niedziela, 30 grudnia 2012

Zakochani są wśród nas

Wszystko jest moim zdaniem.

Chciałam już do końca roku nowego bełkotu nie tworzyć, z przyczyn różnych. Ale akurat szukałam sobie jakiegoś filmu, z Moritzem Bleibtreu, ponieważ mimo niewielkiego wzrostu, aktorem jest wielkim. I świetny bardzo jest super. Nie jakiś Bard Pitt... ale co się będę tłumaczyć? Wątek tracę. Natknęłam się na tytuł następujący - "Goethe!". Sobie pomyślałam, że po polsku pewnie było "Zakochany Goethe" i miałam rację. Nie obejrzę, gdyż życiorys poety wypalił piętno na moim mózgu, bardzo mi przykro, nie lubię też takich fantasy-biografideł w stylu szalonego romansu spróchniałego pisarza. Ruszyłam za to śladem. Pierwszy był Szekspir, wszyscy pamiętamy wzruszające oczy Josepha Fiennesa (wolę Lorda Voldemorta Fiennesa).


Były Oscary, były brawa, było pięknie. Zróbmy to jeszcze raz! Ba-bach-bum! Zakochała się Jane Austen.


Anne Hathaway ma taki dziwny sposób mówienia i nie mogę jej polubić. Film widziałam, zachwycona nie jestem. Trochę maniakalny, trochę nijaki, za małe natężenie dramy, za dużo dziwnych, przekombinowanych figur retorycznych. Ale dobrze, Jane była zakochana jak ta lala, mrugała oczętami, uśmiechy słała. Film odniósł jakiś tam mały sukces, bo wystąpiła Maggie Smith.
Lecz nie było nam dość, nam niezakochanym, pragnącym miłości (o pragnieniu miłości też bym mogła napisać, połączyć oba tematy, ale zgorzkniałość by mi w głowie wybuchła) . Do zakochania jeden krok, śpiewają, i krok ten zrobił wśród kwiecistej łąki Molier z rozwianym włosiem.


Romain Duris zarośnięty jak jeszcze nigdy! Nie przepadam, naprawdę. Taki typ dla dziewcząt wzdychających w takt pieśni: My new favourite thing to do, is wasting my time on a bum like you. Picuś niedbale francuski. Ja nie mogę patrzeć. Dlatego też filmu nie zobaczę. Kumulacja jakaś.
Zapytuję więc figurkę na plakacie:
- Co tam niesiesz, panie Molier, na plecach?
Odpowiedzi się nie spodziewam, bom nie Henryk Kwiatek. Domyślam się jednak, że w torbie jest gotowy scenariusz filmu o następnym literacie szalejącym z miłości.


O, proszę, nawet czcionka tytułowa niewiele się zmieniła. Romantycznie, wall kiss w ruinach wśród padającego deszczu. Ten deszcz to chyba z załamania chmury padł. I właściwie nie wiem, czy chcę zobaczyć to w formie godzina czterdzieści. Nawet Bleibtreu mnie nie zachęca (całe szczęście, że nie on wcielił się w JWG, uff!).
Zastanawiam się, kto będzie następny? Zakochany Dickens? A może Sofokles? Chociaż dla równowagi powinna być babka.

W ramach mojego uwielbienia do zakochanych tytułów, kilka innych, które fascynują, uczą, bawią i wychowują:


Dzięki temu dowiedziałam się, jakie jest znaczenie imienia Camille. Świetna sprawa, bo zawsze mi się wydawało, że coś tam Rzymianie sobie ustrugali po łacinie, ale myliłam się. Człowiek uczy się przez całe życie.

Bardzo ładny tytuł można też zepsuć w sposób następujący, zakorzeniający się w popkulturze i niemożliwy do zapomnienia:


Dlaczego, why, por qué? Bo "Lady and the Tramp" nie brzmi po polsku. Dama i łajza. Rzeczywiście nie ma magii chwytliwości. Ale... Primo - to były też swego rodzaju osobiste nazwy stworów, secundo: tworząc "Zakochanego kundla" stawiamy postać Trampa w uwypukleniu, pomijamy Lady, czyniąc z niej mniej aktywnego bohatera. Percepcja zostaje zaburzona.

Czepiam się, czepiam się, la la la...

A na koniec najlepszy z najlepszych, mistrzostwo świata, szklana pułapka i wirujący seks zakochanych (tutaj mi niepokojąco zabrzmiało...):


Bond naszych czasów w filmie dla cierpliwych. Długo zastanawiałam się kto taki film pokarał tytułem przerażająco odklejającym się od właściwego. Bo naprawdę "Flashbacks of a Fool". Jest głupiec oryginalnie, ok. Ale bohater jest pisarzem, więc nie żałujmy, dostrzelmy do głupca zakochanie. I jedziem z koksem, panie Zdziśku! Innego wytłumaczenia nie znajduję. Czy Bond udający pisarza był zakochany? Owszem, zdarzyło się. Więc nikt nie skłamał, proszę państwa.

Zabrzmię więc ostatecznie. Panie tłumaczu tytułów! Ty skajfolu*!

*wraz z siostrą stwierdziłyśmy, że skyfall brzmi jak polskie obraźliwe, ordynarne wyzwisko.

piątek, 28 grudnia 2012

Jeśli płakać to tylko ze śmiechu



Chciałam napisać o grach planszowych i rysowaniu tatuaży długopisem z Rymanowa, ale okazało się, że to wyzwanie przekroczyło moje możliwości. Zostały tylko obrazki. Wszystko przez głowę wypełnioną trocinami, ale to już jest historia na powieść Paulo Coelho.
Pierwsza rycina (tam na górze^) ma za zadanie odciągnąć uwagę oglądającego od brzydkiej pogody, która się ostatnio rozpanoszyła. Nie wiem, jak jest w innych regionach, ale u mnie błoto, szaro i nieatrakcyjnie. A teraz oto poniżej, burackie zdjęcia końcoworoczne (królik ma na imię Henia):





czwartek, 20 grudnia 2012

Kryptonim: Mean Mister Mustard

Będzie to narzekanie kulinarne. Postanowiłam stać się postacią opiniotwórczą... ;)

- Jeśli ma się dobrą musztardę, nawet parówki można zjeść - powiedziała moja najszanowniejsza Babuszka. Muszę się z tym stwierdzeniem zgodzić. Dlatego podjęłam misję, której celem jest odnalezienie dobrej musztardy. Osobiście uwielbiam taką, po której oczy pękną, a z gardła wylewają się płomienie. Najbardziej, potwornie, okropnie ostrą.

Początkowo w lodówce mieszkała zwykła biedrońska, ale to tylko słony substytut, nie nadaje się do jedzenia na surowo, zazwyczaj używana jest jako półprodukt. No to czas lans, pomyślałam, strzelamy w jakąś górną półkę.
Jako pierwsza pojawiła się Kamis bardzo ostra rosyjska. Zadowolona z siebie robię kanapeczki z jakimś mięsiwem, zdrowym chlebkiem orkiszowym, tralalala... Musztarda dla uwieńczenia. Jem, spożywam, przeżuwam i zastanawiam się - gdzie ta ostrość obiecana? Czuć octem, solą, zupełny brak jakiejkolwiek głębi smaku. Ok, znajdziemy inny produkt, angebot bogaty, sklepowe półki wręcz uginają się pod gorczycowymi słoikami różnej rasy, koloru i narodowości.
Prymat, również rosyjska. Trzy papryczki na okładce i zapowiedź, że bardzo ostra. Już się boję, panie tego... Niby ma potencjał, smak musztardowy został zachowany, ale po ostrości ani śladu. Retrospekcja: była kiedyś też jakaś dijon, dar z Francji, ale słone dziadostwo i strasznie maziowate, do musztardy tylko z koloru podobne. Olśniło mnie w pewnym momencie - ktoś z Ukrainy przywiózł kiedyś fest kozacki produkt, ogniowa dezynfekcja jamy ustnej. Ale Ukraina daleko, a ktoś się nie wybiera w dniach najbliższych... Polecił za to słowackie słoje gorczycowe, gdyby jakby można było. Produkty zostały poproszone, bo akurat w Republice Czeskiej się kompetentna osobistość znalazła. W między tak zwanym czasie: co jest blisko? Kętrzyńskie Majonezy i ich produkty. Musztarda kętrzyńska krzepka sarepska. Ciekawy regionalizm, ale na mój język za dużo octu. Smak dobry, ostrzejsza niż Prymat, ale nie o taką jakość mi chodziło. W tym czasie moja skarga została rozważona przez prymackie zakłady, bardzo ostra rosyjska stała się ostrzejsza, dodatkowo wypróbowałam chrzanową, która wypadła w zestawieniu całkiem nieźle. Delikatesowa okazała się godna nazwy, a kremska takim tam dodatkiem sałatkowym, w stylu biedrońskiej. Znajoma starsza pani poradziła - zawsze można zrobić musztardę osobiści. Ziarna gorczycy zostały zakupione. Pojawiły się jednak słoje pochodzenia słowackiego. Snico, od pokoleń. I oto nagle, w końcu, nastąpiła horčica s feferónmi. Miłość kulinarna. Ostra, smaczna, wybitna. Żeby jednak wszystko ładnie poukładać, zbudowałam następującą tabelkę:

 
musztarda zapach smak kolor konsystencja skład uwagi
Rikka, chrzanowa chrzanowo-musztardowy trochę za słona, smak słabo zgodny z nazwą ciemny, ale odpowiedni lekko zbyt mazista, miejscami rozwodniona eko oko może zwątpić produkt biedroński, nadający się od przetworzenia, właściwie półprodukt
Kamis, rosyjska odpowiedni lichy, octowy, słony, nieostry wymarzony sympatycznie nie tak bardzo maziowata, konkretna zawiera cukier lub syrop glukozowo-fruktozowy, hmmmm... nigdy więcej
Prymat,rosyjska (nr 1) bardzo ładny, obiecujący to jest musztarda, bez wątpienia, ale nie taka ostra, jak obiecuje etykietka, można jeść jak krem czekoladowy, zero ostrości musztardowy idealna nie taki straszny gdyby nie ten brak ostrości...
Kętrzyńska, krzepka sarepska dogłębny, aż oczy wypala trochę zbyt wyraźna nuta octowa, ostrość zadowalająca ciemny, tajemniczy... rozjechana mazia eko jak trza na przykład do różnych gotowanych mięs
Prymat, rosyjska (nr 2) bardzo ładny, obiecujący nuta ostrości nie gra już z nami w kulki, wyraźnie wyczuwalna musztardowy idealna nie ma czego się bać mogło być ostrzej, ale zdecydowanie lepsza od swojej bliźniaczki, bardzo smaczna
Prymat, kremska dziwny, niepokojący, jakby smar jakiś? dziwny, niepokojący, z nutą musztardową, łagodna bardzo estetyczny lekkie rozwodnienie tematu przewodniego nie brzmi groźnie sałatkowa, ale zapach i smak trochę odstraszają, not my cup of mustard, a może to tylko taka seria ze złej linii
Prymat, chrzanowa wyraźnie chrzanowy wyraźnie chrzanowy jasny taka, jak powinna być niestraszny jedna z lepszych chrzanowych, lekka ostrość, dużo smaku
Prymat, delikatesowa delikatny, bardzo ładny jak nazwa, musztarda niunia śliczny, musztardowy, jasny łatwa aplikacja, nie maże się, nie denerwuje nie widać strachu estetycznie i z klasą, na śniadanie u Tiffany'ego
Snico, z feferoną słodki, paprykowy ostra, charakterystyczna, pyszna musztardowy o odcieniu paprykowym miła i wygodna izglukozowy sirup moja ulubiona
Snico, francuska musztardowa inhalacja obrzydliwie słona w pierwszym momencie, później sympatycznie musztardowa żółciutki o zabarwieniu musztardowym delikatna, mazistość nie przekracza dozwolonego poziomu milion różnych dziwnych konserwujących rzeczy nie pokocham przez makabryczną słoność

Powyższe zestawienie jest silnie subiektywne, powstało z mojej własnej, wolnej woli, nie mam na celu producentów obrażać ani wywyższać. Nikt mi nie zapłacił, sama chciałam. Nawet nie chodzi o opiniotwórczość (ale o nabijanie postów). Teraz zostaje mi tylko jeszcze ukręcenie gorczycy własnoręcznie. I zapowiada się doświadczenie ciekawe, które zostanie opisane w następnym odcinku musztardowym. Lecz zanim to nastąpi, opiszę jeszcze walkę z zimą, zimnem i śniegiem.

Obrazki nie wystąpiły, gdyż jestem po aktualizacji systemu i nie potrafię się w tej genialności znaleźć.

wtorek, 11 grudnia 2012

Dance with me pretty boy tonight


Z chłopami tak zawsze... Little Joan wyszła jak zwykle, Santdżon miał problemy. Wszystkie zdjęcia z jego udziałem nie nadają się do niczego. To też moja wina, bo ubrałam jak sierotę. Ale przecież i sierotka potrafi jakiś fire ze swoich zapałek wykrzesać. Za pierwszym razem się nie udało*.
Nadal się bawię planetami, więc nic poważnego, teraz zupełnie bez tematu i koncepcji przewodniej. Tylko po to, żeby Jowiszem przylansować.





*Ale od czego są drugie razy?


Piękny Santdżon został przebrany, uczesany, aż nagle: Boom! Boom! Pow! Przeistoczył swą istotę w istnienie istotniejsze. I będzie jeszcze więcej obrazków!  Nie tylko z powklejanymi planetami, bo odkryłam również krajobrazy naziemne. Muszę również przyznać, że Santdżon prawdopodobnie na dłużej zatrzyma nową fryzurę.








 
Odzież już się tak bardzo nie zmienia, gdyż zapomniałam, nie przygotowałam kostiumów scenicznych w wystarczającej ilości. Trochę żałuję, ale z drugiej strony, będzie powód do publikowania kolejnych lalkowych postów. Obiecuję już nie przesadzać pod względem świetlnej ozdobności. Zaprzestanę.
Jest to ostatni post maratoński, na życzenie Haneczki, żeby pisać, bo ona nie ma co czytać. W przygotowaniu mam też opowieść o poszukiwaniu najlepszej musztardy, ale jeszcze trwa zbieranie materiałów połączone z degustacją.

niedziela, 9 grudnia 2012

Siekiera na zamarznięte morze

Nie mam gustu muzycznego, oglądam beznadziejne filmy i nie mogę ostatnio czytać powieści. Ot, dziwoląg. Wpadła mi za to w ręce książka inna. Zupełnie przypadkiem, nucąc "nie chodź, dziewczyno, do księgarni...", znalazłam dzieło Zdzisława Skroka zatytułowane "Wymowność rzeczy". Zobaczyłam, zajrzałam, uznałam za godne uwagi. Na pierwszy rzut oka przypomniało mi to "Opowieści o rzeczach powszednich" Władysława Kopalińskiego.

Autor jest archeologiem, dość kontrowersyjnym i często uważanym za lekko szalonego. Nigdy nie spotkałam się z nieszalonym archeologiem, więc to chyba cechy wymagane w zawodzie. Jeśli chodzi o kontrowersje - Skrok uważa (w skrócie), że Mieszko I był wikingiem. A dlaczego nie? Właściwie mógł...

"Wymowność rzeczy" to zbiór bardzo dobrze napisanych esejów skupionych wokół rzeczy powszednich. Możemy przeczytać o garnku, grzebieniu, ale też pozamaterialnej wartości tych przedmiotów. Nie idzie mi pisanie zupełnie, ponieważ bardzo się staram napisać najpoważniej i odpowiedzialnie podejść do tematu. Bez sensu. Zatem tak: książka się dzieli na dwie części - po wstępie (świetnym wstępie!) mamy Część I: Wymowność rzeczy. Tutaj przeczytamy o różnych pradawnościach, o tym, jak ważne są latryny. Znajdziemy też jedno ze zdań, nad którym myślałam przez kilka dni:

Śmieci są równie stare jak ludzka kultura.

Esej "Moc daru" jest jednym z tych, które spodobały mi się najbardziej. Może to dlatego, że znajduje się w nim krótki opis "skomplikowanego systemu wymiany kula". Kto czytał Bronisława Malinowskiego, ręka w górę!
Zanim jednak przejdziemy do jakichkolwiek komplikacji, zwrócimy się w stronę Marcela Maussa (kiedyś kochałam go sercem całem i czytałam jak nawiedzona), który został przez autora zacytowany. Incepcja, czyli cytuję cytat:
Jaka jest reguła prawa i interesu, która - w społecznościach prostych i archaicznych - sprawia, że przyjęty podarunek jest obowiązkowo odwzajemniany? Jaka siła tkwiąca w rzeczy, którą się daje, sprawia, że obdarowany ją odwzajemnia?
"Kłódki umarłych" to szalenie interesująca historia tajemniczych kłódek znajdowanych w grobach pobożnych wyszogrodzkich Żydów. Sprawa dla detektywa, której rozwiązanie nie jest tak spektakularne, jakby się chciało. Poza tym, w ramach symbolicznego wymiaru, wspomniano również o nadrzecznych kłódeczkach zakochanych, które tak mnie intrygowały swego czasu. Najbardziej spodobało mi się piękne podsumowanie:
Później zdarza się niestety, że proszą o pomoc ślusarza, aby ów symbol odemknąć i w ten sposób uzyskać zwolnienie z kłopotliwej obietnicy.
I don't lightly use words like forever, but I will love you 'til the end of today, śpiewał jeden brzydki pan. Może warto wziąć to pod uwagę, zanim zakluczy się jakiś złom na moście?
Pierwszą część kończy "Odwieczny łowca", esej, który uświadamia, jak zdziadzieliśmy przez wygodne życie osiadłe.

Najlepsza zabawa czeka czytelnika w części drugiej. "Archeologia domowa". Przyeczytamy o rzutniku Krokus, gramofonie Bambino, szalonych łyżwach przypinanych do butów... Wzruszył mnie piękny esej poświęcony rowerom, szczególnie ostatni akapit opisujący starego wikinga we mgle.
Jeszcze w księgarni otworzyłam książkę w miejscu zupełnie przypadkowym i natrafiłam na "Sztuczne zęby". Wtedy też, po przeczytaniu pierwszych zdań, wiedziałam: chcę, muszę przeczytać wszystko! Bo jak odłożyć, jak obojętność wykrzesać z siebie, jeśli zobaczy się coś takiego:
[Starcy] Obdarowani bogactwem wolnego czasu, wędrują bez celu po ulicach miast, prowadzeni na smyczy przez własne czworonogi, albo w zaciszu mieszkań śledzą perypetie niekończących się telewizyjnych nowel. A przede wszystkim dbają o siebie, stoją w kolejkach do lekarzy pierwszego kontaktu, znają się na odpowiednich odżywkach i preparatach przywracających młodość, troszczą o sztuczne uzębienie, przesiadują u fryzjerów, masażystów, dentystów i protetyków. Są czyści i zadbani, kobiety mają ufarbowane włosy, a mężczyźni są dokładnie wygoleni i wystrzyżeni. Ich marzeniem jest zamieszkać na Florydzie pośród arystokratycznej społeczności starców z całego świata.
 Na zakończenie powrócę do pytania, które zostało mi zadane w ramach blogowego łańcuszka. Mieć czy być? Teraz, po lekturze "Wymowności rzeczy" odpowiedziałabym cytatem. Bo primo - lans, że się zna coś więcej niż szekspirowskie być albo nie być. Secundo, cytat bardzo dobrze oddaje mój własny prywatny pogląd na sprawę.
- Jeśli tylko mógłbym mieć taki samochód, jaki kupił sąsiad, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - wzdychają. A ponieważ nie mogą zrealizować tego pragnienia, są nieszczęśliwi i tacy będą aż do śmierci. Rzeczy, chęć ich posiadania, ustanawiania za ich pomocą swej osobistej wartości, prowadzą ich do upadku i zmarnowania największej wartości, którą otrzymują za darmo w dniu narodzin i która nie jest rzeczą.
Tu kończy się moja nierecenzja, mój obrazek poskładany z wycinków. Nie potrafię zachęcać nikogo do niczego, ale tym razem naprawdę usilnie się staram - to jest bardzo interesująca i pouczająca lektura. Kto nie podniósł ręki przy Malinowskim - każda biblioteka zawiera "Argonautów...", a przynajmniej powinna. Z doświadczenia wiem, że trudniej dostać "Złotą gałąź" Frazera.

Na koniec pytanie: Dlaczego warto czytać książki?
Na przykład dlatego, że Azja Tuhajbejowicz nie czytał. I jak skończył? Baśka nie pokochała, a pół twarzy razem z okiem zmiotła jednym zdzieleniem, bo powiedział, że "Pan Wołodyjowski" jest za gruby.
- Potopuś nie widział, zaprawdę... - rzekła ona. - A masz, tym pistoletem nienabitym, po mordzie!

(Przepraszam, nie potrafię pisać sprawozdań z przeczytanego!)

sobota, 8 grudnia 2012

Sekretne życie jamników

Na początek zachęcam do zapoznania się z filmem, który wiele mówi o jamniczku.

Psy długie mają bogate życie wewnętrzne. Jestem szczęśliwym człowiekiem, który może przebywać w towarzystwie dwóch osobników tego gatunku.
Pani Żujka jest starszą, stateczną panią hrabiną, księżniczką, która wymaga całkowitego zapatrzenia w jej drobne oblicze, jest gotowa przyjmować hołdy, ale też potrafi się dobrze bawić. Kiedy tylko zechce, oczywiście.
Gustaw Śrubek Piotrowski to jamnik młody, trochę jeszcze niepewny, skrzywdzony przez poprzedniego właściciela. Nie zastanawia się długo, doskonale wie, jakie są jego cele krótkoterminowe, konsekwentnie do nich dąży - po trupach również.

Przyznaję, mam źle w głowie. Za każdym razem, kiedy widzę na ulicy gdzieś, psa rasy wiadomej, przechodzę na ultradźwięki i wykrzykuję: "Jamniczeeeek!". To nie jest normalne. To rodzinna przypadłość (pozdrawiam moje Siostry!).




Po trzech miesiącach (to już kwartał!) Gustaw zadomowił się na tyle, że nielegalnie skacze po fotelach, przyjaźnie podgryza ludzkie ręce, nie boi się już prawie niczego i generalnie - pies na wyprawy z niego idealny. Pani Żujka, z racji wieku, nie przepada za międzyśnieżną dreptaniną. Musiałam dziada nieść w drodze powrotnej, bo mam serce czułe na jej dygotawki. Tak... Hrabina często trzęsie się także z zazdrości. W rozpaczy. Kiedy wszyscy kierują wzrok swój na Gustawa, chwaląc jego mężne oblicze, dumny profil i waleczne dokonania, pani Żujka staje się malutka, nabiera niecharakterystycznej dla siebie kruchości, rozgląda się wzrokiem zbolałym, i zaczyna wytrząsać. Taka biedna, taka niekochana, opuszczona. Czasami uruchamia również efekty dźwiękowe i popiskuje cicho. Czy pan widzi tę drżącą jamnicę? Jej bezbronność, co w tych słowach łka...
Na szczęście oba stwory zakolegowały się już. Nie tylko nie przeszkadza im wzajemne towarzystwo. Uczą się od siebie. Z jednej strony dobrze, ale z drugiej - oto powstają jamniki ostateczne. Wersje tak udoskonalone, że nic nie będzie w stanie powstrzymać ich od opanowania całego świata, a przynajmniej tej części, która najbardziej im się podoba.



czwartek, 6 grudnia 2012

Królik doświadczany


Króliki opanowały mój świat. Przerażająca to myśl, bo za królikiem w postaci zwierzęcej nie przepadam. Ale królik w formie dekoracyjnej sprawdza się lepiej niż kot lub pies.


Zdjęcie nr 1 (jak widać, nie moje, bo ładne) - ciastka przyozdobione. Lwy były głosem rozsądku, bo ja bym wszystko w króliki ubrała.
Nr 2 - rękawiczki prezentowe. Ludzie wiedzą, że moją głowę wypełniają trociny wirujące w rytm uciążliwego bam-ba-bam-bam-bam-bam. Już mam zapowiedziane następne podarki z motywem. Jeśli ktoś chce zrobić mi prezent - to naprawdę nie jest trudne.
Nr 3 - namalowałam! W naturze wygląda ładniej, strasznie go zdjęcie wypaczyło, kolory zdechły i tak dalej.


I kolejne zdjęcie tego samego, wykonane o innej porze dnia (kolory bardziej słuszne, ale krzywość niesamowicie odstraszająca):


To nie jest koniec tematu królikarskiego, bo jak wspomniałam na początku - inwazja trwa. Systematycznie będę kolejne potworki pokazywać.

niedziela, 2 grudnia 2012

Extraterrestrial


Koncepcja znowu się rozmyła, bo zaczęłam się bawić planetami. Na pierwszym obrazku jeszcze tego tak bardzo nie widać, bo tylko cień Merkurego się pojawia, ale dalej jest już lepiej. Proszę mi nie wmawiać zgapienia od Rihanny, bo to wcale nie tak. Byłam raczej nie do końca zadowolona z wykonanych przeze mnie zdjęć, a za leniwa jestem, żeby poprawiać sesję. Dlatego pomyślałam, że i tak do niczego się nie nadają, więc zanim wywalę lub zarchiwizuję w inny sposób, zobaczę jeszcze, co się stanie jeśli użyję różnych narzędzi. Nie jestem jakoś uzdolniona graficznie, wiedzy również nie posiadam. Coś tam wyszło.
Zamysł lekko pominięty - obie lalki w takich samych okolicznościach, żeby się zastanowić, która lepiej. A że ponaklejałam Jowisze i Saturny, czy nawet this bitter Earth, trudno cokolwiek określić, ponieważ widok został zagłuszony.
Nie jest to jakiś poważny, zorganizowany post, tak tylko, z serii w przerwie programu proponujemy... :)
Zrobię jeszcze LJ&SJ międzypalnetarnych. Podoba mi się efekt. Następnym razem będzie jednak o uroczych królikach.





(klik, klik, klik, piosenka, wcale nie Rihanna)

sobota, 1 grudnia 2012

Nad głową łuna, czuły jak struna, czterokopytna duma

Istnieją dzieła sztuki, które potrafią człowieka poruszyć, które trafiają kolcem wzruszenia w najczulszy wewnętrzny organ. Wie się od pierwszego spojrzenia - jest to Sztuka, dzieło Wielkie, Arcydzieło. I można opisywać oraz interpretować, poddawać różnym analizom, co być może ma nawet sens. Można też patrzeć, wpatrywać się bez cienia znudzenia, z każdą chwilą coraz głębiej odczuwając bolesną wręcz radość wynikającą z obcowania z dziełem.


Rysunek został wykonany prawdopodobnie przez moją młodszą siostrę (komisja tak orzekła - taki styl konikowy raczej charakterystyczny był właśnie dla jej wczesnej twórczości). Odnaleziono niedawno wśród wykrojowo-swetrowych przepisów z lat dawnych. Były też kaczuszki narysowane przeze mnie, ale nie tak spektakularne jak rumak i jego jeździec.


(klik, klik, klik)