzieć - i co w tym dziwnego, Niemcy robili to samo innym. Więc jakie to zwycięstwo nad nazistami, jeśli przejmuje się ich sposób postępowania względem ludności cywilnej? Wygrały ich metody, ich nienawiść.

Kogo tak naprawdę obchodzą bunkry nafaszerowane umundurowanymi fanatykami? Wojna nie toczyła się w pancernych schronach zaludnionych militarnie. Wszystko to miało miejsce na powierzchni ziemi, pospolitej przestrzeni wypełnionej kobietami i dziećmi najróżniejszych narodowości. Nikt ich nie pytał o opinię na żaden temat.
Esther von Schwerin pisze o zakazie ewakuacji. Dowódcy wojsk wiedzieli już, że Rosjanie lada chwila przekroczą granice, przełamią linie frontu. Jednak nikmu nie pozwalano uciec z zagrożonych terenów. Jaki był finał bredzenia o Wunderwaffe i propagandowo powstrzymywanej paniki? Niezbyt kolorowy, za to bardzo łatwy do przewidzenia.

Po raz kolejny udowodniono, że żaden cel nie uświęca środków, zemsta to rzecz małych ludzi, a najsłabsi są najwygodniejszym celem. Helene Plüschke najpierw chroniła swoje dzieci przed nazistami, przed Armią Czerwoną, a później jeszcze głodem. Esther von Schwerin umierała ze strachu o swojego najmłodszego synka przebywającego w królewieckim szpitalu podczas bombardowania miasta. Po raz kolejny udowodniono, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Kto by pomyślał, że te najsłabsze tyle mają siły?

Książka dla poszukiwaczy superbohaterów.

Nie jestem przekonana, czy napisałam coś sensownie zachęcającego do sięgnięcia po "Wypędzone", więc oto zachęcam do zadawania konstruktywnych pytań dotyczących treści lub innych aspektów tej kolektywnej opowieści z narracją na trzy głosy. Jakoś tak mało, biednie i ubogo. Nie potrafię pisać recenzji. Chyba nie potrafię, bo może mam jakieś ukryte umiejętności, o których nie mam pojęcia.