środa, 27 marca 2013

Safari na śniadanie

O jedzeniu. Jedzenie jest bardzo ważne. Ważne jest dobre rozpoczęcie dnia.
Znudziły mi się zwyczajne, okrągłe i nudne placki śniadaniowe. Stąd różnorodność. Kto jest stałym czytelnikiem, ten wie, które zwierzątko zrobiłam sobie.

Przepis jest inny niż zazwyczaj. Skład:
  • szklanka mąki ryżowej;
  • szklanka maślanki (nie było jogurtu, co jest zjawiskiem nieczęsto występującym);
  • łyżeczka sody (nie było proszku do pieczenia...);
  • 5 łyżeczek mąki migdałowej (zmielonych do cna migdałów);
  • łyżeczka cynamonu;
  • 2 jajka (na bogato!).

Żółtka wymieszałam z maślanką. Wsypałam wszystko, co suche, wymieszałam bardzo dokładnie. Białka ubiłam, ale słabo, bo mi się nie chciało. Generalnie należy je na sztywno ubić. Wszystko razem zmieszałam i zabrałam się do smażenia. Na mojej beztłuszczowej patelni, czyli nie tylko bez cukru, ale i bez zbędnego tłuszczu. To jest fit i dietetyczność.




Z takiej ilości ciasta śmiało można stworzyć 4 zwierzątka. Ja zrobiłam tylko świnkę (a może hipopotama?), królika i słonia, bo nie miałam czwartej osoby do śniadania. Z reszty ciasta wyszły nudne, okrągłe placki.

poniedziałek, 25 marca 2013

Memorabilia

Mam rzeczy. Nie lubię się z nimi rozstawać. Rozpoznaję, co jest śmieciem i wtedy rzeczywiście wyrzucam. Ale gromadzę te różne drobinki z pogranicza - może to pamiątka, może dowód czegoś, albo faktycznie papierek do wyrzucenia? I ostatnio, szukając nie-pamiętam-czego, natknęłam się na cały wysyp muzealnych biletów, pocztówek... Pomyślałam, że szkoda ich, tak leżą w kamuflażu, na światło dzienne nikt ich nie wyciągnie. I wtedy rzeczywiście bardziej są śmieciami niż czymś wartościowym. Postanowiłam zatem dać im szansę na zaistnienie.


Do wykonania poniższych czynności potrzebujemy: antyramy (może być i prorama, zależy, jaki efekt chcemy osiągnąć; ważne tylko, żeby była to rama przeszklista), naszych niewyrzutków przez lata uzbieranych, kleju, sztywnej kartki w rozmiarze ramy. Opcjonalnie - jakieś dodatkowe ozdobniki. Przydadzą się też nożyczki.


Wybieramy najlepsze niewyrzutki, komponujemy kompozycję na sztywnej kartce. Oczywiście moja kompozycja gotowa różni się od pierwotnej, ale niewiele zmieniłam.
Tematyczne układy mają sens, moim zdaniem. Mój prototyp jest trochę chaotyczny, przyznaję, zawiera elementy stare, nowe, osobiste i dostane. Co wcale nie jest złe, ale następny już zrobię bardziej określony.



Przyklejamy według planu. Dodajemy ozdobniki. Możemy również dodać jakiś opis, czas i miejsce akcji, jeśli mamy takie życzenie. Personalizacja jest jak najbardziej wskazana.



Zamykamy za szybką, wieszamy na ścianie. Często spoglądamy w kierunku naszego dzieła, żeby przypomnieć sobie te królewskie chwile. Następnie jedziemy w świat, lub w inny sposób nabywamy kolejne memorabilia płaskie, czynimy kolejny punkt w naszym ściennym CV.


piątek, 22 marca 2013

Depresja śniegowa

Myślałam, że dopadła mnie zaraza jakaś, bo głowa w kawałkach, pulsowała wybuchami wewnętrznymi. Myślałam, że grypa, czy coś, ponieważ kośćmi wstrząsały kolejne spazmy. Teraz jednak powoli dochodzę do wniosku, że wirów w żołądku doświadczam za każdym razem, kiedy patrzę na śnieg. Jeszcze kilka dni, a zacznę płakać.


Oraz oto dalszy ciąg przygód pociętego swetra. Wytworzyłam sobie całkiem zgrabne nogawice, eskluzywne ocieplenie dla moich biednych kolan.
Odcięłam rękawy, krawędzie zabezpieczyłam szydełkowym zabezpieczeniem jednowarstwowym. Gdybym była w humorze odpowiednim, może zrobiłabym dolny ściągacz, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Trochę się nie zgadza kolor dolnej nitki, ale nie miałam niczego odpowiedniego. Ta część na szczęście chowa się w obuwiu, więc nie wygłupiajmy się.




Dodatkowo postanowiłam lekko pochwalić się zamiennikiem, ozdobnymi skarpetkami, których pomponowy urok oczarował mnie i zmusił do zakupu jeszcze w poprzednim zimowym sezonie. Zdjęcie trochę na domyślność, poza tym załapała się na nie moja ulubiona torebka obdarzona bujnymi frędzlami.


A na koniec już ostateczny, kolejne dziergadełko, jeszcze w produkcji:

sobota, 16 marca 2013

Na dzikich stepach

W końcu udało mi się wyłudzić czerwoną bluzę w paski! Po trwacjących pół roku zmaganiach, dostałam ją w swoje ręce!
Poza tym - zima trwa, o czym wie każdy. Ale tylko zewnętrznie, bo ja przejawiam wiosenne nastawienie. Nie będzie mi pogoda dyktowała, co mam robić. Może tylko pod względem przyodziewku uwzględnię śnieg i ujemną temperaturę. Tu raczej nie ma wyboru. Dlatego moja najlepsza różowa czapka nie schodzi z głowy, a śniegowce "baby, you're a real man"  z odnóży.

Warstwy w dalszym ciągu, w tym przypadku jednak nie mam czym się chwalić, bo wszystko wyprodukowane przez osoby drugie i trzecie. Sweter szary, zebrowaty, podkradłam chwilowo, ale już wrócił do prawowitej właścicielki. Rękawice na prawach sezonowego wypożyczenia - też nie moje. Naszyjna chuścina pochodzi z drugiej ręki, tak samo jak czarny jamnik.

Mam nadzieję, że to ostatni post z serii "Zimowe włóczęgi pełne stylu i jamników".









Dotarła do mnie skarga, że Kącik Kradzionego Zdjęcia powinien się pojawiać częściej. Muszę to przemyśleć. Póki co - klik, klik, klik!

czwartek, 14 marca 2013

Latarnia morska

Kolor lazurowego morza, w czyste południe, w blasku przebłękitnego nieba...
Obiecałam sobie świeczniki i prace zostały rozpoczęte. Już pierwsza para powstała. Technika jest prosta, więc pomyślałam, że mogę wyjaśnić.


Potrzebujemy: pojemniczków (moje są z matowego szkła, po jakichś świeczkach zapachowych, ale każdy wyrób szklankopodobny się nada, jakaś musztardówka, czy po czekoladowym kremie kontener), farby akrylowej w ulubionym kolorze oraz pędzli (które nie zmieściły się na poniższym zdjęciu).


Beztrosko malujemy wnętrze świeczników. Jeśli ktoś jest perfekcyjny, może pominąć denka, ale jeśli zostaną zamalowane, nic im się nie stanie. Zamalowanie nie musi być dokładne. Ważne, że w jedną stronę - poziomo, albo pionowo.


Chwytamy suchy pędzel, szybko, zanim farba zaschnie, co w przypadku akrylowej znaczy: bardzo szybko. Suchym pędzlem zbieramy nadmiar farby. Oczywiście i w tym wypadku zachowujemy kierunkowość.

Pytanie i odpowiedź:
- Czy może być farba olejna?
- Wolność wyboru, ale akrylowa nie będzie śmierdziała, a w przypadku olejnej istnieje możliwość, że pod wpływem wysokiej temperatury generowanej przez świeczkę, zaśmiardniemy.


I teraz obrazki przedstawiające świeczniki z nadmiarem farby (góra) oraz po zabiegu (dół):


Produkt gotowy, od środka, po całkowitym wyschnięciu i zainstalowaniu płomienia:


czwartek, 7 marca 2013

Superwoman

Nazwisko Clarka Kenta znane jest chyba każdemu. Jego siostrą była Petula Clark, a bratem Rolfe Kent. W wolnym czasie zajmował się ratowaniem małych kotków z pożaru oraz innymi czynnościami superbohaterskimi.

Piosenka, klik, klik, klik.

Ja supermoce straciłam w momencie, kiedy przyszło mi się zmierzyć z arktycznym wiatrem. Aż zyskałam szacunek dla heroicznego czynu Kate Upton, która hasała wśród pingwinów. Trochę to jednak głupie, bo można jej było dokleić tło, bez narażania jej życia i zdrowia. Przecież żyjemy w epoce fotoszopa gładzonego.

Kilka słów na temat, bo nie można pozwolić, żeby taka okazja uległa przegapieniu. Kultura indyjska wytworzyła boginię Lakszmi, żonę bossa, miłą i sympatyczną. Znakiem rozpoznawczym były cztery ręce. Ja doszłam do wniosku, że bogini ta została stworzona na obraz i podobieństwo kobiety. Zwykłej, każdej, przeciętnej. Lakszmi to matka, żona, ma te cztery ręce, więc z powodzeniem może pełnić rolę wszechstronnie zasuwającej kobiety socjalizmu. Niestety, życie to nie mity i legendy z krainy bollywoodu, kobieta w formie naturalnej posiada tylko jedną parę rączek. Ale dziarsko dotrzymuje kroku Lakszmi, biorąc na siebie jeszcze więcej obowiązków, niż estetyczne stanie na kwiecie lotosu. Jednak nikt nie powie, że superwoman. Wszystkie zjawiska są całkowicie normalne.
Jeśli natomiast jakiś pan wykonuje czynności od wieków przypisane czterorękiej płci lub bez problemu odnajduje się w lawinie codziennych, upierdliwych zajęć, okrzyknięty zostaje supermanem. Dlaczego kucharze-mężczyźni są sławnymi kucharzami? Bo to wielkie dziwo, aż trzeba w telewizorze pokazać. Że baba gotuje? One zawsze gotowały...
Zastanowiłam się przez chwilę, jak wyglądają stereotypowe (stereotyp jest zły, ale w tym przypadku służy uświadomieniu sobie) listy codziennych czynności "nie chcem, ale muszem" dla pani i dla pana. Nie pisałam na kartce, ponieważ trzeba szanować papier i nie marnować go na głupoty. Łatwo sobie jednak wyobrazić poszczególne objętości.
A przecież dzień składa się także z innych rzeczy. Milion małych kamyczków układających się w charakterystyczne S.

(Prasować będę tylko w chwilach ostateczności. Superbohaterowie muszą mieć jakieś słabości.)




Tradycyjnie - otwór nagłowny został powiększony. A przepiękne drechołaki pochodzą z lumpka. Więcej ciekawostek:
 - wydziergałam kolejny sznurek, tym razem zbyt krótki (bo z resztek ostatecznych), żeby zrobić z niego ozdobę naszyjną, ale po to człowiek ma nadgarstki, żeby owijać różnymi akcesoriami.

poniedziałek, 4 marca 2013

Dzianinowa tracheotomia

Cypisek zakwitł. Trochę głupio, bo nie wyrosły mu liście, łodyga jakaś. Taki pokurczony hiacynt. Nie potrafię pielęgnować kwiatków.


Ale nie o kwiatkach, tamat główny jest zupełnie inny. Kolejny przykład brawurowego poderżnięcia gardzieli. To uzależnia. Jedną, drugą bluzkę się potnie, a później przestać już nie można. Bluzy, koszule, swetry...

Był to męski, dość duży, z mojej perspektywy, wełniany z domieszką, sweter w kolorze "czerwony jak cegła". Zakupiony w lumpku. Zwróciłam na niego uwagę tylko dlatego, że pomyślałam o powiększeniu dziury na łeb. A pierwotny ściągacz był dusicielski, wgryzający się. Jak można wyprodukować coś takiego, zastanawiam się robiąc przy tym bardzo poważną minę. Jak oddychać w ciasnocie?

Ubiorem ozdobnym nie świecę, ponieważ nie będę się stroić ponad miarę, to był tylko spacer into the wild z rozdziczonymi jamnikami. Nie jestem typem, który na Giewont idzie w szpileczkach. Właściwie nie jestem typem, który da się przekonać do wędrówki na jakikolwiek szczyt wysokogórski. Ale to już inna historia.
Jest już w miarę ciepło, więc pomyślałam, że na tle niewidocznego horyzontu i bladoniebieskiego sklepienia powstaną lepsze zdjęcia.





I ktoś, kogo zabraknąć nie mogło, G-Jamnik, który w ramach pokuty pogryzł mi buty. Nie wiem, co to za pokuta, ale się rymowało. A powyższe zdjęcie przedstawiające nogi roztańczone wyszło w takiej formie przypadkiem, podczas gonitwy za jamnikiem.