środa, 29 maja 2013

Nigdy nie znajdziesz sobie przyjaciół

Kapitanie Żbiku, proszę mnie uratować. Lubię malować, lubię różne rzeczy, ale wszystko ma swoje granice. Zostanę chuliganem, żeby odreagować i będę niszczyć cudze ściany w sposób drastycznie awangardowy. Po nocy i w przebraniu batmanowym.


W przerwie, mały przepis. Bo sezon grillowy w pełni, w rozkwicie, ludzie nad ogniem rozkładają różne specjality, smakołyki. A człowiek rozremontowany nie może upiec ciasta, nie może zrobić sałatki... Co może zrobić? Kupić arbuza, limonkę, kokosowe mleko (ok. szklanki, może trochę więcej), wyrwać z ogródka garść mięty.
Prędko skręcamy blender, wyciskamy sok z limonki, kroimy miętę na dość drobne kawałki, ale nie siekamy, bo to bez sensu. Wszystkie składniki wrzucamy razem do maszyny, szybko mieszamy i gotowe. Wychodzi płyn przypominający z wyglądu barszcz. Pół arbuza to ok. 2 litry ekskluzywnego napoju. Schładzamy. Włala! Bierzemy pozostałą połowę arbuza pod pachę, dzban z mieszaniną w drugą rękę i uciekamy z domu. Zapominamy o rozdrapanych ścianach.


I bonus sympatyczny - Indiana Jones i jego znajomi, czyli młody drób.


I to był taki szybki post, żeby unaocznić, że nie wyleguję się na Teneryfie i mi się nie chce. Przyznaję się do zaległości w czytaniu i komentowaniu. Aparat foto-foto czeka na naprawę, która nastąpi kiedy naprawiacz wróci z wyprawy weekendowej. Prawdopodobnie.

A tytuł ukradłam z pieśni ludowej o zabarwieniu egzystencjalnym. Zupełnie nie pasuje, ale w czaszce mi się obraca od kilku dni, nie mogłam tego tak zostawić.

wtorek, 21 maja 2013

Sztuka składania

Tak się składa, że się nie składa. Jest to kolejny post z serii marudzącej. Tyle spraw dookoła, że już nawet o zębach zapomniałam. I bardzo źle, bo muszę wyprawę dentystyczną uwzględnić w planach na najbliższą przyszłość. Ale czas rozpocząć marudzenie!

Żyję na kartonach. Ogólny remont kuchni i małe prace w atmosferze pokojowej. Planowane zakończenie prac - do końca maja. Uda się, zaprawdę. Innej opcji nie biorę pod uwagę. Musi się ta kuchnia spełnić, 30 maja upiekę ciastka lub inne przysmaki. Jak inaczej pójdę na obiad proszony? Właściwie to obiad wproszony, sama zaproponowałam, że przyjdę z ciastkami.

Radością mojego życia stały się ogródki, kwiatki i warzywa, ale prawdopodobnie przejdzie mi. Nadchodzi czas, kiedy arbuzy trzeba będzie zasadzić na stałym lądzie, a ja jeszcze nie mam dla nich odpowiedniego miejsca. Już nawet narysowałam domek, w jakim chciałabym je oglądać. Już nawet wiem, kto mi go zbuduje. Tylko Ten Ktoś jeszcze o tym nie wie...

Mam kilka rzeczy do napisania, wypełnienia i poskładania w odpowiednich miejscach. Nie mam czasu zebrać poważnych myśli. Życia mi to nie ułatwia, ale trochę w tym mojej winy.

Zaczęłam oglądać "Skandal". Myślałam, że będzie lepszy, bo tyyyyle osób chwaliło. Pierwszy sezon może i faktycznie całkiem dobrze się ogląda, ale drugi jest gorszy. Gdyby nie postać pierwszej damy (moja ulubiona!), dawno bym porzuciła. Prezydent nie ma brwi, co mnie denerwuje. Olivia Pope nie wie, o co jej chodzi i tylko robi poważne miny, które mają świadczyć o jej wewnętrznym rozdarciu. Sosna Żeromskiego, wypisz wymaluj. Kryminalne zagadki są coraz mniej zagadkowe, a coraz bardziej konspiracyjne. Nie wiem, skończę sezon i może skończę serial. Chociaż podobno wszystko się o 180 stopni obraca w ostatnich sekundach ostatniego odcinka. Jeśli prezydentowi wyrosną brwi, pomyślę o kontynuowaniu.

Zepsułam aparat foto-foto. Nie powinnam do rąk takich rzeczy brać. Wszystko zepsuję. Ostatnio coraz częściej. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie jestem cyborgiem lub bioroidem, który w rękach ma jakieś dziwne moce? Telefon - coraz gorzej wygląda. Kosiarka, sieczkarnia do cebuli, komputer, słuchawki, żarówki - wszystko niemal wybucha mi w dłoniach. Jedynym jasnym punktem w tej kwestii jest lampka, którą własnoręcznie skręciłam i przykręciłam do ściany. Żeby było śmieszniej, pochodzi ona z dziecięcej serii ikeowej, ale moim zdaniem idealnie nadaje się do mojego osbistego pokoju. Poza tym jestem w fazie pastelowej, chcę wszystko malować na biało lub inny jasny kolor, więc nawet mnie moje wybory nie dziwią.

Poza fazą pastelową, jestem również w fazie "faceci to lenie i nieroby", czyli w sumie kolorystycznie i pod względem nastawienia do społeczeństwa, niewiele różnię się od ośmioletniej księżniczki, która z wielkim plecakiem-spadochronem maszeruje z samego rana do szkoły.

Człowiek ma sto milionów pomysłów na wszystko, kiedy nie ma czasu. Gdyby z mojej głowy wyjąć gotowe produkty, miałabym szansę na Nagrodę Nobla, Oscara, Nike, tytuł Perfekcyjnej Pani Domu i polskiej Marthy Stewart, a Beyonce śpiewałaby napisane przeze mnie piosenki. Jednak w tej chwili czeka na mnie trawa, którą koniecznie muszę skosić. Zimą śnieg, przez resztę roku trawa. To się nigdy nie kończy! Nerwicowo chcę mieć złotomedalowe trawniczki po których będę mogła się przechadzać z dumą i godnością, ale do tego potrzeba wykwalifikowanego ogrodnika, a nie psuja, któremu kosiarka zdechnie w rękach. I jak ja mam żyć? Mój mózg pracuje za szybko, brak mi siły przetwarzającej myśli na czyny. Albo czasu na to. Kwestia nierozstrzygnięta.

Z dziełem sztuki, o którym wspominałam dawno temu, poszłam do przodu o kilka kroków. Ale tylko kilka, do skończenia jeszcze daleko, daleko...



wtorek, 14 maja 2013

Sofrimento / Felicidade

Kontynuacja wątku stomatologicznego, który powróci jeszcze za dwa tygodnie (ostateczna konfrontacja).
Zębów mądrości posiadam sztuk 2 (słownie: tylko górne ósemki, jedna całkowicie wykształcona, druga w przygotowaniu). Nie trzeba ich na szczęście wyrywać (uffff!), więc moją zdolność wykoncypowywania złotych myśli będę posiadała w dalszym ciągu.
Moje zęby do mądrych nie należą. Bo jaki mądry ząb zgubi plombę w dzień wolny, weekendowy? Jeśli już chcą to czynić, dlaczego nie w niedzielę wieczorem? Żeby już w poniedziałek skoczyć wprost w ramiona kompetentnego dentysty? I tutaj zaczęłabym o tych objęciach śmierci opowiadać długie, przerażające historie, ale jaki jest dentysta, wie każdy, kto posiada zęby. Zrobiłam też zdjęcia mojego cierpienia, ale nie będę nikogo nimi uszczęśliwiać. Dokumentacja własna. Jeszcze mi się aż tak w głowie nie przewróciło.

I kończymy temat bitewny ciekawostką. Tytuł skradziony został z portugalskiego. Słuchałam sobie smutnych piosenek w tym właśnie języku i pomyślałam - jak ładnie można nazwać zjawiska nieprzyjazne! Nie będę cierpieć, będę odczuwać sofrimento. Dla uzupełnienia, część druga nawiązuje do poniższych rozważań, jakże kontrastujących ze szczękowym marudzeniem.

Zaczęłam pisać wiersz bardzo poważny. Żeby nie było, że tylko paprotki mnie interesują. Jednak z pisania nic nie wynikło, a paprotki są:


Paprotka jest moją ulubioną rośliną ogrodową. A jeśli zahaczam o tematykę roślinno-ogrodową, może w końcu pochwalę się osłonką doniczkową, którą wykonałam w sposób banalnie następujący: puszka po konserwie (sałatka meksykańska?) pomalowana farbami akrylowymi i lakierem, dla uwiecznienia efektu. Malowałam dla dopasowania do istniejących już doniczek.



I lokatorzy, czekający na przesiedlenie na stały ląd:


Kolejnymi, ważnymi roślinkami w moim życiu, są arbuzy. Ciepłolubne istoty czekają, aż będą odpowiednio dorosłe, by zamieszkać w ogródku. Póki co trzymam je w wylęgarni, którą zrobiłam z butelki pięciolitrowej.





Generalnie cały post miał mieć charakter szafiarski i stylowy. Coś z pierwotnej koncepcji zostało. Jednak wizyta u dentysty zepsuła mi włosy. Wiadomo, trzeba na krześle tortur odsiedzieć swoje, loki się rozgniotą, rozkudłają. Stres, te sprawy... Poza tym takie zdjęcia powinno się robić rano, nie w porze obiadowej, kiedy skarpetki ma się zdeptane przez radość witającego psa.

Opis elementów: sweter nieoczekiwanie dostałam, skarpetki są dziecięce, jeansołaki z Lidla (tak, to gacie na gumce udające prawdziwe spodnie), łapcie przyleciały dawno temu z UK (i jest bardziej światowo, London - stolica mody), a bluzkę gdzieś capnęłam na wyprzedaży jakiś czas temu. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że moją ulubioną kombinacją kolorystyczną jest ostatnio słodki róż wymieszany z zielenią (she thinks she’s made of candy). Bardzo jest mi przykro w związku z tym, ponieważ znalazłam w magazynie obuwniczym idealne zielone butki i akurat mój rozmiar był wyczerpany. Różowe zbyt ociekały wściekłością, więc trzeba się było poddać.




 I koniec w postaci zdjęcia kwiatów nadrzewnych w popołudniowym słońcu:


sobota, 11 maja 2013

10+5


Zepsuł mi się laptop.
- Przecież twój brat naprawia sprzęt tego typu.
Pewnie, że naprawia, ale cudze. Szewc chodzi boso, a siostra naprawiacza komputerów zajmuje ostatnie miejsce w kolejce. Nie narzekam, tak już jest. I mam naprawione najlepiej.

Jestem do tyłu ze sprzątaniem. Świat wyprzedził mnie o tydzień, albo może dwa. Planowałam, że umyję okna, odpajęczę łazienkowe zakamarki. Nic z tego. Stoję na balkonie, palę papierosa... To znaczy: wcale nie, bo nie mam balkonu i nie palę. Siedzę w fotelu i żuję gumę o smaku pieprzowej mięty. Palenie to zwyrodniały nałóg. Poza tym mamy XXI wiek, jak można jeszcze palić? Kokaina z coca-colą to co innego...

Kopnęłam się w krawężnik. Na szczęście nie złamałam niczego, ale rewelacyjnie też się nie czuję. A że jestem niezwykle inteligentna, dźgnęłam się w uszkodzoną stopę parasolem. O!

Mój dentysta uciekł na Karaiby (albo nie wiem, co się z nim stało, zupełnie zniknął), z dentystą zastępczym umówiona jestem na poniedziałek. Zawsze to lepiej niż w czerwcu, co również mi zaproponowano (w innym miejscu). Idę niepublicznie, płacę i jeszcze mam do czerwca czekać? Myślałam, że zwariuję, ale przypomniałam sobie, że bardziej już nie można, więc teraz zalewa mnie fala spokoju wewnętrznego. Czekam na poniedziałek. Z dentystą jest jak z fryzjerem - trzeba dziadowi ufać. Nie można iść ot tak, bo jest. To nieodpowiedzialne. Nie ufam osobie, która będzie mi dłubała w paszczy w poniedziałek. Nie i już. Ale cieszę się, że horror zębowy prawdopodobnie się skończy. W sumie chciałabym mieć domową maszynkę do naprawiania zębów. Bo zawsze mnie trafia jakieś nieszczęście w dzień wolny, lub nawet w długi weekend, w święto, w ciąg festiwalowych dni, podczas których wszystko jest zamknięte na głucho i cierpieć trzeba w milczeniu. Bardzo długim milczeniu. Nie jestem typem cichego cierpiętnika, więc moi bliscy więdną od natłoku smutków wydobywających się z moich jakże niezniszczonych paleniem płuc.
Jeśli zaś chodzi o dentystę-uciekiniera - z nami koniec.

Zepsułam najlepsze słuchawki świata.

W dalszym ciągu nie skróciłam ślicznej, zielonej spódnicy. A taki kolor już niejednokrotnie by mi pasował, przydał się i dodał elegancji, pewności siebie oraz elementu wiosenności.

Wyciągnęłam wiosenne ubrania, ale nie potrafię schować zimowych, sytuacja wymknęła się spod kontroli, tonę w szmatach, szafa pęka w szwach. Bardzo proszę mnie uratować, kapitanie Żbiku.

Nie mam czasu mieszkać w domu. Posiedzieć, poobijać się... Nie ma szans. Niby właśnie siedzę, ale jest sobota, jestem zmęczona i okaleczona (patrz wyżej: noga + ząb). Czasami jest taki czas, kiedy wszystko się już zrobi, pojawia się satysfakcja i nowe pomysły na życie. Ja przekroczyłam dozwolony poziom ujemny. Mniej niż zero, o o o o. Tyle do zrobienia! Więc posiedzę przed telewizorem. Nie mam telewizora? Mam internet!

Zepsułam kosiarkę (kiedy? w chwilę rozpoczęcia weekendu, do naprawy dopiero w poniedziałek, yes!), a trawa rośnie, chwasty rosną, wszystko rośnie. Może chociaż jakiś książę przybędzie, bo domek z ogródkiem zacznie za chwilę przypominać porośnięty bluszczem pałac śpiącej królewny.
Żartowałam, I don't need a man. Taki książę nie będzie przecież kosił, gdyż dłonie jego szlacheckie, do wyższych celów stworzone. A ja nawet lubię. O ile trawa nie jest zbyt wysoka. I o ile jamnik nie wyryje dziury, w której zmieści się królik, Alicja, wyposażenie pałacu śpiącej królewny i największy sklep IKEA w Polsce. Jamniki weszły właśnie w fazę paleontologiczną.

I można tak narzekać bez końca, ale przecież wszystko dookoła rekompensuje te druzgocące straty moralne. Kwiaty, drzewa, liście, ptaki wszystkie. A ptaki to kurczaki zielonóżki. Gatunek endemityczny, prawnie chroniony, o wartości czarnorynkowej przekraczającej 300 euro za pisklę. Niektórzy podrabiają kurki zielononóżki, malując zwykłym kurczakom egipskie oko eyelinerem (a przecież nie wolno po zwierzętach maziać) i kolorując lakierem do paznokci kurczacze łapki. Nie jest to wszystko prawdą. Kurki zielononóżki to zwykłe kurki, dostępne i możliwe do hodowania. Ja znalazłam komplet pod krzakiem jaśminu. Nikt nie przyznał się do bycia właścicielem, więc zamiast oddać do schroniska, postanowiłam wychować wesołą gromadkę na cyrkową drużynę. Część już potrafi połykać ogień, którym zionie druga połowa. Jeden pisklak nauczył się żonglować, a dwa inne świetnie radzą sobie z tresurą dzikich zwierząt, takich jak tygrysy oraz lwy... Na słoniu nie jeździ żaden kurczak. Bo i nie dysponujemy słoniem.

Po co ja piszę to wszystko? Zamiast przyznać: w maju mam mniej czasu, ale postaram się coś bardziej lub mniej sensownego wrzucać tu co kilka dni. Muszę się bardziej stroić w niecodzienność, w moje wytwory dawne i nowsze. A będzie materiał blogowy. Dekupażowe pudełeczko czeka na skończenie. Znalazłam też ozdobność do trzech świeczników. Zapomniałam pochwalić się odmalowaną własnoręcznie doniczkową osłonką. A jutro upiekę nowy chleb, bo drugi szybko się rozszedł i zapomniałam zrobić zdjęcia ze smalcem i ogórkiem. Wszystko do nadrobienia. Fighting!








poniedziałek, 6 maja 2013

Jak upiec chleb i się nie załamać?

W poprzednim odcinku został zapowiedziany obrazek. I co? Ile było problemów! Najpierw nie chciał się przetworzyć odpowiednio (najpierw-najpierw to się narysować nie chciał, a jak już zaczął, to powstało chyba 5 wersji), później zaczęły się koloryzujące problemy, do tego tło, inne elementy... Naprawdę mi nie wychodzi. Koncepcja jest dobra. Więc może jeszcze następnym razem się pojawi. Chlebowy rysunek bardziej się udał.

rysunek zasłania nadgryzienie dokonane przez niecierpliwe konsumentki

Postanowiłam upiec chleb. Nie taki prawdziwy, bo drożdżowy, ale od czegoś się zaczyna. W sumie jest półprawdziwy, ponieważ odstał swoje, trochę się zakwasił. Jedna mądra pani, która pamięta czasy konieczności pieczenia chleba w domowych warunkach, powiedziała, że dodawało się trochę drożdży do ciasta zakwasowego, ale odstawało na długie zakwaszenie. Zatem nie złamałam prawa i przykazań, mój chleb jest chlebem.

Skład jest banalny, wykonanie w sumie też, tylko procesy długo trwają. Wymieszałam 1,5l mąki (1:1 żytnia chlebowa i orkiszowa), 0,5 łyżki drożdży instant, 2,5 łyżki soli. Kiedy suche składniki wyglądały w miarę jednolicie, zalałam je chłodną wodą (0,6l). Maszyna wymieszała za mnie. Szlacheckie rączki, co nie, nie wolno ubabrać w cieście... Wstyd, leniwy człowieku!
Następny krok - odstawienie na 18 godzin. W misce, pod przykryciem. Żeby ode mnie odpoczęło. Okazało się, że czasu minęło więcej, ale kto by się drobiazgami przejmował? Wyrośniętą masę wymieszałam jeszcze raz (maszyna mieszająca jest pusta, następuje zwolnienie blokady...). Następnie bawełnianą ściereczkę obsypałam mąką (żytnią), ułożyłam ciasto uformowane w jajowaty kształt. Bo nie mam garnka*, piekłam w brytfannie. Przykryłam ciasto resztą ścierki. Po godzinie przewróciłam na drugi bok. Na 20 minut przed końcem czasu wylegiwania się na drugim boku (druga godzina), wstawiłam do pieca naczynie wysmarowane oliwą (to był błąd, trzeba było wstawiać na sucho, wysmarować na gorąco, ale dobra tam...). Ciasto zapakowałam na 25 minut pod przykryte pieczenie, następnie zabrałam pokrywkę, żeby chleb się przyrumienił (kolejne 15-20 minut). Ku mojemu zdziwieniu chleb mój zaczął przypominać chleb. Zarówno wyglądem jak i zapachem.

*Opowieść o granku. Naczynie do pieczenie musi być odpowiednie. Chodzi o to, żeby go nie spalić, więc żaroodporne, żartoodporne i bez elementów, które rozpadłyby się pod wpływem wysokiej temperatury. Może to być garnek metalowy, ale wtedy taki z oznaczeniem wytrzymałości. Trzeba kierować się rozumem i oznaczeniami. Żaden tam nowoczesny garnek nie wchodzi w grę. Musi być toporna, tradycyjna konstrukcja. Straż pożarna ma co robić o tej porze roku. Ludzie podpalają trawy, mają wypadki samochodowe, szerszeniowe gniazda... Nie fatygujmy strażaków, nie podpalajmy sobie własnego, przytulnego mieszkania! W tym miejscu przypominam - garnek smarujemy tłuszczem (ja oliwą), dopiero kiedy jest nagrzany. Pędzlem kuchennym, szybkim ruchem, omiatamy wszystkie ścianki, uważamy na nasze szlacheckie rączki, nie produkujemy urazów, pogotowie ratunkowe to też zajęci ludzie.

Napisałam niezrozumiele, tak mi się wydaje, więc oto linia czasu:


1h ... 18h 19h 20h 21h 22h
Start, Wyrastanie ciasta po pierwotnym wymieszaniu. Ponowne wymieszanie, odstawienie na pierwszym boku. Przewrócenie na drugi bok.
Ok. 20:40 wstawienie garnka do piekarnika.
Wrzucenie ciasta do gorącego garnka, pieczenie. Ok. 21:30 zdjęcie pokrywy. Upieczenie ok. 21:50. Stygnięcie. Koniec.



Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że smak wyszedł nawet chlebowy, nie było zakalca i pieczywo rozeszło się jak świeże bułeczki (pół bochenka za jednym posiedzeniem, 4 osoby).
Nauka na przyszłość - chleb dłużej powinien się piec pod przykryciem. Skórka byłaby cieńsza i może by nie pękł tak bardzo. Po drugie, można dodawać mniej soli. Chociaż nie jest źle. Co jednak najważniejsze - mogę zaczynać różne próby. Chleb podstawowy się udał. I w sumie zadowolona jestem z kształtu. Garnkowy byłby okrąglutki, a jajowatość jednak bardziej do chleba pasuje.

piątek, 3 maja 2013

Nieskończona nieskończoność

Szukam alternatywnych źródeł energii, bo ostatnio się wyczerpuję. Nie wiem dokładnie, co jest przyczyną. Nie mam siły na porządne spacery z panem jamnikiem (pani jamniczka seniorka i jej emeryckie tempo bardziej mi odpowiadają). Nie chce mi się sprzątać, wyleguję się tylko bezproduktywnie. Poza tym zmanierowałam się - zamiast czynić i urzeczywistniać konkrety, zajmuję się malowaniem paznokci na wszystkie możliwe kolory. Na przykład dzisiaj róż cukierkowy i wiosenna zieleń. Żeby do sweterka pasowało... Odpoczywam. W przyszłym tygodniu będę musiała poszukać radioaktywnego pająka, który by mnie ugryzł i zamienił w superbohaterkę.

Ale jest też miejsce na różne prace ręczne. Dokonane, nieskończone, próbne. Zanim jednak zacznę niepotrzebnie chwalić się wątpliwymi umiejętnościami - jamnik.


A teraz do rzeczy. Sprawa dokonana. Jak zwykle upiekłam ciastka. Nic nowego, od stuleci to samo. Nie ma chleba, trzeba jeść keksowe faszerowane czekoladą i suszonymi (śliwka, żurawina, morela). Przed pieczeniem posypałam ciasto cukrem trzcinowym. Bo już nie miałam zupełnie ochoty, żeby strugać jakiś lukier bądź polewę.
Transparent gotowy do wydruku, nadziania na wykałaczkę i wbicia w czubek babki można znaleźć tutaj. Wiem, że to okropne, ale staram się zawsze ponabijać jakieś ozdobniki.





Kolejne zdjęcie prezentuje twór jeszcze niekompletny. Zaczęłam sklejać domek. Oczywiście o ukończeniu budowy poinformuję w dopowiedniej chwili. Bobem budowniczym niestety nie jestem. Ale i tak mam nadzieję, że nieruchomość będzie wyglądała w miarę poprawnie. Cokolwiek miałoby to znaczyć...


Ostatnie dokonanie - prototyp. Czeka mnie jeszcze ulepszanie tego projektu. Po pierwsze primo - jest to świecznik ze szklanki po czekoladowym kremie.


Wypełnienie i ozdoba - stara mapa Paryża. I teraz taka uwaga - trzeba ją było wydrukować w lustrzanym odbiciu. Nie pomyślałam... Poza tym muszę jeszcze dobrze dopasować papier do szklanki. Szklanka jest minimalnie szersza na górze. O tym też nie pomyślałam.


Efekt świecący jest jednak zadowalający. O to chodziło. Użyty przeze mnie fragment mapy można podkraść tutaj. Chciałam dorzucić pewien ładny i pasujący motyw muzyczny, ale nie ma wszystkiego w internecie. Dlatego zastępstwo (koniecznie klik, klik, klik).


widok z właściwej perspektywy

widok z góry

Brakuje mi ogarnięcia i czasu, ale to chyba już moja cecha charakterystyczna, którą muszę jak najszybciej zwalczyć. Wiem, że dam radę. Wytrwałam 30 dni bez kawy (cały kwiecień!), więc wykorzenić zakorzenione też mi się uda. Nie mam kiedy usiąść przy maszynie, a stos ubrań czekających na przerobienie powiększa się z każdym tygodniem.
Rysunek zaplanowany na dzisiaj nie został jeszcze doszlifowany, pojawi się następnym razem jako przypomnienie "w poprzednim odcinku".

środa, 1 maja 2013

Very very extraordinary

V.

Trochę wymądrzania się na temat V inspirującego. Dlatego już na pierwszym obrazku Veruschka.

Zacznę od anegdoty okołotematycznej, która nie będzie miała dużego wpływu na niczyj rozwój intelektualny. Kiedy byłam mała, dużo mi się wydawało. Myślałam, że order za męstwo wojenne nazywa się Tutti Frutti Militari. Jakież było zaskoczenie, kiedy odkryłam Virtuti. Bo "virtus" to doskonałość charakteru, nieustraszoność oraz męstwo. A przecież V to o wiele więcej.
W tym miejscu wspomnę również o czymś, co wydaje mi się wspomnienia godne. Wszyscy pewnie słyszeli o esperanto, że najbardziej udana próba stworzenia sztucznego języka. Tolkien również przetrwał próbę czasu, nawet Doda sobie tatuaż zrobiła w sindarinie, chyba. Tak, wiem, jest różnica między artystycznym i użytkowym. W każdym razie, dawno temu, żył sobie człowiek, który stworzył język bezużyteczny - Volapük. Nazwa języka stała się synonimem zagmatwania i niezrozumiałego bełkotu. Idealnie! Bo dalej nie będzie niczego innego.

Może być niebezpieczne. V jak vendetta, przecież. Jakiś czas temu przeżyłam konfrontację z terminem "v-line". Ktoś tam sobie wymyślił, że idealny kształt azjatyckiej żuchwy to ostra broda zamykająca się w 45 stopniach. Tak mówi internet, a ja nie chciałam niczego mówić, bo to trochę przerażające, że ludzie sobie myślą, że ładność da się kątem zmierzyć. Wszystkie te zdjęcja japan style z rączkami przy twarzy, dziwne dziubki i inne skrzywienia, powstają właśnie po to, by wytworzyć złudzenie posiadania magicznej linii podbródka. Ok, co kraj, to obyczaj, nie będę innych ludzi oceniać. Poza tym - oto coś lepszego:


Takich cudownych mechanizmów znajdziemy w sieci mrowie. Moja koleżanka kiedyś sobie uszy przyklejała do głowy taśmą, żeby jej nie odstawały. Myślę, że poziom doskonalenia urody jest w tych przypadkach zbliżony. Ale pogoń za olśniewającą prezencją dla nikogo nie powinna być zaskoczeniem. Wystarczy przypomnieć sobie, również nieobcą dla litery V, Donatellę.

Jeśli vis attractiva, zapomnieć nie można o Wenus (po staremu Venus). Kultowym wręcz dziełem stał się obraz Botticellego przedstawiający narodziny bogini. Nie jestem wykształcona odpowiednio, ani nawet wrażliwości estetycznej nie posiadam w takim stopniu, żeby malowidło interpretować. Gdybym się uparła i wytężyła siły, coś tam by może wyszło. Ale rękę, nogę, mózg na ścianie odnalazłam po konfrontacji z poniższym dokonaniem artystycznym:


Skradłam oczywiście (wszystkie obrazki ilustrujące bieżący tekst zostały skradzione). Ale nie zatajam źródła, nie będę całkowitym piratem z Karaib. I tutaj już można interpretować. Całość jednak pochłonęłaby za dużo czasu i przestrzeni, toteż odniosę się jedynie do pandy wiszącej na drzewie, być może niekoniecznie bambusowym (a bambus to nie drzewo przecież). Panda wielka jest zwierzęciem zagrożonym wyginięciem, więc z jej ukrycia w tle, wywnioskować możemy, że prawdziwa, wysoka sztuka (bo się panda wspięła na wysokość) jest równie zagrożona. Niechaj nie zwiedzie nas radosny wygląd pierwszoplanowych postaci.

Przeciągając temat Venus, kolorków i uroku - Hello Venus!


V to także Wiedeń, czyli Wien lub Vienna. Znowu chciałabym tam pojechać. Bo już raz chciałam, jakieś 6-7 lat temu. Skończyło się kupieniem praktycznego przewodnika. Po niemiecku rozmawiam na poziomie: wie sagt mann das auf Deutch?, więc nie jest najgorzej.


Vintage - ekskluzywna nazwa staroci. I tutaj następuje zastanowienie - w którym miejscu zaczyna się vintage? Bo jeśli lata 80. XX wieku, wtedy ja też jestem już vintage... W każdym razie - lubię rzeczy z historią, po przejściach. A pojęcie jest szerokie, wszystko można do tego kufra wrzucić. Ja wyciągam i odkurzam następujący plakat z 1987 roku (aktualny również dzisiaj):


I można tak pisać i nie skończyć. Literka V stała się tematem zastępczym, ponieważ jestem w trakcie czynienia tysiąca rzeczy, którymi chwalić będę się później.

Ostatnia rzecz - rzymska cyfra, której używa się do skrótowego nazywania miesiąca. Dawna, pradawna nazwa maja to trawień (przetrwała w ukraińskiej mowie). Taka tam ciekawostka.