sobota, 27 kwietnia 2013

Być jak Robert Makłowicz: ryba w sosie włoskim

Miał być dorsz w sosie włoskim Makłowicza. Bo wygląda ładnie i ogólnie fajny był ten odcinek. Poległam już na głównym składniku. Zakup dorsza się nie powiódł, w zastępstwie wystąpił łosoś (chyba...). Co za różnica? Dla mnie nie ma żadnej, bo znane mi gatunki ryb to: filet, cała, mała, duża i wędzona. Być może występują niuanse smakowe, ale naprawdę jestem w tej kwestii heretykiem. Wiem natomiast, żeby nie kupować wietnamskich ryb uprawnych typu panga i lampucera (wygooglałam, ona się nazywa tilapia).

Przepis zachowałam oryginalny. Żeby już więcej chaosu nie wprowadzać.
  • 4 filety z dorsza (w moim przypadku łososia);
  • pomidory koktajlowe, sztuk 12;
  • 200 ml białego wina (przygotowałam cały zapas, nie wiadomo, czy nie trzeba będzie rozpaczy zapijać, bo się filety przypalą);
  • kilka igiełek rozmarynu (mój był zmumifikowany, ale bio, bo z ogródka);
  • 2 ząbki czosnku;
  • sól i pieprz
Rozgrzałam oliwę na patelni, Osoloną i przyprawioną pieprzem rybę ułożyłam starannie do usmażenia. Dorzuciłam czosnek pokrojony w plasterki. Nie za cienkie, bo pomyślałam, że takie grubsze będą lepsze. Posypałam rozmarynem, dodałam pomidorki. Po przewróceniu ryby i zamieszaniu wśród pomidorów, dolałam wina. Wcześniej oczywiście sprawdziłam, czy spełnia wymogi, jest dobre i tak dalej. Następnie poddusiłam całość pod przykryciem. Wydawało mi się, że smak będzie wtedy bardziej profesjonalny.
Ułożyłam rybę niezbyt estetycznie, podlałam sosem. Dorzuciłam gotowane ziemniaki dla pewności. Bo jednak ekskluzywność ekskluzywnością, ale trzeba się obiadem najeść.
Pan Makłowicz miał rację, a zwątpiłam. Duszony w winie czonsnek rzeczywiście zachowuje swój naturalnie piękny kolor.

Moje danie nie jest tak estetyczne jak pana Makłowicza, ale dzielą nas lata świetlne doświadczenia.

Zdziwiło mnie, że rybę smaży (dusi!) się tak szybko. Człowiek uczy się całe życie, a 8 minut całkowicie wystarczy, żeby przejść ze stanu surowości do uduszenia. Pomidorki okazały się wspaniałym wynalazkiem, w tak smakowitej postaci jeszcze ich nie znałam.
Dodaję ten przepis do książki kucharskiej leniwej pani domu. Proste, eleganckie danie, ekspresowe w przygotowaniu.
Postanowiłam też rysować więcej, więc w najbliższym czasie będę psuć obrazki moimi bazgrołami. Niestety.


9 komentarzy:

  1. Rybka palce lizać godna szefa kuchni;) ale w Makłowicza się nie zamieniaj, on jest bardzo brzydkim mężczyzną;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzydki jest, ale ciekawie opowiada i gotuje. Zdecydowanie mój ulubiony telewizyjny kucharz polski. Rybkę polecam, bardzo smaczna :)

      Usuń
  2. ulala! wygląda obłędnie! kradnę przepis!

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj tam, Makłowowicz też rzadko kiedy podaje coś estetycznie:) Od estetyki jest Okrasa, ale on z kolei kładzie na talerzu tak mało, że można wzątpić w sens gotowania jego potraw (które zwykle gotuje mu się kilka godzin, albo to tak w tv wygląda). Ryby lubię i odróżniam. Nie lubię łososia, strasznie mnie zapycha. Gustuję w morszczukach, ale dorsza też bym przyrządzała, gdyby był łatwiejszy do kupienia.
    Tilapia to zło. Nie jadłam i nie zamierzam. Wystarczy, że spróbowałam pangi - tego nie można nazwać nawet rybą, to jakieś gumoleum rybopodobne bez smaku. Ludzie podniecają się tymi gatunkami, bo mają egzotyczne nazwy i to się wydaje takie fancy i fusion. A naprawdę to przemysłowa ściema. Polscy rybacy powinni zrobić jakąś uświadamiającą antykampanię tym rybom, przy okazji lansując to, co sami poławiają:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje regionalne radio jakiś miesiąc temu poświęciło pół dnia na promocję polskich ryb. Przy okazji opowiadani trochę o pandze i tilapii, czym przekonali mnie, że nie ma nawet sensu na nie patrzeć. Chociaż wcześniej Pani Matka mi zakazała. Ludzie kupują, bo są tanie i wyglądają na białe rybie mięso, a to najszczerszy kit, odpad i dziadostwo.
      Okrasa faktycznie gotuje strasznie długo. Poza tym gada przy tym denerwująco, cały czas nawija o pierdołach, że nie mam siły słuchać. Chociaż niby ciekawe te jego programy. A Makłowicz czasem na ładnym naczyniu poukłada swoje dzieła, więc punktuje estetycznie ;)

      Usuń
  4. Na pewno smaczne. Tak z talerza "patrzy" ;)
    Rysuneczki wrednej kuchareczki nie zniechęcają do jedzenia. Podnoszą apetyt, "własnoręcznie zrobione" - uduszona ryba i poobijane pomidorki :D

    Graszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego "wredna"? Moim zdaniem it's super kawaii - that means 'super cute' in Japanese... Wiem, że nie potrafię rysować, ale chodzi o metaforyczne uduszenie i żonglowanie, zero obić, wszystko prima sort w imię zasady Handle With Care.
      (◡‿◡✿)

      Usuń
    2. W którymś-południowosłowiańskim ( jugosłowiański, serbski, chorwacki)języku wredny znaczy pracowity. I przecież tylko to miałam na myśli, jakżebym mogła inaczej :)

      Graszka

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.