środa, 27 lutego 2013

Wszystko co żyje niech będzie żywe naprawdę

Nie tak miało być. Ale jest.

Miej serce, wzruszył się swoim natchnieniem poeta, i patrzaj w serce!
Mam jakiś napad, atak serca. Najpierw kolorowe, teraz ażurowe, ozdobne... Wzorek zaczerpnęłam, bo sama z siebie taka zdolna nie jestem. Zaczęłam już następne serduszka wytwarzać, będą zdobiły szal/szalik, który zostanie podarowany pewnej uroczej pani.


Złote serce! Jak u Kopciuszka. Girl, I want you to be my Cinderella... Kolejny sposób na znalezienie sobie męża! Tyle sposobów, a mąż może być tylko jeden.
Najchętniej robiłabym takie swetry cały czas.  Muszę odwiedzić pasmanterię w poszukiwaniu złotego runa i mogę masowo produkować. Im więcej serduszek, tym lepiej! Niech cały świat będzie w serduszkach!



Ze zdjęć jestem niezadowolona, a szkoda, bo sweter wyjątkowo mi się podoba. Kiedyś powtórzę akcję fotograficzną, najlepiej jak już ciepło zawita, przy sprzyjającej pogodzie. Będę go nosić do upadłego. I zrobię coś z włosami. I twarz sobie zmniejszę. Przeglądam te zdjęcia zrobione, a tam na każdym połowę zajmuje moja twarz. Opracowałam taktykę, żeby krzywymi nogami nie straszyć, a się okazało, że oczy mam krzywe. Człowieku, co za czasy... Jakaś niewypoczęta jestem, przemielona, i wychodzę na zdjęciach jak córka Frankensteina lub inne dziadostwo. A normalnie, na żywo, olśniewam urodą, każdy pada ze wzruszenia, że takie piękno po ziemi stąpa. (A może jednak z przestraszenia?)

Forma swetra z premedytacją zamierzona, dawno już chciałam taki, ale nie mogłam się zdecydować w kilku kwestiach. Jeśli chodzi o rękawy - w końcu zaszalałam. Za niemą namową Utalentowanej Producentki Sukienek (porzucając eufemizmy: pozazdrościłam, zgapiłam) rękawy są długości niepełnej. Nie byłabym sobą, gdybym nie skopała wszycia rękawów. Jest lepiej niż poprzednio, ale trochę krzywo. Jak ma się oczy krzywe... I kto normalny kryminalne seriale* ogląda, kiedy zszywa? Na "Dom nad rozlewiskiem" trzeba patrzeć! W tym miejscu puszczam krzywe perskie oko w kierunku Peneleopy, która dzierga rękawy. I obrazek okolicznościowy (namalował John William Waterhouse, zepsułam ja):


Fragment tytułowy pożyczony. Napisała Julia Hartwig, "Serce dnia".

*O kryminalnych serialach słów kilka. Ogólnie o kryminalności fikcyjnej.  Dokładniej o tajnych agentach. Sytuacja jest taka - tajny agent porzuca swoje życie, jest tajny, jest na misji. Zawsze znajdzie się jakaś jego była dziewczyna, jedyna prawdziwa miłość, która mu misję utrudni.
- Tajna misja? - zdziwi się, bo się oczywiście dowie, że agent to agent. - Wiedziałam, że coś nie tak z tą twoją praca, ale tajna misja? Na czym polega?
I już węszy, szuka, szpera, wykrywa, szerlokuje. Tajna misja, babo, jak nazwa wskazuje, jest TAJNA. Idź się czymś zajmij, a nie psujesz wszystko. I tak na zmianę - ingeruje w tajność, płacze, ingeruje w tajność, płacze, płacze, płacze, ingeruje w tajność... A później i tak się okaże, że tajny agent był na głowie opóźniony, bo ta jego jedyna prawdziwa miłość jest córką jego arcywroga. Wolałam Holmesa, głowy sobie nie zawracał wątkami romantycznymi. Całe bohaterstwo się zawsze kończy w momencie, kiedy jedyna prawdziwa miłość pojawia się na horyzoncie. Nie ma już więcej przygód, nie ma akcji jak należy, wszystko się sypie, nic nie idzie zgodnie z planem...
A ja się dziwię, że rękawy krzywo przyszywam. Można się zdenerwować? Można!  

wtorek, 26 lutego 2013

Let's talk about the weather, and the snow

Zauważyłam, że wiele osób niezadowolonych jest z obecnego pogodowego stanu rzeczy. Ja też do końca się nie uśmiecham. Ale walczę z zimą łopatą osobiście, to nie tak, że tylko płaczę bezsilnie, a łzy moje, jak diamenty, perły nawet, w locie zamarzają i spadają na ziemię z cichym westchnieniem... Niekoniecznie mi się podobała awaria ogrzewania (dobrze, że już zażegnana). Takie rzeczy tylko zimą! Bo dlaczego na przykład wiosną, albo jesienią? Sroga surowość zimy podkreślona wychłodzonymi pomieszczeniami mieszkalnymi jest o wiele bardziej drastyczna. Bądź jak John Rambo, przetrwaj w warunkach, w których Wikingom siniały gałki oczne! Przykładów niedogodności jest wiele, i jestem przekonana, że każdy może dorzucić swój unikalny powód, dlaczego zima wyczerpała jego zasoby optymizmu.
Ale ja się nie poddaję. Zaciętość mam we krwi barbarzyńskiej, litewskiej, wymieszanej z nawet-dalej-niż-litwesko-wschodnią. Tu się nie płacze. Podstawowa zasada - nie dać się zastraszyć.


Zepsuty przeze mnie obraz namalował Ilja Repin.

Trochę męczy mnie brak kolorów. Ale na to też znalazłam sposób. Trochę już przeterminowany, bo oto nastały roztopy, temperatura znacznie się podniosła i prawdopodobnie właśnie jesteśmy świadkami powolnego nadchodzenia wiosny. Nawet mój parapetowy hiacynt, Cypisek, przygotowuje się do rozkwitu.

Potrzebujemy kilku zupełnie zwyczajnych baloników oraz jakichkolwiek kolorowych farb i wody. Wlewamy farbę do pustego balona, napełniamy wodą, zawiązujemy, troszkę bełtamy, po czym wystawiamy na działanie niskiej, zewnętrznej temperatury i przysypujemy śniegiem. Najlepiej operację przygotować porą wieczorową, przez noc woda zamarznie. Rano zdejmujemy gumową powłokę i oczom naszym ukazuje się następujący widok:




Uwaga! Jeśli kule nie zamarzły przez noc, przetrzymać je na mrozie dłużej. Niech pożałują, że leniwie nie chcą przejść w stały stan skupienia. Można im jeszcze pogrozić, podźgać palcem w celu zastraszenia. Niech je zmrozi!

A teraz wykonanie w wersji obrazkowej (klik! na obrazku powiększy go):


Pomysł skradziony. Klik! Klik! Klik!

Dla serc ogrzania - jamniki, bo dawno już nie było. A dokładnie Pani Żujka, która jak na hrabinę przystało, jest uosobieniem stylu i klasy. Wcale się nie znęcałam, nikt nie ucierpiał, nikt nie płakał. Trochę modelka plus size, ale jest zima, nie będę piesi do intetsywnych ćwiczeń zmuszać. Siebie nie zmuszam, więc jakim prawem inną jednostkę?




sobota, 23 lutego 2013

Guzikowcy, czyli push the button

Nastąpił wysyp pomysłów, w kolejce do publikacji czeka gromada, a jeszcze w zarysie nie nadającym się garść koncepcji, do tego w powietrzu wisi kolejne drożdżowe pieczenie (Kas, uśmiecham się do Ciebie) i zdjęcia do następnej części króliczej odysei. Marzec się zapowiada na bogato. I jeszcze o walce z zimą, bardzo ważna kwestia, pojawi się pojutrze, albo w inny końcowy dzień lutowy (dam radę!). Luty do fajny miesiąc, nie oszukujmy się, mój ulubiony. A 23 lutego to Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją, dowiedziałam się dzisiaj przypadkiem.

Coś z niczego. Różne ozdobniki, które powstały trochę przypadkiem.
Największa kokardka na stałe została czymś w rodzaju naszyjnika. Dodałam szare koraliki, dość krótki łańcuch i to właściwie wszystko. Następne eksponaty to guzikowe sygnety rodowe. Szukałam guzików z zupełnie innym zamiarem, ale koncepcja się zmieniła, bo mam problemy z koncentracją. Przy okazji poznałam nowy trudny wyraz - filobutonistyka, czyli kolekcjonowanie guzików.





I na koniec zastosowanie przyozdobnionej kokardki:


Kilka słów o odzieży towarzyszącej. Spodnie dostałam, chciałam je początkowo przemienić w szorty, ale zmieniłam zdanie po pierwszej poważnej konfrontacji. Są trochę za duże, ale biorąc pod uwagę moje ostatnio dominijące preferencje - lubię za duże wszystko. Obciąć zawsze zdążę. Tshirt jest męski, udoskonalony przeze mnie (wyrąbane pod szyją). Chyba przemianuję krysztally na personal style blog, chociaż częściowo, bo taka jestem stylowa ostatnio... Myślałam o tym, żeby obciąć włosy do długości widocznej na zdjęciu, ale trochę mi szkoda. Jak ze spodniami - obciąć zawsze się zdąży. A jak ma się warstwy, można oszukiwać.

piątek, 22 lutego 2013

Coś z głową

Głowa to bardzo ciekawy organ. I w tej sprawie kilka obrazków.

Po pierwsze, nudna sprawa. Chciałam kiedyś włosami się popisać, zbierałam nawet zdjęcia moich ciekawszych dokonań w tej dziedzinie, ale okazuje się, że to jednak nie jest tak interesujące, jak mi się wydaje. Moje otoczenie zaczyna ziewać w momencie, kiedy mówię o kręceniu, prostowaniu, zaplataniu, czy odżywianiu i czesaniu. Nudy! A moje oczy wytrzeszczone w ekstazie, mogę godzinami opowiadać.


Zima jest dla włosów niekorzystna. Każdy już o tym wie. W tym roku nauczyłam się jednego, jeśli chodzi o elektryzujące się włosy. Nie należy płynem zapobiegawczym pryskać sobie po oczach. Oczywistość, ale przypadkiem sprawdziłam. Że lakierem się nie pryska, też wiem...
W tym miejscu pojawia się kolejny aspekt zimowy - czapka! I zaczyna się robić ciekawiej. Lubię czapki, ale nie lubię ich nosić. Trzeba pamiętać, że płyn do płukania, i jeszcze wspomnianym płynem zapobiegawczym nawilżyć wnętrze od czasu do czasu... Mój gust czapkowy nie jest wysublimowany. Lubię czapki kolorowe.


Przy porządkowaniu szafy znalazłam sweter, który właściwie można było uznać za ładny, tylko w noszeniu był uciążliwy. Rozciągnął się, zmechacił, nabrał złych nawyków. Postanowiłam go zatem przemielić. Zrobić z niego czapkę. Proces nie należy do trudnych, wystarczy parę chwil. I jest ekologia, jest recykling. Z rękawów chcę zrobić kubraczek dla jamnika, albo jakieś ocieplenie dla moich nóg, które estetycznie by wystawało z obuwia. Jeszcze nie wiem.


Nie wymyśliłam tego sama, trafiłam kiedyś, ale nie pamiętam dokładnie, gdzie to było.

1. Wyciągnęłam z szafy ofiarę. Sweter niekochany.
2. Ułożyłam równo na stole. Na lewej stronie. Lewej stronie swetra, nie stołu. (Wycięlam filozoficzne rozważania o lewej stronie stołu.)
3. Odcięłam kawałek o rozmiarze, który wydał mi się odpowiedni. Rozmiar skonsultowałam z ulubioną czapką, żeby był w miarę zbliżony.
4. Odcięty fragment złożyłam na trzy.
5. Zaokrągliłam lekko (w moim wykonaniu: zatrójkąciłam) górne krawędzi przyszłej czapki.
6. Wkleiłam podobiznę MM, bo zapomniałam dalej robić zdjęcia. (Niedobry Zgredek!)

Rozłożyłam przyszłą czapkę, następnie dopasowałam krawędzie boczne do siebie, zszyłam je. Wzgórki zaokrągleń w punkcie najwyższego wzniesienia muszą się spotkać, żeby powstało eleganckie sklepienie. Wszystko zszyłam tak, żeby nitki nie wyłaziły, oczka się nie gubiły (to jest bardzo ważne). Odwinęłam na stronę prawą i gotowe!

Efekt? Moim zdaniem satysfakcjonujący. Oczywiście przy swetrze obdarzonym ściągaczem dolnym czapka będzie mniej... dziadowata/lumpeksoidalna/odwijająca się (niepotrzebne skreślić).


1. Gościnnie wystąpiła wielofunkcyjna kokardka.
2. Z boku uwidoczniła się metka, o której zapomniałam. Niechaj już zostanie, wprowadza złudzenie rasowości czapki.
3. Kolorystycznie mogłam wkamuflować się w tapetę oraz ogół otoczenia.
4. Chciałam zrobić minę jak Marlon Brando w "Ojcu chrzestnym", ale nie powiodło się.

Nie robiłam zdjęć na śniegu, na zewnętrznym dziedzińcu, gdyż czapka jest wiosenna, nie zimowa. I udowodniłam sobie, tak z perspektywy patrząc na moje dokonanie, że nie potrafię stworzyć instrukcji zrób to sam. Ale będę próbować dalej.
Uprzedzając pytanie - postanowiłam nauczyć się alfabetu Morse'a.

środa, 20 lutego 2013

Ozdobność wielofunkcyjna


Moimi ulubionymi kolorami są aktualnie: ciemna zieleń, czerwień, róż w odmianie infantylnej oraz złoto w każdej formie. Powoli uzależniam się od wydzierganych przedmiotów. Kolejny sweter czeka na ostateczne ukończenie, a w tak zwanym międzyczasie wykańczam resztki. Tak powstają różnego rodzaju ozdoby drobne, w tym także główna bohaterka.

Chciałam zrobić ładny opis w stylu Słodowego, ale zdjęcia wyszły dość średnie. Starałam się, żeby powstał w miarę zrozumiały przepis. Czy taki jest? Nie wiem, nie ja to powinnam ocenić... Jednak po konsultacji z przykładowym czytelnikiem został poprawiony. Mam nadzieję, że skutecznie.

Jak zrobić wielofunkcyjną kokardkę na drutach?


1. Robimy 2 prostokąty. Pierwszy ściegiem ściągaczowym, wymiary zależne od tego, jaki rozmiar kokardy chcemy osiągnąć. Od 15 do 25 oczek. Drugi robimy normalnym ściegiem pończoszniczym, wąski, około 5 oczek.

2. Większy prostokąt zginamy, to jest trudne do wytłumaczenia, ale długie boki muszą być usytuowane w stronę lewej strony, czyli do dołu, następnie tworzymy dołek na środku i powstają dwie fałdy. W przekroju nasz prostokąt podobny jest do litery M z zaokrąglonymi wierzchołkami.

5. Dopasowujemy prostokąt mniejszy, żeby przebiegł przez środek kokardki.

10. Zszywamy prostokąt mniejszy, przyszywając go jednocześnie do prostokątu większego.


100. Formujemy kokardkę, maskujemy niepotrzebne nitki, supełki, inne takie. Właściwie gotowe!
Pierzemy dzieło rąk w ochronnych warunkach, suszymy, jeszcze raz formujemy, żeby układ był zadowalający i całkowicie gotowe!

Jak działa wielofunkcyjna kokardka?

Opcja pierwsza.
Pod szwem przez tylną część mniejszego prostokąta, tworzącą pętlę (musimy zostawić jakąś formę przejścia) przeciągamy tasiemkę, (lub wymyślamy jakiś lepszy sposób), montujemy kokardę pod szyją.

Justin Timberlake się stroi, my też możemy. Bardziej w sumie wyglądamy jak Kulfon z kultowego programu dla dzieci, niż jakiś Justin Suit&Tie Timberlake, ale warto było próbować. Poza tym Kulfon śpiewał lepsze piosenki.

 
Opcja druga.
Przez wspomnianą już pętlę przewlekamy szpiklę kokową, lub wsuwkę. Wszczepiamy kokardkę między włosy.

Królewna Śnieżka znalazła swojego księcia dzięki kokardce we włosach. Czy słyszysz? Ta panna nigdy się nie rozstawała ze swoim przyozdobieniem. I jak dobrze się to dla niej skończyło! Oczywiście poza tym była miła, uczynna i ładnie śpiewała, ale to nie ma już nic do rzeczy. Czekolady też nie jadła i można pomyśleć, że również miało to jakiś wpływ. Nie miało. Tylko kokardka się liczy!


Opcji jest jeszcze kilka. Opcja z agrafką tworząca kokardkę-broszkę, opcja z gumką lub opaską do włosów i co tam jeszcze ludzka głowa wymyśli.
Koszulę prasowałam, ale jakaś gniotąca jest, nie wiem...
Oczywiście, że można zrobić staranne i o wiele ładniejsze kokardki, z szydełkowym wykończeniem, warstwowe, przepiękne. Ale ja robię wszystko zgodnie z poradnikiem leniwej pani domu.

wtorek, 19 lutego 2013

Najlepsze pierogowe ciasto

Zanim skończę kolejny sweter i kilka innych rzeczy (niektóre są już skończone, uwiecznienie fotograficzne, ale nie opisane) - znowu jedzenie.

Post sponsorowany przez Panią Matkę. Od lat szukała przepisu na doskonałe ciasto pierogowe. Okazało się, że przepis był od wieków dostępny, w zasięgu ręki, nieopodal. Wystarczyło sięgnąć po prastarą książkę o kryzysowym gotowaniu w PRLu. Odejdźcie internety, wszystkie Makłowicze. Prości ludzie odnaleźli prosty sposób.



Przepis wystarczyło dostosować do swoich możliwości, nie babrać się nożami, zagniateniem ręką. Zamiast gołego żółtka wrzucić całe jajko, na bogato. Produkcja została zmechanizowana, a w roli siły klejącej wystąpiłam ja we własnej osobie. Dociskałam widelcem, ponieważ nie potrafię robić tych wszystkich ozdobnych krawędzi.

Książka to "Książka kucharska" Zofii Zawistowskiej przy współpracy Małgorzaty Krzyżanowskiej, wydana przez wydawnictwo Watra. Żeby było bardziej szczegółowo - wyd. III, Warszawa 1983.

sobota, 16 lutego 2013

She can be all four seasons in one day

Początkowo chciałam zrobić coś zupełnie innego. Później porozglądałam się po cudzych blogach, po różnych obrazkach, spotkałam w piwnicy traumatycznego pająka boa, po czym doszłam do wniosku, że spustoszenie emocjonalne jest zbyt duże, żeby zrobić coś ładnego.


Zawsze mi brakuje czegoś do obwieszenia się. I nie chodzi o to, że nie posiadam. Mam nawet za dużo, ale wszystko nie takie, nie pasuje, bez sensu... Tak powstał boa niedusiciel, wydziergany ozdobnik. Każdy może zrobić coś podobnego w domu, nie potrzeba nawet zbytniej pomocy rodziców. Potrzebne są:
  • kłębek dowolnej włóczki (mój był z odzysku, krzywa nitka, dziwna, kostropata);
  • dość cienkie druty  - ja użyłam nr 4, jak wszystkie cztery pory roku Stinga;
  • opcjonalne różności dodatkowe, w tym przypadku są to serduszka.

Dziergamy długi sznurek, mój ma szerokość 6 oczek, styl tradycyjny, który sam sprawi, że się sznurek zwinie. Chodziło mi o taką rozpadlinę między krawędziami, nie chciałam eleganckiego, profesjonalnego sznurka w pełni walcowatego. To jest efek hipsterii, taki niedoszlif. Kiedy już sznurek osiągnie długość pożądaną, kończymy ślicznie, zszywamy oba końce, formujemy odpowiednie zakręcenie, zszywamy, żeby się utrzymało. Opcjonalnie ozdabiamy różnościami dodatkowymi. Włala!


Po dłuższej chwili kontemplacji postanowiłam dodać więcej serduszek, aby spotęgować efekt jarmarczności. I tak powstał ekskluzywny naszyjnik w kolorze zgniłego bagna upstrzony kolorowymi symbolami miłości. Chociaż wydaje mi się, że serce jest symbolem miłości tylko wtedy, kiedy zabarwione jest na czerwono. Ale mogę się mylić, to nie byłaby żadna nowość.


czwartek, 14 lutego 2013

And the truth is Baby you're all that I need...

Drożdżówki z lukrem ostatnio mnie obezwładniły kulinarnie. Pokazywałam już te nieudane, teraz pora na ładniejsze.

Babki inspirowane, tak sobie wmówiłam, że korowajowe. Korowaj to taki chleb weselny, ozdobny i ukraiński. Sobie zatem obmyśliłam plan. Chciałam zrobić drożdżowe babki z rodzynkami i lukrem, ale nastąpiło lekkie odchylenie od kursu.



Ciasto z przepisu na chałę, ale udoskonalonego, przechytrzonego.
  • 2 łyżeczki drożdży instant;
  • 4 łyżeczki cukru (nie lubię za słodko, ale jeśli ktoś wolałby - można więcej);
  • 2/3 szklanki ciepłej wody;
  • 550g mąki pszennej (może zaistnieć konieczność dosypania, bo ciasto powinno być miękkie, ale zwarte);
  • 2 jajka;
  • 2 łyżki oliwy (lub roztopionego masła, zależy od upodobań).

Drożdże z 2 łyżeczkami cukru i wodą odstawiamy na dłuższą chwilę. Kiedy cywilizacja zacznie się już rozwijać, dosypujemy mąkę, oliwę, jajka roztrzepane z cukrem. I tu ciekawostka - nie wlewamy całej masy jajecznej, część zostawiamy sobie do posmarowania babek przed włożeniem do piekarnika.
Wszystko mieszamy, dokładnie i na gładko. Odstawiamy do wyrośnięcia (minimum 30 minut).

Kawałki ciasta kulamy z zawartością na drobne bułeczki, coś w stylu kulania pączków. I kolejna ciekawostka - przed ułożeniem w papilotkach, owe papilotki należy lekko posmarować olejem, chociaż na dnie, żeby babki ładnie się od papieru odklejały. W przeciwnym razie wrosną i na wieki wieków będziemy żałować, że zapomnieliśmy o oleju. Odstawiamy kulki do wyrośnięcia (ok. 20-30 minut przed pieczeniem). Malujemy pozostałym jajkiem z cukrem, pieczemy przez ok. 15 minut.

Faza druga - lukier.
  • 1 pomarańcza (jest też opcja z cytruną, ale osobiście wolę lukier pomarańczowy);
  • cukier puder;
  • kolorowa posypka.
Sok wyciśnięty z pomarańczy (ale nie cały, może 4-5 łyżek) mieszamy z cukrem pudrem, proporcji nie zachowuję, chodzi o to, żeby konsystencja była miękkiego masła, niezbyt lejąca (na oko mierząc, pewnie 2-3 łyżki cukru na 1 łyżkę soku). Do tego dodajemy kolorowe cukrowe posypki, mieszamy, ucieramy. Lukrujemy jeszcze gorące bułeczki. Czekamy aż wszystko ostygnie i zastygnie, następnie zapychamy się na kwadratowo, popijając mlekiem lub herbatą.

Kwestia nadzienia - co kto lubi, ja wybrałam czekoladę oraz wiśnie. Tytuł oczywiście skradziony.

wtorek, 12 lutego 2013

Bertrand i Russell


Nie jest nowością moje zauroczenie królikiem. Dzisiaj bliźniacze stworki moherowe, z okiem szklanym oraz pomarańczową wstęgą. Mają imiona, których nie potrafię uzasadnić. Mniejszy nazywa się Bertrand, większy zaś Russell.




Dalsze sprawy - mój kwiatek. Dostać kwiaty to nie wyczyn, ale dostać kwiaty, które trzeba rozwijać, hodować, żeby zakwitły - trudna sprawa. Rozwija się, na szczęście. Chociaż myślałam, że go zamordowałam. Wola walki...


Ostatnie - bardzo popularne (z moich obserwacji tak wynikło) skandynawskie bułeczki. Są ładne, są urocze, więc postanowiłam upiec. Lubię też cynamon, to miało wpływ. Przepis znalazłam tutaj. Nie zamieszczę, ale zachęcam do klikania, bo dobry przepis i ładne zdjęcie. Moje bułeczki za to wcale nie wyglądają. Ale smaczne, zaprawdę.


sobota, 9 lutego 2013

Zima

Adresatami poniższych treści są w dużej mierze znajome mi osoby, płaczące na odległość z tęsknoty.

Trochę o zimie, krótka przerwa między różnego rodzaju robociznami ręcznymi. A już mam cały zapas następnych do uwiecznienia foto-foto. Formy małe, większe, utylitarne i całkowicie pozbawione zastosowania. Chciałam zrobić konkurs z nagrodą typu ostatniego, ale nie mam pomysłu, jakie mogłoby być zadanie. I nie miałabym czasu rozpatrywać, a gdybym powołała bezstronnego sędziego, obraziłby się, że nie może brać udziału, bo nagroda bardzo w typie mojego rozstrzygającego głosu zewnętrznego... Ale o tym następnym razem.


Dla wszystkich załamanych zimą, kwiatek kamikaze, który zakwitł na początku lutego w przydomowym ogródku Pani Matki. Czyli wiosna się zbliża, jeśli roślina poczuła się na siłach. Albo jakiś botanik-psychiatra powinien złożyć wizytę.


Kolejna sprawa - staram się jednak nie marnować pogody (której i tak nie ma, bo tylko szaro, buro i ponuro z przerwami na opady śniegu i mikroprzebłyski słońca), bo raz do roku jest sezon na chodzenie po lodzie (co jest bardzo nieodpowiedzialne, ale nie pcham się na głębinę, to była tylko duża kałuża). Na łyżwy jakoś mnie nie zanosi w ostatnim czasie, toteż ubolewam i rekompensuję to sobie oglądaniem takiego jednego pana. Coś w stylu I feel too fat to go to the gym, so I sit at home and watch keep fit videos. Mam jeszcze zaplanowaną aktywność estetyczną związaną z mrozem, ale muszę na porządny spadek temperatury poczekać. Chyba jeszcze w tym roku nastąpi...


Rozpoczynam również kolejny rozdział królikowych poczynań. Ulepiłam bałwana, pierwszy raz od kilku długich lat. Jednak chciałam, żeby był unikalny i nawet planowałam gdzieś w najwyższym punkcie szczerego pola to zrobić, żeby był taką fortecą wśród pustkowia, ale pogoda nie sprzyjała, nie chciało mi się iść nigdzie bardzo daleko, bo jeszcze bym zabłądziła i zamarzła jak nieudana ekspedycja polarna. Nie... Ja nigdy nie błądzę, ja zwiedzam.


Zima to również czas niesprawiedliwości oraz skrobania szyb pośród mrozu. Tu też powstają króliki. Dzieła sztuki nie dokonałam, ale jeszcze kilka przymrozków i narysuję coś ładnego.


Tak o niczym dzisiaj. W nadchodzącym tygodniu będzie już tematycznie. Kulinarnie i rękodzielniczo. Trochę się zbiera zagadnień.

czwartek, 7 lutego 2013

W zło-cie


Na początek moja ulubiona bransoletka, którą oczywiście sama skomponowałam. Właściwie chodzi o elementy, z których się składa. Szklana świnka, takiż pingwin i nie odbiegający od nich piesek. Kulka biała również tego tworzywa. Wszystko na łańcuchu posrebrzanym. Nie wolno psa na łańcuchu długo przetrzymywać, są nawet odpowiednie przepisy, ale ten ma dobre towarzystwo, nie protestuje.

Drugi stan skupienia - o swetrze. Źle wszyłam jeden rękaw, ale już nie mogłam myśleć o poprawianiu, bo głowa by mi wybuchła. Jestem w stanie żyć z takim mankamentem. Bo historia poprawiania jest dłuższa. Najpierw odkryłam, że zgubiłam oczko. Na samym początku na szczęście, więc trach-bach-bach! z uśmiechem naprawiłam szkodę. Później okazało się, że za późno zaczęłam z tyłu robić wcięcia rękawowe (nie znam profesjonalnych nazw, ale kto wie o co chodzi, ten jest błyskotliwy i w temacie otrzaskany). Następna sprawa - zrobiłam za długi tył. I znowu prucie, poprawka. Rękawy! Długo nie mogłam się zdecydować jaką chcę długość. Pewna znana producentka swetrów zasiała wątpliwość w moim sercu. Z natury lubię długie, ale pomyślałam, że może fajnie by wyglądało z 3/4, albo nawet łokciową długością... A może lepiej jakieś ozdobne? I tak żyłam w niezdecydowaniu, aż w końcu zrobiłam trzecią wersję, zgodną z pierwotnym zamierzeniem. Jestem nudna, nie wprowadzam innowacji... Nadeszła chwila zszywania. Wszystko ładnie, wszystko dobrze, ale pomyliłam się trochę i krzywo wyszło, ale jestem córką mojego ojca, patykiem nie tknę, niech się zawali, dopiero wtedy naprawię. Albo wyrzucę. Oddam? Póki co sweter cieszy moje oko.

Ciekawostką jest, że kupiłam 2 razy więcej włóczki niż pochłonął twór. Mogę zrobić jeszcze jeden sweter. Może tym razem jakiś udziwniony? Już przeglądam różnorodne wizerunki, szukam czegoś, co poruszy wyobraźnię. Zarys pomysłu już kiełkuje.

Technicznie - druty 5,5, włóczka jakiś relikt Aniluksu, który zalegał w sklepie i był w promocji (bawełna, anilana, len, świecidło).

Minister Zdrowego Rozsądku ostrzega - poniższe zdjęcia nie mają z nim niczego wspólnego. Big Bang mi grał, myślałam o Bruslim, tak jakoś wyszło...
 



Korzystając z okazji mojej ruchowej nadpobudliwości, poniższa rycina prezentuje ćwiczenia, które wykonuje się w celu naprostowania garbatości oraz ogólnego kręgosłupowego relaksu.
Pierwsze ćwiczenie - zakładamy ręce na plecach, jeśli się to nie uda, zwyczajnie łapiemy się naprzeciwległymi rękoma za nadgarstki. Następnie wciągamy kręgosłup do środka, jak strzałki pokazują. Tym samym z przodu następuje wypięcie klaty do orderu. Ramiona się ściągają do tyłu i tak dalej.
Drugie ćwiczenie - składamy rączki w sposób widoczny na zdjęciu i staramy się podciągnąć je po linii kręgosłupa jak najbardziej do góry.


Kręgosłup mamy już wyćwiczony, więc leć, supermanie, ratuj potrzebujących!


Ostatni obrazek pt. Tao of jeet kune do, kaczka na słodko kwaśno (klik, klik, klik).


Wow, fantastic baby... Naprawdę chciałam stać prosto! Trzeba było w żółtym dresie wystąpić.