wtorek, 30 lipca 2013

Katastrofa w katakumbach

Krysztally to lajfstajlowy blog, a wszystko jest tematem lafjstajlowym. Maraton jest dobrym tematem. Jestem jednak zbyt leniwym człowiekiem, żeby pokonywać kilometry w tak wyczynowy sposób. Jedyny sport, który praktykuję, to ściganie się z jamnikiem, który i tak oszukuje, bo zabiega mi drogę. Tak, dzisiaj też trochę zapchajdziurowato, bo znowu nie zrobiłam niczego, czy można się pochwalić, ale bardzo bym chciała, jednak brakuje mi czasu, bo metaforyczny maraton opanował moje życie. Rzuciłam się w wir poważnego pisania i muszę odreagować. Literackie archiwowanie różnego rodzaju luźnych myśli bez sensu wychodzi mi najlepiej. Kiedy przychodzi chwila kończąca żarty, ucinająca wielką maczetą wszystkie formy śmieszkowania (- Jak się nazywała ukochana Szarika? - Pola Reksa.), dostaję ciśnienia, które blokuje moje twórcze moce. Nie jest bardzo źle, muszę nakreślić z sensem jeszcze tylko 15000 znaków. Ten post jest formą odetchnięcia, wywietrzenia mózgu. Trzeba było robić karierę w absurdalnym bredzeniu, zostać bohaterką "Mody na sukces"... Ale poważne sprawy też mają swoje plusy. Poznałam nowe słowo - szmuklerstwo.
Nie traćmy jednak czasu, bo  oto refluks umysłowy:

Nie mam gustu, podkreślam to za każdym razem, kiedy ktoś mnie pyta o zdanie w kwestiach mody, muzyki, filmu. Słucham koreańskiego popu i jakichś skandynawskich wynalazków, lubię bollywoodzkie rozterki. Moda? Styl? Odbiegnę truchtem otumanionego, rannego zwierza od tematu (samotność długodystansowca odbiegającego przy każdym rozgałęzieniu nerwowym, baterie w mózgu niklowo-kadmowe) - tyle się namnożyło ikon stylu, że nie wiem, co wybrać. Każda bardziej (lub mniej) znana twarz jest teraz ikoną stylu. Weronika Rosati, Joanna Horodyńska, jakaś babka z serialu, kilka babek z internetu. Ja bym nie powiedziała, nie nadała miana. A Roisin Murphy Björk zgapiają unikalny styl od Lady Gagi. Przed Lady Gagą cały świat ubierał się tak samo. Mam świadków (nie mam z nimi kontaktu, ale jakbym chciała, to może bym miała), że pojawiłam się na stołówce internatowej z ołówkami wplecionymi we włosy, zanim ktoś powiedział, że istnieje Lady Gaga, a hitem minionego lata była jakaś piosenka Wilków. I co? Jestem ikoną mody! Hipsterską do tego.

Ikona zawsze przywodzi mi na myśl malarstwo katakumbowe. Lubię słowo "katakumby". Brzmi jak jakaś rytmiczna onomatopeja, a tu katastrofa! Katakumba jako jama z grobami. Bez sensu te moje retrospekcje, wracamy do mody, stylu i ponadczasowego wdzięku.

Wiem, co jest ładne i brzydkie. Ale to nie są jedyne kryteria rządzące moim zmysłem estetycznym. Kolejne rozgałęzienie miałoby tytuł - ile zmysłów posiada człowiek? Zostawiam to do rozwinięcia nieznanej osobie w nieznanej przyszłości. Kiedyś może narysuję zbiór, jak w pierwszej klasie podstawówki, zakreślę w kółko czerwoną kredką i podpiszę "To mi się podoba, to mnie inspiruje". W tym miejscu krótka przerwa na kradzione obrazki inspiracyjne (ratunku, staję się inspiracyjną niunią!):

Kradę, co popadnie, ale tu jest źródło.
Nie jestem fanką H&M, ale włosy i kompozycja mi się podobają.
Lotos - moja ostatnia florystyczna obsesja.
Ellen Dittebrandt, "Above my head". Ale chodzi mi o perspektywę.

Koniec przerwy, jedziemy dalej.
Ostatnio staram się intelektualnie nie zastygnąć. Nie oglądam seriali (oglądam 1 serial), czytam książki (obecnie jedną arcyciekawą, o której bardziej szczegółówo wspomnę w pełnowymiarowym poście książkowym), słucham tego, czego normalnie bym nie słuchała, zaczęłam odgruzowywanie mojego Łucznisia, sterta szmat do przerobienia powoli się zmniejsza. Po weekendzie będę miała trochę czasu i pochwalę się dokonaniami. Już muszę, bo eksploduję. Naprawdę, powiększam tylko moją frustrację ignorując silną potrzebę chwalipięctwa. Takie ładne różowe szorty w kropki, a ludzkość jeszcze nie widziała! W powietrzu wisi też poważny tutorial, ponieważ w przyszłym tygodniu planuję zrobić mojemu arcywybitnemu tacie prezent godny jego arcywybitności. Wszyscy zawsze piszczą, że mamie prezent, że kwiatki, bratki, czekoladki. A o ojcach się zapomina. Więc będzie przypomnienie.

Chciałam zrobić sobie blond na głowie, ale trochę się obawiam, że nie warto. Podobno mężczyźni wolą blondynki, ale najlepszym przyjacielem dziewczyny są diamenty. Bo diamenty są forever.  Tak sobie pomyślałam kiedyś, że zrobię listę najlepszych piosenek świata i Shirley Bassey musiałaby się tam znaleźć. Oczywiście lista nigdy nie powstała. Ale odbiegłam od tematu. Mistrzostwo dywagacji, Lana Del Rey w mojej głowie.Wstrzymałam się z blondem, może z okazji letniej pogody jakieś refleksyjne refleksy namaluję? Sama, oczywiście, żeby nie oskarżać obcych ludzi o oszpecenie.

Już mi lepiej. Jeszcze tylko krótki spacer, głupia piosenka i mogę wracać do poważnych dywagacji epistolarnych.

Na koniec chciałabym bardzo, bardzo, bardzo podziękować Bluefairy za przewspaniały prezent. Nie spodziewałam się tak okazałej nagrody. Jednocześnie muszę przyznać, że niezmiernie ucieszył mnie jej jamnikowy charakter. Obiecuję, że będę nosić godnie i dumnie.

G-Pies i pani Żujka na definitywne zakończenie.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Nikogo nie obchodzą bezcukrowe cukierki

Zanim opublikuję kolejne radosne opowieści o modzie, stylu i innych niepotrzebnie przyjemnych kwestiach (bo to w końcu blog o uciekawianiu życia), oto kilka wyjaśnień oraz przemyśleń bardziej poważnych. Normalnie jestem wesołym kurczakiem rozsiewającym tęczę oraz cukierki owocowe. Ostatnio jednak nie mam czasu na ogrodnictwo szczęścia, a cukierki kupiłam bezcukrowe. Co za absurd - bezcukrowe! Są z zielska, pobudzają oczy do otwarcia się (Narkomanka!) i nie smakują słodko. Padło mi już na głowę... Zastanawiam się, co ja robię z czasem, bo nawet moje włosy zaczęły wyglądać obrzydliwie. Więc tym bardziej nie mogę o modzie i stylu publikować, ponieważ musiałabym zrobić zdjęcia, a z obrzydliwymi, sianowatymi włosami nie mam odwagi się upubliczniać. Wystarczy, że ludzie na ulicy mnie wytykają (co nie jest prawdą, ale to będzie ważne nawiązanie do dalszych rozważań).

Wytykanie na ulicy, bardzo brzydka sprawa. Ja tego nie robię, ale nie, bo jakaś lepsza społecznie jestem. Jestem dość tępa, nie mam oka do wyhaczenia ludzi, których potencjalnie mogłabym wytknąć. Jak już patrzę, to mówię do współwędrującej ze mną osoby:
- Patrz, jaką babka ma torebkę!
I mówię to z nutą pochwały oraz zazdrości. Bo zauważam to, co mi się podoba.
- Jakie ładne dziecko!
- Ej, kaczka w środku miasta!
Nie zauważam natomiast moich znajomych. Ktoś mówi, że cześć, że dzień dobry, a ja dopiero po chwili załapuję. Dopiero dzisiaj zorientowałam się, że w sklepie z mąką sprzedaje moja koleżanka z dawnych lat.
Co mnie natomiast denerwuje, jest tematem ważniejszym. I znowu zaznaczę, że nie uważam się, za istotę przebywającą na wyrzynach dobroci i świętobliwości. Myślę, że mam normalne podejście do ludzi. Przecież życie uczy, że pozory mylą.

Widzisz kogoś, kto odstaje od normy, kto nie mieści się w foremce twojego wyobrażenia o normach wizualnych, czy innych cechach odznaczających się na pierwszy rzut oka.
Widzisz otyłego dzieciaka. Ha, ha! Jaki śmieszny! A może oburzenie, powinno się go odebrać rodzicom? Albo leniwy grubas, zamiast grać w piłkę, siedzi całymi dniami przed telewizorem? Nie zasługuje na pozytywną reakcję, nie zasługuję nawet na neutralną. Zmieść go z powierzchni globu, bo psuje krajobraz. Pewnie, że można ziać agrechą. Ale czy ten gruby bachor chce być gruby? Na pewno nie. Gdyby mógł, gdyby wiedział, co ma zrobić, co może zrobić, pewnie zmieniłby to. Jest już wystarczająco nieszczęśliwy, będąc codziennie grubym dzieciakiem, nie trzeba mu dokładać od siebie. Obcym okiem, obcym śmiechem zaganiać go przed telewizor. Bo będzie się wstydził wyjść z domu i zagrać w piłkę. Wie, że ludzie będą się gapić, śmiać powtarzając "Ale grubas, jak on biega!'. Bardzo motywujące, zaprawdę.
Kiedyś czytałam artykuł, że ludzie, którzy mają w którąkolwiek stronę problemy z wagą (niedowaga, nadwaga, nieodwaga), mają już psychiczne różne problemy w głowie, więc dodatkowe ciosy na pewno nie będą kopniakami na rozpęd. Raczej dobiją takiego człowieka bardziej. Bo wiecie, co ma każdy człowiek? To dziwne, ale każdy człowiek ma uczucia.
Spotkałam się ze stwierdzeniem, że taka Susan Boyle (ta pańcia od śpiewania) to jest za głupia, żeby śpiewać. Robi, co jej każą, a jej interpretacje są złe, nie rozumie, co śpiewa, bo jest za głupia, wykonuje tylko wyuczone sztuczki. Albo, że ludzie po siedemdziesiatym roku życia są brzydcy i nie powinni przychodzić na plażę. Staruszka w kolorowej sukience? Sfiksowała, wariatka jakaś. I to hipsterskie nastawienie - uuuu, facet na spacerze z beaglem - kupił se modnego psa, snob. Jeśli ma alaskańskiego wilkołaka - hehe, już nie są modne! Nakupują modnych, a później to się zmienia, a oni utknęli z rasą na kilka lat.
W tym miejscu mam kilka pytań retorycznych.
1. Kogo obchodzi iloraz inteligencji Susan Boyle? Kobieta wkłada w śpiewanie serce, ma umiejętności, głos. Ładnie śpiewa, moim uszom to wystarczy...
2. Czy człowiek z czasem traci status człowieka? Czy z wiekem zaciera się jego człowieczeństwo i traci przywileje przysługujące młodszym?
3. Co za różnica jakiego ma się psa? Wiadomo, nie każdy może być jamnikiem, ale nie bądźmy nazistami.

I ostatnie - jakie kompleksy trzeba mieć, żeby zupełnie niegroźni bliźni, tacy spotkani na ulicy, plaży, zobaczeni w przypadkowym telewizorze, stawali się skrzyżowaniem publicznego pośmiewiska ze spluwaczką? Nie wierzę, że zadowoleni z siebie ludzie, którzy nie mają sobie niczego do zarzucenia, potrzebują osoby, którą mogliby wyszydzać.

Już miałam zakończyć, ale nie marnuję drzew, marnuję prąd, więc jeszcze troszę pociągnę temat, w wersji bardziej rozwodnionej. Wydawało mi się kiedyś, że te głupie wojny typu "Republika jest lepsza od Lady Pank" (bo jest), kiedyś się skończą, wszyscy zainteresowani pójdą swoją drogą, każdy będzie słuchał swoich ulubionych dźwięków i nikt już nie powie, "Jesteś głupia, bo słuchasz głupiej muzyki". Miałam nadzieję, że wyrasta się z tego. I na przykład ja, niegdyś mała nirvana, wyrosłam. Słucham głupiej muzyki, ale wcale nie dlatego jestem głupia. Wręcz nie jestem głupia. A tu nagle, ludzie starsi ode mnie, gotowi są bić się, uderzać pięściami w skamieniałe (ze starości i poglądów) głowy, bo ktoś nie lubi jakiegoś zespołu, który dawno już nie istnieje, ale był prawdziwy, autentyczny oraz o wiele lepszy od tego gówna, co się teraz słucha. Wydaje mi się, że można słuchać nagrań archiwalnych, a poza tym - kogo obchodzi? Czy to jest najważniejsza rzecz na świecie? Czy od muzyki zależy nasze istnienie? Fakt, sztuka coś tam kulturze robi, rozbudowuje, a muzyka to też sztuka, jesteśmy cywilizowani, rozwinięci, mamy humanistyczne wartości. Ale żeby ze zgrzybiałych dziadków robić bożyszcza i wyznaczniki czegokolwiek? Są naprawde ważniejsze problemy. Na przykład artykuły do napisania. O kulturze, o śmieciach... Nie uważam, że kolegowanie się z kimś o skrajnie różnych upodobaniach muzycznych jest niemożliwe. Piłują nas, że tolerancja, tolerancja, a później pierwsi sięgają po hejterski kamień, bo ktoś słucha Britney Spears (klik, klik, moja ulubiona piosenka BS).

Słabo mi wychodzi aktywność blogowa i międzyblogowe komentarze. Ale jestem autorem (dostałam ten tytuł jakiś czas temu i jeszcze go dobrze nie używałam), piszę poważne artykuły (mam zaplanowane do napisania 3, jeszcze dobrze nie zaczęłam, ale spoko, pierwszy termin 31 lipca...), piszę powieść z kurczakami w tle (utknęłam w pierwszym rozdziale). Mam tunikę do przerobienia w koszulę, zaczęłam dziubać sweter w kolorze morelowym. Jest zimno, a to przecież lipiec. Wszystko mnie usprawiedliwia!
(。◕‿◕。)

Na koniec muzyczne przypomnienie (kiedyś słuchałam dobrej muzyki i byłam mądra):

czwartek, 18 lipca 2013

Twarz, jeziora, mikroreceptory umożliwiające widzenie

Po różnych przykrych zdarzeniach życia codziennego i generalnie życia pojmowanego szeroko, wracam na dawne tory. Zamierzam zrealizować moje słowotoczne zamiary, czyli powymądrzać się w kwestiach, o których nie mam specjalnie rozwiniętego pojęcia.

Wiele osób mówiło mi, że mam idealną perfekcyjną twarz, w znaczeniu, że skóra taka jest wspaniała. Otóż nie mam, kamufluję się. Ale rzeczywiście nie jest ta skóra też najgorsza. Tutaj jednak muszę zasiać panikę - po lekkomyślnym odrzuceniu mięsa i tym podobnych produktów z jadłospisu, przeżyłam lekkie perturbacje. Przez jakiś czas wszystko odzwierciedlało się na twarzy. Docelowo miałam przez miesiąc nie spożywać wędlin i kotletów, ale chyba zastanowię się poważniej, zanim jeszcze raz zdecyduję się przechodzić przez skórne odreagowywanie zmiany diety.
Nie wiem, czy mam skórę normalną, czy może mieszaną? Wszyscy specjaliści twierdzą inaczej. Ja uważam, że normalną. Bo taka właśnie skóra jest normą dla mnie. Czym jest norma? Nie będę nawet zaczynać, bo za długo by mi to zajęło i zapomniałabym o czym faktycznie zamierzałam napisać.

Opisywanie wszystkiego, co robię w celu osiągnięcia perfekcji, przekracza moje możliwości gawędziarskie, więc skupię się na ciekawostkach. Poza tym wiele zależy od rodzaju skóry, wieku, osobistych preferencji. Więc tak bardziej uniwersalnie. Oto 10 ciekawostek (bo 10 to taka uniwersalna liczba).

1. Nie opalam się. Krem z filtrem, filtr z kremem, wszystko jedno. Jestem dumna z mojej bladej twarzy. Jak nam tłuką do głów już od lat - opalanie przyspiesza starzenie skóry.

2. Kładę się spać ze zdezynfekowaną gębą. Zmywam wszelkie ślady użytkowania kosmetyków kolorowych, oczyszczam dokładnie i systematycznie. Nigdy, przenigdy nie śpię bez uwolnienia się od tuszu do rzęs. Wszystkie wiemy, że po pierwsze źle to czyni naszej twarzy, po drugie - brudzi poduszkę. A wiecie, że są roztocza, które żywią się tuszem do rzęs? Nie karm roztoczy!

3. Ekospecyfik: naturalne mydło Aleppo. Nie wolno myć twarzy mydłem, powtarzają ludzie. Polecam zapoznanie się z zalinkowanymi literkami. Nie używam codziennie, ale raz na jakiś czas. Więcej ciekawostek w zalinkowanym artykule.

4. Jestem uzależniona od kremu antyseptycznego Himani Boro Plus. Raz w tygodniu nakładam na wieczorną gębę, idę spać i rano budzę się piękniejsza od królewny Śnieżki. Może to jej urok? Może to efekt placebo? A może faktycznie zielskowe składniki kremu? Poza tym doskonale nadaje się jakoś środek zaradczy na ugryzienia insektów, podrapania krzaków i inne takie pierdoły.

5. Zielona herbata. Do picia? Też. Jakiś czas temu stosowałam zewnętrznie i mam zamiar powrócić do tego niecnego procederu. Zaparzamy zieloną herbatę, odlewamy trochę do pojemnika i trzymamy w lodówce nie dłużej niż 3 dni. W tym czasie używamy jako toniku (ja codziennie rano, przed nałożeniem kremu). Poza tym herbata świetnie nadaje się jako mgiełka na upalne dni. Schłodzony płyn wlewamy do butelki ze spryskiwaczem i używamy jako orzeźwiającej mgiełki plażowej. Niby tam ma jakiś wpływ na kondycję skóry, gdzieś o tym czytałam.
A teraz przerwa na coś śmiesznego, jeśli już jesteśmy w okolicach plaży. Żyję w Krainie Tysiąca Jezior, anemiczny rzut beretem od najpiękniejszych plaż słodkowodnych tego kraju, a w tym roku ani razu tam nie byłam. W zeszłym roku też nie. Jestem jednostką wybitnie niepływającą (potrafię, ale nie lubię), boję się niekontrolowanego utonięcia i nienawidzę, kiedy siły natury zamoczą moje włosy.

Mój ograniczony kontakt z dużymi zbiornikami wodnymi - przez barierkę.

Ostatni udokumentowany kontakt z dziką wodą - rok 2008.

6. Ciekawostka okołotwarzowa - olejek migdałowy dla rzęs. Do zagęszczenia, wydłużenia i generalnie do upiększenia. Co wieczór zasmarowuję krańce powiek i muszę przyznać, że rzęsy przestały mi wypadać, aplikacja tuszu jest o wiele łatwiejsza, można nawet powiedzieć o wydłużeniu. Niektórzy ludzie używają innych preparatów, ale to ich sprawa. Wmawiam sobie, że olejek pozytywnie oddziałuje na okolice oczu, że nawilża i walczy z oznakami kruchości skóry. Może to prawda?

7. Ręcznik do twarzy. Oczywistość, ale warto przypomnieć, żeby nabić sobie jeszcze jeden punkt na liście. Bo twarz musi się czuć indywidualnie traktowana. A poza tym pomyślmy znowu o bakteriach. To przynosi nam konkluzję - ten ręcznik trzeba często zmieniać, bo bakterie mnożą się jak australijskie króliki.

8. Nie przesadzam ze słodyczami. Tylko żelki, jeśli już obżarstwo. Czekolada i inne słodkowacizny w ilościach umiarkowanych. Zamiast tego owoce. Mamy sezon letni, arbuzy rozpleniły się w korzystnych cenach (moje własne krzaczki są strasznie pokurczowate, nie wiem, czy coś z nich będzie, tym bardziej, że jakiś zimny ten lipiec). A taki arbuz ma więcej zalet niż czekolada. Szybciej się przetwarza w człowieku (trawi się), ma jakieś mineralne składniki, zawiera dużo wody, więc i skóra się ucieszy, że się jej nie zasusza. Słone przekąski, silnie solone, wyciskają z człowieka wodę, a człowiek musi się składać z niej w większym procencie, więc lepiej nie ryzykować. Nadmiar soli jest równie szkodliwy jak nadmiar cukru. A nadmiar jednego i drugiego to już degradacja.
Piję dużo wody. To oczywiste, ale dla przypomnienia - Czytelniczko, czy widziałaś kiedyś mumię? Na zdjęciu lub w gablocie? Lenina w mauzoleum? Oni nie piją wody. Jak wyglądały ich twarze? No właśnie...
Lubię niezdrowe jedzenie, ale wybieram opcję niezdrowe-zdrowe (odkręciło mnie niebezpiecznie w stronę eko-eko, wisi nade mną groźba ortoreksji). Nie przesadzam, nie codziennie, ale pozwalam sobie na pizzę nafaszerowaną serem, grillowanie, różnego rodzaju czekoladowe wytwory, czasem nawet jakieś chrupki. Ale nie syntetyczne fast foody. Unikam też sztucznie barwionych przesłodkich napojów. I tyle w kwestii odżywiania.

9.  Czym byłaby dieta bez ćwiczeń? Człowiek ma chyba około sześćdziesięciu mięśni twarzy. Gdyby na ćwiczenie każdego poświęcił minutę... Nie mam aktywnej mimiki, moja ekspresja nie jest wyrazista, ale staram się rozwijać to, co genetycznie nie zostało mi przekazane. Wmawiam sobie, że głupie miny wzmagają elastyczność i sprężystość skóry.

10. Staram się nie dotykać mojej twarzy ponad konieczność. Widzę te bakterie, ten pot, ten brak oddechu... Zawszę myję ręce, czterdzieści razy w ciągu godziny. 


Zdjęcia udowadniające nie są wspaniałe z kilku powodów. Po pierwsze - aparat foto-foto właściwy odmówił współpracy. Mam z nim ostatnio sporo problemów. Aparat zastępczy nie jest wspaniały. Poza tym mam strasznie małe oczy bez makijażu. Chciałam to jakoś naprawić, ale niekoniecznie wyszło... Gdybym miała opisać kompleksy dotyczące mojego wyglądu, bardziej niż "mogłabym schudnąć", marudziłabym "mogłabym mieć wyłupiaste oczy". Ale trzeba się cieszyć, że działają.

Takie małe oczka! Zastępcze wyglądają źle, a powiększenie... Hmm...

Po przeczytaniu stwierdzam, że opisałam straszne banały, niczego odkrywczego lista nie zawiera. Ale jeśli ktoś zna jakieś inne (bardziej sprytne) sposoby - chętnie je poznam. Szczególnie, jeśli będą dotyczyły naturalnego powiększenia szczątkowych oczu.

sobota, 13 lipca 2013

10 książek na lato


Każdy dzień lata jest na wagę złota,  więc szybko, szybko...

Taką oto listę postanowiłam stworzyć. Nie jestem specjalistą w układaniu jakichkolwiek list, na przykład moje listy zakupów są strasznie chaotyczne i bez sensu (arbuz, złota obroża dla jamnisi, po coś miałam iść do pasmanterii, hmmmm...). Ale tym razem postanowiłam się wykazać. Fighting! To będzie lista najlepszych lektur wakacyjnych! Subiektywnie, ale i w temacie. Zestawienie zawiera propozycje dla osób wędrownych oraz wakacyjnie uziemionych. Trochę klasyki, trochę postmodernizmu, trochę wszystkiego. Kolejność przypadkowa.

1. Pete McCarthy, Bar McCarthy'ego
Nie stać Cię na wakacje? Twój pracodawca to bezwzględny tyran-wyzyskiwacz? A może limit urlopowy został wyczerpany? Nie szkodzi! Ta książka, trochę wyobraźni, poczucia humoru i odbędziesz niesamowitą podróż po Irlandii. W programie - wspinaczka na najważniejszą górę wyspy (Croagh Patrick), ascetyczny wypoczynek pielgrzymkowy (Łóżka w metalowych ramach i spartańska atmosfera zdawały się żywcem wzięte z wczesnego Jamesa Joyce'a, zanim jeszcze zajął się wymyślaniem nowych słów i kazał czytelnikowi zgadywać, o co mu chodzi.), spotkanie z innymi turystami ([...] spłukują to wszystko dietetyczną coca-colą w nadziei, że do rana będą wyglądać jak Kate Moss). Nie zabraknie też zwiedzania najważniejszych atrakcji - prawdziwych, mitycznych, irlandzkich pubów (W sklepie rowerowym, to znaczy w pubie, można też kupić nasiona warzyw i części do komputera.). Wobec takich przygód nie da się przejść obojętnie.

2. Henry David Thoreau, Obywatelskie nieposłuszeństwo
Po tej lekturze z pewnością zabłyśniemy w gronie naszych hipsterskich przyjaciół. Wszyscy tylko Walden, Walden... Obywatelskie nieposłuszeństwo jest znacznie mniejsze objętościowo, więc czyta się szybciej, w ciągu jednego popołudnia, a nawet krócej. Treść? Myśl i zastanawiaj się.
A tak poważnie: trochę odświeżających, starych myśli, które z pewnością nie zaszkodzą na głowę. Można oczywiście machnąć ręką i powiedzieć, że idealistyczne banialuki. Owszem, oczywiście. Ale z drugiej strony przecież o to chodzi, żeby nie godzić się z rzeczywistością, bo "tak już jest". Trochę wysiłku myślowego, drobne rozruszanie mięśni mózgu i horyzont staje się szerszy.

3. Ursula K. Le Guin, Jesteśmy snem
O, człowieku, a ona znowu o kosmitach... Ta powieść podobno nie należy do cyklu Ekumeny, ale ja bym się trochę kłóciła. Ale to nieistotna kwestia.
George Orr śni. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że George śni nową rzeczywistość. Oczywiście szybko znajduje się szalony naukowiec, który będzie chciał wykorzystać te sny do niecnych celów. I tak, jest też trochę kosmitów. Ale nie należy się zniechęcać. To dobrze napisani kosmici, żadne tam wielkie glizdy z Marsa. Są też przygody, ważkie kwestie, humanistyczne pytania retoryczne, melodramatyczne zabarwienie, poczucie humoru dla spostrzegawczych i kosmici.

4. Mary Norton, Kłopoty rodu Pożyczalskich
I reszta cyklu (Pożyczalscy idą w świat, Pożyczalscy na wyspie, Pożyczalscy w przestworzach). Trochę z serii "poczytaj mi mamo", bo literatura dla najmłodszych. Ale w sam raz na wakacyjne urozmaicenie.
Rodzina Pożyczalskich to miniaturowi ludzie, którzy mieszkają obok pełnowymiarowych ludzi, ukrywając się w ciemnych zakamarkach domu. Przez lata udaje im się żyć w ukryciu, ale tytułowe kłopoty zaczynają się, kiedy Strączek, głowa rodziny, zostaje zobaczony.
Niby prosta opowieść, ale zawiera jakieś uniwersalne prawdy o współistnieniu, różnorodnym ekosystemie, walce z przeciwnościami, ciekawości świata i radzeniu sobie mimo wszystko.
Świetnie nadaje się do czytania na głos i zaszczepiania w dzieciach czytelniczego genu.

5. Tomasz Sowiński, Epizody z Prus, czyli historie okołowojenne
Dla lubiących wojenne opowieści. Zbiór krótkich historii o wyzwalaniu Warmii i Mazur. Wielkie brawa dla autora za ich zebranie i opracowanie. Może mam kilka zastrzeżeń dotyczących narracji, wyłapałam kilka niezręcznych, moim zdaniem, sformułowań i opisów, ale nie będę się zbytnio czepiać. Czyta się dobrze i dość szybko.
Mazury kojarzą się z latem, z wypoczynkiem. Warto jednak zastanawić się, co tu się działo, jakie zdarzenia rozgrywały się zanim Klenczon napisał "Wróćmy na jeziora". Muszę przyznać, że niektóre "epizody" mrożą krew w żyłach, a inne zasiewają w głowie myśli o poszukiwaniu skarbów.

6. Bogusław Nowak, Słownik znaków japońskich
Słownik też książka, nie wypierajmy tego ze świadomości. Ten natomiast również (jak nieposłuszny HDT, patrz punkt 2) pomoże nam rozciągnąć granice horyzontu. Bo jest prosty w obsłudze (czyli dla zwykłego człowieka, który nie ma pojęcia o niczym), pomaga zrozumieć sens znaków, rozświetla ich rodowód, a przy odrobinie wytrwałości będziemy w stanie wysłowić to i owo. A co najważniejsze - poznamy wyszczerzony złowrogo "zysk" - . Moim zdaniem ten znak wygląda jak szeroki szczękościsk zadowolonego z siebie karierowicza. Poza tym, jeśli wytrwałości jeszcze nam wystarczy, możemy ogarnąć, jak te hieroglify się pisze, z której strony w którą stronę postawić kreskę. I już jesteśmy skazani na zaimponowanie znajomym.

7. Camilla de la Bedoyere, Art Deco. Style w sztuce świata
Dla szukających inspiracji. Dużo obrazków, proste opisy, wielka różnorodność. Zawsze można sięgnąć po inny album. W tym momencie osobisty gust jest najlepszym drogowskazem. W każdym razie chodzi mi o szukanie suplementów diety dla pobudzenia swojej kreatywnej twórczości. Oglądanie kolorowych obrazków, które poruszą wyobraźnię.
Ja na dłużej zatrzymałam się przy wazonie Nankin i zamierzam patrzeć na niego, póki w głowie nie zaświta mi jakiś pomysł własny, inspirowany.

René Lalique, wazon Nanking, 1925 r.

8. Aleksander Dumas, Hrabia Monte Christo
Bo przygody i intrygi nigdy za wiele. Poza tym jeszcze nie powstał dobry film/serial na podstawie. Po pierwsze primo - grubawy Depardieu zupełnie się nie nadaje, a zmienione zakończenie tylko przelało moją czarę goryczy. Po drugie primo - trzy tomy naszpikowane akcją nijak nie zmieszczą się w ograniczonych ramach kinowych. Numer trzy - łzawa hollywoodzka historyjka? Proszę o litość! Punkt kolejny - telenowela, anime? Niekoniecznie.  Richard Chamberlain? Może to był najlepszy pomysł ze wszystkich, ale i tak zakończenie pozostawia wiele do życzenia. Bądź se pan szogunem, Richardzie Chamberlain, i nie zawracaj głowy ludziom czekającym na prawdziwą ekranizację godną "Hrabiego...". A może napiszę jeszcze listę wakacyjnych filmów? Muszę to szybko przemyśleć (patrz najpierwsze zdanie tam w górze).
Ale wracamy do prozy życia i do niesamowicie wciągającej książki. Każdy z nas został w jakiś sposób skrzywdzony przez innych ludzi (faktycznie tyran-wyzyskiwacz?), może nie skazano nas na 18 lat uwięzienia w twierdzy o suchym chlebie i stęchłej wodzie, ale jakieś tam zdarzenia były (nie udzielił Ci urlopu?). Jako cywilizowani ludzie wiemy, że nie wolno się mścić, bo to słabość i małość (jest kryzys, chcesz szukać nowej pracy?). Ale dlaczego nie odreagować czytając o przygodach hrabiego? I wyobraźmy sobie - skazano nas na niebyt, pustkę i przymusową nirwanę. A tu nagle w pełnym bogactwie drogocennych szmaragdów powracamy w przebraniu i pokazujemy tym wrednym ludziom, gdzie raki zimują. Tra, la la... Tylko nie uzależniajmy się od haszyszu, to brzydki nałóg.

9. Mieczysław Orłowicz, Ilustrowany przedownik po Galicyi
Lub jakikolwiek inny przewodnik tego autora. Jak zdobyć takie cudo? Ktoś genialny wpadł na pomysł dokonania reprintu. Jeśli wybieramy się na wakacyjną wędrówkę po miejscach opisanych dawno temu przez doktora Orłowicza, podręcznikiem obowiązkowym będzie odpowiedni przewodnik. Żeby porównać, co się zmieniło, czy tramwaje elektryczne w Krakowie poruszają  się tymi samymi trasami, co niemal 100 lat temu, czy nadal trzeba bardzo się targować z dorożkarzami. Możemy też skorzystać z planów zwiedzania, zaznajomić się z ciekawostkami dotyczącymi miejsc i osób z nimi związanych. Znajdziemy również perełki w stylu:
W odróżnieniu od Gorgan są Bieszczady gęsto zaludnione - wsie zachodzą wszędzie w głąb gór, chaty jednak są przeważnie skupione w dolinach, a nie porozrzucane po stokach gór jak na Huculszczyźnie. Wsie po obu stronach granicy zamieszkują ruscy górale, zwani bojkami; nie odznaczają się oni ani urodą, ani pięknymi strojami.

10. Ta książka, której nigdy nie ma czasu przeczytać.
Od lat zalega na liście lektur obowiązkowych, jednak czytanie zawsze się odkłada, bo jest coś ciekawszego, bo nie teraz, bo brakuje ochoty i motywacji. Jest lato, czas na szaleństwo, na nadrabianie zaległości. Zatem rzucamy wszystko (wszystkie inne książki) i zasiadamy do tej od dawna planowanej.

I tak właśnie wygląda moja lista. Kilka pozycji "nie weszło", ale dlatego, że chciałam pokazać różnorodność. Jako bonus nr 11 dodam tylko Prządki księżycowe Mary Stewart. Z sentymentu. Czytałam w każde moje nastoletnie wakacje. I przeczytałabym jeszcze raz, muszę tylko poprosić moją szlachetną rodzicielkę o odnalezienie zapisu tej greckiej przygody o zabarwieniu kryminalnym. W sumie mogłabym dodać:

11. Ta książka, do której wraca się co roku.

piątek, 12 lipca 2013

Odległość nieskończona

Ten moment bezwładności. Kiedy już wiadomo, że dzieje się zderzenie, ale jeszcze nie jest ono zakończone. Kiedy oczy otwiera się szeroko, a jednocześnie odruchowo zamyka.

Kolejne ćwiczenie piśmiennicze, tylko tym razem słabo wyszło. Przygotowuję całą dłuższą wypowiedź na temat tych ćwiczeń, więc póki co zostawię owianie tajemniczością. Nie miałam pomysłu na wstęp, a trochę do tematu pasowało.
Dzisiaj będzie rozgawora o rozterkach, czarnych myślach i czarnym słońcu. Nawet leśne jagódki mają czarne serce, które biją im radośnie. Każdy przedszkolak doskonale o tym wie. Gdzieś się moja Julia Kristeva zagubiła (w kartonie, którego nie będę otwierać, żeby nie zaburzyć względnego ładu w delikanym ekosystemie), więc nie będzie poważnych tez i argumentów. Czarnym słońcem nazywam jamnika. I nawet pomyślałam sobie ostatnio, że żal mi ludzi, którzy nie mają czarnych jamników. Chociaż z drugiej strony, gdyby je mieli tylko dla podkreślenia swojego statusu, to lepiej nie. Jamnik jest istotą kruchą psychicznie, trzeba go kochać raz na zawsze.
Pikosław nauczył się ostatnio nowej sztuczki. W sumie zna już 4 i pół. Jestem z niego dumna, może go to zmotywuje do dalszej edukacji. Za kilka dni dopełni się dziesiąty miesiąc naszej znajomości.

Smutek i melancholia. Jakiś czas temu głośno było o pokoleniu emo, czy czymś w tym rodzaju. Muszę potwierdzić moją przynależność. A przy okazji oddać sprawiedliwość nożom kuchennym Fiskars (nie płacą mi za reklamę, ale powinni, chociaż małą rekompensatę). Takie dobre noże, że człowiek nawet nie wie, kiedy się tnie. Smutno ci? Wesoło? Nie szkodzi! Nawet nie zauważysz, jak krew zaleje twoją kuchnię! Nawet nie poczujesz!
Prawdopodobnie używam źle. Przyznaję się, że jestem łamagą kuchenną. Lubię gotować, piec, ale tydzień bez choć drobnego uszkodzenia jest celem nieosiągalnym.

Drugie uderzenie melancholii - żelki. Skończyły się moje ulubione jelly beans. Wyczerpanie zapasów w magazynie? Nie wiem, zupełnie nie można ich nigdzie kupić. Przynajmniej w mojej okolicy. Moja okolica nie jest bardzo industialna i zurbanizowana, więc prawdopodobnie ktoś doszedł do wniosku, że tutaj ludzie jedzą tylko ziemniaki, toteż nie opłaca się wprowadzać na rynek luksusowych produktów. Co więcej - należy je wycofać. Żelki to moje ulubione słodycze. Z przekonaniem rzuciłam się na dietę wegetariańską, ale na tyle bezideologicznie, że żelki z jadłospisu nie znikną. Jeśli chodzi o słodycze i napoje - preferuję przejrzystość. Jest to długi i zawiły temat, więc odkładam go na inny termin. Jednak w związku z moją słodką depresją - przerzucam się na czarne. Wiem, że wiele osób pała nienawiścią do lukrecji. Ja natomiast lubię te najbardziej obrzydliwe odmiany czerni - słony salmiak (w wersji katjesowych śledzi). Tutaj oczywiście ponownie odzywa się ruralizacyjna rzeczywistość. Kto będzie zaopatrywał swój przybytek handlu w produkt, którym interesuje się jedna szalona osoba? Na szczęście jest jeszcze lukrecja klasyczna, zwinięta niczym prostolinijna spirala mózgu winniczka. Są jeszcze opcje urozmaicone, upstrzone kolorami tęczy, ale nie przepadam specjalnie. Czarne to czarne.

I tym krótkim podsumowaniem zamknę tydzień, który niekoniecznie należy do najbardziej udanych. W przygotowaniu mam kilka radośniejszych postów. Między innymi o piśmienniczych ćwiczeniach dla umysłu i wyobraźni; o pastelowych kolorach; o książkach na lato. Teraz natomiast podzielę się myślą, która z pewnością zakwitłaby w głowie Paulo Coelho, gdyby tylko pisarz adoptował czworonoga:

Życie jest czarną, gorzką kawą. A jamnik jest doskonałą kostką cukru.

niedziela, 7 lipca 2013

Biały charakter

Uwaga! Nie jestem eskpertem, moje umiejętności zostały nabyte praktycznie, bez konsultacji z jakimkolwiek specjalistą. Prawdopodobnie mogę nie mieć racji, albo mieć rację amatorską. Nie jest to żaden profesjonalny i potwierdzony przez naukowców sposób.

Pomalowałam na biało kolejny mebel. Poniższe sprawozdanie wyjaśni, jak tego dokonałam. Na samym początku podkreślę, że miałam do czynienia z materią drewnianą. Jeśli chodzi o meble z surowców syntetycznych lub mieszanych - to się nie sprawdzi. Myślę, że syntetyczne meble wystarczy umyć dokładnie, odtłuszczającym środkiem czyszczącym, metalowe elementy odrdzewić. I już można malować. Ale odpowiedzialności za ewentualne zniszczenie nie biorę na siebie.

Nie jestem cwana, nie zrobiłam porównania przed i po. Zapomniałam zrobić wczesne zdjęcia, taki jest powód. Zupełnie mi wyciekło z głowy, że mogłabym zestawić, udowodnić, że moja praca miała sens.



Etap pierwszy.
Potrzebujemy obiektu, który będziemy odmieniać (w jego roli wysoki stołek), rękawic roboczych ochronnych (bo bhp, szkoda rąk), szlifierki. Machinerię możemy zastąpić ręcznym papierem ściernym, ale nie polecam. Trzeba mieć litość dla samego siebie.
Moja (właściwie nie moja, pożyczona) jest mała, zgrabna i nawet dociera w trudnodostępne miejsca.


Szlifuje się po to, żeby farba dobrze się wczepiła w drewno. Oczywiście wsześniej trzeba trochę wyczyścić mebel, wyszlifowany otrzepać z kurzu powstałego przy szlifowaniu i dopiero wtedy malować. Ale zanim do tej najważniejszej czynności przejdziemy - naprawdę dokładnie należy zedrzeć poprzednią warstwę lakieru/farby i wyrównać płaszczyzny, zlikwidować uszkodzenia mechaniczne. W przeciwnym razie farba wygląda idiotycznie i nieestetycznie.



Jak widać na powyższych zdjęciach, proces szlifowania jest trudny i skomplikowany. Ciemniejsze plamy to miejsca, których jeszcze nie udało się dziabnąć. Jasne i ładne to skonfrontowane już z dotykiem machinerii.
Kiedy już osiągniemy odpowiedni poziom satysfakcji lub irytacji (i jest nam wszystko jedno, jak będzie wyglądała powierzchnia pomalowana - przecież wystarczy kilka warstw odpowiedniej grubości, wszystko się zamaskuje...), możemy przystąpić do malowania.

Etap drugi.
Potrzebujemy: farby, pędzla (o grubości przesądzają preferencje oraz powierzchnia - ja nie mam powierzchni tylko prawie same nogi, więc wybrałam dość cienki pędzel), rękawiczek gumowych, gąbki (zwykła kuchenna da radę), wody (dla wygody w butelce spryskującej).



Przystępujemy do pracy. Zmieniamy rękawice robocze na rękawice gumowe. Żeby się nie pomazać, ale jednak zachować sprytność manulaną. Otwieramy farbę i do dzieła! Nową farbę polecam jednak wymieszać przed pierwszym użyciem.
Nanosimy farbę pędzlem, a gąbką spryskaną wodą rozprowadzamy ją po meblu. Tu ważna uwaga - farba musi być akrylowa, bo inaczej woda się nie będzie miała sensu. Jak widać na załączonym obrazku - moja farba nie jest niczym specjalnym. Mebel przecież nie będzie stał na mrozie, deszczu i chłodzie, nie wygłupiajmy się z odpornymi drewnochronami.



Malujemy! Zabrakło mi ręki, żeby robić zdjęcia w trakcie pracy. Teraz wyjaśnienie do gąbki. Żeby nie zostawiać smug, zacieków i innych takich, żeby nie był widoczny kierunek malowania pędzlem, żeby kolor rozprowadzić równomiernie.

I na tym można właściwie skończyć. Ale nie trzeba. Po wyschnięciu farby (czytamy informacje na opakowaniu, ile godzin musimy odczekać) można przeszlifować jeszcze raz, i nałożyć jeszcze jedną warstwę farby. Można też zupełnie zwyczajnie, bez wygłupiania się, pomalować po raz drugi. Można zamalować całkowice, żeby zniknął rysunek drewna (słoje, takie tam). Zastanawiam się nad jeszcze jedną warstwą. Ale w wersji z babraniem. Definitywnie zakończyć można jeszcze bezbarwnym lakierem, też może być z gatunku wodnych. Matowy lub połysk, wszystko  zależy od efektu, jaki zamierzamy osiągnąć. Ja prawdopodobnie zamaluję półmatowym. Stołek będzie stał w kuchni lub w łazience, więc lakier będzie przyjacielem sprzątającej ręki.
A zdjęcia są takie, a nie inne, bo aparat mam trochę rozłupany i dość trudno nim trafić, żeby zdjęcie spełniało jakiekolwiek wymogi.


Jeśli mój opis nie jest do końca jasny (a wiem, że tak może być), chętnie rozwieję wszelkie wątpliwości, więc proszę o pozostawienie ich w komentarzu.
Ostatecznym wyglądem mebla pochwalę się w przyszłości.

czwartek, 4 lipca 2013

Lipiec

ta ławka jest częścią Wszechświata
i ja
promienie słońca rozkołysane letnim wiatrem
grupa mężczyzn na boisku
stara kobieta łamiąca gałązki lipy
małe dzieci biegające po trawniku
ich matki
czujne oczy przyklejone do jasnych dziecięcych główek
i ja na ławce będącej częścią Wszechświata
siądź pod mym liściem mówi drzewo od pięciuset lat

Lato to sezon różnego rodzaju kursów i samodoskonalenia, szczepień na choroby tropikalne (chociaż nie, chyba pół roku przed wyjazdem trzeba się szczepić). Ja postanowiłam zadbać o moje umiejęności piśmiennicze. Wykonuję różne ćwiczenia, które mają teleportować mnie na drogę właściwej ekspresji, poszerzyć moje horyzonty, nauczyć patrzenia z różnych perspektyw. W ten właśnie sposób powstał powyższy utwór.. Zaokrągliłam bardzo te pięćset lat, ale jeśli miałabym wyliczać dokładnie, całość by nie brzmiała. Ćwiczenie polegało na obserwowaniu ludzi w miejscu publicznym, skupieniu się na szczegółach. Nie jest chyba zagadką, że moim miejscem był park. Te rozkołysane promienie słońca spaliły mi pół karku i jedno ucho. Ale warto było.

Lato - ilustracja zastępcza.

Następnym razem będzie instrukcja malarska do mebli drewnianych (nareszcie!), czyli wyrywam się z traumy poremontowej i zaczynam opisywać konkretne zdarzenia. Dzisiaj nastąpi przemalowanie obiektu.
Czasami spoglądam w stronę stosu ubrań odłożonych do przerobienia i zastanawiam się, czy tegoroczne lato jeszcze mnie w nich zobaczy? Ale to nie tak, że kompletnie niczego nie robię, nie wytwarzam radości oraz nie dodaję kolorystycznych akcentów życiu. Upiekłam na przykład babki malinowe z mąki owsianej, co uważam za całkiem niezłe osiągnięcie.

poniedziałek, 1 lipca 2013

I belong with you, you belong with me, you're my Sweetheart

Ostatnio wolny czas poświęcam na wędrówki po lekarzach, więc nie miałam jeszcze czasu na odmalowanie mebla. Nic strasznego się nie dzieje, tylko konsultuję się z różnymi artystami, a każdy ma inne zdanie na temat. Początkowo bałam się, że mnie szybko rozkroją i nie poskładają, ale teraz nie wiadomo, co się stanie. Na pocieszenie zaczęłam sobie obliczać potencjalną kwotę odszkodowania. Dobre nastawienie trzeba zachować mimo wszystko!

Ale przerwałam marazm, zrobiłam lampiony. Nie są tak piękne jak pierwowzroy (koniecznie klik! klik! klik!), bo wierciłam ręczną wiertarką (pod koniec straciłam czucie w łokciach, ale warto było!). Nie jestem specjalistą od ręcznych wiertarek.


Zrobiłam trzy lampiony, planuję rozwinąć kolekcję do pięciu. Początkowo (jak widać na zdjęciu) wypełniłam cmentarnymi wkładami zniczowymi, ale w markecie budowlanym znalazły się świeczki odstraszające komary, więc światełko zostanie wymienione. Przyjemne z pożytecznym. Lampiony rozwiesiłam za pomocą cienkich, stalowych drutów, więc w ciemności nie są silnie zauważalne.

Poza tym mam wspaniały tutorial, niczym as w rękawie. Modne ombre spodnie. Wystarczy pobiegać za kosiarką kilka razy i gotowe. Jamnik nie siada, a wieś tańczy i śpiewa. Piękna, soczysta ombre-zieleń.

W tej chwili ostrzegam ludzi, którzy chcą adoptować  lub zakupić całkiem nowego jamnika. Jeszcze nie spotkałam stwora tej rasy, który by nie zeżarł obroży/smyczy. Moje czarne słońce, ukochany Gryziutek, właśnie unicestwił kolejną obrożę. Łka teraz depresyjnie, bo skończyła się era spacerków pełnowymiarowych. W rozpaczy sieje zniszczenie na terenach przydomowych.


Ostatnim świetlistym punktem bieżącego posta będzie niezgodne z przeznaczeniem zastosowanie. Bo zauważyłam, że nie tylko nie czytam instrukcji obsługi, ja czasami zupełnie ignoruję zalecenia producenta. Dzisiaj dwa przykłady, może kiedyś wyłapię wszystkie moje alternatywne rozwiązania. A kiedy nauczę się ciąć butelki, żarówki oraz inne szklane przedmioty, nic mnie już nie powstrzyma.

Artystyczny manekin rysowniczy wsytępuje u mnie w roli stojaka na bransoletki, gumki do włosów i inne tego typu akcesoria (na zdjęciu trochę skromnie, ale normalnie obwieszon na bogato jest). Sztuka użytkowa.
Bezprizorny luksfer pełni rolę opakowania zastępczego na wszystkie małe przedmioty błąkające się w okolicach lustra. Widziałam kiedyś, jak ludzie sobie ozdobne misy stawiają, czy szkatułki na nóżkach. Też można. 


Tytuł zupełnie nie ma związku z treścią, został podkradnięty z mojej piosenki tygodnia (a może nawet miesiąca?). Uważam, że Lennon i Maisy brzmią lepiej niż The Lumineers.