sobota, 27 kwietnia 2013

Być jak Robert Makłowicz: ryba w sosie włoskim

Miał być dorsz w sosie włoskim Makłowicza. Bo wygląda ładnie i ogólnie fajny był ten odcinek. Poległam już na głównym składniku. Zakup dorsza się nie powiódł, w zastępstwie wystąpił łosoś (chyba...). Co za różnica? Dla mnie nie ma żadnej, bo znane mi gatunki ryb to: filet, cała, mała, duża i wędzona. Być może występują niuanse smakowe, ale naprawdę jestem w tej kwestii heretykiem. Wiem natomiast, żeby nie kupować wietnamskich ryb uprawnych typu panga i lampucera (wygooglałam, ona się nazywa tilapia).

Przepis zachowałam oryginalny. Żeby już więcej chaosu nie wprowadzać.
  • 4 filety z dorsza (w moim przypadku łososia);
  • pomidory koktajlowe, sztuk 12;
  • 200 ml białego wina (przygotowałam cały zapas, nie wiadomo, czy nie trzeba będzie rozpaczy zapijać, bo się filety przypalą);
  • kilka igiełek rozmarynu (mój był zmumifikowany, ale bio, bo z ogródka);
  • 2 ząbki czosnku;
  • sól i pieprz
Rozgrzałam oliwę na patelni, Osoloną i przyprawioną pieprzem rybę ułożyłam starannie do usmażenia. Dorzuciłam czosnek pokrojony w plasterki. Nie za cienkie, bo pomyślałam, że takie grubsze będą lepsze. Posypałam rozmarynem, dodałam pomidorki. Po przewróceniu ryby i zamieszaniu wśród pomidorów, dolałam wina. Wcześniej oczywiście sprawdziłam, czy spełnia wymogi, jest dobre i tak dalej. Następnie poddusiłam całość pod przykryciem. Wydawało mi się, że smak będzie wtedy bardziej profesjonalny.
Ułożyłam rybę niezbyt estetycznie, podlałam sosem. Dorzuciłam gotowane ziemniaki dla pewności. Bo jednak ekskluzywność ekskluzywnością, ale trzeba się obiadem najeść.
Pan Makłowicz miał rację, a zwątpiłam. Duszony w winie czonsnek rzeczywiście zachowuje swój naturalnie piękny kolor.

Moje danie nie jest tak estetyczne jak pana Makłowicza, ale dzielą nas lata świetlne doświadczenia.

Zdziwiło mnie, że rybę smaży (dusi!) się tak szybko. Człowiek uczy się całe życie, a 8 minut całkowicie wystarczy, żeby przejść ze stanu surowości do uduszenia. Pomidorki okazały się wspaniałym wynalazkiem, w tak smakowitej postaci jeszcze ich nie znałam.
Dodaję ten przepis do książki kucharskiej leniwej pani domu. Proste, eleganckie danie, ekspresowe w przygotowaniu.
Postanowiłam też rysować więcej, więc w najbliższym czasie będę psuć obrazki moimi bazgrołami. Niestety.


czwartek, 25 kwietnia 2013

Kim jesteś?

Oto moje prywatne, osobiste zdanie na temat majowego "Twojego Stylu".

Nieczęsto przeżywam konfrontację z tak zwaną "prasą kobiecą". Przestałam chodzić do fryzjera, sama obcinam swoje włosy, więc przeglądanie na kanapie poczekania przestało mnie dotyczyć. Dawno nie byłam w innych przybytkach urody, więc też nie mam kontaktu z "babskimi gazetami". W mojej rodzinie panuje innego rodzaju czytelnictwo. I nie mam okazji. Czasami jednak, zwabiona jakimś dodatkiem, zainteresuję się "luksusowym magazynem dla kobiet". I co z tego wynikło?

Film był dobry.

Treść "najlepiej sprzedającego się luksusowego magazynu dla kobiet" Na pierwszy rzut mojego oka - kolorowo i o niczym. Niby tam porusza się jakieś kwestie głębsze, wyższe, ważne. Ale zawsze jest ale. W skrócie - musisz wyglądać, dietować, ubrać się, być szczęśliwa i w pewnym stopniu dokulturalniona.

Pierwsza kwestia - wygląd. Koniecznie młody, koniecznie upiększony, idealny i modny. Skóra musi lśnić, promienieć młodzieńczym pięknem. Pamiętaj też, że złe bakterie czyhają na ciebie wszędzie: na poręczach, klamkach, klawiaturach. Możesz się ich jednak pozbyć. Pamiętaj również o praniu ekologicznej torby na zakupy. Wybieraj kosmetyki dostosowane do twojego rodzaju skóry, dobierz odpowiedni korektor, skocz na SPA, nie trać blasku i jędrności. Kup sprzęt za ok. 150 zł, pracuj nad sylwetką! Dostosuj się do norm i wymogów.


Dieta silnie wiąże się z twoim wyglądem i samopoczuciem. Dlatego wcinaj warzywa, nie przyjaźnij się z czerwonym mięsem, nie zapominaj o drugim śniadaniu, a fishburgery podawaj z sosem majonezowym na ostro i marynowanymi kaparami. Świetnie, lubię tematy spożywcze. Burger z kurczakiem w parmezanie wygląda zachęcająco. Ale ile to kalorii? Czy nie przekroczę dozwolonego poziomu? Lepiej więc zjeść kanapkę z pastą z makreli i ogórkiem. Bo przecież chcę być szczupła...

I egzystencjalna kwestia. W co się ubrać? Na pytanie odpowie ci sztab stylistów. Elegancko, z klasą, nonszalancko, kontrastowo, ozdobnie. Wiele zależy od wieku. 25+ jak Rihanna, 35+ niczym Olivia Wilde, Jennifer Garner jest wzorem 45+, natomiast 55+ mogą zgapić od Heidi Klum. Bo musi być porządek, objętość, ożywienie i harmonia. Warto też postawić na sportowy look. Do wyboru mamy też beż, ecru i biel, które dominują w stylizacjach inspirowanych nową kolekcją domu mody Valentino. Włoski urok z lekkim odchyleniem w stronę ekstrawagancji.

Teraz już możesz być szczęśliwa. Minimalistycznie szczęśliwa. Nie potrzebujesz 10 par butów, nie potrzebujesz niczego. Dbaj o swoje wnętrze, skupiaj na tym, co ważne. Tylko co jest ważne? Szczupłość i zwiewność? Pogubiłam się trochę, bo z jednej strony rokokowe huczenie, a z drugiej - wyeliminuj z przestrzeni bałagan oraz zbędne przedmioty, które go produkują. Chcę się uwolnić od narzuconego przez reklamy przymusu, by mieć więcej. Ale przecież mam cerę wrażliwą, ten nowy krem z twarzą Moniki Brodki by mi nie zaszkodził. I wygodne buty, tak stylowe, że tylko śmignąć na Chelsea Flower Show... Nie wiem, nie wiem...

Trzeba więc uzupełnić braki kulturalne. Zobaczyć Karla Lagerfelda na tle złotej rzeźby, przeczytać o głosie, który chwali Katarzyna Nosowska, dojrzałym aktorze, inspirujących postaciach kobiecych (co nie boją się dać w mordę czarnym charakterom), zaplanować wyprawę do Słowenii. A Antoni Pawlicki nadal mnie nie kocha.


Kim jesteś? - zapytuje okładka. I podpowiada: siłaczką, obywatelką świata, panią domu. Oto typy wyróżnione w przełomowym raporcie o życiu Polek. Czy poszukałam w nim siebie? Nie... Bo jestem leniwa. Myślę, że wiem, kim jestem. Jak Edyta Górniak - jestem kobietą, falą, siłą, perłą na dnie, twarda jak beton, nigdy, nigdy nie poddam się... Czy jakoś tak (cytat z pamięci).
Mój Styl to zdecydowanie nie "Twój Styl".

PS. A krzyżówka była do kitu.  Zero poruszenia w zwojach mózgowych, hasła na poziomie podstawówkowego pierwszaka.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Wielokropek nad i


Początkowe zdjęcie niesie za sobą retoryczne pytanie, na które nonszalancka odpowiedź brzmi: Takie tam, wakacje...

O cieszeniu się codziennością nie będzie, bo byłoby, że znowu uderzam w banał. Cieszę się natomiast, że wiosna w końcu się prawdopodobnie zaczęła. I w związku z tym zrobiłam milion bezużytecznych zdjęć. Jamnikowe pomijam, bo już tak dużo razy się pojawiały, że mnie jamnik pozwie o naruszanie prywatności. Dzisiaj o poszukiwaniach tak zwanej inspiracji i obijaniu się to tu, to tam.
 



Film instruktarzowy i słowa szydełkowej zachęty. Serdecznie dziękuję za ten prezent!



Poza tym krótkie sprawozdanie obrazkowe z "wakacji" w miejscowości turystycznej. I to jest bardzo ciekawy widok - latem mrowie ludzi przelewa się ulicami, a poza sezonem szczere pustki.

 




I więcej z serii "Świat u stóp":




Nie daruję sobie, jeśli nie napiszę. Spotkałam się kiedyś z literką "i" uszlachetnioną czymś w rodzaju wielokropka. W czasach trochę wcześniejszych niż teraz, miałam styczność z różnego rodzaju zapisami fonetycznymi i tego typu sprawami. Poza tym pamiętam, że ktoś, spisując opowieści folklorystyczne, opracował tego typu znaki w celu uchwycenia niuansów głoskowych. Słowo daję, że widziałam taki zmutowany umlaut. Gdzieś muszę jeszcze mieć materiały z tym związane.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Globalne ocieplenie



Prognoza pogody na najbliższy czas: wygląda na to, że wszelkie niesprzyjające zjawiska zostały chwilowo odwołane.

sobota, 13 kwietnia 2013

Czytelnictwo rekreacyjne

Książki rekreacyjne, które czytam ostatnio: Listy wybrane Jane Austen, 30 nowel Jacka Londona.

Lubię czytać. Nie zawsze tak było. Ale nie mój rozwój czytelniczy będzie dzisiaj tematem rozważań. Coś zupełnie ciekawszego. Lubię czytać coś, co poruszy umysł, zostanie na dłużej, zmusi do refleksji. Ostatnio porzuciłam po pierwszym rozdziale coś, czego tytułu już nie pamiętam. Nie podobało mi się, bo:
· bohaterowie mieli głupie imiona,
· narracja była jakaś nieudolna (jakby jednorożec z doliny tęczy napisał, dodatkowo szczegółowe opisy zielonego groszku wyłupanego ze strączka, leżącego na porcelanowym, różowym talerzu wbiły symboliczny gwóźdź w moją głowę),
· problemy bohaterów pochodziły z kosmosu, a tematyka niby zwykła, obyczajowa (babka, którą facet puścił kantem dostała raka z powodu porzucenia, była smutna i stereotypowa -- dodatkowo oboje nosili głupie imiona...),
· znałam zakończenie.
Że też istnieją ludzie, którzy dają książkę ze słowami "i tak na końcu umarł" (niby wszyscy na końcu umrzemy, tak?).
I nie przeczytałam. Bardzo dobrze, miałam więcej czasu na naukę szydełkowania.

O problemach z kosmosu nastąpi słów jeszcze kilka.
Natknęłam się niedawno na porównanie wręcz pojedynkowe - Huxley vs. Orwell. Kto miał rację, kto przewidział przyszłość? Po pierwsze primo - Nowy, wspaniały świat i Rok 1984 to nie są przepowienie, to utwory literackie. Fakt szokujący, ale niezaprzeczalny. Możemy narysować wykres, kółeczka zbiorów, w których częścią wspólną rzeczywiście będzie hasło "antyutopia", ale poza tym jest wiele różnic, które wykluczają możliwość tak śmiesznego porównania obu dzieł. Warto dowiedzieć się, o czym pisał Orwell. Do tego przydałaby się podstawowa wiedza o życiu i twórczości. Ale kogo to obchodzi? Źle przewidział przyszłość, przemielić książki, zaorać grób.
Wszystko jest dzisiaj zawodami - kto napisał więcej książek, kto napisał grubsze, a czyje lepiej się sprzedają. A może zacząć je czytać ze zrozumieniem? To nie konkurs, kto więcej, lepiej i bardziej, tu chodzi o wartość nieobliczalną. Słowacki napisał więcej niż Mickiewicz. I co? Obaj są znienawidzeni przez szkolną młodzież w takim samym stopniu. Żeby odciążyć moja głowę, wklejam cytat.

Individual science fiction stories may seem as trivial as ever to the blinder critics and philosophers of today - but the core of science fiction, its essence has become crucial to our salvation if we are to be saved at all. - stwierdził Isaac Asimov.

Nie powiem, że się całkowicie zgadzam, ale coś tam miał na myśli, coś więcej niż "pisarze science fiction zajmują się przepowiadaniem przyszłości". Pisarze science fiction tak naprawdę opisują teraźniejszość, zieją przerażeniem w stronę czytelnika i każą zastanowić się, czy jako człowiek, humanoid i jednostka samodzielnie myśląca, idzie w dobrą stronę. Osobom leniwym polecam filmy typu Vexille, które pięknie łapią całą, rozległą i, wbrew pozorom, nieskomplikowaną ofertę tematyczną dzieł SF.

A jeśli chodzi o moje czytanie rekreacyjne - kiedyś stworzyłam listę dzieł wybitnych, bo uważałam, że muszę się z nimi poznać osobiście. Przez wiele nie przebrnęłam, innych nie tknęłam nawet patykiem, na odległość. Wcale nie muszę. Idę tam, gdzie idę, czytam to, co czytam. Jestem już w tej komfortowej sytuacji, że nie mam obowiązku zmuszać się do wytężania mózgu nad niestrawną lekturą.
Czasami zdarza mi się do czegoś zmienić nastawienie. I wtedy zastanawiam się:
· jak mogłam to przeczytać?
· jak mogłam tego wcześniej nie przeczytać?
Takich Płomieni Brzozowskiego na przykład dzisiaj bym nawet przez papier nie wzięła do ręki. Ale przeczytałam kilka lat temu. Są też "dzieła" do których jestem silnie uprzedzona, bo staram się trzymać poziom. I nie chodzi o to, że się snobuję, czy coś. Chronię mój mózg przed wpływem treści kompletnie bezużytecznych, a nawet szkodliwych, kradnących cenny czas, który poświęcić mogę na rozrywki bardziej rozwijające.

Różne dzieła wzbudzają we mnie różne uczucia. Czasami trochę niespodziewane. Rebeka Daphne du Maurier sprawia, że jestem głodna. Po poezji Julii Hartwig dobrze mi się sprząta. Roman Ingarden jest dobrą rozgrzewką przed różnego rodzaju obliczeniami, nawet rozwiązywaniem sudoku. Staram się nie patrzeć w stronę Elizy Orzeszkowej, bo strasznie mnie ludzie później denerwują.

Postanowiłam bardziej się przyłożyć do czytania listów Austen. Może uda mi się ukształtować jakiegoś plastusia udającego recenzję? Albo chociaż powybieram najciekawsze ciekawostki. Już teraz mogę przyznać, że chciałabym, żeby ktoś do mnie napisał taki list.

przykładowe książki, propozycja podania

środa, 10 kwietnia 2013

Lovey Dovey

Sweter w serduszka. Lovey dovey dovey, o o o o... Niestety tył nie został uchwycony, ale wygląda prawie tak jak przód, też obsiany jest serduszkowym motywem. Początkowo myślałam, że włóczka jest koloru czarnego, przepleciona świetlnością, ale po szczegółowej analizie okazało się, że to szarość najciemniejsza, prawie czarna. Nie wiem, czy dlatego, że długo leżała w sklepie (kupiłam przecenione), czy taka miała być.
Twór sukienkopodobny wynalazłam w szmateksie. Legginsy pochodzą z Lidla. A okulary kupiłam na targu rupieciowym. Czyli nic wybitnego.
Było już nawiązanie do jednej piosenki o treści "nikt mnie nie kocha", więc z okazji pustyni, przypomniała mi się druga. Może to kwestia mojego niedosznurowanego obuwia?

I uwaga, uwaga! Zdjęcia zostały zrobione kilka dni temu. Stan śniegu na dzień dzisiejszy - znacznie uszczuplony. Każda epoka lodowcowa kiedyś się kończy, jesteśmy na przedpolach wiosny.
Wiem, że stylowość swetra nie została uchwycona, ale pewnie będę go dość często nosić, co w tłumaczeniu znaczy: jeszcze się pojawi niejednokrotnie.




poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Jak malowane

Zawsze jestem w trakcie porządkowania szafy, bo kiedy skończę z pierwszą, zabieram się za drugą, a później jeszcze 3 szuflady, wieszak wolnostojący... Następnie zmienia się pora roku i trzeba z szuflady pod łóżkiem (niby do przechowywania poduszki w ciągu dnia, ale wypełniają ją bezatmosferyczne pokrowce na odzież) na nowy sezon coś wyciągnąć. I zawsze coś się znosiło, coś można przerobić, zmienić... A czasami już tylko zamykam oczy, żeby bez żalu wyrzucić. Doskonale rozumiem, co miała na myśli Jane Austen:
I ja mam niezłomny zamiar  sprawić sobie coś ładnego, gdy tylko będzie mnie na to stać; połowa garderoby, którą posiadam, tak mnie nudzi i zawstydza, że rumienię się na sam widok szafy, w której ją przechowuję.
W końcu udało mi się zakończyć długotrwały proces farbowania. Samo wrzucenie do barwnika i poczekanie, by kolor zakotwiczył się, nie trwało długo. Ale przygotowania, wybranie odpowiedniego dnia... Nieogarnięta jestem, naprawdę.

W każdym razie - oto, co się działo w czasie akcji właściwej. Do farbowania wybrałam niebieskie, nieciekawe gatki, składające się głownie z bawełny, w kolorze całkowicie niemrawym. Lubię niebieski, ale nie taki obliczalnie pospolity. Postanowiłam zatem dodać trochę głębi do przekazu.

Po pierwsze, dobry sposób na odchudzanie nóżek, pewnie wiele modelek go stosuje. Oplecenie nogawek na całej długości sznurkiem o ekologicznym wyglądzie. Bo wiadomo, wszystkie diety i ćwiczenia powinny być jak najbardziej naturalne.
Piesek jamniczek chętnie pomaga. To taka rasa, że nie może stać spokojnie i patrzeć, jak się bliźni męczy, zawsze wciśnie swój długi ryjek, by udzielić wsparcia.


W czasie, kiedy kałamarnica topiła się w kałamarzu, ja zatopiłam się w lekturze Listów wybranych Jane Austen (z których pochodzi również powyższy cytat). Poza tym czekolada w każdej postaci skraca czas wyczekiwania.


Krok kolejny, udokumentowany, to studzenie zapałów barwiących. Niech się ten śnieg już przyda, skoro jest. Właściwie instrukcja mówiła, żeby gotować w garnku emaliowanym, ale kupowanie specjalnego garnka do gotowania gaci uznaję za lekką przesadę. Po raz kolejny zaznaczam - nie jestem perfekcyjną panią domu.
Najbardziej absorbującą czynnością było wypłukanie produktu. Najpierw mniej więcej, a po rozsupłaniu sznurków, dokładniej. Przypomniałam sobie o farbowaniu włosów, że właściwie już powinnam, bo siwe promienie księżyca ujawniły się z kamuflażu. Ale poczekam do końca kwietnia. Od lutego urosło mi około 2cm włosów, co jest wynikiem zadowalającym. Co innego, że obcięłam 5cm. Jestem trzy miesiące do tyłu z hodowlą. To tak na marginesie.


I długo wyczekiwany efekt końcowy. Kolor nie jest równomierny, ale też odcienie nie kontrastują ze sobą zbyt intenstwnie. W sumie trochę na myśl przywodzi to mięśnie, i gdyby całość zmienić w różowo-czerwoną kompozycję, byłoby dziwnie. Albo wydaje mi się tylko.
W każdym razie - jestem zadowolona.


Podoba mi się ta głębia, cieszy zamalowanie brzydkiego błękitu. Myślę, że to nie ostatnia przygoda z barwieniem niekoniecznie zadowalających kolorystycznie ubrań.
Poza tym czekam na dobre okoliczności przyrody, żeby pochwalić się nowym swetrem, własnoręcznie wydzierganym. I poważnie zabrałam się za odnawianie różnych rzeczy. W kolejce do zdjęć czeka również doozdobiona tunika.
Z nieodzieżowych spraw - malarsko-kolażowe dzieło mojego życia stoi nietykane, ale wycinam już nowe elementy, które nakleję na jego powierzchnię. Rozpoczęłam również malowanie kamieni, które później (kiedy zniknie śnieg, a pojawi się ogródek) pojawią się między roślinkami. Walczę ze swoim brakiem umiejętności dekupażowych. Maluję puszki, które wystąpią w roli doniczkowych osłonek. Oraz usilnie staram się pojąć zasady obsługi szydełka. O tym ostatnim będzie tu jeszcze głośno.
Czytam przeczytane książki. Nigdy nie przepadałam za czytaniem wielokrotnym, ale z braku dobrej literatury nieznanej (jakoś trudno mi trafić na coś, co mnie zainteresuje), wracam do tego, co sprawdzone. Może napiszę o listach Jane Austen? I Jacku Londonie. Można powiedzieć, że cofnęłam się do szóstej klasy podstawówki, ale tak się składa, że przyjaźnie się z dwiema szóstoklasistkami, czego wcale nie uznaję za jakieś dziwactwo, czy zdziecinnienie. Dziwni i dziecinni są ludzie, którzy sobie dobierają przyjaciół tylko i wyłącznie w swoim wieku. Dla mnie to kryterium najmniej istotne.
Wydaje mi się, że naprawdę powinnam książkom poświęcić chociaż jedną dłuższą wypowiedź. Albo dwie. O szablonach percepcji, między innymi. Gdybym nie miała ważniejszych spraw na głowie, zostałabym partyzantem czytelniczej interpretacji i nawet napisała serię podręczników do języka polskiego.
Zrobił się trening przed maratonem lekkoatletycznym. Skakanie po tematach to moja specjalność. Jeszcze dorzucę, że kwiecień jest moim miesiącem bezkofeinowym, już ósmy dzień poświęcam niepiciu kawy. Dopadły mnie chwile zwątpienia, nie wiem, czy to była dobra decyzja, bo pogoda jednak zachęca do cieszenia się aromatem i smakiem najczarniejszego wywaru wzbogaconego cukrem waniliowym, cynamonem, czy nawet kardamonem. Ale przetrwam. Jest jeszcze herbata. Czarna, zielona, czerwona... 

A na koniec rzecz najlepsza - jamnikowa:


sobota, 6 kwietnia 2013

Iteracja

Nikogo nie chcę urazić, ani nie czepiam się. Tak tylko sobie marudzę. Nie należy tego traktować z powagą śmiertelną. W przyszłym tygodniu będzie więcej obrazków niż literek, więc nie porzucajcie nadzieje. W sumie można też ten tekst pominąć i skupić się na rycinach towarzyszących.


Rozglądam się i czasami tylko, zupełnie wyjątkowo, zdarza mi się natrafić na coś, co mnie poruszy. Wszystko wydaje mi się zupełnie bliźniacze, moda przypomina monstrualne socjalistyczne blokowiszcza obserwowane z perspektywy nieszczelnego, porośniętego glonami, pekapowskiego okna w przedziale drugiej klasy. Gdzieniegdzie mignie drzewo, albo przedszkole przystrojone kolorowym płotem. Co z tego, że spółdzielnie ociepliły i odmalowały niektóre budynki? Ich status ontologiczny nie zmienił się, to tylko odświeżenie starej koncepcji.



Wysiadamy z pociągu. Znudzone nogi wiodą nas do przydworcowej galerii. Galeria! Człowieku, takie słowo zupełnie nie na miejscu. Postmodernistyczna nuda tekstylna. Tu, tam - wszędzie - ten sam sweter, takie same buty i torebki z jednej chińskiej fabryki. Zupełnie nic, co zachwyciłoby, czy chociaż zaskoczyło. Więc może prasa, różnego rodzaju przewodniki po sezonach, opisy trendów, które z założenia kryją myśl o tendencji rozwojowej. Tylko, że cały rozwój zazwyczaj następuje do połowy, bo trendy przemijają tak szybko, że żadna kurka tego jajka nie wysiedzi. I porzuca je w momencie, kiedy osiąga on najbrzydszą postać plazmy embrionalnej, na widok której żołądek oddaje z nawiązką, co dostał. Niczego się nie kończy, nigdy nie wylęga się prawdziwy kurczak.
Zniechęcony podróżnik wraca do domu. Rozsiada się przed komputerem, przegląda dokonania internetowych gwiazdy mody. Znowu wszystko jest niebezpiecznie zbieżne.


- I o co ci chodzi? - pytam nawet samą siebie. - Bądź lepsza, jeśli już chcesz marudzić.
Polacy są narodem narzekaczy, mówią inni Polacy. Są nietolerancyjnymi hejterami ziejącymi zawiścią. Nie potrafią się z niczego cieszyć, chyba że z wdeptywania w ziemię bliźniego swego. Proszę mi zarzucić, nie będę walczyć z etykietkami.



Nie mogę patrzeć na nowoczesne wynalazki. Na książki bez sensu, na fabryczne kolory sukienek i butów, na lukrowane babeczki, pospolite sztuczne kwiaty (takie cmentarne!), komedie romantyczne. Nie mam siły słuchać kolejnych piosenek spod znaku "baby, I love you". Nudzą mnie doniesienia o ślubie-nieślubie Angeliny i Brada.

Trzeba być jak Kopciuszek, który oddzielał ziarenka od popiołu. Wybierać, wytężać wzrok. Poszukiwać złota na Dalekiej Północy niczym Bellew-Zawierucha (tak, czytam ostatnio Jacka Londona, pogoda mnie natchnęła).
Na szczęście udaje się kilka ziarenek otrzepać z pyłu, znaleźć trochę złota. Ale mimo wszystko - tonę w banale i wtórności.


I wyjaśnienie - wystąpiła lalka, ponieważ lalkowych zdjęć dawno nie było. Dla rozrywki własnej trochę Karolkę postroiłam, a kiedy jest strojność, trzeba ją uwiecznić. Czy nie pasuje do tekstu? Pasuje, bo to wszystko też już było.


piątek, 5 kwietnia 2013

Zimno

Że jest zimno, mogę zrozumieć. Ale dlaczego cały czas pada śnieg?


Przy okazji znowu zaświeciłam gustownością i wyczuciem stylu. Sweter chwyciłam tuż przed wyjściem, bo pomyślałam, że w bluzie może być za zimno. Czapka z powodu nadmiaru włosów utworzyła bizantyjską kopułę, a do butów nasypał mi się paskudny śnieg. Drechołaki są ulubione, więc nad ich wartością estetyczną nie ma sensu debatować. Reniowe ocieplenie wspaniale chroni mnie przed nawrotem chorobowej bezgłośności (jak mi źle, kiedy nie mogę mówić!), a rękawiczki przypadkowe, ponieważ nie mogłam znaleźć tych, które miałam na myśli. Oto cała tajemnica.


To nie jest złudzenie, śniegu było prawie po kolana. Nie kłamię, nie udaję. Gustowny pikosław zapadał się, biedaczysko, co znacznie utrudniło mu zabawę.  Myślę i uważam, że osoba odpowiedzialna za zmianę czasu na tak zwany letni, powinna cały ten bałagan posprzątać. Za karę. Nie dość, że rozpanoszona zima, to jeszcze nastąpiło rozsynchronizowanie chronologiczne.



Jeszcze jedno wzruszające zdjęcie z Gustownym jamnikiem pełnym ekspresji tutaj. Znajdzie się tam również wyjaśnienie, kto był tego dnia gwiazdą stylowości.

A żeby przygnębić wszystkich przygnębionych:


Bo to nie bociany, ale pingwiny przylecą w tym roku.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Jedna jaskółka wiosny nie czyni

Więc zaczęłam bardziej przykładać się do ćwiczeń rozciągających kości i mięśnie, zatem udaję różne dziwne lamparty patrzące na wschód słońca i kwiaty radości o poranku, oraz właśnie jaskółki na jednej nodze. Poza tym wyciągnęłam na światło dzienne zwiewną chustkę ozdobną, której mnogość jaskółczych sylwetek doprowadza do oczopląsu.

Źle znoszę ostatnie anomalia pogodowe. Wiele czasu poświęciłam ostatnio chorowaniu. A przecież są trzy miliony rzeczy do zrobienia, z czego milion to sprawy bardzo ważne. Tym razem jednak skupię się na tych bez dopłaty za priorytetowość.


Muchomorek przy torbie został zastąpiony serduszkami. Mój pierwszy taki szydełkowy wyczyn, dlatego serduszka są nieforemne. Mam zamiar nauczyć się lepiej operować zagiętym szpikulcem do estetycznego plątania nitek. Zobaczymy, czy się uda... Będę ćwiczyć na serduszkach oraz innych figurach w miarę prostych, żeby za szybko nie popaść w depresję szydełkową. Jako ciekawostkę dodam, że w gimnazjum, nie pamiętam już w której klasie, podczas rekonwalescencji po silnej chorobie oskrzelowej, opanowałam sztukę szydełkowania. Zapomniałam, jak to się robi. A gdzieś mam jeszcze dowody tych unikalnych umiejętności, jakąś kukiełkę. Tworzyłam nawet sensowne wzorki, a teraz nie mogę załapać, co z czym i do czego.

Na szczęście zapatruję się w różnorodne sploty i zaploty, czytam instrukcje, a nawet powoli zaczynam je rozumieć. To nie może być takie trudne, jak wydaje się na początku. Chociaż robienie na drutach jest o wiele prostsze. I nawet w temacie - kolejny sweter mi się wykluł, niedługo powinien się pojawić. Dzisiejsze serduszka zostały wykonane właśnie z resztek poswetrowych. Myślałam nad czapką, ale nie potrzebuję, więc zachowam włóczkę, może jeszcze kiedyś uderzy mi do głowy lepszy pomysł.



Druga sprawa, jeszcze niedokonana - moje dzieło sztuki, które powstaje bardzo powoli. Technika mieszana na płycie (płyta pilśniowa, wiórowa, nie wiem, w każdym razie laminowana).


Dzieło zamierzam skończyć w ciągu miesiąca, ale jeśli mi się nie uda, nie wpłynie ujemnie na moje samopoczucie. Mam jeszcze skrawek papieru, na którym Jacek Kleyff ciekawie wygląda, ale trochę mi się z uśmiechniętą Frau nie komponuje. Poza tym dzieło moje jest na temat miłości i postrzegania/dostrzegania piękna, więc obecność jedynie naocznie estetyczna nie wchodzi w grę.


A na koniec coś, czego nienawidzą już wszyscy - trzeźwiące spojrzenie w okno: