niedziela, 9 grudnia 2012

Siekiera na zamarznięte morze

Nie mam gustu muzycznego, oglądam beznadziejne filmy i nie mogę ostatnio czytać powieści. Ot, dziwoląg. Wpadła mi za to w ręce książka inna. Zupełnie przypadkiem, nucąc "nie chodź, dziewczyno, do księgarni...", znalazłam dzieło Zdzisława Skroka zatytułowane "Wymowność rzeczy". Zobaczyłam, zajrzałam, uznałam za godne uwagi. Na pierwszy rzut oka przypomniało mi to "Opowieści o rzeczach powszednich" Władysława Kopalińskiego.

Autor jest archeologiem, dość kontrowersyjnym i często uważanym za lekko szalonego. Nigdy nie spotkałam się z nieszalonym archeologiem, więc to chyba cechy wymagane w zawodzie. Jeśli chodzi o kontrowersje - Skrok uważa (w skrócie), że Mieszko I był wikingiem. A dlaczego nie? Właściwie mógł...

"Wymowność rzeczy" to zbiór bardzo dobrze napisanych esejów skupionych wokół rzeczy powszednich. Możemy przeczytać o garnku, grzebieniu, ale też pozamaterialnej wartości tych przedmiotów. Nie idzie mi pisanie zupełnie, ponieważ bardzo się staram napisać najpoważniej i odpowiedzialnie podejść do tematu. Bez sensu. Zatem tak: książka się dzieli na dwie części - po wstępie (świetnym wstępie!) mamy Część I: Wymowność rzeczy. Tutaj przeczytamy o różnych pradawnościach, o tym, jak ważne są latryny. Znajdziemy też jedno ze zdań, nad którym myślałam przez kilka dni:

Śmieci są równie stare jak ludzka kultura.

Esej "Moc daru" jest jednym z tych, które spodobały mi się najbardziej. Może to dlatego, że znajduje się w nim krótki opis "skomplikowanego systemu wymiany kula". Kto czytał Bronisława Malinowskiego, ręka w górę!
Zanim jednak przejdziemy do jakichkolwiek komplikacji, zwrócimy się w stronę Marcela Maussa (kiedyś kochałam go sercem całem i czytałam jak nawiedzona), który został przez autora zacytowany. Incepcja, czyli cytuję cytat:
Jaka jest reguła prawa i interesu, która - w społecznościach prostych i archaicznych - sprawia, że przyjęty podarunek jest obowiązkowo odwzajemniany? Jaka siła tkwiąca w rzeczy, którą się daje, sprawia, że obdarowany ją odwzajemnia?
"Kłódki umarłych" to szalenie interesująca historia tajemniczych kłódek znajdowanych w grobach pobożnych wyszogrodzkich Żydów. Sprawa dla detektywa, której rozwiązanie nie jest tak spektakularne, jakby się chciało. Poza tym, w ramach symbolicznego wymiaru, wspomniano również o nadrzecznych kłódeczkach zakochanych, które tak mnie intrygowały swego czasu. Najbardziej spodobało mi się piękne podsumowanie:
Później zdarza się niestety, że proszą o pomoc ślusarza, aby ów symbol odemknąć i w ten sposób uzyskać zwolnienie z kłopotliwej obietnicy.
I don't lightly use words like forever, but I will love you 'til the end of today, śpiewał jeden brzydki pan. Może warto wziąć to pod uwagę, zanim zakluczy się jakiś złom na moście?
Pierwszą część kończy "Odwieczny łowca", esej, który uświadamia, jak zdziadzieliśmy przez wygodne życie osiadłe.

Najlepsza zabawa czeka czytelnika w części drugiej. "Archeologia domowa". Przyeczytamy o rzutniku Krokus, gramofonie Bambino, szalonych łyżwach przypinanych do butów... Wzruszył mnie piękny esej poświęcony rowerom, szczególnie ostatni akapit opisujący starego wikinga we mgle.
Jeszcze w księgarni otworzyłam książkę w miejscu zupełnie przypadkowym i natrafiłam na "Sztuczne zęby". Wtedy też, po przeczytaniu pierwszych zdań, wiedziałam: chcę, muszę przeczytać wszystko! Bo jak odłożyć, jak obojętność wykrzesać z siebie, jeśli zobaczy się coś takiego:
[Starcy] Obdarowani bogactwem wolnego czasu, wędrują bez celu po ulicach miast, prowadzeni na smyczy przez własne czworonogi, albo w zaciszu mieszkań śledzą perypetie niekończących się telewizyjnych nowel. A przede wszystkim dbają o siebie, stoją w kolejkach do lekarzy pierwszego kontaktu, znają się na odpowiednich odżywkach i preparatach przywracających młodość, troszczą o sztuczne uzębienie, przesiadują u fryzjerów, masażystów, dentystów i protetyków. Są czyści i zadbani, kobiety mają ufarbowane włosy, a mężczyźni są dokładnie wygoleni i wystrzyżeni. Ich marzeniem jest zamieszkać na Florydzie pośród arystokratycznej społeczności starców z całego świata.
 Na zakończenie powrócę do pytania, które zostało mi zadane w ramach blogowego łańcuszka. Mieć czy być? Teraz, po lekturze "Wymowności rzeczy" odpowiedziałabym cytatem. Bo primo - lans, że się zna coś więcej niż szekspirowskie być albo nie być. Secundo, cytat bardzo dobrze oddaje mój własny prywatny pogląd na sprawę.
- Jeśli tylko mógłbym mieć taki samochód, jaki kupił sąsiad, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - wzdychają. A ponieważ nie mogą zrealizować tego pragnienia, są nieszczęśliwi i tacy będą aż do śmierci. Rzeczy, chęć ich posiadania, ustanawiania za ich pomocą swej osobistej wartości, prowadzą ich do upadku i zmarnowania największej wartości, którą otrzymują za darmo w dniu narodzin i która nie jest rzeczą.
Tu kończy się moja nierecenzja, mój obrazek poskładany z wycinków. Nie potrafię zachęcać nikogo do niczego, ale tym razem naprawdę usilnie się staram - to jest bardzo interesująca i pouczająca lektura. Kto nie podniósł ręki przy Malinowskim - każda biblioteka zawiera "Argonautów...", a przynajmniej powinna. Z doświadczenia wiem, że trudniej dostać "Złotą gałąź" Frazera.

Na koniec pytanie: Dlaczego warto czytać książki?
Na przykład dlatego, że Azja Tuhajbejowicz nie czytał. I jak skończył? Baśka nie pokochała, a pół twarzy razem z okiem zmiotła jednym zdzieleniem, bo powiedział, że "Pan Wołodyjowski" jest za gruby.
- Potopuś nie widział, zaprawdę... - rzekła ona. - A masz, tym pistoletem nienabitym, po mordzie!

(Przepraszam, nie potrafię pisać sprawozdań z przeczytanego!)

6 komentarzy:

  1. Warto czytać dla mózgowej rozrywki, żeby do końca nie zgłupieć w świecie, który nas do tego tak przekonująco namawia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Recenzja jak zwykle świetna. A ta puenta, to najlepsza do czytania zachęta :D.
    Popłakałam się ze śmiechu. Sienkiewicz na pewno zazdrościłby Ci błyskotliwych skojarzeń.

    Graszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Kiedyś próbowałam przepisać "Hamleta", ale szybko mi się znudziło, bo mało akcji. Sienkiewicza lubię tylko "Pana Wołodyjowskiego", bo Baśka występuje. Sam autor był podobno zarozumiały i arcyszlachecki, więc pewnie by wzgardził ;)

      Usuń
  3. Recenzja świetna, bo już po pierwszych zdaniach poczułam nieodpartą chęć przeczytania i ogromny dyskomfort, że nie mogę owej chęć zaspokoić natychmiast...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie, koniecznie! Naprawdę warto. O zwykłym, banalnym garnku można się dowiedzieć rzeczy niesamowitych.
      A lista lektur wydłuża się już poza emeryturę... ;)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.