środa, 31 października 2012

Kolory książek

Z okazji układania mojego księgozbioru w tęczę, postanowiłam zrobić zestawienie. Z każdego koloru starałam się wybrać jeden ulubiony tytuł. Nie będę pisać recenzji, streszczeń, nie będę nawet silnie motywować moich wyborów.

Brązowy: Ursula K. Le Guin, Wydziedziczeni. Seria o Pożyczalskich przegrała ułamkiem punktu. Dawno nie czytałam, więc nie pamiętam, co mi się tak bardzo podobało, ale wiem, że to moja ulubiona ekumeniczna część.

Czerwony: Gabriel García Márquez, Sto lat samotności. Właściwie również powinna się znajdować w brązowych, ale moje poczucie kolorystyczne przydzieliło ją do czerwonych. Mój egzemplarz chyba nawet wygrałam w jakimś konkursie. To był rok Krasickiego, tyle pamiętam, sto konkursów o twórczości. Przeczytałam dopiero sto lat później.

Pomarańczowy: Douglas Adams, Życie, wszechświat i cała reszta. Nie miałam zbyt dużego wyboru. Obok Antygona, słowniki i atlas filozofii. Nie jest to mój ulubiony Adams, jakoś bez echa czytanie mi wyszło. Szkoda, że kilka zielonych książek nie okleiłam na pomarańczowo. Byłoby ciekawiej.

Żółty: Pete McCarthy, Bar McCarthy'ego. Żółtych jest sporo. Kulisy kroju i szycia też bardzo lubię i często zaglądam. Jeśli wybierałabym najczęściej używaną książkę, właśnie na Kulisy... bym postawiła. Wyprawa po Irlandii jest jednak bardziej relaksująca i zabawna.

Zielony: Fiodor Dostojewski, Idiota. Najbardziej męczona przeze mnie literatura rosyjska. Ludzie marudzą, że Mistrz i Małgorzata to najlepsze, co kiedykolwiek tam na wschodzie powstało. Ja osobiście wolę księcia Myszkina.

Niebieski: Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane. Dobry deser.

Granatowy: Jane Austen, Listy wybrane. Lepsze niż wszystkie dumy i uprzedzenia razem wzięte.

Fioletowy-różowy: Ursula K. Le Guin, Jesteśmy snem. Moja ulubiona Ursula na świecie. Uczy, bawi, wychowuje... Dobra książka dla cierpiących na bezsenność.

Czarny: Leszek Kołakowski, Mini-wykłady o maxi-sprawach. Ja wiem, że osoba autora budzi obecnie różne uczucia, ale ta książka pomogła mi napisać wszystkie prace zaliczeniowe. Więc jak jej nie lubić?

Szary: Słownik wyrazów obcych. Pewuenowskie cudo.

Biały: Truman Capote, Śniadanie u Tiffany'ego. Bo jest krótkie, bo mogę się lansować, że czytałam, a nikt nie czytał, wszyscy tylko jedno zdjęcie z Audrey widzieli, a poza tym ma błąd: na stronie tytułowej napisano, że autorem jest Truman Copote. Haha! Ciekawostka - Harfa Traw to zielarskie gospodarstwo ekologiczne. Gdybym kiedykolwiek otworzyła solarium - Czarne Słońce jest moją nazwą.


W kolorze nude posiadam Ingardena, a mintowym kodeks drogowy, w camelowym zaś jakiś przegląd literatury polskiej. Mam nawet pinkową książkę - Chińską lalkę Chun Sue, której nikomu nie polecam. Krokodajlową okładką uśmiecha się z mojej półki Historia literatury jidysz.

wtorek, 16 października 2012

Versatile Blogger Award

Oto nagle zostałam mianowana oraz nominowana. Tłumy szaleją, dziękuję, dziękuję... Ren-ya wyróżniła mnie prestiżowym zielonym kolorem:


Zasady złamię, ponieważ nie jestem aż tak versatile. Bo oto są:

- nominować 15 blogów, które twoim zdaniem na to zasługują,
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów,
- ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
- podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
- pokazać nagrodę The Versatile Blogger Award u siebie na blogu.


Ale póki co przechodzimy do siedmiu (nieistotnych) faktów z życia. Może to nie do końca rasowe fakty, ale coś tam mówią o tym, skąd się biorą rzeczy, które wypełniają moje posty i czynią ze mnie tak wszechstronną blogotwórczynię. Sypnę też kradzionymi obrazkami, żeby uatrakcyjnić treść. To będzie taka szalenie inspiracyjna garść. Tak bez sensu trochę.

1. Przy sprzątaniu lubię śpiewać piosenki Budki Suflera i Lady Pank (których nie cierpię słuchać). Nigdy nie umiałam śpiewać, więc najlepiej brzmię przy akompaniamencie odkurzacza. Gdybym mogła wybrać sobie głos, chciałabym brzmieć jak Annie Lennox, Park Bom albo Iyeoka.


2. Poważniejsza informacja. Poza tym, że odznaczam się gustem wytwornie bazarowym, potrafię również docenić sztukę wyższą. Moim ulubionym (jednym z ulubionych) dziełem sztuki jest dzieło następujące:


Słyszałam (albo czytałam) kiedyś, że Dostojewski nieomal dostał ataku epilepsji od zapatrzenia w martwego Chrystusa Holbeina. Ja z pewnością zareagowałabym podobnie oglądając prawdziwego, wielkiego Iwana Groźnego w Galerii Trietiakowskiej.
A moim ulubionym mutantem był Nightcrowler. Film go bardzo skrzywdził, ale niech tam już będzie, jakoś wyrosłam z atomowych superbohaterów. Zdecydowanie nie przejawiam przy nich nawet cienia epilepsji.


3, 4, 5. Kiedy byłam bardzo mała, marzyłam o tym, żeby zrobić karierę jak Bob Ballard. Myślę, że szkoła zabiła to marzenie. Może nie bezpośrednio, ale miała swój wpływ. Najpierw człowiek myśli, że świat stoi przed nim całą uśmiechniętą szerokością horyzontu, a później pani mówi, że jedynym ważnym osiągnięciem jest estetyczne pisanie, którego nie jesteś w stanie opanować. Bardzo jest smutne życie dzieci. I taka refleksja jeszcze - jako dziecko, niczego się nie bałam. Chodzi o siły przyrody. Ani na drzewo najwyższe wejść, ani splunąć z wieży najwyższej, ani wypływać dziurawą łódką na głębinę, ani do ciemnego bunkra wskoczyć... Teraz cierpię na dotkliwy lęk wyobraźni.
Dwa fakty bez sensu: Za to bardzo lubię zebry. A żeby nawiązać do mody - lubię też Joan Smalls.



6. Nie mam ulubionego koloru. Łatwiej mi określić, których nie lubię. Dlatego im bardziej kolorowo - tym lepiej. Teoretycznie złota jesień powinna więc być moją ulubioną porą roku. Ale ja najbardziej lubię późne lato przełomu sierpnia i września.


7. Kolejny fakt i historyczne zdjęcie wykonane w historycznym momencie. Razem z koleżanką uparłyśmy się kiedyś na mówienie językiem poetyckim holoubkowskim polskim, z całym tym patosem i dramatyzmem. Pewnego wieczoru trafiłyśmy na widoczne niżej literki.


To tyle fascynujących informacji. Mam nadzieję, że obrazki pomogły w odbiorze. Niektóre nie mają żadnego związku, trochę tak bez sensu, ale starałam się, naprawdę.
W tym momencie oficjalnie podziękowania. Dziękuję Ci, Ren-yu, za wyróżnienie! :)

I teraz część ostatnia cieszenia się z wyróżnienia. Powinnam kogoś nominować, ale to nie mieści się w mojej wszechstronności. Wcale nie dlatego, że nie widzę na horyzoncie nikogo, komu do twarzy by było z kolorem zielonym w kółka i gwiazdki. Chodzi o to, że ja bym przyznała wszystkim. Pewnie dlatego nikt mi nie zaproponował jurorskiego stołka w "Mam talent".

poniedziałek, 15 października 2012

The stars shine in the sky tonight


Udało mi się ostatnio poskładać trochę kolczyków. Materiały są resztkowe, staram się zapasy powoli eksploatować, żeby zrobić miejsce na coś nowego. Materiał kolorowy to przede wszystkim szkło w różnych formach.
Może to tandetne jest i okropne dla ludzi o ekskluzywnym guście, ale naprawdę podobają mi się szklane gwiazdki. Mam zamiar nabyć ich więcej, prawdopodobnie w różnych wersjach kolorystycznych.





Poza tym w dalszym ciągu staram się opanować trudną sztukę tworzenia koralikowych zwierząt trójwymiarowych. Ale nawet płaskie mi nie wychodzą. Już myślałam, że wiem, co robię, a okazało się, że mój kurczak bardziej przypominał osłabioną ośmiornicę. Muszę jeszcze nad tym popracować. Póki co najlepiej wychodzą mi formy nieskomplikowane.



wtorek, 9 października 2012

Pierwsza jesień tego roku


Sprawozdanie obrazkowe z tego, co ostatnio aktualne. Primo - tęcza za szybą. Miałam, doświadczyłam okiem własnym. Ładny przytup przed burą jesienią, która powoli wpełza na niebo.


Czytam książkę i opanowuję nowe techniki malownicze. Jamnicze dzieło w całości pokażę, jak tylko skończę. Wciągnęło mnie, naprawdę. Niby malowałam coś kiedyś, 10 lat temu pewnie, ale dopiero teraz widzę, jak wiele można osiągnąć, nawet nie osiągając niczego wielkiego. Wiem już, jakich kolorów mi brakuje, żeby mieć podstawę, jakie są zalety posiadanych materiałów i ich wady, jak duże możliwości. Nie trzeba wstrzymać Słońca, ruszyć Ziemi, jak Kopernik, wystarczy ruszyć głową.


Zawiesina otrzymana niedawno w prezencie. Musiałam się pochwalić, gdyż jest ładna i urocza. Czerwień czerwona, w górach odnaleziona. Rękodzielny wytwór mieniący się błyskiem od środka. Jesienny liść.


Co zrobić z odzieży, którą chciało się wyrzucić? Torbę. Ekskluzywnie i w paski. Wystarczy zszyć u dołu i gotowe. Nie dyndać przy robieniu zdjęć, a efekt będzie jeszcze lepszy. Szyłam specyficznie, ponieważ dół jest szerszy od góry i estetyka kształtu by padła przy zszyciu prostym. Podzieliłam spód na cztery części i powstało zszycie krzyżowe (efekt nibynóżek). Tak je nazwałam, bo nie wiem, czy ma nazwę jakąś określoną.
Pomysł pani Matki, realizacja moja. Czasem warto posłuchać dobrej rady. Wyrzucić zawsze się zdąży. Będę marchew w tym nosić, lub inne zakupy.


I na koniec Gustawek, który nie lubi dzielić się swoimi zabawkami. Okazało się, że bestia jest sympatyczna, wcale nie agresywna (jak ostrzegało schronisko). Ma kilka wad, nie umie bardzo dużo, ale nadrobimy to. Za rok to będzie najlepszy pies na świecie.


środa, 3 października 2012

Och, jak boli w sercu!

Początkowo chciałam napisać o jednym filmie, ale okazuje się, że słowo "słabizna" to za krótka recenzja. A przecież wszystko się w tym właśnie słowie złotym zamyka. Dlatego będzie o piramidzie złomu, o filmach, które niszczycielską falą tsunami kłamstwa zalewają umysły nieświadomych.
Polskie tytuły są głupie, zaznaczam na początku. Ale o tym wiemy wszyscy. I uwaga, uwaga, zdradzam zakończenia!

Och, sranie w banię. Właśnie takie filmy niszczą mózgi. Potencjalnym odbiorcą jest kobieta, bo to przecież dla niej z ekranu uśmiecha się Josh Duhamel. Ja twierdzę, że nie należy do godnych zawieszenia oka, ale co tam kto lubi, nie mówmy o mnie, tylko o potencjalnej kobiecie.
Ale jedziemy z koksem.
Babeczka (Katherine Heigl) jest perfekcyjną perfekcjonistką, to wiemy już od pierwszej sekundy, ponieważ perfekcyjnie się stroi. On jest niedorosłym dziadem wiodącym motylkowe życie. Ma głupie nazwisko i wygląd niedbałego sexy lumpa. Ja daję żółtą kartkę na wstępie. I nie tylko jemu, całej wspaniałej historii. Bo już wiemy, jak się ona potoczy.
Bohaterka jest kimś, kim chciałaby być potencjalna kobieta lubiąca oglądać filmy ociekające watą cukrową. Zapchasz się słodkim i twoja aorta nie wytrzyma tego, radzi ostrzegawczo Minister Zdrowia, Bartosz o błękitnym spojrzeniu. On również troszczy się o potencjalną kobietę. Nie jest chyba żonaty (strona ministerstwa milczy w tek kwestii, jako i Wikipedia), więc do boju, potencjalna kobieto! Jest kawalerem Orderu Uśmiechu, więc może i nie na wyrost... Zaprzysiężony, więc może zapiera się żony, nie wiemy. Zostawmy już pana, bo to niesympatyczne tak ingerować w życie osobiste.
Bohaterka jest smart jak jej samochód. On łazi za babami, a raczej one za nim. Nawzajem nie lubią się, by nie rzec nienawidzą. Ale oczywiście on się przemienia, nadchodzi love! Trochę dramy na ożywienie akcji, jakiś smutkiem ziejący humor, płaski jak Lake Bonneville, gdzie bije się rekordy prędkości (btw, polecam gorąco Prawdziwą historię z Hopkinsem, to jest o miłości i pasji opowieść). Ale wiadomo, że miłość zwycięży, wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
Ja pytam, co to ma być? To jest wmawianie potencjalnej kobiecie, że jak faceta nienawidzisz, a on ciebie, to jesteście dla siebie stworzeni i do zakochania jeden krok, jeden jedyny... Bzdura! Jak kogoś nie lubisz, a on ciebie, to znaczy, że go nie lubisz, a on ciebie. I żyć bez niego możesz doskonale, wcale nie jest konieczne przeżywanie ciągu zdarzeń nieprawdopodobnych, by uczucie zatriumfowało na końcu. Jeśli ktoś jest kawałem odwłoka, to niestety, ale miłość go nie przemieni w księcia z bajki. Lajf iz lajf, na na na na na...
Filmem zupełnie takim samym jest Brzydka prawda. Niczym się nie różni, nawet twarzą głównej bohaterki. I cała reszta wszystkich najpopularniejszych romantycznych komedii.

Och, Bridget
Dziennik Bridget Jones trochę wyrasta poza najprymitywniejszy schemat. Bo ona nie lubi Marka z powodu działań dywersyjnych czarnego charakteru. Tu mamy do czynienia z mylącymi pozorami. Osoba trzecia przeszkadza wspaniałej miłości, a Bridget jest na tyle głupia, że naiwnie wierzy cwaniakowi. Duma-i-uprzedzenie style, nawet nie ukryty przecież, ale o wiele sympatyczniejszy od nie=tak.
Tutaj zmieszczą nam się opowieści o zranionych, smutnych panach, którzy zaniedbali swoją słodką osobowość, lub ukryli w głębi serca i czekają na nieboraczkę, która swym urokiem osobistym i mocą miłości, wydobędzie z nich dobre cechy. Dlaczego ten platfus jeden z drugim, sam się nie weźmie do roboty, dlaczego wszystko spada na głowę potencjalnej kobiety? Nigdy jej nie powie na wstępie, że jakaś paskuda puściła go kantem i się zranił. Wszyscy wiedza, tylko bohaterka nie wie. Jakaś plotkoodporna? Nie czyta pudelka i nie żyje na gorąco? Aż dziwne, bo tonie w poradach z Cosmo i słucha przyjaciółek niczym tresowana makrela. Jakoś tak bez głowy wszystko. Chociaż te przyjaciółki również bywają podstępne...
Zanim wszystkie karty zostaną odkryte, akcja zastyga w dramatycznej pozie. Wtedy najpewniej trzeba wysłuchać, co ktoś trzeci, czwarty, lub piąty ma do powiedzenia, poczekać aż fakty retrospekcyjne przetoczą się przez kurzy móżdżek, po czym wybiec w kalesonach za ukochaną osobą.
- Bejbe, bejbe, wiem już o wszystkim, przepraszam, kocham cię!
Serduszka wybuchają na niebie, forever love.
Tak właśnie działają Listy do Julii, Fei chang wan mei (tu jest So Ji Sub, to warto zobaczyć) i inne jeszcze. Te komedie romantyczne są lepsze.

Och, dlaczego?
Tu już tracimy lekki komediowy urok, zaczyna się dramatyczna walka o uczucie. Opierać moje obserwacje będę głównie na kinie koreańskim, bo jest to zjawisko występujące w co trzeciej produkcji romantycznej. Albo częściej nawet.
Spotykają się ludzie, nie lubią na początku, później nie mogą żyć bez siebie, ale nagle (lub nie tak nagle) któreś z nich umiera lub zapada na nieuleczalną chorobę, która w końcu wykończy kruchą postać.
Kombinacje są różne, różnie wzruszające, czasami męczące, czasami nieznośne, czasami tak dziwne, że widz już nawet nie wie, co myśleć.
Parang-juuibo, Baekmanjangja-ui cheot-sarang. Dziewczyna umiera na groźną chorobę, której siła żadna nie jest w stanie uleczyć. Siła miłości dodaje jej sił, by zostawić po sobie coś, co doda sił osieroconemu ukochanemu. Oczywiście nie musi umrzeć literalnie, może zniknąć gdzieś, gdyż okoliczności nakazują, a ona chce ratować swego ukochanego (Geuhae yeoreum).
Oczywiście mamy do czynienia z takimi historiami również w kinie zachodzącego słońca, więc nie jest nam to obce.
Czego się uczy potencjalna kobieta? Prawdziwa miłość to ból i cierpienie, ale również nadzieja. Na zawsze zostaje na serca dnie i całkowicie zmienia życie. Albo się umiera, albo się staje lepszym człowiekiem. Kurza stopa, Zbyszko z Bogdańca. Takie fiu-bździu ożeniło się z Danką. Krzyżacy ukatrupili blondyneczkę, chłopak zmężniał, dorósł i stał się prawdziwym, wartościowym rycerzem.

Och, Romeo!
Szczyt szczytów, miłość zwycięża, ale kosztem życia obu stron. Jestem stwór bez serca, ale naprawdę śmiałam się niemal do utraty tchu (byłaby trzecia ofiara romansu) na Latawcach. Groza, akcja, wielka miłość, nagromadzenie przeciwności i dramatyczna decyzja ostateczna. Niby się na początku nie kochają, lekki model nr 1, czyli ona jego może, on jej nie, później trach! bach! love pod niebo, ale zakazane i niebezpieczne, aż w końcu ona umiera, on ją mści i sam umiera. Bzdura totalna. Nie wiem, dlaczego to oglądałam, może mnie zwabiły bollywoodzkie klimaty? Albo jakąś skomplikowaną bluzkę konstruowałam? Nie pamiętam.
Romeo i Julia, nie mogą być ze sobą, to chociaż sobie umrą razem (albo osobno, ale i tak razem).

Och, życie?
Teraz najważniejsze. Jak to ma się do życia? Nijak. Znam kilka osób, które wierzą w prawdy przekazywane w filmach skierowanych do potencjalnej kobiety. Ludzie protestują, że zwierzęta są żywcem ze skóry obdzierane. Ja protestuję przeciw obdzieraniu żywych ludzi z mózgu. Wszystko robi się poprawne do wyrzygliwości, żeby nie urazić uczuć, żeby spełnić wyśnione marzenia, żeby potencjalna kobieta uwierzyła w siebie, że znajdzie miłość swego życia. Idź, potencjalna kobieto, zapisz się na kurs nurkowania, poczytaj o czymś mądrym, na przykład pompie dyfuzyjnej, i nie zawracaj sobie czerepu rubasznego jakimiś głupotami.
Rodzi się pytanie, dlaczego ja oglądam komedie (i tragedie) romantyczne? Otóż ja ich nie oglądam w pełnym skupieniu. Chcę, żeby coś mi gadało, kiedy na przykład dziergam sobie sweter. Bo samo mechaniczne dzierganie nie jest pochłaniające. Poza tym pracuję nad rozwojem mojego władania językiem obcym. Koreański mnie przerasta, więc są napisy (najczęściej angielskie, bo znajdź człowieku po polsku koreański film, nie horror i nie Kim Ki-duk). Nawet zauważyłam, że europejski angielski jest bogatszy. Jedyne trudne słowa w amerykańskich filmach to nazwy chorób. I po trzecie primo - ze względów kulinarnych. Bohaterowie coś jedzą, ja się zainteresuję, co to jest, poszukam przepisu, ugotuję/upiekę. Uwielbiam filmy z tłem spożywczym. Bardzo inspirujące. Lubię, kiedy przygotowują wesela, wybierają tort. Albo idą na "dejt" i jedzą coś ciekawego. To najlepszy ułamek całej treści. Najpełniejszy, najbardziej fascynujący.

Och, Beyoncé
Ciekawostka słabo związana z tematem. Co takiego ciekawego do zobaczenia jest w "Halo" Beyoncé?


Obrazek podstępnie ukradziony. Czas ustrzelenia - 1:50.
Proponuję zatem zabawę. Roboczy tytuł: Tropienie jamnika w popkulturze. Polega ona na zlokalizowaniu pieska w filmie, serialu, poezji, prozie, na plakacie, gdziekolwiek; udokumentowaniu znaleziska, i przesłaniu zdobyczy (wraz z krótkim opisem - jakiś namiar, autor, coś takiego) na mój adres mailowy, widoczny na górze po lewej stronie. Ja zobowiązuję się wszystko ładnie zaprezentować w postaci jakiegoś wielkiego postu.
Miłej zabawy!