środa, 3 października 2012

Och, jak boli w sercu!

Początkowo chciałam napisać o jednym filmie, ale okazuje się, że słowo "słabizna" to za krótka recenzja. A przecież wszystko się w tym właśnie słowie złotym zamyka. Dlatego będzie o piramidzie złomu, o filmach, które niszczycielską falą tsunami kłamstwa zalewają umysły nieświadomych.
Polskie tytuły są głupie, zaznaczam na początku. Ale o tym wiemy wszyscy. I uwaga, uwaga, zdradzam zakończenia!

Och, sranie w banię. Właśnie takie filmy niszczą mózgi. Potencjalnym odbiorcą jest kobieta, bo to przecież dla niej z ekranu uśmiecha się Josh Duhamel. Ja twierdzę, że nie należy do godnych zawieszenia oka, ale co tam kto lubi, nie mówmy o mnie, tylko o potencjalnej kobiecie.
Ale jedziemy z koksem.
Babeczka (Katherine Heigl) jest perfekcyjną perfekcjonistką, to wiemy już od pierwszej sekundy, ponieważ perfekcyjnie się stroi. On jest niedorosłym dziadem wiodącym motylkowe życie. Ma głupie nazwisko i wygląd niedbałego sexy lumpa. Ja daję żółtą kartkę na wstępie. I nie tylko jemu, całej wspaniałej historii. Bo już wiemy, jak się ona potoczy.
Bohaterka jest kimś, kim chciałaby być potencjalna kobieta lubiąca oglądać filmy ociekające watą cukrową. Zapchasz się słodkim i twoja aorta nie wytrzyma tego, radzi ostrzegawczo Minister Zdrowia, Bartosz o błękitnym spojrzeniu. On również troszczy się o potencjalną kobietę. Nie jest chyba żonaty (strona ministerstwa milczy w tek kwestii, jako i Wikipedia), więc do boju, potencjalna kobieto! Jest kawalerem Orderu Uśmiechu, więc może i nie na wyrost... Zaprzysiężony, więc może zapiera się żony, nie wiemy. Zostawmy już pana, bo to niesympatyczne tak ingerować w życie osobiste.
Bohaterka jest smart jak jej samochód. On łazi za babami, a raczej one za nim. Nawzajem nie lubią się, by nie rzec nienawidzą. Ale oczywiście on się przemienia, nadchodzi love! Trochę dramy na ożywienie akcji, jakiś smutkiem ziejący humor, płaski jak Lake Bonneville, gdzie bije się rekordy prędkości (btw, polecam gorąco Prawdziwą historię z Hopkinsem, to jest o miłości i pasji opowieść). Ale wiadomo, że miłość zwycięży, wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
Ja pytam, co to ma być? To jest wmawianie potencjalnej kobiecie, że jak faceta nienawidzisz, a on ciebie, to jesteście dla siebie stworzeni i do zakochania jeden krok, jeden jedyny... Bzdura! Jak kogoś nie lubisz, a on ciebie, to znaczy, że go nie lubisz, a on ciebie. I żyć bez niego możesz doskonale, wcale nie jest konieczne przeżywanie ciągu zdarzeń nieprawdopodobnych, by uczucie zatriumfowało na końcu. Jeśli ktoś jest kawałem odwłoka, to niestety, ale miłość go nie przemieni w księcia z bajki. Lajf iz lajf, na na na na na...
Filmem zupełnie takim samym jest Brzydka prawda. Niczym się nie różni, nawet twarzą głównej bohaterki. I cała reszta wszystkich najpopularniejszych romantycznych komedii.

Och, Bridget
Dziennik Bridget Jones trochę wyrasta poza najprymitywniejszy schemat. Bo ona nie lubi Marka z powodu działań dywersyjnych czarnego charakteru. Tu mamy do czynienia z mylącymi pozorami. Osoba trzecia przeszkadza wspaniałej miłości, a Bridget jest na tyle głupia, że naiwnie wierzy cwaniakowi. Duma-i-uprzedzenie style, nawet nie ukryty przecież, ale o wiele sympatyczniejszy od nie=tak.
Tutaj zmieszczą nam się opowieści o zranionych, smutnych panach, którzy zaniedbali swoją słodką osobowość, lub ukryli w głębi serca i czekają na nieboraczkę, która swym urokiem osobistym i mocą miłości, wydobędzie z nich dobre cechy. Dlaczego ten platfus jeden z drugim, sam się nie weźmie do roboty, dlaczego wszystko spada na głowę potencjalnej kobiety? Nigdy jej nie powie na wstępie, że jakaś paskuda puściła go kantem i się zranił. Wszyscy wiedza, tylko bohaterka nie wie. Jakaś plotkoodporna? Nie czyta pudelka i nie żyje na gorąco? Aż dziwne, bo tonie w poradach z Cosmo i słucha przyjaciółek niczym tresowana makrela. Jakoś tak bez głowy wszystko. Chociaż te przyjaciółki również bywają podstępne...
Zanim wszystkie karty zostaną odkryte, akcja zastyga w dramatycznej pozie. Wtedy najpewniej trzeba wysłuchać, co ktoś trzeci, czwarty, lub piąty ma do powiedzenia, poczekać aż fakty retrospekcyjne przetoczą się przez kurzy móżdżek, po czym wybiec w kalesonach za ukochaną osobą.
- Bejbe, bejbe, wiem już o wszystkim, przepraszam, kocham cię!
Serduszka wybuchają na niebie, forever love.
Tak właśnie działają Listy do Julii, Fei chang wan mei (tu jest So Ji Sub, to warto zobaczyć) i inne jeszcze. Te komedie romantyczne są lepsze.

Och, dlaczego?
Tu już tracimy lekki komediowy urok, zaczyna się dramatyczna walka o uczucie. Opierać moje obserwacje będę głównie na kinie koreańskim, bo jest to zjawisko występujące w co trzeciej produkcji romantycznej. Albo częściej nawet.
Spotykają się ludzie, nie lubią na początku, później nie mogą żyć bez siebie, ale nagle (lub nie tak nagle) któreś z nich umiera lub zapada na nieuleczalną chorobę, która w końcu wykończy kruchą postać.
Kombinacje są różne, różnie wzruszające, czasami męczące, czasami nieznośne, czasami tak dziwne, że widz już nawet nie wie, co myśleć.
Parang-juuibo, Baekmanjangja-ui cheot-sarang. Dziewczyna umiera na groźną chorobę, której siła żadna nie jest w stanie uleczyć. Siła miłości dodaje jej sił, by zostawić po sobie coś, co doda sił osieroconemu ukochanemu. Oczywiście nie musi umrzeć literalnie, może zniknąć gdzieś, gdyż okoliczności nakazują, a ona chce ratować swego ukochanego (Geuhae yeoreum).
Oczywiście mamy do czynienia z takimi historiami również w kinie zachodzącego słońca, więc nie jest nam to obce.
Czego się uczy potencjalna kobieta? Prawdziwa miłość to ból i cierpienie, ale również nadzieja. Na zawsze zostaje na serca dnie i całkowicie zmienia życie. Albo się umiera, albo się staje lepszym człowiekiem. Kurza stopa, Zbyszko z Bogdańca. Takie fiu-bździu ożeniło się z Danką. Krzyżacy ukatrupili blondyneczkę, chłopak zmężniał, dorósł i stał się prawdziwym, wartościowym rycerzem.

Och, Romeo!
Szczyt szczytów, miłość zwycięża, ale kosztem życia obu stron. Jestem stwór bez serca, ale naprawdę śmiałam się niemal do utraty tchu (byłaby trzecia ofiara romansu) na Latawcach. Groza, akcja, wielka miłość, nagromadzenie przeciwności i dramatyczna decyzja ostateczna. Niby się na początku nie kochają, lekki model nr 1, czyli ona jego może, on jej nie, później trach! bach! love pod niebo, ale zakazane i niebezpieczne, aż w końcu ona umiera, on ją mści i sam umiera. Bzdura totalna. Nie wiem, dlaczego to oglądałam, może mnie zwabiły bollywoodzkie klimaty? Albo jakąś skomplikowaną bluzkę konstruowałam? Nie pamiętam.
Romeo i Julia, nie mogą być ze sobą, to chociaż sobie umrą razem (albo osobno, ale i tak razem).

Och, życie?
Teraz najważniejsze. Jak to ma się do życia? Nijak. Znam kilka osób, które wierzą w prawdy przekazywane w filmach skierowanych do potencjalnej kobiety. Ludzie protestują, że zwierzęta są żywcem ze skóry obdzierane. Ja protestuję przeciw obdzieraniu żywych ludzi z mózgu. Wszystko robi się poprawne do wyrzygliwości, żeby nie urazić uczuć, żeby spełnić wyśnione marzenia, żeby potencjalna kobieta uwierzyła w siebie, że znajdzie miłość swego życia. Idź, potencjalna kobieto, zapisz się na kurs nurkowania, poczytaj o czymś mądrym, na przykład pompie dyfuzyjnej, i nie zawracaj sobie czerepu rubasznego jakimiś głupotami.
Rodzi się pytanie, dlaczego ja oglądam komedie (i tragedie) romantyczne? Otóż ja ich nie oglądam w pełnym skupieniu. Chcę, żeby coś mi gadało, kiedy na przykład dziergam sobie sweter. Bo samo mechaniczne dzierganie nie jest pochłaniające. Poza tym pracuję nad rozwojem mojego władania językiem obcym. Koreański mnie przerasta, więc są napisy (najczęściej angielskie, bo znajdź człowieku po polsku koreański film, nie horror i nie Kim Ki-duk). Nawet zauważyłam, że europejski angielski jest bogatszy. Jedyne trudne słowa w amerykańskich filmach to nazwy chorób. I po trzecie primo - ze względów kulinarnych. Bohaterowie coś jedzą, ja się zainteresuję, co to jest, poszukam przepisu, ugotuję/upiekę. Uwielbiam filmy z tłem spożywczym. Bardzo inspirujące. Lubię, kiedy przygotowują wesela, wybierają tort. Albo idą na "dejt" i jedzą coś ciekawego. To najlepszy ułamek całej treści. Najpełniejszy, najbardziej fascynujący.

Och, Beyoncé
Ciekawostka słabo związana z tematem. Co takiego ciekawego do zobaczenia jest w "Halo" Beyoncé?


Obrazek podstępnie ukradziony. Czas ustrzelenia - 1:50.
Proponuję zatem zabawę. Roboczy tytuł: Tropienie jamnika w popkulturze. Polega ona na zlokalizowaniu pieska w filmie, serialu, poezji, prozie, na plakacie, gdziekolwiek; udokumentowaniu znaleziska, i przesłaniu zdobyczy (wraz z krótkim opisem - jakiś namiar, autor, coś takiego) na mój adres mailowy, widoczny na górze po lewej stronie. Ja zobowiązuję się wszystko ładnie zaprezentować w postaci jakiegoś wielkiego postu.
Miłej zabawy!

11 komentarzy:

  1. Ja tam lubię komedie romantyczne:) Nie jako przepisy na życie, miłość, czy coś tam, ale ładne są po prostu. Pozytywne. A Katherine Heigl jest do tych filmów idealna... taka młodsza wersja Meg Ryan... A propos - pamiętasz Kiedy Harry spotkał Sally? Tam też się nie polubili, a potem... trochę czasu upłynęło, okoliczności się zmieniły i bum! Uwielbiam ten film - oglądam go regularnie kilak razy w roku i zawsze, ZAWSZE poprawia mi humor:)

    A o jamnikach będę pamiętać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Kiedy Harry spotkał Sally" to już klasyk stylu, jeszcze manufaktura, nie fabryka marzeń. Katherine Heigl bardzo się stara, ale do Meg Ryan jeszcze jej trochę brakuje.
      Przyznaję bez bicia, widziałam niedawno dobrą komedię romantyczną, może nie arcydzieło, ale miała swoje momenty chwały. "Druhny" są zdecydowanie zabawne :)

      Usuń
    2. Druhny oglądałam, a jakże! Uśmiałam się do łez. Komedia romantyczna, ale bez lukru, momentami nawet gorzka, lecz podana w takiej formie, że pomimo to wciąż zabawna:)

      Usuń
  2. No to posypały się lawiny...Niektórym słusznie się dostało, aczkolwiek komedie romantyczne (!) odstresowują.
    To takie ba(śnie) dla grzecznych dorosłych :D.
    Ja nie mówię tu o filmach, które są nazywane komediami, a nie wiadomo w którym miejscu śmiać się (należałoby raczej zapłakać nad stanem umysłu twórców ) i w ogóle szkoda na nie czasu bo to horrory bez honoru.No i nawet już nie są to "bajki dla potłuczonych" :D:D:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potemowskie "Bajki dla potłuczonych" bawią nieustannie. To mogę w kółko oglądać.

      Usuń
  3. Eee, przesada. W karłowatych historyjkach nie szuka się wielkiej filozofii. Najlepiej czytać Jane Austen i cieszyć się życiem! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja oglądałam ostatnio fajnego bollywooda, nawet życiowy był, że człowiek o pewnych rzeczch nie myśli, tylko przyjmuje je jako coś naturalnego, a ten, komu tego brakuje, dopiero to docenia - tu temat od razu z grubej rury - życie. Czyli ze wszystkich bohaterów tylko ten, który wie, że umiera, cieszy się życiem, a inni zamulają, z czym on walczy. "Gdyby jutra nie było", z Shah Rukh Khanem :) (tak, tańczy!) Polecam.

    A komedii romantycznych nie lubię. Chociaż ostatnio jakąś fajną oglądałam, o babce, którą zdradzał mąż, a wspierał przyjaciel ze studiów, a ją dopiero na koniec olśniło, że on ją kocha. Bo męża wypędziła, zanim na to wpadła. Jak sobie przypomnę tytuł, to Ci powiem. Ale generalnie komedii romantycznych unikam. Czasem, jak mam okazję i chęć, to oglądam, żeby się pośmiać, komedia w końcu ;) Ale generalnie większość jest żenująco naiwna, aż się przykro robi, a nie zabawnie. Bollywoody są najlepsze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oglądałam niedawno japoński film, wcale nie komedia, "Dear Friends", który pokazywał, że miłość jest albo nie, a najważniejszy jest dobry przyjaciel. Bardzo ładny film.
      hah Rukh Khan nie zawodzi, zawsze tańczy. Mam to na liście "do zobaczenia", więc pewnie się zapoznam, prędzej lub później.
      Generalnie wolę kino azjatyckie, takie bardziej bajkowe, ale i bliżej życia jest. Nie wiem, jak oni to robią :)

      Usuń
  5. Też oglądam filmy dla towarzystwa, tj żeby słyszeć jakiś głos w tle. Nawet się zastanawiałam, czy to nie uzależnienie od telewizji, ale skoro oglądam właśnie nieuważnie, to chyba jednak nie? Na komedie romantyczne jestem uczulona, drażnią mnie strasznie. Przez lata cale obejrzałam w całości Bridget Jones, jak ja się wiosną tego roku zdziwiłam widząc ją latającą półnago po śniegu. Że tak to? Chociaż nie wiem, czego się spodziewałam, że jak to się skończy?
    A już dlaczego niektóre kobiety w to wszystko wierzą, to już jest Kosmicznie Poufna Wiedza, czyli KPW :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś z tymi głosami słyszanymi jest, to ciekawe zjawisko :)
      Niektóre kobiety chyba chcą w to wszystko wierzyć, żeby się uszczęśliwić, żeby nadzieję mieć jakąś, nie wiem.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad. Jeżeli leży to w mojej mocy i kompetencji, staram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze.
Śmiało, wytknij błąd ortograficzny, literówkę, cokolwiek. Będę dyslektycznie wdzięczna.
Pamiętaj, że nie wszystkie chwyty dozwolone. Proszę o wypowiedzi kulturalne i nie raniące oczu/uczuć osób zainteresowanych bądź trzecich.