poniedziałek, 30 grudnia 2013

Mój ulubiony kolor 2013

To moja ostatnie wypowiedź tutaj. Rok 2013 zamyka się z trzaskiem, a serduszko trzepocze z żalu, że tak szybko. Ale przecież wielkimi, stumilowymi krokami, glob obiegnie kolejny rok. Pełen nowych wyzwań, nowości samych, tylko ja utknęłam ze starymi stworkami, których jeszcze nie pokazałam. Żeby jednak nie zanudzać nadmiarem literek, wplatam między wizerunek mojego pierwszego filcowego czegokolwiek. Nie jest idealnie, ale to przecież pierwsza sztuka.


Lata mają kolory. Cyfry je mają, litery też, dlaczego więc 2013 miałby być bezbarwny? Dla mnie to zieleń i czerwień. Lubię nieparzystość. Jest bardziej ozdobna. Parzysta symetria to przepełnienie. W mojej głowie to wszystko ma sens, ale kiedy zaczynam opowiadać i tłumaczyć - brzmi beznadziejnie. Jak streszczenia książek sf. Taaaakie książki, do kosmosu sięgają, ale czy zachęcająca jest historia faceta, który trafia na obcą planetę, gdzie ludki telepatyczne są i różne niebezpieczeństwa, a potem znajduje spokój, którego w szerokiej galaktyce nie zaznał? Brzmi głupio.



Zdjęcia rzeczy (swetry, spódnice, różne dziadostwo, wszyscy przyjaciele królika) nie zostały zrobione, ale zastanawiałam się w międzyczasie (nie ma czegoś takiego jak międzyczas) nad wyglądem, urodą, ładnością. Wszyscy wymagają, chcą i dążą do tego, żeby ładnie wyglądać. A tak naprawdę to jest ciężka praca, dużo czasu. Wykonanie mojego podstawowego makeupu zajmuje niecałe 8 minut. Niby szybko, ale to tylko makeup-no-makeup, przystosowanie twarzy do wyglądu. Gdybym chciała lśnić urodą, musiałabym poświecić więcej czasu. Dalej są włosy. Układanie, zaplatanie, takie tam bzdury. Tutaj nie ma szybko. Długi włos trzeba podkręcić, przeczesać... Lekka medytacja, co powinno się zdarzyć, jak pogoda wpłynie na osiągnięty efekt. Wszystko to trzeba planować. Z ubraniem jest podobnie. Warunki atmosferyczne, przewidziana aktywność, temperatura gleby (czy but lekki, czy chłodoodporny)... Wszystko się liczy. I ma być jeszcze ładnie. Wcale się nie dziwię tym rozczochranym dresiarom, które odbierają dzieci z przedszkola. Nie można wymagać, żeby kobieta ogarniała współczesność i jeszcze się wystrajała na każdą okoliczność. Byłoby miło, ale czasami się nie chce. Zwyczajnie, tak po prostu się nie chce. Właśnie tego niektórzy nie rozumieją. Zapomnisz raz o tuszu do rzęs, albo całkowicie go olejesz, a za chwilę znajdzie się ktoś, kto powie, że wyglądasz na smutną i pewnie jest to spowodowane jakąś ogromną tragedią. Moje tragedie należą do mnie, jeśli nie chcę się z nimi dzielić, to nawet brak tuszu na rzęsach mnie do tego nie nakłoni.



Podsumowanie roku:
Było kilka chwil szczęśliwych, kilka gorzkich, parę razy oberwałam czymś ciężkim w głowę, aż nadpękło mi serce. Zwierzęta są mądrzejsze od ludzi, ale ludzie mają więcej ukrytych blizn.

Niby każda nowość sprzyja zmianom, nowy dzień, tydzień, miesiąc, rok... Coś wypadałoby postanowić. Więc ja też postanowiłam.
Postanowienia na rok 2014:
1. W terminie zakończyć jamnikowy konkurs. (Jeszcze można brać udział. Poważnie.)
2. Oddać Renacie, co mam oddać (i będzie z tego niewielki post).
3. Pochwalić się dziergadłami i innymi (utrapienie!).
4. Wydziergać koralikową bransoletkę (jeśli starczy mi cierpliwości).
5. Częściej bywać w formie.
6. Posprzątać łazienkę (ale to jeszcze w tym roku).
7. Coś tam się jeszcze dopisze.

Jakie są Wasze postanowienia? Kiedy w końcu weźmiecie udział w jamnikowym konkursie? Napisanie utworu rymowniczego może być świetnym postanowieniem...

Jeśli chodzi o moją rachityczną aktywność blogową, to dlatego, że jestem wielce zasmucona. JAMNIKOWY KONKURS! JAMNIKOWY KONKURS!!! Do piór, do klawiatur!
Bardzo proszę o pozytywne komentarze dotyczące królika. Wydaje mi się, że on ma uczucia i mógłby się zasmucić, gdyby ktoś wyraził się nieprzychylnie.

I nadszedł koniec, czyli czas na życzenia noworoczne.
Życzę sobie, żeby jak najwięcej osób wzięło udział w konkursie jamnikowym. To nie jest żart.

wtorek, 17 grudnia 2013

4 kolory

Nie mam ostatnio natchnienia blogowego, całą energię wyssał ze mnie jamnikowy konkurs. Nic w tym dziwnego, obrazem malowałam do ostatka sił, żeby jak najszybciej się pojawił.
Nie mam natchnienia do modelkowania. To trudna praca. Niektórym się wydaje, że tak raz, dwa, trzy, babajaga patrzy i ma ładne zdjęcie. Wcale nie. Zupełnie nie. Tym bardziej, jeśli ktoś nie ma koncepcji, ekspresji, niczego nie ma.

Zrobiłam naszyjnik. Następne koralikowe dokonanie postaram się wydziergać (już zaczynam, ale nic dobrego nie wychodzi). Naszyjnik został upleciony. Splotem chałkowym. Efekt nie jest najgorszy. Elementy metalowe do wymiany, nie podobają mi się za bardzo. Rzemień wspomagający jest sztuczny. Też jakiś wyplatany. Cztery kolory: niebieski, granatowy, zielony i fioletowy. Akurat pasują do moich zimowych ałtfitów.




Nie mam już niczego do powiedzenia, dziura w głowie, eksploatacja... Taką biedę koralikującą tu wklejam, zamiast się chwalić wydziergaństwami i przerobioną odzieżą. Kwestia modelkowania. Poza tym opycham się ostatnim słodkim wynalazkiem, więc tym bardziej nie będę mogła pozować do zdjęć. Wynalazek postaram się pokazać następnym razem. Łatwe, szybkie, smaczne. Kuchenna triada platońska ucieleśniona.


Zachęcam do brania udziału w konkursie, taka szansa już się nie powtórzy. Szczegóły TUTAJ. Nie tylko dla ludzi jamnikolubnych.

niedziela, 8 grudnia 2013

Konkurs z jamnikiem w roli głównej



Nadeszła ta chwila, oto ogłoszenie konkursu! Żeby zachęcić, przed zasadami nagroda. Do zgarnięcia jest namalowany przeze mnie obraz pod tytułem "Jamniczek". Przedstawia portret szczeniaka, nie jest zbyt udany, ale starałam się coś ładnego namalować. Obraz jest nieduży, 30x24cm, namalowany nietoksycznymi farbami akrylowymi, na nieekskluzywnym płótnie.


Namalowane techniką mazająco-plamlową. Impresjonizm... ;)



Zasady:
Aaaaby wziąć udział w konkursie należy napisać krótki utwór o tematyce jamniczej. Może to być:
  • lepiej,
  • limeryk,
  • sonet,
  • oda,
  • cokolwiek, żeby sie tylko rymowało.
Przykłady (lepiej i limeryk):

1.
Lepiej być jamnikiem małym,
niż wygłaszać komunały.


2.
Pewna właścicielka jamnika
zauważyła, że piesek utyka.
Uleczę go smakołykami!
- myślała - szynką, klopsem, wędlinami!
Lecz wada chodu nie znika.

Utwór literacki należy przesłać na adres mailowy widoczny w panelu blogo-informacyjnym po lewej (tak? tak, po lewej), dla przypomnienia: krysztally@gmail.com (z dopiskiem w temacie: "Konkurs z jamnikiem w roli głównej").
Nie ma limitów, każda osoba może napisać dowolną ilość wierszy. Byle nie tak dużo jak Juliusz Słowacki, ja to muszę przeczytać w jakimś sensownym czasie! Wszystkie utwory zostaną opublikowane w poście rozwiązującym konkurs. Zwycięski zostanie nagrodzony bohomazem widocznym na zdjęciach. O najlepszości zdecyduje jury składające się z dwóch (cyfrowo: 2) osób: ze mnie oraz mojej mamy. Podpowiedź od drugiej jurorki:
Jak się uchacham i umrę, to znaczy, że dobre.
Zastanawiałam się, czy nie kazać czegoś polubić, czy zaobserwować, ale doszłam do wniosku, że nie mam pomysłu. Nikt nie sponsoruje tego konkursu. Jeśli ktoś chce, może zostać obserwatorem krysztallowego bloga, gest bardzo mile widziany, może doda trochę punktów przy ocenie? Ale nie wymagam. Wieszcze nie muszą. Dodatkowo zachęcam do adopcji jamnika (a teraz zima, jak może być jamnik w schronisku?) - link także po lewej, a także tutaj: SOS dla Jamników. Dzięki stronie fundacji mam mojego Gustawka-Gryziutka, więc w ramach wdzięczności będę promować. A teraz jest tam drugi Gustaw, więc kto może, niech garnie i przytula na lata długie.

Terminy. Bo to ważne, nic nie może przecież wiecznie trwać. Nadsyłanie można rozpocząć w momencie zapoznania się z zasadami aż do godziny 23:59 dnia 7 stycznia 2014 roku. Rozwiązanie konkursu pojawi się najpóźniej 10 stycznia. Po skontaktowaniu się ze szczęśliwym zwycięzcą, będę starała się wyłudzić dane adresowe, ponieważ malowidło zostanie wysłane pocztą. Oczywiście zobowiązuję się odziać dzieło sztuki w opakowanie pocztoodporne. Jeśli ktoś zagraniczny chce wziąć udział, mam nadzieję, że nie mieszka na jakiejś kokosowej wyspie, do której trzeba wynajmować kuriera dysponującego własnym helikopterem, łodzią podwodną i tresowanym wężem boa. Bo w takie miejsca nie wysyłam, nie stać mnie. W ramach kontynentu nie będę dyskutować. Czytam po polsku, angielsku, niemiecku, rosyjsku i ukraińsku. Każdy wiersz napisany w innym języku nie zostanie zrozumiany. Ale można pisać, wszystko można. Nie będę ograniczać wolności artystycznej. Jedyne, o co proszę, to nadsyłanie własnej twórczości.

Czy są jakieś pytania dotyczące niejasności zawartych w tekście powyżej? O, człowieku, po czymś takim 15 osób zrezygnuje z brania udziału...

Powodzenia w konkursie! Fighting!

Pamiętaj! Ma się rymować!

Mały druczek:
Wszystkie treści obrażające osobę jamnika będą automatycznie dyskwalifikowane. Ogólnie - jakiekolwiek obraźliwości zostaną ocenzurowane, a autor dostanie punkty ujemne, które będą się za nim ciągnęły do końca życia. Jeśli punkty karne nie są straszne, mam inną groźbę: bo naskarżę do skarbówki!
Konkurs organizowany jest z dobroci serca, nie wzbogaca materialnie żadnej ze stron, wartości są estetyczno-humanitarne, jamnikolubne. Konkurs ma na celu bezinteresowne promowanie rasy najdłuższej oraz rozsiewanie radości.


(。◕‿◕。)

sobota, 7 grudnia 2013

Kieszeń w głowie

Jamnik musi być. Stare zdjęcie, ale jamnik młody.

Dzisiaj miała wystąpić spódnica, ale sesja nr 1 nie wyszła, będę powtarzać. Jak tylko trochę zmieni się pogoda. Bo chcę mieć lepsze światło, a przy sztucznym to nie jest tak, jak powinno być. Dlatego dzisiaj będą literki. O różnych rzeczach, sprawach, problemach... w kilku punktach.

1. Księżycowe obietnice (Das Blaue vom Himmel). Film z 2011 roku. Krótko - filmy o kobietach zawsze są ciekawsze. Jakaś gęstsza struktura emocjonalna, szeroki horyzont przeżyć, moc perspektyw. O facetach można na palcach jednej ręki policzyć - Piękny umysł, Co gryzie Gilberta Grape'a... i może kilka jeszcze by się znalazło. A tak to Rambo, Rocky i Terminator. O tym ostatnim mogę powiedzieć tylko, że szafa gdańska gra! Bo Sly to aktor dobry, z umiejętnościami. Arnie za to fantastycznie spełnia funkcję nieco przeżartej przez korniki kłody. Ale miało być o kobietach i ich przeżyciach.
Das Blaue vom Himmel (ten tytuł o wiele bardziej trzyma się fabuły) to opowieść o matce i córce, o braku miłości, wyrzutach sumienia, traumatycznych przeżyciach. Wszystko zapowiadało się pięknie - Marga wyszła za Jurisa, miłość swego życia, kolor swego serca, powietrze swoich płuc. A Jurmala była piękna tego roku. Marga to bałtycka Niemka, Juris - Łotysz. Pobrali się na krótko przed wojną. W roku 1991 ich córka, dziennikarka niemieckiej telewizji, montuje reportaż o radzieckich republikach - Litwie, Łotwie i Estonii, które chcą wystąpić ze związku, odzyskać niepodległość. Jej szef zatwierdza materiał i dodaje, że przydałaby się jakaś osobista historia, która dopełniłaby całości. Historia rodziców Sofii wydaje się pasować idealnie. Rzeczywistość znacznie przerasta oczekiwania.
Film zagrany jest świetnie. Wielkie brawa dla aktorek (i aktorów). Trzeba też być uważnym widzem - od samego początku otrzymujemy podpowiedzi, strzępki całości, które musimy łączyć, żeby w pełni zrozumieć i szybko wykryć cały sekret. Zdjęcia? Przepiękne kompozycje, fantastyczne kolory, tworzą niepowtarzalny nastrój i budują napięcie. Na muzykę nie zwracałam uwagi tak bardzo (jak na przykład przy oglądaniu Służących). Genialne zgranie wydarzeń historycznych - z jednej strony druga wojna światowa, z drugiej strajki niepodległościowe. Analogie na każdym kroku, nie uniknie się porównań. I to, co lubię najbardziej - złożoność, komplikacje. Nie można osądzić bohaterów jednoznacznie, nie można powiedzieć, kto jest sprawcą nieszczęść, bo wszyscy zostali zamieszani. Bardzo dobry film. Nie wybitny, ale bardzo dobry.

2. Coś weselszego. Sam & Mickey. Alternatywne przygody Barbie w wersji poklatkowej. Zabawne dialogi, wartka akcja. Niestety, wersja tylko anglojęzyczna. Odcinki ukazują się raz w miesiącu, ale pozytywnie wpływa to na ich jakość. Barbie jest płytka, skoncentrowana na sobie i cierpi bardzo widowiskowo. Warto zobaczyć!



3. Sunny. Słodko-gorzka opowieść o przyjaźni. Koreański film przedstawiający historię siedmiu przyjaciółek z liceum, które postanawiają się odnaleźć, a przy okazji odnajdują swoje marzenia. Przy okazji można się dowiedzieć, że markowa torebka może być całkiem niezłą bronią, a z królowej przekleństw może wyrosnąć dystyngowana, elegancka dama. Tak jak wspominałam w pierwszym punkcie, filmy o kobietach są ciekawsze.

4. Książka. Arno Geiger, Stary król na wygnaniu. Rzecz dotyczy ojca autora, niszczonego przez chorobę Alzheimera. Nie będę pisać streszczenia. Ograniczę się do dwóch zdań, które spodobały mi się najbardziej. Ostatnie zdanie na stronie 80: Jeśli rozum źle się sprawi, nim dojdzie do zawarcia małżeństwa, będzie się potem płaciło lichwiarskie procenty. I w drugim akapicie na stronie 73: Swoje wspomnienia przekuł na charakter, a ten mu pozostał.
Godne uwagi jest, że pisarz nie niuńcia się ze swoim schorowanym ojcem, nie walczy z nim, ale stara się wspierać, dać poczucie bezpieczeństwa, zrozumieć, przyjaźnić. Nie odmawia mu prawa do bycia dorosłym człowiekiem, nie lekceważy. I to jest chyba najważniejsze, a jednocześnie najtrudniejsze.

I to póki co będzie tyle. Myślę, że to ciekawsze niż "co noszę w torebce?", bo to w sumie rzeczy, które noszę w głowie, w jednej luźnej kieszeni, gdzieś z tyłu głowy.

Sprawy organizacyjne:
Konkurs powinien pojawić się w przyszłym tygodniu, nagroda zaczyna powoli wyglądać. Nie wiem, czy będzie się komuś podobała, ale udział w konkursie to indywidualna, dobrowolna decyzja. Zasady już spisałam, tylko kwestia nagrody... Staram się! Naprawdę! Jeśli ten przyszły tydzień wypali, to wyniki będą w styczniu. Bo musi być trochę czasu.
Pracuję teraz nad czymś większym, dlatego moja blogowa aktywność trochę zanikła. Poza tym jestem bardzo niezadowolona ze zdjęć, więc prezentacja dzieł odzieżowych zawisa w próżni. To nie ucieknie, ale odwlecze się.

niedziela, 1 grudnia 2013

Drugi taki sweter, pierwszy taki chleb

Otis Taylor - nazwisko, które warto znać. Popracowałam chwilę nad poprawieniem mojej playlisty, teraz jest mniej kpopu, a więcej żywej, prawdziwej muzyki. I to taki wstęp jakby, żeby się zdawało, że mam coś do powiedzenia.

Piekę nie tylko ciasta. Upiekłam raz chleb żytni. Ktoś może powiedzieć, że co to za chleb na drożdżach? Proszę sobie mówić. Zamiast syropu, na który wskazuje przepis, użyłam melasy z chleba świętojańskiego. Chleb żytni pachniał jak prawdziwe, wiejskie, ciemne piwo! Może kiedyś jeszcze o chlebie coś napiszę, ale mam też drugi temat na dzisiaj.

Chleb piekący się.


Druga wersja swetra. Pierwszą pokazywałam w styczniu. Ale od tamtej pory moja osobowość uległa zmianie. Zawsze się zmienia. Jeśli nie - czas skonsultować się z lekarzem. Człowiek musi iść do przodu, nawet w kwestiach swetrów.


Ten obrazek nie ma sensu.



Sweter wołający do Yeti, wersja 2; męski t-shirt z poderżniętym gardłem; legginsy zimowe; kolczyki dostane; włosy w nieładzie. Hipsteria.

Nastał nowy miesiąc, nowy grudzień, nowe wyzwania, nowe może nie wszystko. Mam zamiar trochę pozmieniać, trochę odkurzyć, trochę sprzątnąć, poukładać. Zobaczymy, zobaczymy... I nowość pierwsza - można mnie śledzić na Twitterze (jak się komuś chce) pod kryptonimem @krysztally (co nie powinno być dziwne ani zaskakujące). Piszę o jamnikach i jedzeniu, więc nihil novi. I to nawet nie jest nowość, bo śledzić można już od paru miesięcy, jednak nie uznawałam tego za tak istotną informację. Poza tym chyba było o całym zdarzeniu na WikiLeaks.
Ale to nie wszystko! Będzie konkurs. Miało nastąpić rozdanie bez morderczej konkurencji i rywalizacji, ale zmieniłam zdanie. Niczego szybko nie obiecuję, dopiero niedawno zaczęłam robić nagrodę, więc ogłoszenie konkursu może nastąpić na początku stycznia (takie mam tempo, bardzo tępo), więc ostrzcie mózgi, ćwiczcie szare komórki na krzyżówkach i poezji młodopolskiej.

Pozdrawiam i życzę udanego nowego tygodnia!

czwartek, 28 listopada 2013

Ten sweter nazywa się sweter


Sweter niezimowy, ozdobny, w kolorze jogurtu morelowego. Jeden rękaw mi nie wyszedł, ale kto by się przejmował rękawami? I tak robiłam je trzy razy. Jak długo można? Lubię duże swetry, oversize, z rękawem nie za długim (ewolucja, jeszcze niedawno nie lubiłam). Pogoda im jednak nie sprzyja. Bo lubię też dopasowane płaszczyki i kurtki, a taki sweter się pod okryciem wierzchnim nie schowa dobrze. Uwiera, tworzy guzy i fałdy na rękach, ramionach... Nie pasuje. Peleryna by się sprawdziła. Ale ja i peleryna to jak Batman i Robin - nie będę biegać po wieżowcach, ganiać bandytów. Do peleryny trzeba mieć też odpowiednie buty. Kryzys w dziedzinie stylu i mody. Brak sensownego rozwiązania problemu.
Zdjęcia zepsuł jamnik, bo przyszedł, wyglądał słodko, więc trzeba go było pogłaskać. Pogoda też zepsuła - tylko zimo i pada, w takim swetrze nie będę sie z nią konfrontować.

Nie pamiętam, na jakich drutach i jaka włóczka, ponieważ dziergadło powstało już jakiś czas temu (lipiec/sierpień?). Materiał ten sam, co tutaj. Właściwie tamten sweter jest z resztek, które zostały z wyprodukowania dzisiejszego. Tylne sznurki zawiązujące mają funkcję, to nie tylko ozdobność. Dzięki nim sweter może kształtnie wisieć na człowieku. Regulacja jest dowolna, wiązana na kokardkę.





Sweter - zrobiłam; spodnie - nie takie ulubione; bluzka - lumpidełko; uszy - dostałam; kolczyki - też.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Krysztally odbijające światło

Na Łotwie można dostać mandat za brak odblasku. 20 łatów, jak sprawdzałam ostatnio. Niby zdaje się, że to niedużo, ale warto pamiętać, że 1 łat to trochę więcej niż 5 złotych. Odblaski są ważne.
Nie wybieram się na Łotwę, ale bezpieczeństwo odblaskowe rozumiem i szanuję. Dlatego przy mojej ulubionej torebce nie mogło zabraknąć ornamentu ochronnego. Tym bardziej o tej burej porze roku. Chciałam kupić misia, czy coś równie uroczego, ale znalazłam inne rozwiązanie.


Postanowiłam dokomponować coś do frędzli. Może kwiatek? Może coś zwisającego, powiewnego, jakieś tam ozdobniki frędzloidalne. I udało się! W sklepie ze wszystkim odkryłam odblaskową taśmę. Cena prześmieszna, nawet nie 1 łat łotewski, bo 2 polskie złociutkie złote. A samej taśmy kilka sporych metrów.


I uszyłam sobie dyndadełko ozdobno-odblaskowe. Nie jest to dzieło sztuki i kraina staranności (mogłam ładniej), ale mojej mamie spodobało się tak bardzo, że uczyniłam dla niej egzemplarz w wersji mniej obfitującej (nie mam zdjęć, niestety). Guziczki ozdobne zostały zakupione już jakiś dłuższy czas temu przy okazji likwidacji pasmanterii. Przedstawiają nożyczki i szpulkę nici (co tak pięknie nawiązuje do moich pasji pasmanteryjnych). Zaczep wykonałam ze wstążki beżowej. Zielonej było mi szkoda. A beżowa ładnie zlewa sie z umaszczeniem torebki. W tle widać oczywiście moje serduszka.




A teraz powinnam dostać w łeb, bo mam coraz więcej odzieżowych różności, którymi powinnam się pochwalić, a nigdy nie mam wszystkich czynników sprzyjających robieniu zdjęć. Na szczęście wyprasowałam już, co miałam wyprasować, powoli komponuję stylizacje z udziałem dziergadeł (nie lubię słowa "stylizacja", jest głupie). Myślę, że zdjęcia zrobię hurtem, w czwartek może. Conajmniej pięć postów z tego będzie.
Przepraszam też, że nie nadążam z komentowaniem Waszych dokonań i wykazuje się kompletnym brakiem refleksu przy odpisywaniu na komentarze. W tym wypadku nie da się zrobić wszystkiego masowo. Przynajmniej się nie powinno... ;)

Dzisiaj wyjątkowo zaśpiewa nam zgraja brzydkich panów.

wtorek, 19 listopada 2013

Dawka nieśmiertelna



Gdyby Jane Austen słuchała Guns N' Roses, najbardziej lubiłaby Slasha. To nawet nie podlega dyskusji. A ja doszłam do wniosku, że nie potrafię rozmawiać z ludźmi o gramatyce. Nie mam cierpliwości, czuję narastanie kamienia w płucach, zalewa mnie wścieklizna. Nie warto. Głupie maniery stylistyczne rozprzestrzeniają się niczym syfilis, szkorbut i wrzody wśród marynarzy admirała Nelsona. Nie będę z tym walczyć. Ale odciąć się też nie można. Skazani jesteśmy. Nikt się nie przyzna do błędu, bo błędy nie istnieją. Wszystko jest dowolne, interpretacja osobista i wolność słowa. Naturalna ewolucja języka...

Nie potrafię też robić swetrów. Ale robię.

Nie lubię się kłócić. To prawda, mam w życiorysie kilka bujniejszych awantur, ale ze starością przychodzi rozum, konfliktowy charakter trochę mi się przeszlifował. Mam zasady, mam rację, nie muszę tego udowadniać. Tylko przykro mi jest czasami. Pocieszam się, że z przykrości jeszcze nikt nie umarł.

Nie mogłam sobie darować. Oba obrazki są moją recenzją "Cesarzowej".

"Cesarzowa" to film chińsko-hongkongski, złoty, spektakularny i dramatyczny. Zadawałam sobie pytanie, czy normalni ludzie się tak zachowują? Ale przecież rodzina cesarska to nie są normalni ludzie. Wszyscy charakteryzowali się jakąś skazą psychiczną, każdy inną. Może gdyby normalni ludzie byli na ich miejscu, też by postradali trochę zmysłów? Z przesytu - za dużo władzy, ludzi, bogactwa. Fabuła nie powala, ale sam film jest wizualnie niesamowity. Obrazki mówią więcej.

Zrobiłam jeden sweter, który będę nosić co sił. Właściwie przerobiłam stary, więc to nic nowiutkiego. W końcu zaczęłam przerabiać spódnicę. Ale będzie ładnie! Albo i nie... Zrobiłam porządek w torebce. Z tej też okazji chciałam się pochwalić tym, co dźwigam na ramieniu. Nie ma tam jednak niczego ciekawego. Może poza incepcją - noszę torbę w torbie. Skręciłam sobie również nowy ochronny odblask (Pani Matce również, ale w mniejszej formie) i będę go pokazywać, jak uruchomię aparat (nie dość, że zezowaty, to jeszcze nie mam natchnienia, żeby baterie naładować).

Torebkowa incepcja.
Wyraziłam już frustrację i zmęczenie, czas wracać do zdobywania metaforycznych górskich szczytów. Będę walczyć z zapięciem spódnicy. Planowo miała być skończona wczoraj, dzisiaj chciałam uwiecznić ją podczas małej sesji foto-foto, a około piątku silnie się chwalić, lansować. Nic z tego, wiatr w oczy, kłody pod nogi i nóż w plecy. Piękne jest życie, tylko codzienna dawka trutki za duża.

niedziela, 17 listopada 2013

Masło orzechowe i szeryf Brody

Propozycja podania.
Kryzys - najpopularniejsze słowo dekady. Każdy sobieradek wie, że nie musi rezygnować z luksusów życia codziennego, każdą dziurę można jakoś załatać. Przez kilka dni (tygodni?) chodziło za mną masło orzechowe. Ale 10 złotych polskich za 300 gram malutkich to rozbój, przemoc i wyzysk. Krysztallowa ciocia dobra rada nauczy Was dzisiaj zrobić dwie rzeczy. Nie tylko wspomniane masło orzechowe, ale jeszcze coś, co ucieszy jamniczka lub innego burkowatego czworonoga. Ale pierwsze po pierwsze - masło orzechowe!

Przepis bezwstydnie ukradłam z cudzej książki kucharskiej. Bo na herbatkę u znajomych, leży sobie książka jakaś kolorowa, ja czekam na herbatkę, a może nawet kawę, i przewracam kartki... Niby potrzebny jest thermomix, ale co mnie obchodzi... Dziadów nie stać na thermomiksy, dziady radzą sobie inaczej.
Potrzeba: orzechów ziemnych w formie solonej lub nie, zależy od spożywczych preferencji konsumenta, oliwy (ostatecznie może być olej), maszyny siekająco-mieszającej. Ja użyłam orzechów solonych z jedynego słusznego marketu w kropki, cena 3,coś PLN, oliwy z oliwek hiszpańskiej (włoska jest zakazana). Podzieliłam na dwie tury mieszania, ale pewnie nie było to konieczne. Garść orzeszków została zjedzona na surowo, więc nie zmieliłam pełnego opakowania (chyba 400g). Po suchym przemieleniu samych orzechów dodałam ok. 2 łyżek oliwy do każdej porcji, czyli można liczyć, że 5 łyżek do całości. Masło musi mieć konsystencję, to wie każdy. Gotową maź przełożyłam do słoika po mięsiwach, których ja nie jem, ale słoik ma fajny kształt. Cały słoik z czubkiem za powiedzmy 5 złotych (bo prąd, oliwa, robocizna...). Dla żarłocznego dusigrosza to dobra cena.
Smak jest idealny, niczym nie odbiega od wyobrażeń o smaku masła orzechowego. Oczywiście można garść ziaren (orzechów) zmielić grubiej (mniej drobno), domieszać do całości, żeby wyszło bardziej rustykalnie.


Różne stadia mieszania.

Rzecz druga. Zabawki dla piesków to rzecz droga. Przy jamniku-rekinie, który wszystko rozszarpuje, zupełnie nieopłacalna. Zdarza się jednak na przykład awaria rajstop. Co z tego, że kolor był kobaltowy, jeśli barwne gatki zaczynają ewoluować w oczaste stwory? Można wyrzucić, można przemianować na szmatkę do kurzu (podobno dobrze polerują), a można zwinąć w kołtun, powiązać ściśle i oddać jamniczkowi. Nie pomyślałam, żeby zrobić zdjęcie przed konfrontacją ze Szczękami. Dlatego w formie sfatygowanej:

Po pierwszym dniu użytkowania.



piątek, 15 listopada 2013

Krótka rozprawa o drożdżowym cieście

Na początek jamnik-inżynier. Bez związku z tematem. Niszczycielska siła!


Drożdżówka to dość proste ciasto do zrobienia, raczej nie może się nie udać. Nie tak dawno zapomniałam dodać jajka o wyznaczonym czasie i wmontowywałam je w ciasto na samym końcu. Nic się nie stało. Jako kuchenny anarchista nie mam stałego przepisu, mam raczej sposób. I to właśnie będzie tematem tego "tutorialu".

Używam drożdży instant. Bardziej je lubię, nie twierdzę, że są lepsze. Są łatwiejsze w przechowywaniu. Jeśli chodzi o mąkę, wybieram co jest - typy 500-550, najczęściej z domieszką krupczatki. Lubię mąkę krupczatkę, dodaje delikatności oraz dobrze sprawdza się jako mąka do posypania stolnicy/blatu. Początkowej mazi nie wyrabiam ręcznie, chociaż to możliwe. Posługuję się zdobyczami techniki, wielofunkcyjnym robotem stacjonarnym. Końcowe wyrobienie zależy od moich dobrych chęci, poziomu stresu i niechcianej agresji. Jeśli mam co odreagować, pobiję moje ciasto. Ważne jest dobre wyrobienie, zbudowanie solidnej sieci glutenowych połączeń. A teraz przejdźmy do obrazków pomocniczych.

1. 3 łyżeczki drożdży, 3 łyżeczki cukru, 3 łyżki mąki i szklankę ciepłej wody odstawiam na 10 minut. Drożdże trochę się podkarmią, zaczną działać, ciasto szybciej będzie gotowe do dalszej obróbki. Gdzieś przeczytałam, że tak się robi i w moim przypadku nieźle się to sprawdza.
2. W ciągu 10 minut zostawionych drożdżom mieszam jajka z cukrem. Całe jajka, bez rozdzielania. Sztuk 4-6, zależy od ich wielkości, cukru nie za dużo, do smaku (od 3 łyżek w górę).

Po 10 minutach uruchamiam maszynę mieszającą, dosypuję inne składniki. Gdyby ktoś jednak zdecydował się na mieszanie ręczne, powinien dosypać do drożdży trochę mąki, wymieszać, dolać jajkową maź, cały czas mieszać, roztopione masło (ok 3 łyżek), resztę mąki, może trochę maślanki/jogurtu/mleka w temperaturze pokojowej (ok. 0,5l). Cała zawartość mąki to ok. 1kg. Dosypuje się stopniowo.

3. Ciasto powinno sklejać się w jednego zwartego gluta, nie mazać za bardzo, ale też nie może być zbyt twarde.
4. Kulę ciasta odstawiamy do odpoczynku. Nakrycie jej bawełnianą ściereczką symbolizuje troskę przed wyschnięciem.


Teraz mamy godzinę wolnego. W tym czasie możemy oglądać serial, czytać książkę, robić nadzienie do drożdżówki. Po wyznaczonym czasie wracamy do piekarniczej pracy. Teraz będzie już z górki. Formujemy ciasto, zostawiamy na 40-45 minut do wyrośnięcia. Przed upłynięciem tego czasu rozgrzewamy piekarnik (temp. 160-180st.C).
1. Przygotowuję też jajko do pomazania drożdżówy. Zwykłe jajko w całości roztrzepuję widelcem.
2. Specjalnym pędzlem...
3. ...rozprowadzam maź po powierzchni ciasta.

Ciasto trafia do piekarnika na 30-40 minut. Pozostaje tylko wykonanie lukru.

4. Wyciskam sok z połowy cytryny. Zalewam nim cukier puder, ukręcam za pomocą drewnianego mieszadła. Lukier nie powinien być za bardzo rozwodniony. Konsystencja powinna przypominać... gęsty miód, bardzo leniwie toczący się. Nie dodaję niczego poza sokiem i cukrem.


Ciasto sprawdzam za pomocą drewnianego patyczka szaszłykowego. Przebijam je do dna i sprawdzam, czy drożdżówa nie zostawia mokrych, lepiących śladów. Kiedy wszystko wygląda w porządku, wyciągam ją z piekarnika i odstawiam do przestygnięcia. Gdy pierwsze temperatury opadną, ubarwiam ją lukrem. Po ciepłej lepiej się rozprowadza. Czekam aż wystygnie do końca, konsumuję.

Udanego weekendu!

PS. Mój gust muzyczny się nie poprawił, teraz słucham Taeyanga.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Jak coś zrobić?


Półtutorial koralikowy. Bardzo szybko-szybko. Jakiś czas temu chwaliłam się naszyjnikiem. Negatyfffka zapytała, ja odpowiadam. Żeby udać, iż nie jestem samolubkiem, oto właśnie przepis na coś podobnego. W sumie objaśniam tylko technikę, ponieważ głównym składnikiem jest własny pomysł oraz wyobraźnia. Nie jest trudno, nie ma komplikacji. Nie wiem, czy ktoś ten sposób opracował i opatentował, może gdzieś na świecie... Wydaje mi się, że sama to wymyśliłam na własne potrzeby.


Po pierwsze - poza pomysłem i wyobraźnią potrzeba - małych koralików, większych koralików, jednego dużego (który stanie się centralną częścią), kawałka drutu, narzędzi do jego cięcia. I to właściwie wszystko. Kto pamięta z wiązania chemiczne ze szkoły średniej? Mam ostatnio dziwny tok myślenia i wydawało mi się, że to dość podobnie wygląda. Z pewnością się mylę.

Ciekawostka:
Przez pierwszą klasę ogólniaka uczyłam się chemii, fizyki, biologii, geografii i matematyki na poziomie rozszerzonym. Że niby taki ze mnie mózg, a nie human-tuman.


Następne cztery kroki:
  1. Centralny koralik nawlekamy na drut. Dzielimy go na pół (drut, nie koralik), żeby dwie nogi wystające z koralika były równej długości.
  2. Na pierwszą nogę nawlekamy nieparzystą ilość koralików najmniejszych (w moim przypadku 5 sztuk), następnie nawlekamy koralik większy, i dosypujemy tyle samo nieparzystych małych.
  3. Nogę drucianą przebijamy przez centralny koralik po przeciwnej stronie.
  4. Powtarzamy procedurę z drugą nogą.
Oto nasza baza. Rozpoczęcie.



Powstaje ufolud. Większe koraliki są punktami krzyżowania. Teraz będziemy jechać w kółko, nawlekając na nogi nieparzystą liczbę małych koralików odseparowaną od drugiej koralikiem większym. Do centralnego już nie wracamy. Początkowo ufolud jest bardzo bezkształtny, ale powoli wyłania się z niego coś z większym sensem estetycznym.


Większe koraliki mogą być niewiele większe (żeby tylko drut 2 razy przeszedł przez dziurkę), ale mogą być też całkiem spore. Byle nie przyćmić centralnego. Nieparzysty system nie jest wartością konstytucyjną, można kierować się własnym rozumem. Ja lubię nieparzystość w symetrycznych konstrukcjach. A symetria w tym przypadku nie jest osiowa.


Po jakimś czasie na nodze dodajemy więcej niż jeden punkt krzyżowania. To zagęści siatkę oraz umocni konstrukcję. Kształt większych koralików jest dowolny, a linie mniejszych koralików mogą się zasłaniać, tworzyć warstwy.


I to już chyba wszystkie tajemnice konstrukcyjne. Czy są jakieś pytania?


środa, 6 listopada 2013

Gonna sell my car and go to Vegas, część 2

Poziomy... Faszonistyczny obów Renaty i moje trampki w kwiatki.

Kolejna szafiastość krysztallowa. I tym razem nie ma szału, jest za to niekłamana codzienność. Tak wyglądam w cywilnym przybraniu, jako Clark Kent. Ślepuję już ze starości, więc okulary maskujące są kwestią krótkoterminową.
Wspominałam o urudowieniu włosów. Jak widać na załączonych obrazkach, jest to rudy brąz, prawie niewidoczny, więc nie zdziwię się, jeśli ktoś nie uwierzy. Posłuchałam czyjejś rady dotyczącej niezdecydowania kolorystycznego. Wybrałam odcień mniej intensywny.


Wypadałoby uczynić opis garderoby. Kurtka przecenowa z czasów pierwszego pokoju toruńskiego, spodnie z Lidla, chustka w róże w spadku, biżuteria (kolczyki i sygnet) to prezenty zagraniczne, reszta z lumpków. Serduszka przy torbie zrobiłam sama. Zdjęć nie zrobiłam. Dziękuję Renacie za cierpliwość.
Włosy rozlazły mi się od wiatru. Podobno nad wodą zawsze bardziej wieje.
Właściwie nie wiem, po co cały opis. Tak naprawdę powinno się uwypuklać ciekawsze elementy, co komu po wszystkim, jeśli kurtkę kupiłam tak dawno, że w magazynie nawet ślad po niej nie został? Żałowałam, że jest czarna, że wszystkie kolorowe już dawno się rozeszły, ludzie rozdrapali, a na przecenie tylko czarny. Cóż za wzruszająca historia... W Warszawie później mi zazdrościli, że nie zapłaciłam za nią milionów, że we wsi była więcej przeceniona. Nie chcę nikogo obrażać, ale nie opłaca się stroić w stolicy, na prowincji zawsze taniej, ludzie biedne, buntownicze, nie akceptują pełnych cen.

Szafiastość nie stanie się elementem powszednim bloga, proszę się nie lękać, przygotowuję teraz 2 tutoriale i 3 chwalipięctwa odzieżowe (że niby sama coś wystrugałam), poza tym mózg marynuję w przepisach i zarządzeniach (żeby zostać milionerem), więc faszonistką nie zostanę. Nie mogę być, bo prawdziwa faszonistka nie nazywa odzieży szmatami. Podobno.


Kółka kolorowości pokazują, na co należy zwrócić uwagę.


Moje ulubione zdjęcie! Renata, Maestro!


Ciekawostka:
Drewno do pomostów jest specjalnie preparowane w taki sposób, jak widać na powyższym zdjęciu, żeby się nie ślizgać. Te wszystki rowki to umożliwiają. Czasami nawet nie jest zabezpieczane chemicznie, wystarczy odpowiednia obróbka. Jeden pan mi powiedział.

Na koniec zdjęcie gratisowe, które jest dowodem moich ogromnych zdolności fotograficznych. Nikt nie potrafi tak idealnie skomponować, tak dobrze znaleźć światła... Orli łeb w centrum też wygląda bardzo artystycznie.