czwartek, 13 czerwca 2013

I'm lost in my Jane Austen

Moja babcia nie ma na imię Alina, chociaż taką właśnie odpowiedź zakreśliłaby większość ankietowanych w Familiadzie.
Nie lubię, kiedy ktoś z poczuciem wyższości i ważności mówi mi "Jest jedna rzecz, którą musisz zrozumieć". Po pierwsze - tylko jedna? Po drugie - właściwie nie muszę zrozumieć niczego, co to za nakaz? Mogę nie rozumieć i nadal funkcjonować. Mogę też nie chcieć zrozumieć. Rebel, rebel, duuu duuu du-du-duu...
Jestem zmęczona malowaniem ścian, ale z drugiej strony miałam czas na przemyślenie wielu rzeczy. Ale o tym za chwilę.


Jane Austen w którymś z pierwszych lat XIX wieku, prawdopodobnie w Sidmouth, poznała mężczyznę, za którego wyszłaby za mąż, gdyby nie umarł. Z nimi tak zawsze. Niby wszystko już na dobrej drodze, a to nagle pojedzie na koniec świata siebie odnajdować, albo umrze, albo ojczyzna go wzywa. Nie można liczyć. Ani trochę. Jedna z owiec rasy Leicestershire, którą rodzina Jane sprzedała jesienią 1798 roku rzeźnikowi, ważyła 27,25 funta, czyli ponad 12 kilogramów. (Nie mogę się skupić, żeby napisać coś ciekawego, ale bardzo się staram.) Jane-epistolografka jest błyskotliwa, cyniczna i ostra niczym skrytobójczy sztylet wojownika ninja. Dodatkowo, każde słowo oblane jest najsłodszym lukrem i zapachem poziomek. Niczego więcej mi nie potrzeba.

Pani Portman nie cieszy się zbytnim podziwem w Dorsetshire: życzliwi, jak zwykle, tak gorliwie wysławiali jej urodę, że cała okolica miała przyjemność przeżyć rozczarowanie.

Jane była też człowiekiem. Była kobietą. Drobne problemy nigdy się nie zmieniają, zawsze chodziło o to, że nie ma się w co ubrać, wszystkie sukienki są opatrzone, a nowych brakuje. I, co najgorsze, trudno stwierdzić, czego deficyt jest największy, na co ma się ochotę i w czym by się chodziło.
Wiele osób twierdzi, że Huxley przepowiedział wydarzenia nam współczesne, że przewidział. Austen też należy dołączyć do panteonu wizjonerów.

Nie mogę zdecydować się co do kroju nowej sukni: jaka szkoda, że nie można kupować takich rzeczy gotowych.

Zupełnie mi nie wychodzi napisanie jakiegokolwiek czegokolwiek. Jest to zatem dobry moment, żeby ogłosić rzecz następującą: ukąsiła mnie radioaktywna pokrzywa, nabrałam supermocy i zaczęłam pisać własną powieść. Nie mam pojęcia, czy napiszę, czy nie porzucę w połowie, albo nawet wcześniej. Z pewnością nie będzie to dzieło wybitne. Mam już zarys, jakieś wyobrażenia, poszczególne opisy (przyrody i nie tylko), tysiąc złych pomysłów, jeszcze więcej inspiracji.
Co do tej radioaktywnej pokrzywy - w żadym wypadku nie żartuję. To zdarzyło się naprawdę.

Chciałam jeszcze zrobić szafiarskie wystąpienie, ale zapominam się uwiecznić w ozdobnym przyodziewsku (a ostatnio taką ładną sukienkę znalazłam w lumpku!). Dlatego w zastępstwie niezwykła szykowność malownicza uchwycona w promieniach zachodzącego słońca.



Straciłam zdolność koncentracji. Jakoś się ten post nie skleja. Czuję chaos, zwykł mawiać pewien mój dawny znajomy. Rozwinięcie dzisiejszego wstępu pojawi się następnym razem.

4 komentarze:

  1. Tak przyparta do muru wyglądasz bardzo malowniczo:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne, słoneczne i nostalgiczne zdjęcia:)
    I to cudownie, że współcześnie można kupować gotowe suknie - jednak jest jakiś postęp:) Gdy czytałam "Dziedzictwo" Zofii Kossak, były tam wspomniane pierwsze maszyny do szycia, ale największe salonowe panie kompletnie nie uznawały tego wynalazku i nosiły jedynie suknie szyte ręcznie. TAKIE suknie szyte ręcznie! To dopiero była praca!
    O listach (ręcznie pisanych i pocztą wysyłanych) myślę ostatnio. Chyba jestem ostatnim pokoleniem, które coś takiego praktykowało. Oczywiście w swoich przepastnych pawlaczach przechowuję wszystkie otrzymane listy, w tym od mojego męża, wtedy jeszcze nie-męża (on przechowuje moje). Wiem, gdzie są, ale od dwudziestu lat ich nie widziałam. Poczekam jeszcze ze dwadzieścia, a potem będę się rozczulać wspomnieniami;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś zastanawiałam się, czy byłabym w stanie uszyć sobie ręcznie jakąś ozdobną sukienkę i szybko zrezygnowałam. Salonowe panie początkowo nie uznawały też koronek dzierganych maszynowo i różnych innych nowinek. Z perspektywy współczesnego człowieka - szaleństwo. Ale z drugiej strony, wracamy do tego.
      Ja tak poważnie, listownie raczej nie korespondowałam. Dawno temu (w podstawówce) pisałam do przyjaciółki, która się wyprowadziła. Później z kilkoma jeszcze osobami. A teraz tylko maile (na które i tak odpisuję z opóźnieniem, wstyd!), Ale przez 10 lat co roku pisałam list do siebie. Zamykałam w kapsule czasu, chowałam do szuflady i rok później czytałam cały mój samoepistolograficzny dorobek. Później o tym zapomniałam, ale gdzieś jeszcze mam te bazgroły.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.