wtorek, 25 czerwca 2013

Grupa wsparcia i lenistwo poremontowe

Remont się skończył i nie skończył. Trwa czkawka i chaos, a skrzywienie na myśl o sprzątaniu nie znika z twarzy. Dużo, dużo pracy zostało, ale już coś wygląda. Ornament ozdobny nie powstał jeszcze, prawdopodobnie prace nad freskami zostaną przeniesione na czas nieokreślony.

Wszyscy lubią postanawiać i wizualizować sobie spełnienie tych postanowień. Schudnę! Zaszaleję z kolorem włosów! Zacznę chodzić w sukienkach! Będę biegać! Przeczytam "Wojnę i pokój"! Umyję wszystkie okna! Wyprasuję sobie ubrania na zapas! Ale zapał ulatnia się szybciej niż zmywacz do paznokci. Tak naprawdę nie chce mi się męczyć dietą, nie mam czasu. To całkiem dobry kolor włosów, w sumie nie znudził mi się tak bardzo. Pogoda nie jest odpowiednia na sukienkę. Nie mam z kim biegać, gdybym miała, pewnie bym biegała, ale nie mam. Nuuudy, Natasza jest rozpuszczonym dzieciakiem w sukience opisywanej przez 11 stron, aż tak bardzo nie chce mi się czytać, dawno nie oglądałam "Przyjaciół", już prawie zapomniałam, jak ma na imię Jennifer Aniston... Kogo obchodzą moje okna? Mojemu poczuciu estetyki nie przeszkadzają, jeszcze widać świat. Przecież i tak nie lubię nosić koszul, a na sukienkę nie ma pogody... Goodbye to romance. Moja sąsiadka-niesąsiadka powiedziała, że człowiek potrzebuje małych sukcesów. Po co więc wielkie postanowienia? Ja postanowiłam wyhodować bollywoodzkie włosy. Grupą wsparcia są dla mnie Kajol, Priyanka Chopra oraz Aishwarya Rai.

Chcę też zobaczyć jak najwięcej wschodów słońca.


Muszę też przestać głupio postanawiać, wziąć się w garść i wznowić kreatywną działalność. Przeglądałam, co ostatnio publikuję. Jest to głównie marudzenie, przetykane gdzieniegdzie kulinarnymi ciekawostkami. Nudy, człowieku! Balerinowa tutu z recyklingu była o wiele bardziej interesująca (dzieło i zdjęcia sprzed kilku lat, już się pewnie chwaliłam, ale ostatnio znalazłam więcej obrazków na ten temat):


Powoli przywracam porządek w mojej stacji rękodzielniczej, prawdopodobnie w czwartek dotrę do maszyny do szycia. W końcu! Po długiej przerwie. Mam cały stos różności do przerobienia, jeszcze więcej pomysłów. Tu kryje się paradoks - im mniej człowiek ma możliwości, czasu i sprzyjających warunków, tym więcej koncepcji kłębi się między uszami.

I napiszę szczegółowo o malowaniu mebli na biało - jak, gdzie, czym i dlaczego. Mam już wybrany obiekt. Muszę tylko poczekać na sprzyjającą pogodę. Bo strasznie pada, a jednak wolałabym wyjść ze szlifowaniem i malowaniem pod gołe niebo (nie trzeba później sprzątać mocno).

Robię postępy w mojej wspaniałej powieści. Może chociaż jeden rozdział uda mi się skończyć? Jest takie działo Selmy Lagerlöf - "Gösta Berling". O tytułowym bohaterze ktoś powiedział, że jest poetą, chociaż nigdy nie napisał ani jednego wiersza (tak mi się wydaje, chyba nie skłamałam). Za bardzo spodobało mi się to określenie.

czwartek, 20 czerwca 2013

Hot Summer Day

Zawsze należy pamiętać o tym, że są różne opcje. Właśnie to jest dzisiejszym tematem przewodnim. Poniższy skład może podlegać modyfikacji, można zmieniać proporcje gatunkowe cytrusów (ważne, żeby było mniej więcej 4-5 sztuk owoców).

  • 3 łyżki herbatki imbirowej wprost ze słoika (tu przepis);
  • 2 cytryny;
  • pomarańcza;
  • limonka;
  • garść świeżej mięty;
  • miód (opcjonalnie do smaku, w zależności od tego, jaką słodkość chcemy osiągnąć);
  • 1,5l wody mineralnej (i tu mamy opcje: gazowana, średniogazowana, niegazowana, a jeśli ktoś ma przydomowy zdrój - proszę bardzo).


Opcja dla zmechanizowanych:

1. Cytrusy wstępnie myjemy po czym zalewamy wrzątkiem, Chwilę kąpiemy je w gorącym źródle, następnie obieramy ze skórki.

2. Myjemy miętę, siekamy ją, ale nie za drobno. Tak, żeby nam się nie zaplątała w mechanizmach mocniej siekających.

3. Wrzucamy cytrusy, miętę i imbir do blendera, na koniec dodajemy miód, mamy gotową zaprawę.

 Opcja dla niezmechanizowanych:

1. Cytrusy wstępnie myjemy po czym zalewamy wrzątkiem. Chwilę kąpiemy je w gorącym źródle, następnie przekrajamy na pół i wyciskamy z nich soki. Nie szkodzi, jeśli trochę miąższu znajdzie się w pozyskiwanym płynie.

2. Myjemy miętę, siekamy drobno.

3. Wszystko wrzucamy do jednego naczynia (sok z cytrusów, miętę, imbir, miód). Dokładnie mieszamy. O miód nie trzeba się martwić, nawet jeśli występuje w formie zastygniętej, rozpuści się.

4. Wlewamy połowę wody mineralnej do naczynia dwulitrowego, następnie dodajemy powstałą nam zaprawę, ale powoli, żeby nie zabryzgać całej kuchni. Następnie powoli zalewamy resztą wody. Jest to opcja dla wody gazowanej, z której powstaje piana przy komponowaniu obu składników. Jeśli występuje woda niegazowana - nie ma problemu. Wszystko razem dokładnie mieszamy i wstawiamy do lodówki w celu schłodzenia (oraz tak zwanego "przegryzienia się" - niech woda przesiąknie mieszaniną!).
 

 

5. Wypijamy. Można odciedzić fąfle, ale można pić w formie gęstej. Można dodać lodu dla lansu i jeszcze większego schłodzenia. Można też wrzucić zamarznięte owoce, takie jak maliny, cytryny, co tam mamy. Osobiście preferuję zamrażanie pokrojonych w grube plasry cytryn. Nadają się do napojów wszelkich.
Zdjęcia przedstawiają napój w wersji bosej - bez lodu, bez parasolki. Widoczne jest jednak, że naczynie pociągłe zawiera nieodcedzony napitek, naczynie krągłe - przefiltrowaną ciecz.

I na koniec rozwiązanie tytułowe. Bo słucham nie tylko kpopu. Dawno, dawno temu był piękny dzień. Mogłabym kiedyś napisać o muzyce, której słucham, ale nie wiem, od której strony miałabym zacząć (poza tym nie jest to temat aż tak ciekawy). Kiedyś też napiszę o zmęczonych dyslektykach. Powyższe literki poprawiane były wielokrotnie, a i tak nie wiem, czy wyłapałam wszystko.

sobota, 15 czerwca 2013

Perfekcja!

Wiem, że to nudne, więc tak bardzo szybko. Malowanie powoli dobiega końca. Po kolejnych ścianach dopadła mnie głupawka, zaczęłam odbijać dłonie, malować serduszka i jamniki. Na szczęście wszystkie bazgroły zostały już zamalowane, wnętrze wygląda poważnie i stylowo, jedna ściana czeka na ornamenty, ale jeszcze brakuje pomysłu. Albo raczej pomysłów jest za dużo. Mój nie ma szans, a drugi czeka na opracowanie. Prawdopodobnie pojawi się coś jamnikowego.


Malowanie mebli również dobiega końca. Nie dlatego, że wszystkie meble są już ładne. Zwyczajnie nie chce mi się. Myślałam - łatwizna! Okazuje się, że mebel trzeba przeszlifować, wyczyścić, nieźle się namachać przy malowaniu... Ale warto. Naprawdę o wiele bardziej podobają mi się białe półki. Najchętniej wszystko zamalowałabym na biało. To już skrzywienie psychiki, dlatego tym bardziej muszę przestać.


Bałagan nadal rządzi i niepodzielnie panuje, ale zdarzają się już krótkie chwile harmonii. Wielkie odkrycie - kolor drewna, biel i odrobinka zieleni. Perfekcja!*


Na koniec trochę stylu osobistego. Dostałam bowiem ceramiczny naszyjnik, który uważam za dzieło niezwykle czarujące.


Pragnę również wspomnieć, iż spodziewam się Pokojowej Nagrody Nobla za moje tegoroczne dokonania. Z sercem pełnym nadziei rzuciłam się w wir malarstwa pokojowego, z poświęceniem godnym Leonidasa lub Prometeusza poświęciłam mój wolny czas, moją energię,  granice zaangażowania zostały przesunięte. Perfekcja, nic innego.


*Okrzyk "Perfekcja!" to najbardziej nadużywane przeze mnie wykrzyknienie. Cokolwiek  robię, jakikolwiek jest efekt moich działań, po skończonej pracy mierzę wszystko wzrokiem, przyglądam się z uśmiechem i oznajmiam z pełnym przekonaniem: "Perfekcja!". To kolejna psychiczna krzywizna głowy, ale nie zamierzam z nią walczyć. Chyba, że ktoś zwróci mi uwagę, że już astronomicznie przesadzam. Póki niekomu nie przeszkadza, zatem będę sobie wmawiać.

czwartek, 13 czerwca 2013

I'm lost in my Jane Austen

Moja babcia nie ma na imię Alina, chociaż taką właśnie odpowiedź zakreśliłaby większość ankietowanych w Familiadzie.
Nie lubię, kiedy ktoś z poczuciem wyższości i ważności mówi mi "Jest jedna rzecz, którą musisz zrozumieć". Po pierwsze - tylko jedna? Po drugie - właściwie nie muszę zrozumieć niczego, co to za nakaz? Mogę nie rozumieć i nadal funkcjonować. Mogę też nie chcieć zrozumieć. Rebel, rebel, duuu duuu du-du-duu...
Jestem zmęczona malowaniem ścian, ale z drugiej strony miałam czas na przemyślenie wielu rzeczy. Ale o tym za chwilę.


Jane Austen w którymś z pierwszych lat XIX wieku, prawdopodobnie w Sidmouth, poznała mężczyznę, za którego wyszłaby za mąż, gdyby nie umarł. Z nimi tak zawsze. Niby wszystko już na dobrej drodze, a to nagle pojedzie na koniec świata siebie odnajdować, albo umrze, albo ojczyzna go wzywa. Nie można liczyć. Ani trochę. Jedna z owiec rasy Leicestershire, którą rodzina Jane sprzedała jesienią 1798 roku rzeźnikowi, ważyła 27,25 funta, czyli ponad 12 kilogramów. (Nie mogę się skupić, żeby napisać coś ciekawego, ale bardzo się staram.) Jane-epistolografka jest błyskotliwa, cyniczna i ostra niczym skrytobójczy sztylet wojownika ninja. Dodatkowo, każde słowo oblane jest najsłodszym lukrem i zapachem poziomek. Niczego więcej mi nie potrzeba.

Pani Portman nie cieszy się zbytnim podziwem w Dorsetshire: życzliwi, jak zwykle, tak gorliwie wysławiali jej urodę, że cała okolica miała przyjemność przeżyć rozczarowanie.

Jane była też człowiekiem. Była kobietą. Drobne problemy nigdy się nie zmieniają, zawsze chodziło o to, że nie ma się w co ubrać, wszystkie sukienki są opatrzone, a nowych brakuje. I, co najgorsze, trudno stwierdzić, czego deficyt jest największy, na co ma się ochotę i w czym by się chodziło.
Wiele osób twierdzi, że Huxley przepowiedział wydarzenia nam współczesne, że przewidział. Austen też należy dołączyć do panteonu wizjonerów.

Nie mogę zdecydować się co do kroju nowej sukni: jaka szkoda, że nie można kupować takich rzeczy gotowych.

Zupełnie mi nie wychodzi napisanie jakiegokolwiek czegokolwiek. Jest to zatem dobry moment, żeby ogłosić rzecz następującą: ukąsiła mnie radioaktywna pokrzywa, nabrałam supermocy i zaczęłam pisać własną powieść. Nie mam pojęcia, czy napiszę, czy nie porzucę w połowie, albo nawet wcześniej. Z pewnością nie będzie to dzieło wybitne. Mam już zarys, jakieś wyobrażenia, poszczególne opisy (przyrody i nie tylko), tysiąc złych pomysłów, jeszcze więcej inspiracji.
Co do tej radioaktywnej pokrzywy - w żadym wypadku nie żartuję. To zdarzyło się naprawdę.

Chciałam jeszcze zrobić szafiarskie wystąpienie, ale zapominam się uwiecznić w ozdobnym przyodziewsku (a ostatnio taką ładną sukienkę znalazłam w lumpku!). Dlatego w zastępstwie niezwykła szykowność malownicza uchwycona w promieniach zachodzącego słońca.



Straciłam zdolność koncentracji. Jakoś się ten post nie skleja. Czuję chaos, zwykł mawiać pewien mój dawny znajomy. Rozwinięcie dzisiejszego wstępu pojawi się następnym razem.

niedziela, 9 czerwca 2013

Co takiego niby wspaniałego jest w tej książce?

Po pierwsze - tytuł jest dobry. "Wstręt do tulipanów" to mroczna strona Holandii. Cebulki, których smak Joop zapamiętał na całe życie. Cynowe monety holenderskich nazistów - znienawidzone dziesięciocentówki z wizerunkiem tulipana. Kwiaty zbyt piękne, kiedy są żywe, a strasznie martwe, gdy zwiędną.

Po drugie - trudno się oderwać. Opowieść, którą czyta na jednym oddechu. Niezauważalnie szybko. Zamierzałam rozłożyć lekturę na dwa dni, ale nie udało się. Jeden wieczór, bum-trach-bach, i po wszystkim. A przeżycia kotłują się pod czaszką.

Robi wrażenie. Głównym bohaterem jest bowiem chłopiec w wieku szkolnym, który musi rozwiązać następujące zadanie matematyczne: Skoro potrzeba dwóch jajek dziennie, żeby utrzymać chorego Holendra przy życiu, a jedno jajko kosztuje na czarnym rynku 1,45 guldena, i skoro jeden ukrywający się Żyd jest po wydaniu wart 37,50 guldena. do podziału pół na pół z informatorem, to ilu trzeba Żydów, żeby utrzymać chorego Holendra przy życiu przez miesiąc?

Trudno stwierdzić jednogłośnie, co obezwładniło mnie najbardziej. Wydaje mi się, że presja, jaką odczuwał chłopiec. Ze wszystkich stron coś go uciskało i szarpało. Ojciec, który przestał go kochać. Bracia, którzy nigdy go nie lubili. Bojąca się wszystkiego matka. Wujek-nacjonalista. Kolega obserwujący każdy ruch. I życie dla krótkich rozbłysków miłości, bliskości, przyjaźni, uznania, podziwu. Czekanie na słowo pochwały od ojca.
Cały brzydki świat widziany oczyma dziecka. Właśnie ta perspektywa, punkt widzenia, jest największą zaletą. Szalone zawirowania wojenne obserwowane bez całkowitego zrozumienia. Tłumaczenie sobie, wyciąganie wniosków na podstawie strzępków informacji oraz polityczne dyskusje na boisku szkolnym. Czy Niemcy wyżynają polskie świnie dlatego, że nie mają świń w Niemczech? Czy będzie olimpiada? Czy Rosjanie zepchną Niemców do morza? Kto jest dobrym Holendrem, a kto nie? To nie wszyscy Żydzi są bogaci?
I Anna Frank w jednym mgnieniu oka. Tak inna i tak podobna.

Co takiego niby wspaniałego jest w tej książce? Trzeba ją przeczytać. Żeby poczuć, jak trudno jest ocenić czyjeś postępowanie, jak trudno osądzać. Kiedy słyszy się sam fakt: chłopiec, który wydał Annę Frank, od razu przychodzi na myśl potępienie tego czynu. Że źle, że jak mógł, że to bezduszne i nie mieści się w głowie. Kiedy już go poznamy, kiedy ma na imię Joop i jest nam go żal, bo od niego zależy tak wiele, musi dźwigać ciężary, jakich dzieci nie powinny nawet znać, trudno będzie jednoznacznie określić jego postępowanie. A gdybyśmy nie znali Anny, nigdy nie usłyszeli nawet jej nazwiska? Ile było bezimiennych osób wydanych przez bezimiennych chłopców? Ilu jest ludzi, którzy nie urodziliby się, gdyby ich krewny nie wydał nazistom, czy innym agresorom, miejsca pobytu ukrywających się automatycznie skazanych na zagładę? A ilu jest ludzi, którzy się nie urodzili z tego powodu?


A teraz: wpływ lektury na moje życie. Od kilku dni usilnie przekopuję różne archiwa, kombinuję i knuję. Szukam umarłych przodków, jakichś ich śladów. Bo przecież każdy człowiek to historia, to opowieść. Każde imię i nazwisko to człowiek, życie. Szokująca prawda jest taka, że zamiast się poremontowo (międzyremontowo, bo jeszcze łazienka będzie) ogarnąć, czytam różne dokumenty przedwojenne i wojenne. Okazuje się, że gloryfikowany pradziadek prawdopodobnie nigdy nie był w żadnym obozie koncentracyjnym. Wielkie śledztwa mam przed sobą. Prawdopodobnie porzucę część z nich, bo chwila niedogodna. Ale wrócę, znajdę i dowiem się. Nigdy mnie przeszłość tak bardzo nie interesowała. Wiem, że niektórzy lubią rozgrzebać, jakieś szlachectwo sobie znaleźć. Wydawało mi się to zabawne, śmieszne nawet. A teraz ja sama... Nie szukam szlachectwa. Szukam dziejów, losów, miejsc. Nie wiem, jak zareagowałabym, gdyby jakaś tulipanowa prawda wyszła na jaw. A przecież nie można tego wykluczyć.

wtorek, 4 czerwca 2013

Naleśniki niemieckie w wersji mini


Przepis dla ludzi takich jak ja - którzy lubią smaczne desery, ale nie mają za wiele warunków do ich wytworzenia. Z narzędzi potrzeba tylko - piekarnika, formy muffinkowej i blendera. Przepis podkradłam i dostosowałam do moich możliwości oraz preferencji. Czas? Czas nie istnieje, 1h i nawet posprzątać się zdąży. Składniki:

1. 0,2l mąki;
2. 0,2l mleka;
3. 1 łyżeczka cukru pudru waniliowego (jak to zrobić? do cukru pudru domieszać wnętrze wyprutej laskę wanilii, włala!)
4. 0,5 łyżeczki soli;
5. 6 jajek;
6. 4 łyżki miękkiego masła.

Składniki od 1 do 5 mieszamy dokładnie (blendujemy), kiedy już się połączą, dodajemy miękkie masło. Znowu mieszamy. Osiągniemy rozwodnioną maź. Wlewamy do muffinkowej blaszki. Uwaga! Nie należy napełniać foremki powyżej połowy. Trochę mniej niż pół wystarczy. Wstawiamy na 20 minut do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. Wyjmujemy nadęte kulki wypełnione powietrzem. Odrywamy je od foremki (ja piekłam w papilotkach, więc odrywałam od papieru). Denka praktycznie nie istnieją, więc koszyczki odwracamy do góry dziurą, a bąblem w dół, wypełniamy jakimś nadzieniem, chwilę cieszymy się ich wyglądem, po czym pałaszujemy z radością. Czynność powtarzamy na tyle często, żeby znów zacząć marudzić: Przytyłam! Jak ja wyglądam? Lato nadchodzi, sezon smukłości, a tu wypukłość! Po czym sięgamy po następną porcję. Takie to dobre... They tried to make me go to rehab, I said no, no, no...



Nadziałam serkiem homogenizowanym (200g serka wystarczy na 6 sztuk, z tej ilości ciasta powstało sztuk 24, więc matematyka jest prosta) oraz truskawkami. U mnie truskawki po 8zł, taka ciekawostka. Podobno to nie jest zdzierstwo, ale pamiętam sezony truskawek po 2,5, więc za moich czasów...
Chciałam faszerować kremem karpatkowym, bo naleśniki są bardzo ptysiowe, ale w sklepie ostatniej szansy nie było gotowego z proszku, a jestem leniwa i zmęczona rozdłubaniem remontowym, więc nie chciało mi się robić kremu domowego. Nie jestem zawodową cukiernicą.

Chciałam jeszcze dodać jakąś mądrość na koniec, ale dodam tylko taką, że czekam w kolejce czytelniczej na "Wstręt do tulipanów"  Richarda Lourie. Zaczęłam słuchać w Dwójce, czytał Opania, i nawet nie wiedziałam jeszcze, że jest to historia chłopca, który wydał Annę Frank, a już postanowiłam, że muszę to przeczytać. Trochę nie podoba mi się ten ogromny spoiler, którym książkę się promuje, ale niech już będzie. I teraz nawet muszę przyznać, że kontekst jest z mojej strony bardzo niewłaściwy, bo z jednej strony truskaweczki-naleśniczki, a z drugiej powieść o głodzie i jedzeniu tulipanowych cebulek. 



PO LATACH: Przy zastosowaniu mąki bezglutenowej ryżowej (i kilku innych, podobnych), wychodzą nieatrakcyjne placki. Albo ja coś robię źle, albo mam pecha, albo faktycznie trudno osiągnąć dobrą kleistość.