środa, 27 marca 2013

Safari na śniadanie

O jedzeniu. Jedzenie jest bardzo ważne. Ważne jest dobre rozpoczęcie dnia.
Znudziły mi się zwyczajne, okrągłe i nudne placki śniadaniowe. Stąd różnorodność. Kto jest stałym czytelnikiem, ten wie, które zwierzątko zrobiłam sobie.

Przepis jest inny niż zazwyczaj. Skład:
  • szklanka mąki ryżowej;
  • szklanka maślanki (nie było jogurtu, co jest zjawiskiem nieczęsto występującym);
  • łyżeczka sody (nie było proszku do pieczenia...);
  • 5 łyżeczek mąki migdałowej (zmielonych do cna migdałów);
  • łyżeczka cynamonu;
  • 2 jajka (na bogato!).

Żółtka wymieszałam z maślanką. Wsypałam wszystko, co suche, wymieszałam bardzo dokładnie. Białka ubiłam, ale słabo, bo mi się nie chciało. Generalnie należy je na sztywno ubić. Wszystko razem zmieszałam i zabrałam się do smażenia. Na mojej beztłuszczowej patelni, czyli nie tylko bez cukru, ale i bez zbędnego tłuszczu. To jest fit i dietetyczność.




Z takiej ilości ciasta śmiało można stworzyć 4 zwierzątka. Ja zrobiłam tylko świnkę (a może hipopotama?), królika i słonia, bo nie miałam czwartej osoby do śniadania. Z reszty ciasta wyszły nudne, okrągłe placki.

poniedziałek, 25 marca 2013

Memorabilia

Mam rzeczy. Nie lubię się z nimi rozstawać. Rozpoznaję, co jest śmieciem i wtedy rzeczywiście wyrzucam. Ale gromadzę te różne drobinki z pogranicza - może to pamiątka, może dowód czegoś, albo faktycznie papierek do wyrzucenia? I ostatnio, szukając nie-pamiętam-czego, natknęłam się na cały wysyp muzealnych biletów, pocztówek... Pomyślałam, że szkoda ich, tak leżą w kamuflażu, na światło dzienne nikt ich nie wyciągnie. I wtedy rzeczywiście bardziej są śmieciami niż czymś wartościowym. Postanowiłam zatem dać im szansę na zaistnienie.


Do wykonania poniższych czynności potrzebujemy: antyramy (może być i prorama, zależy, jaki efekt chcemy osiągnąć; ważne tylko, żeby była to rama przeszklista), naszych niewyrzutków przez lata uzbieranych, kleju, sztywnej kartki w rozmiarze ramy. Opcjonalnie - jakieś dodatkowe ozdobniki. Przydadzą się też nożyczki.


Wybieramy najlepsze niewyrzutki, komponujemy kompozycję na sztywnej kartce. Oczywiście moja kompozycja gotowa różni się od pierwotnej, ale niewiele zmieniłam.
Tematyczne układy mają sens, moim zdaniem. Mój prototyp jest trochę chaotyczny, przyznaję, zawiera elementy stare, nowe, osobiste i dostane. Co wcale nie jest złe, ale następny już zrobię bardziej określony.



Przyklejamy według planu. Dodajemy ozdobniki. Możemy również dodać jakiś opis, czas i miejsce akcji, jeśli mamy takie życzenie. Personalizacja jest jak najbardziej wskazana.



Zamykamy za szybką, wieszamy na ścianie. Często spoglądamy w kierunku naszego dzieła, żeby przypomnieć sobie te królewskie chwile. Następnie jedziemy w świat, lub w inny sposób nabywamy kolejne memorabilia płaskie, czynimy kolejny punkt w naszym ściennym CV.


piątek, 22 marca 2013

Depresja śniegowa

Myślałam, że dopadła mnie zaraza jakaś, bo głowa w kawałkach, pulsowała wybuchami wewnętrznymi. Myślałam, że grypa, czy coś, ponieważ kośćmi wstrząsały kolejne spazmy. Teraz jednak powoli dochodzę do wniosku, że wirów w żołądku doświadczam za każdym razem, kiedy patrzę na śnieg. Jeszcze kilka dni, a zacznę płakać.


Oraz oto dalszy ciąg przygód pociętego swetra. Wytworzyłam sobie całkiem zgrabne nogawice, eskluzywne ocieplenie dla moich biednych kolan.
Odcięłam rękawy, krawędzie zabezpieczyłam szydełkowym zabezpieczeniem jednowarstwowym. Gdybym była w humorze odpowiednim, może zrobiłabym dolny ściągacz, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Trochę się nie zgadza kolor dolnej nitki, ale nie miałam niczego odpowiedniego. Ta część na szczęście chowa się w obuwiu, więc nie wygłupiajmy się.




Dodatkowo postanowiłam lekko pochwalić się zamiennikiem, ozdobnymi skarpetkami, których pomponowy urok oczarował mnie i zmusił do zakupu jeszcze w poprzednim zimowym sezonie. Zdjęcie trochę na domyślność, poza tym załapała się na nie moja ulubiona torebka obdarzona bujnymi frędzlami.


A na koniec już ostateczny, kolejne dziergadełko, jeszcze w produkcji:

sobota, 16 marca 2013

Na dzikich stepach

W końcu udało mi się wyłudzić czerwoną bluzę w paski! Po trwacjących pół roku zmaganiach, dostałam ją w swoje ręce!
Poza tym - zima trwa, o czym wie każdy. Ale tylko zewnętrznie, bo ja przejawiam wiosenne nastawienie. Nie będzie mi pogoda dyktowała, co mam robić. Może tylko pod względem przyodziewku uwzględnię śnieg i ujemną temperaturę. Tu raczej nie ma wyboru. Dlatego moja najlepsza różowa czapka nie schodzi z głowy, a śniegowce "baby, you're a real man"  z odnóży.

Warstwy w dalszym ciągu, w tym przypadku jednak nie mam czym się chwalić, bo wszystko wyprodukowane przez osoby drugie i trzecie. Sweter szary, zebrowaty, podkradłam chwilowo, ale już wrócił do prawowitej właścicielki. Rękawice na prawach sezonowego wypożyczenia - też nie moje. Naszyjna chuścina pochodzi z drugiej ręki, tak samo jak czarny jamnik.

Mam nadzieję, że to ostatni post z serii "Zimowe włóczęgi pełne stylu i jamników".









Dotarła do mnie skarga, że Kącik Kradzionego Zdjęcia powinien się pojawiać częściej. Muszę to przemyśleć. Póki co - klik, klik, klik!

czwartek, 14 marca 2013

Latarnia morska

Kolor lazurowego morza, w czyste południe, w blasku przebłękitnego nieba...
Obiecałam sobie świeczniki i prace zostały rozpoczęte. Już pierwsza para powstała. Technika jest prosta, więc pomyślałam, że mogę wyjaśnić.


Potrzebujemy: pojemniczków (moje są z matowego szkła, po jakichś świeczkach zapachowych, ale każdy wyrób szklankopodobny się nada, jakaś musztardówka, czy po czekoladowym kremie kontener), farby akrylowej w ulubionym kolorze oraz pędzli (które nie zmieściły się na poniższym zdjęciu).


Beztrosko malujemy wnętrze świeczników. Jeśli ktoś jest perfekcyjny, może pominąć denka, ale jeśli zostaną zamalowane, nic im się nie stanie. Zamalowanie nie musi być dokładne. Ważne, że w jedną stronę - poziomo, albo pionowo.


Chwytamy suchy pędzel, szybko, zanim farba zaschnie, co w przypadku akrylowej znaczy: bardzo szybko. Suchym pędzlem zbieramy nadmiar farby. Oczywiście i w tym wypadku zachowujemy kierunkowość.

Pytanie i odpowiedź:
- Czy może być farba olejna?
- Wolność wyboru, ale akrylowa nie będzie śmierdziała, a w przypadku olejnej istnieje możliwość, że pod wpływem wysokiej temperatury generowanej przez świeczkę, zaśmiardniemy.


I teraz obrazki przedstawiające świeczniki z nadmiarem farby (góra) oraz po zabiegu (dół):


Produkt gotowy, od środka, po całkowitym wyschnięciu i zainstalowaniu płomienia:


wtorek, 12 marca 2013

Króliki, jamniki, jelenie - Śnieg i Łzy

Po kilku latach wspaniałej koegzystencji, musiałam pożegnać się z moim królikowym kubeczkiem. Trudno. Przynajmniej mam pretekst, żeby poszukać godnego następcy. Rozbił się biedak, czym utrudnił mi spożywanie porannej kawy. Może wpłynie to dodatnio na moje zdrowie? Tego nie wiemy. Zawsze trzeba szukać pozytywnych stron negatywnych zdarzeń. Co to za tragedia właściwie? Tylko kubeczek.

Ale to jeszcze nie koniec o królikach. Za pomocą rąk moich, farb 3D brokatowych do tkanin oraz błyskotliwej koncepcji, wykonałam ozdobny portret uszatego gryzonia. Jak można się domyślić, wyrąbałam bluzkę pod szyją, przyszyłam lamówkę i cieszę się beztroskim oddechem.


Wraz z nawrotem zimowej pogody zanikł horyzont. Pomalowałam w kolory, żeby nie było tak biało. Tyle bieli mnie oślepia. Aż płakałam z tego powodu. I tak się przyglądałam mojej sylwetce na obrazkach, zastanawiałam się, czy tak zgrubłam, czy o co chodzi? Chodzi o sto tysięcy warstw, termogacie sportowe i inne akcesoria. Temperatura poniżej bezwzględnej, wiatr oraz wirujący śnieg, a ja i tak nie zmarzłam. Polarność! Ten cały spacer był momentem dipolowym.
Wycieczka skończyła się pogonią za jamnikiem, który ukradł rękawiczkę. Na poniższej rycinie uchwycono moment, w którym zaczęłam gubić moją niezbędną ochronę dłoni, a niecny pikuś już przygotowywał się do przechwycenia.
Poza tym moje buty uświadomiły mnie, że jestem real man. Tyle już czasu śmigam w nich po śniegu, a nigdy nie przeczytałam literek...






I królik w wersji pokojowej. Bo w wojennej nie był widoczny ani ani. W czasie robienia zewnętrznych zdjęć rozpłynęły mi się oczy, stąd łeb zaklejony planetą, bo nie chciałam jak arcywróg Batmana wyglądać.



Poza królikiem, wystąpiły rękawiczki, które uczyniła specjalnie dla mnie Pani Matka (chyba muszę poprosić o parę dla Gustownego Gustawa, bo pozazdrościł) oraz "Morskie fale", które zrobiła Ren-ya, również specjalnie dla mnie. Sweter w zamierzeniu był specjalnie dla kogoś innego, ale wykradłam Pani Matce spod drutów i nie oddam już. Z tych powodów, moje specjalne dla Was podziękowania.

niedziela, 10 marca 2013

Trzy

1.
Sezon zimowy powoli dobiega końca, ale przecież wiosną też nie zawsze przychylny wiatr wieje. Dlatego taki szalik jeszcze może się przydać. Został wykonany z myślą przewodnią, jest to serdeczny szalik, który ozdobił szlachetną szyję pewnej przepięknej pani. Nie zdążyłam dobrych zdjęć zrobić, ponieważ dzieło jak najszybciej chciało trafić w prawowite ręce, a raczej na prawowitą szyję.

Serduszka stworzone zostały tym samym sposobem, co poprzednie.



2.
Drugi temat jest trochę zastępczy, witalny i zdrowotny. O włosach. I o mieszanych uczuciach. Jakiś czas temu poznałam się z odżywką o nazwie przedługiej, Elsève Total Repair 5, instant miracle, udzielającej włosom natychmiastowej mocy, kuracji regenerującej, innowacyjnie odbudującej na poziomie komórek.

Pierwszy plus - odżywka działa natychmiastowo - jak zapewnia producent: 60 sekund i już. Po ich upływie spłukujemy cudowną substancję i cieszymy się witalnością, gładkością, połyskiem i natychmiastowym rezultatem. W tym kryje się minus, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Nie lubię odżywek spłukiwalnych. Bo płukanie moich włosów to babranina, marnowanie hektolitrów wody i tak dalej. Tyle o aplikacji.

Co dzieje się z włosami później? Rzeczywiście ultradelikatna formuła produktu wzbogacona odbudowującą pro-keratyną i wygładzającym powierzchnię ceramidem otula włókno włosa i natychmiast wnika w głąb aby go intensywnie odbudować. Albo przynajmniej sprawia takie wrażenie. Włosy są piękne, miękkie, lekkie i gładkie jak na bollywoodzkim filmie. Muszę też przyznać, że trochę mi się fale rozprostowały, już nie niespokojny jesienny krajobraz bałtycki, ale raczej zaciszna śródziemnomorska zatoka. Nie wiem, czy to efekt uboczny stosowania pro-keratyny, ale się zrobiło. Odmienione włosy, w rzeczy samej, nie wiem, czy niewiarygodnie miękkie, bo moje włosy już wiele stanów skupienia przeszły i niewiarygodność nie jest słowem, którego mogłabym użyć w jakiejkolwiek sytuacji. Ja wierzę, że pod tym względem wiele jest możliwości. Jedwabiste? Tak. Czy wzrosła ich odporność na działania atmosferyczne? Wiatr, słońce, mróz, inne czynniki? Trudno powiedzieć, to są barbarzyńskie włosy. W czasie stosowania odżywki nie poniewierałam nimi za bardzo, grzecznie czesałam, nie poddawałam działaniu wysokiej temperatury (suszarka, prostownica). Zachowywały się jak zazwyczaj.

A teraz potężny minus. Mimo tak sympatycznej reakcji włosów, skóra głowy niezbyt zadowolona była z nowej odżywki. Wiadomo, się w łeb nie wciera, ale mimo wszystko, coś tam oddziała. Skóra strasznie mi się przesuszyła (mój ekspert mówi, że to zawartość alkoholu, w co jestem skłonna uwierzyć). To są właśnie moje mieszane uczucia. Niby włosy ładne, ale jest w tym wszystkim zgrzyt, którego nie zaakceptuję. Wydawało mi się, że głowę mam jak pancernik Potiomkin, krzywda jej się stać nie może, a tu taka niespodzianka.
W moim przypadku gra niewarta świeczki.

3.
Poza tym wielu próbach, ćwiczeniach i wysiłkach, opanowałam wyplatanie warkoczy z pięciu elementów składowych. Obecnie operuję trzema sposobami. Pierwszy nie jest ani trochę ciekawy, bo efekt końcowy za bardzo przypomina tradycyjny, potrójny wyplot. Drugi sposób jest moim zdaniem najbardziej trafny, a trzeci trochę dziwny. Słaba jestem w objaśnianiu, więc nie będę się porywać, bo sama nie do końca potrafię sobie wytłumaczyć, jak to działa. Kiedy już ogarnę te techniki bardziej, postaram się objaśnić ich zagmatwanie.

Zastosowanie splotu - na przykład opaska uciskowa na głowę:


Trochę o wszystkim i o niczym dzisiaj, ale nie miałam do czego tych trzech, niezwykle ważnych informacji przypiąć.

czwartek, 7 marca 2013

Superwoman

Nazwisko Clarka Kenta znane jest chyba każdemu. Jego siostrą była Petula Clark, a bratem Rolfe Kent. W wolnym czasie zajmował się ratowaniem małych kotków z pożaru oraz innymi czynnościami superbohaterskimi.

Piosenka, klik, klik, klik.

Ja supermoce straciłam w momencie, kiedy przyszło mi się zmierzyć z arktycznym wiatrem. Aż zyskałam szacunek dla heroicznego czynu Kate Upton, która hasała wśród pingwinów. Trochę to jednak głupie, bo można jej było dokleić tło, bez narażania jej życia i zdrowia. Przecież żyjemy w epoce fotoszopa gładzonego.

Kilka słów na temat, bo nie można pozwolić, żeby taka okazja uległa przegapieniu. Kultura indyjska wytworzyła boginię Lakszmi, żonę bossa, miłą i sympatyczną. Znakiem rozpoznawczym były cztery ręce. Ja doszłam do wniosku, że bogini ta została stworzona na obraz i podobieństwo kobiety. Zwykłej, każdej, przeciętnej. Lakszmi to matka, żona, ma te cztery ręce, więc z powodzeniem może pełnić rolę wszechstronnie zasuwającej kobiety socjalizmu. Niestety, życie to nie mity i legendy z krainy bollywoodu, kobieta w formie naturalnej posiada tylko jedną parę rączek. Ale dziarsko dotrzymuje kroku Lakszmi, biorąc na siebie jeszcze więcej obowiązków, niż estetyczne stanie na kwiecie lotosu. Jednak nikt nie powie, że superwoman. Wszystkie zjawiska są całkowicie normalne.
Jeśli natomiast jakiś pan wykonuje czynności od wieków przypisane czterorękiej płci lub bez problemu odnajduje się w lawinie codziennych, upierdliwych zajęć, okrzyknięty zostaje supermanem. Dlaczego kucharze-mężczyźni są sławnymi kucharzami? Bo to wielkie dziwo, aż trzeba w telewizorze pokazać. Że baba gotuje? One zawsze gotowały...
Zastanowiłam się przez chwilę, jak wyglądają stereotypowe (stereotyp jest zły, ale w tym przypadku służy uświadomieniu sobie) listy codziennych czynności "nie chcem, ale muszem" dla pani i dla pana. Nie pisałam na kartce, ponieważ trzeba szanować papier i nie marnować go na głupoty. Łatwo sobie jednak wyobrazić poszczególne objętości.
A przecież dzień składa się także z innych rzeczy. Milion małych kamyczków układających się w charakterystyczne S.

(Prasować będę tylko w chwilach ostateczności. Superbohaterowie muszą mieć jakieś słabości.)




Tradycyjnie - otwór nagłowny został powiększony. A przepiękne drechołaki pochodzą z lumpka. Więcej ciekawostek:
 - wydziergałam kolejny sznurek, tym razem zbyt krótki (bo z resztek ostatecznych), żeby zrobić z niego ozdobę naszyjną, ale po to człowiek ma nadgarstki, żeby owijać różnymi akcesoriami.

środa, 6 marca 2013

Wiosna!


Obiecywałam sobie, że nie będę tego robić, a tu jednak - znowu inspiracje. Tym razem trochę inaczej niż poprzednio, ale zawsze to jakieś złamanie własnych zasad. Będę musiała te zasady trochę zmienić. Co jakiś czas pozwolę sobie takie rzeczy zamieszczać. Ja tu rządzę, nie oszukujmy się. Byle nie za często. Raz na pół roku? Raz na rok? Raz na nową porę roku? W opanowanym stopniu.

 Wszystkie obrazki są kradzione. A co? Zupełnie nie moje, ale odkąd pinuję (tutaj można zobaczyć efekty), wzrósł mój poziom kreatywności i chce mi się nie tylko sprzątać, ale i ozdabiać przestrzeń osobistą. Bo zaczyna się pora wprowadzania zmian, mycia okien i sadzenia kwiatów. Trzeba też wywietrzyć głowę.

Na początek moja ostatnia obsesja spożywcza - smoothie. Bo warto dzień rozpocząć od czegoś wartościowego. Witaminy i minerały, owoce, warzywa, kostki lodu, pławienie się w kefirach i nikt się nie skrzywi, gdy doda się kiwi. I oto znalazłam prosty przepis na nieskończoną liczbę kombinacji. Klik na obrazku powiększy.

Podobno smoothie jest pokarmem dietetycznym, wspomagającym pozbywanie się nadliczbowych kilogramów, ale ja nie potwierdzam ani nie zaprzeczam. Zawsze można przekonać się na własnej skórze.

Żeby nie było, że dyskryminuję i prześladuję osoby, które nie władają językiem angielskim, oto moje uproszczone tłumaczenie wraz z lekką nutką interpretacji:

1. Owoc: wybierz 2 typy. Może być świeży lub mrożony. Najlepiej ulubiony. Przykład - mandarynka i truskawka (musi być mrożona, bo znajdź, człowieku, o tej porze uczciwą truskawkę). Warzywa również są mile widziane. Zależy od upodobań.

2. Baza: woda, sok, mleko lub coś takiego. Rym się w miarę udał, uff... Moim odkryciem jest mleko kokosowe. Nie śmierdzi typowo dla kokosowych produktów (nie lubię tego zapachu obecnego w wiórkach, ciastkach i innych słodyczach), jest smaczne, pożywne, a do tego, tak słyszałam, zdrowe i dobrze wpływa na włosy, skórę i samopoczucie. Same plusy.

3. Zagęszczenie: jogurt, lód, masło orzechowe. Można też nawrzucać zarodków pszenicznych, czy kokosowego wnętrza. Zauważyłam, że problemem jest kupienie dużego naturalnego jogurtu. Może to regionalny niedobór, nie wiem. Ale zawsze jest kefir i maślanka, na szczęście.

4. Smak: figi, cukier, miód, zioła (mięta, bazylia), syropy i ekstrakty. Co tam tylko się wymarzy lub jest pod ręką.

5. Coś wyjątkowego: składnik w celu nadania specjalnych właściwości. Coś zdrowotnego, energetycznego. Jak witaminy, tran, pełnowartościowe kakao, pierzga pszczela (chodzi o te pyłki, których nie znoszę, ale zamaskowaną przepysznym owocowym smakiem mogę wcinać - czastem trzeba się oszukać).

Wszystko razem mielimy, blendujemy. Ja nie lubię zbyt dokładnego rozdrobnienia, lubię kawałki natury pływające pośród niezbyt gęstej masy. Ale to też kwestia gustu. Wymarzony przepis leniwej pani domu! Bam ratatata! Poza tym obrazek wybitnie nadaje się na przyozdobę lodówkowych drzwi.

Przechodzimy do kolejnego zgapienia, kolejnego obrazka pełnego inspiracji. Również z serii pierwszej pomocy dla leniwej pani domu. Wiele ozdobników jest na świecie, wiele funkcjonalnych rozwiązań w kuchni, ale geniusz grabiowego wieszaka podbił moje serce od pierwszego wejrzenia. I nie tylko chodzi o kuchenne sprawy. Takim grabiom można znaleźć wiele zastosowań. Hipsteria na salonach. Znajdę tylko jakiś antyczny egzemplarz i obowiązkowo wieszam na ścianie. Może bym tylko odmalowała na kolor zgodny z wystrojem wnętrza, ale poza tym - perfekcja. Gdzieś w garażowych rupieciach podobno poniewiera się odpowiednia sztuka. I jest motywacja, żeby zrobić porządek. Ale to nastąpi, kiedy będzie naprawdę ciepło.

Królikowych inspiracji nazbierałam zbyt wiele, żeby wybrać coś wyjątkowego. Poza tym powoli zbieram własne stwory, które w odpowiedniej chwili zostaną przedstawione. Conajmniej dwa dokonania leżą rozbabrane i czekają na zakończenie, więc będzie jeszcze czas na takie rzeczy. Jestem też po pierwszej próbie pieczenia drożdżowych bułek ukształtowanych na wzór długouchego gryzonia. Niezbyt się udały, ale pierwsze śliwki robaczywki, trochę ćwiczeń i za którymś razem musi się udać. O sukcesie w tej kwestii będę informować, bo chwila wiekopomna warta jest uwiecznienia. Poza tym sposób jest śmiesznie prosty (szkoda tylko, że mi nie wychodzi...), więc ciąg dalszy królikowych dywagacji z całą pewnością nastąpi.

Wspominałam już o mojej obsesji kokardkowej (tutaj i jeszcze tu). Kokardek nigdy za wiele. W każdej formie, każde możliwe zastosowanie. Małe, duże, różne. Do włosów jak najbardziej. Muszę wyprodukować kilka nowych, z materii lżejszej, z kolorowych wstążek na przykład, i nie rozstawać się z nimi już nigdy. Przynajmniej do końca tej wiosny. Z jednej strony można sobie pomyśleć - stara baba i stroi się w kokardki, znalazła się królewna Śnieżka... Ale przecież to jest ładne, poprawia humor i służy jedynie rozsiewaniu dobra oraz radości. Więc dlaczego myśleć negatywnie? Nie wolno, zakazane, grozi zgorzknieniem, a krzywienie się brzydkimi zmarszczkami twarzy do końca życia. Poza tym - ja wyglądam młodo. W sumie nie mam wyboru. Nikt nie ma, tylko nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Ale zastanówmy się - mamy różowe dowody osobiste. Jak można być poważnym, jeśli z założenia poważny dokument jest różowy? Nie da się.

Znalazłam też ciekawy sposób na stworzenie kokardki. Jeszcze nie wypróbowałam, ale to tylko kwestia czasu. Wszystko jest kwestią czasu... ;)

Co jeszcze?
Na pewno będę malować kamienie. Tak się składa, że mam kilka nadbałtyckich, wyprasowanych przez morze.
Chcę zrobić kilka świeczników. To dziwne, ale nie mam pojęcia gdzie się podziały wszystkie moje akcesoria świecące. Został mi tylko jeden szklany kwiatek. I jak tu wieczorny klimat wytworzyć? Bez atrakcyjnego, kolorowego świecznika? Banał i kicz, ale ja lubię kolorowe światełka.
Kilka lumpidełek czeka na transformacje. Mam też całkiem nowe, zdrowe pantalony, które postanowiłam zafarbować. Trochę brakuje mi odwagi, żeby się za to zabrać, ale któregoś dnia wezmę głęboki oddech i zmierzę się z tym trudnym zadaniem.
Zbuduję zamek w ogródku, wśród kwiatków.
Zrobiło się trochę postanowieniowo, więc korzystając z okazji - będę częściej chodzić na długie spacery, więcej kręcić hulahopem, skakać na skakance i tańczyć. Bam ratatata!


To jeszcze nie koniec. Pojawiały się już porady jak znaleźć męża, a dzisiaj coś zupełnie przeciwnego - jak się nie znajdzie z całą pewnością. Bo moje życie jest takie horrendalne (z "horrendalnym życiem" wiaże się długa opowieść, innym razem może)... Przykładowy dialog.
- O, masz tyle lat, co moja siostra, która wyszła za mąż - zauważamy radośnie.
- A ty? - pyta nasz potencjalny książę.
- A ja jestem mądrzejsza.
Od forever alone wolę forever not yours. Lepiej brzmi.

Ku uciesze tłumu (Kas), powraca Kącik Kradzionego Zdjęcia. Lee Min Ho, proszę państwa: